Strony

Ogłoszenia drobne

W tej chwili mało się tutaj dzieje, nieco więcej dzieje się na moim Wattpadzie, ale pracuję nad tym. Oczekujcie wieści na Twitterze :)
Zakładka Aktualności zniknęła, bo była mało... aktualna. Może kiedyś wróci. Może.

niedziela, 30 października 2016

Kapryśna przyjaciółka

Patrzył pustym wzrokiem przed siebie, nie dostrzegając błyskających fleszy lamp. Obracał w ustach słowa, które miał powiedzieć, boleśnie świadom podjętej już przecież decyzji.
Koniec.
Dlaczego to słowo brzmiało tak definitywnie? Dlaczego było takie krótkie, ostre, tak… ostateczne?
Zacisnął zęby i na dany przez menadżera znak powiedział to, co miał do powiedzenia. Na sali wybuchnął harmider, pytania atakowały go z każdej strony, zewsząd dobiegały okrzyki niedowierzania, w powietrzu zawisło niewerbalne, ale wręcz namacalne „dlaczego?”
Nic z tego jednak nie docierało do jego świadomości. Wpatrzony w nią, siedzącą na końcu sali, był niczym zahipnotyzowany. Była w niej jakaś kruchość, jakby poczucie porażki przytłaczało ją niemal do samej ziemi. Brakowało jej też kolorów, była niczym wyblakła od słońca tapeta. Lecz ona przecież grzała się jedynie w świetle reflektorów.
Odwróciła wzrok, którym go świdrowała, jeszcze bardziej kurcząc się na plastikowym krzesełku. Włosy zasłoniły jej twarz, a on uświadomił sobie, że nie jest w stanie przypomnieć sobie dokładnie jej rysów. Zmarszczył brwi i przeniósł wzrok na menadżera, zadającego mu właśnie jakieś pytanie.
- Odpowiesz? - powtórzył, widząc roztargnienie na jego twarzy.
- Nie – odparł, po czym zwrócił się do dziennikarzy. - To wszystko, co mam do powiedzenia, dziękuję państwu.
Ochrona zaczęła wyganiać reporterów, a on podniósł się i ruszył w kierunku wyjścia.
Nie zdziwił się, kiedy nagle pojawiła się tuż obok drzwi z rękami zaplecionymi na piersi. Jej wzrok jak zwykle był przenikliwy, ale w spojrzeniu brakowało ognia, gasła.
- Nic mi nie powiesz? - rzuciła, mrużąc oczy, a jej głos był dziwnie schrypnięty.
- Przecież wiesz, że to przez ciebie – odpowiedział twardo, walcząc z pokusą by…
Nadal go pociągała, i to bardzo, ale…
- To przez ciebie zrezygnowałem – odpędził natrętne myśli i wspomnienia, mocno zaciskając szczęki.
- Owszem, ale pamiętaj, że to ode mnie wszystko się zaczęło.
Zniknęła, jak to tylko ona potrafiła. A on został, bijąc się z myślami.
Doskonale pamiętał ich pierwsze spotkanie.

***

Wracał z treningu z opuszczonymi ramionami, a narty boleśnie wbijały się w bark, o wiele cięższe, niż wskazywałyby na to prawa fizyki. Mgła, która była powodem szybszego zakończenia treningu powoli osiadała na powierzchni ziemi, może dlatego dopiero po chwili zauważył kobietę stojącą na środku pustego parkingu.
Ręce miała opuszczone luźno wzdłuż tułowia, a głowę zwróconą w stronę skoczni, jakby wpatrywała się w belkę, której przecież nie mogła dostrzec w gęstniejącej wciąż mgle. Stała w bezruchu niczym marmurowy posąg, dlatego niemalże podskoczył, kiedy nagle odezwała się głosem nie głośniejszym od szeptu:
- Nie możesz teraz zrezygnować.
Gdyby nie fakt, że prócz niego nie było nikogo w zasięgu wzroku, nie pomyślałby, że kobieta może mówić do niego. Przystanął zaskoczony, a ona powoli obróciła głowę, bez krępacji patrząc mu prosto w twarz.
Mimo to, nie potrafiłby powiedzieć, jakiego koloru były jej oczy.
Miała na sobie cienką sukienkę, zupełnie niepasująca do październikowej, zimnej i wilgotnej pogody. W jej spojrzeniu była jakaś przenikliwość, która nie pozwoliła mu się poruszyć, kiedy podeszła do niego bliżej, blisko. Bardzo blisko.
Gdzieś na krańcu jego świadomości pojawiło się pytanie, skąd wiedziała. Skąd wiedziała, że ma już dość pasma niekończących się porażek, które się składały na jego szumnie zwaną karierę. Skąd wiedziała, że ma już dość klepania buli, błagania o wpisywanie na listę startową jakichś nieistotnych konkursów, by tam uplasować się w połowie stawki, daleko za plecami czasami dużo młodszych od siebie zawodników.
Skąd wiedziała, że to miał być ostatni raz, kiedy miał na nogach narty.
- To dopiero początek – dotknęła jego ramienia, z wąskim uśmiechem, jakby wszystkie te myśli miał wypisane na czole. Jakby miała wgląd wprost do jego serca, do zdezorientowanego umysłu i umęczonej duszy.
- Kim jesteś? - udało mu się wydusić.
Uśmiechnęła się tajemniczo, wciąż nie odrywając wzroku od jego twarzy. Było w niej coś hipnotycznego, coś… nierealnego.
Wręcz metafizycznego.
- Twoją przyszłością – szepnęła mu zmysłowo do ucha. Jej ciepły oddech owionął mu policzek. - Twoim przeznaczeniem. Twoją szansą i twoim przekleństwem. Nieodłącznym fragmentem twojej historii.
Zamrugał gwałtownie.
Na parkingu nie było nikogo prócz niego.
Rozejrzał się zdezorientowany, pewien, że przyśniło mu się to wszystko: ta kobieta, ta rozmowa, ta świadomość, że czeka go coś wielkiego, coś… wspaniałego. Potrząsnął głową, poprawił narty na ramieniu i ruszył przed siebie.
Nie zdążył jednak ujść nawet dwóch kroków, gdy w jego uchu rozległ się szept. Dźwięk równie rzeczywisty, co i pasek torby wrzynający mu się właśnie w ramię.
- Czekam na ciebie.
„Gdzie?” - chciał zapytać, ale nie musiał.
- Na szczycie. Tam, gdzie docierają tylko najwytrwalsi.
Więcej nie słyszał tego głosu, nie widział tej kobiety. Ale nie porzucił treningów i nart, nie porzucił skoków.
Ze wszystkich sił chciał się stać najlepszym, by pewnego dnia stanąć na szczycie. By dotrzeć tam, gdzie obiecała mu spotkanie i w końcu uzyskać odpowiedź na dręczące go pytanie – kim była i czego od niego chciała.

***

Start w Pucharze Kontynentalnym.
Pierwsze punkty.
Pierwsze podium.
Pierwsza wygrana i awans do Pucharu Świata.
Wzmożone treningi, podwojony wysiłek, bo cel przecież już tak blisko…
Pierwsze nieudane podejście, drugie i trzecie…
Chwila zwątpienia, głowa pełna pytań. Chęć poddania się.
„Tylko najwytrwalsi”
„Czekam na ciebie”
Podniósł głowę i spojrzał raz jeszcze na majestatyczny profil skoczni. To była jego ostatnia szansa na udowodnienie, że nie trafił tu przez przypadek, że ma tu coś do zrobienia.
Że stać go na sukces.

***

Wziął głęboki oddech i mocniej zacisnął palce na belce. Wciąż nie przywyknął do emocji towarzyszących mu podczas zawodów najwyższej rangi – tłum falujący gdzieś w dole, okrzyki, śpiewy, przenikliwy dźwięk wuwuzeli. Przemoknięte od padającego śniegu flagi, głos spikera wywołujący go na rozbieg, punkty i odległości będące w tej chwili dla niego zbiorem bezwładnych liczb, nieistotne wobec czekającego go skoku.
Był tylko on, skocznia i wiatr.
I nadzieja, że to ten dzień. Ten dzień, w którym w końcu pojawi się u jego boku.
Spędzała mu sen z powiek, była impulsem, który popychał go do sięgania po coraz to ważniejsze trofea. Krok po kroku wspinał się na szczyt, gdzie obiecała na niego czekać.
Było tylko tu i teraz. Za każdym razem. A więc i dzisiaj.
Za jego plecami zapaliło się zielone światło, rzucając swój blask na tory pod jego nartami, a on szybko przeniósł wzrok na gniazdo trenerskie, gdzie sekundę później opadła chorągiewka w barwach narodowych. Odepchnął się energicznie od belki.
I poleciał.
Poleciał tak, jak nigdy dotąd.
A gdy wylądował, wiedział, że to był właśnie ten dzień.
Widok, który rozpościerał się z najwyższego stopnia podium, może nie był tak imponujący jak ze szczytu skoczni, ale bez wątpienia był niesamowicie satysfakcjonujący. Ale to nie podskakujący w rytm disco polo kibice przykuli jego uwagę. Nie mężczyźni wręczający mu nagrody, nie pełne uznania spojrzenia kolegów.
Nawet hymn rozbrzmiewający dumnie z głośników i falujące na jego cześć flagi nie wywołały na nim wrażenia.
Bo te wszystkie doznania blakły w porównaniu z elektryzującym uczuciem, które rozprzestrzeniło się nagle po jego skórze. Potrzebował ledwie sekundy, by odszukać ją w tłumie. W jej spojrzeniu nie dało się wyczytać nic konkretnego, wpatrywała się w niego w zupełnym bezruchu, obojętna na kłębiących się dookoła niej kibiców, reporterów, dziennikarzy i zawodników.
Z piersi wyrwało mu się ciche westchnienie, a na jej twarzy pojawił się cień uśmiechu. Podeszła powoli do stóp podium, niezatrzymana ani przez organizatorów, ani przez ochronę. Podeszła niespiesznie, jakby drażniąc go każdym ostrożnie stawianym krokiem.
Spojrzała na niego z dołu powłóczyście, a wiatr zawiał jej włosy na twarz. Przykucnął, by ich oczy znalazły się na tym samym poziomie i uśmiechnął się z ulgą.
- Jesteś – powiedział cicho.
- Mówiłam, że będę czekać – odgarnęła jasne włosy z czoła i uśmiechnęła się kącikiem ust.
- Dotarłem na szczyt, tak jak mówiłaś – zawahał się, szukając w jej oczach zrozumienia lecz były zimne i nieczułe, choć mimo tego chłodu, czuł bijący z niej ogień, który z chwili na chwilę zdawał się buchać coraz większym płomieniem.
- Owszem, ale czy dasz radę się na nim utrzymać? - uniosła w górę jedną brew i obróciła się na pięcie.
- Poczekaj…! - zawołał za nią, a ona zwróciła głowę w jego stronę.
A potem grupa ludzi oddzieliła go od niej i gdy odeszli, nie było już po niej śladu.

***

Nie zniknęła jak wcześniej. Gdy tylko udawało mu się stanąć na podium, mógł z jego stopni dostrzec jej sylwetkę przechadzającą się w tłumie, słyszał jej zmysłowy szept, nagie ramię ocierające się o jego bark.
Nie pytał, dlaczego nie marznie, przechadzając się zimą, w śniegu po kolana, mając na sobie jedynie zwiewną, letnią sukienkę. Nie pytał, jakim sposobem pojawia się znienacka i równie tajemniczo znika, szybciej niż mrugnięcie okiem. Nie pytał, dlaczego jest w stanie ją dostrzec jedynie ze stopni podium.
Nie pytał, bo gdy tylko znajdowała się w zasięgu jego głosu, jej spojrzenie hipnotyzowało go, a w uchu rozbrzmiewał mu cichy szept „Na wszystko przyjdzie czas. Bądź cierpliwy. Pnij się w górę”.
Nie pytał, bo bał się odpowiedzi. Była nieuchwytną tajemnicą, dalekosiężnym marzeniem, do którego dążył, które motywowało go dalszej pracy. Była niezwykle bliska, jakby była jego drugą skórą, a jednocześnie tak odległa, że czasami zdawała się być sennym marzeniem, majakiem wywołanym pokonkursową euforią.
Teraz również przechadzała się w tłumie wiwatującym na jego cześć, delikatnie muskając nagimi, bladymi palcami ramiona mijanych ludzi. Zdawali się jej nie zauważać, jakby była częścią zupełnie innej rzeczywistości. Zwinnie, acz nieśpiesznie lawirowała w tłumie, nawet na sekundę nie odrywając od niego spojrzenia. Zdawała się pilnować, że jest tam, gdzie powinien być. Jakby czuła się odpowiedzialna za jego pozycję.
A mimo to utrzymywała dystans, jaśniejąc coraz mocniej z dnia na dzień, jakby ta radosna atmosfera panująca pod skocznią dodawała jej sił. Obdzierała ją z jej eteryczności, nadając kształt, kolor i głębię. Sprawiając, że przestawał myśleć o niej jak o śnie, czy marzeniu.
Była tu. Rzeczywista jak śnieg zbierający się na jego czapce, jak chłód metalowych wiązań pod jego dłonią, jak tysiące kibiców skandujących jego imię, kiedy wybijał się z progu skoczni, lecąc po kolejne zwycięstwo.
Rzeczywista, a jednak w jakiś sposób nierealna.

***

Czy popadł w rutynę? Po tylu zwycięstwach, każde następne mogłoby się zdawać mdłe i bezwartościowe. Ale każde było na swój sposób wyjątkowe. Każde oznaczało wąski uśmiech na jej twarzy, zmrużone oczy, a w nich ten charakterystyczny błysk.
Każde zbliżało go do celu, którym była.
A mimo to, udało jej się go zaskoczyć, kiedy tak po prostu podeszła do niego, ignorując jakiegoś faceta, wręczającego mu ogromny bukiet kwiatów i mamroczącego coś po niemiecku. Podeszła do niego, patrząc mu jak zwykle prosto w oczy i powiedziała tylko jedno słowo:
- Dziś.
A potem odwróciła się i po swojemu zniknęła.

***

Musiała na niego długo czekać. Wywiady z z kilkunastoma serwisami sportowymi, przydługa i nudna konferencja prasowa, setki rozdanych autografów i zdjęć z kibicami, dziesiątki odebranych gratulacji. Już od dawna był rozpoznawalny, ale ten konkurs okazał się apogeum tego szaleństwa. Stał się kimś. Kimś wielkim, kimś wielbionym, kimś… sławnym.
Nie zastanawiał się, gdzie jej szukać, wiedział, że sama go znajdzie, jeśli tylko tego zapragnie. Dlatego niemalże nie zdziwił się, kiedy dostrzegł ją po zapaleniu światła w swoim hotelowym pokoju.
Pokoju, który zaledwie przed minutą otworzył kluczem.
Siedziała na jego łóżku, z nogą założoną na nogę, bosa i uśmiechnięta. Nie dostrzegł ani butów, ani wierzchniego okrycia, jakby pojawiła się tam znikąd.
Nie pytał, nie dziwił się. Po prostu odwiesił kurtkę i zachęcony jej ponaglającym gestem podszedł bliżej. A ona pociągnęła go za sobą na łóżko.
- Poczekaj, co…? - wymamrotał, oszołomiony jej zapachem, jej ciepłem, jej obecnością.
Oszołomiony nią.
Emanowała jakąś dziwną energią, jej pocałunki zostawiały piekące ślady na jego twarzy, jej ciężki oddech zdawał się osadzać na jego nagiej skórze.
Ciało przy ciele. Skóra przy skórze. Dusza przy duszy.
Zniknęła materia, zniknął czas i otaczająca ich rzeczywistość. Zostali sami w niemożliwej do umiejscowienia przestrzeni.
- Już nigdy o mnie nie zapomnisz – szepnęła mu do ucha. - Już zawsze będziesz mnie pragnął.
Odsunęła się od niego. I choć była tuż na wyciągnięcie ręki, poczuł się nagle samotny i opuszczony, nie mógł znieść myśli, że coś mogłoby ich rozdzielić. Nawet jeśli byłby to metr pustego pokoju.
- Widzisz? - zmrużyła drapieżnie oczy, przysuwając swoją twarz do jego. - Beze mnie jesteś niczym.
- Kim jesteś?- wydusił z siebie, usidlony jej spojrzeniem, zapachem i samą obecnością.
Zaśmiała się gardłowo nim odpowiedziała, kreśląc nieśpiesznie palcem tylko sobie znane wzory na jego nagiej piersi.
- Różnie mnie nazywają: kapryśną przyjaciółką, muzą, celem, zgubą, marzeniem, osiągnięciem, przekleństwem, łaską… Ale na początku, zawsze obdarzają mnie jednym imieniem. Tym, które chyba najbliższe jest prawdy.
Wstała i uśmiechnęła się kącikiem ust. Okryta jedynie światłem księżyca wpadającym przez okno znowu, wyglądała tak nierzeczywiście, jakby właśnie wypadła z jakiejś baśni.
- Być może stanę się twoim przekleństwem, a być może nie. Dziś jednak jestem dla ciebie po prostu Sławą.
Zamrugał zaskoczony jej wyznaniem.
I nagle znowu stał na środku oświetlonego jasno pokoju z kluczami w dłoni i kurtką przewieszoną przez łokieć.
Po niej, jak zwykle, nie było nawet śladu.

***

Przychodziła do niego regularnie. Co weekend towarzyszyła mu na podium, uśmiechnięta, i rozpromieniona, pławiła się w blasku jego chwały. Czasem miał wrażenie, że czerpie siły z energii dopingujących go kibiców. Co weekend też miał coraz mniej czasu dla siebie. Kibice pochłaniali go niemal całości. Sport sam w sobie stał się jedynie małym wycinkiem jego kariery. Musiał nie tylko skakać, ale też pamiętać o sponsorach, reklamach, fanach, kibicach, umowach, akcjach charytatywnych…
- Zatrudnij menadżera – powiedziała pewnej nocy, idealnie wpasowana w jego ciało.
Była przy nim każdej nocy, czasem po prostu siadała koło jego łóżka i obserwowała go bez słowa. Czasem kładła się obok niego, z głową ułożoną na jego piersi i wsłuchiwała się w bicie jego serca. A czasem przenosiła go w zupełnie inny, metafizyczny wymiar.
- Zatrudnij menadżera, on się wszystkim zajmie – powtórzyła, a on kiwnął głową potakująco.
Bo czyż można było jej odmówić?

***

Każdy kolejny sezon niósł za sobą następne wygrane, następne trofea. I choć zdarzały mu się lepsze i gorsze momenty, zdecydowanie więcej było tych lepszych. Może dlatego, że nie chciał jej rozdrażnić. Nie bez powodu nazywano ją „kapryśną”. Gdy tylko coś nie szło po jej myśli, potrafiła znikać na całe tygodnie. Nawet gdy powracał na szczyt, potrafiła trzymać go na dystans przez długie dni, ledwie dając się zauważyć w tłumie.
A on zawsze robił wszystko, by do niego wróciła.
Była jak narkotyk, nie potrafił bez niej funkcjonować. Te okresy, kiedy trzymała się z dala były dla niego pasmem niekończących się treningów, doskonalenia techniki, byleby tylko nie myśleć o jej nieobecności, a zarazem był to środek do osiągnięcia celu – jej powrotu.
Był tak skupiony na niej, na sobie i swoich sukcesach oraz tych nielicznych porażkach, że nie zauważył jak bardzo oddala się od prawdziwego życia. Funkcjonował na granicy realnego świata, tylko buty mocno wpięte w wiązania trzymały go w ryzach rzeczywistości. Żył ułudą, pragnieniem spełnienia jej oczekiwań, a reszta się nie liczyła.
- Po co ci oni? - szeptała mu do ucha zmysłowo, drażniąc jego skórę gorącym oddechem, drażniąc go swym dotykiem. - Masz mnie.
Czasem zastanawiał się czy jest z nim ze względu na jego popularność wśród kibiców, czy też może jest popularny ze względu na jej obecność. Jedno było pewne – te dwie sprawy były ze sobą powiązane.

***

- Nie.
- Co powiedziałeś? - zapytała niskim głosem, mrużąc mocno oczy.
- Nie – powtórzył. - Jestem zmęczony tym wszystkim.
Klika konkursów dzień, po dniu. Nie wiedział, jak dawał sobie z tym radę w poprzednich latach, ale ostatnio wszystko go męczyło. Miał dość kibiców, miał dość dziennikarzy, konferencji, pytań, nagród, konkursów, rywali.
Nawet skoków miał dość.
- Mam dość, rozumiesz? – powtórzył, bo nadal milczała z wydętymi ustami i rękami zaplecionymi na piersi.
- Mnie też masz dość? - zapytała groźnym szeptem.
Chwilę mierzyli się wzrokiem. Przez moment chciał skłamać, chciał ja udobruchać, chciał by było jak wcześniej.
Ale nie było. Zacisnął więc zęby i odpowiedział krótko:
- Tak.
Nim przebrzmiało echo tego słowa, jej już nie było.

***

Wiedział, że odmowa jej się nie spodoba. Wiedział, że być może jej już więcej nie zobaczy.
A mimo to momentami dostrzegał ją w tłumie. Ignorowała go, nawet nie spojrzała w jego kierunku, jednak wiedział, że tam jest. Jest i czeka, aż się złamie, aż przyjdzie błagać ją o wybaczenie.
On jednak nie miał takiego zamiaru. Podjął już decyzję.
Dlatego, kiedy tego dnia zszedł z podium, odszukał swojego menadżera i powiedział mu:
- Skończyłem z tym.
I pozostało mu przygotować przemówienie na konferencję prasową kończącą jego sportową karierę.

***

Minęło trzynaście miesięcy odkąd ogłosił swoją decyzję. Przez te trzynaście miesięcy odpoczął, odciął się od tego wszystkiego, zaszył na drugim końcu świata.
A potem zaczął tęsknić. Najpierw za skokami, bo nic nie było w stanie zastąpić tego zastrzyku adrenaliny, kiedy sunął wzdłuż rozbiegu, kiedy wybijał się z progu; szumu wiatru w uszach, drobinek lodu na policzkach, chłodu bijącego od śniegu podczas lądowania; rozgrzanych, naprężonych z wysiłku mięśni.
Potem zatęsknił za kolegami z drużyny. Mimo iż odciął się od nich w pewnym momencie, tworzyli zgrany zespół, razem sięgali po najwyższe laury, wspierali w trudnych chwilach. Brakowało mu tej atmosfery panującej na skoczni, bo mimo rywalizacji, zawsze mógł liczyć na dobre słowo ze strony swoich rywali.
Skoki zawsze były sportem, w którym zawodnicy zachowywali się wobec siebie w porządku.
W pewnym momencie zaczął nawet tęsknić za kibicami i całym tym medialnym szumem, który przecież był głównym powodem jego odejścia. Tuż obok tak zwanego "wypalenia", bo przecież wygrał niemal wszystko, co było do wygrania.
Lecz dotąd nie pomyślał, żeby zacząć wygrywać dla siebie.
I, choć bardzo nie chciał się do tego przyznać nawet przed samym sobą, za nią również tęsknił.
Cały czas. I to od momentu, w którym zniknęła.
"Już nigdy o mnie nie zapomnisz. Już zawsze będziesz mnie pragnął" - powiedziała mu.
Nie mógł o niej zapomnieć. Nie umiał przestać jej pragnąć. Udawał przed sobą, że wcale tak nie jest, ale to wcale nie było proste. Zwłaszcza, że czasami, podczas bezsennych nocy, kiedy przewracał się z boku na bok, nie mogąc znaleźć wygodnej pozycji, czasami zdawało mi się, że słyszy jej cichy szept. Tak cichy, że gubił się w szumie wiatru za oknem, gubił się pomiędzy skrzypnięciami podłogi, tykaniem zegara i buczeniem lodówki.
A jednak...
"Jeszcze do mnie wrócisz"

***

Pojawił się na skoczni po raz pierwszy od pięciu lat. W roli obserwatora oczywiście, wręcz kibica. Dziwnie było stać po drugiej stronie barierek, potrącany prze fanów, zupełnie nieświadomych jego tożsamości.
Zmienił się przez ten czas. Nie był już wychudzonym do granic przyzwoitości facecikiem, owiniętym stale cienką gąbką, głową opatulona kaskiem, twarzą zasłoniętą w połowie goglami i nartami na ramieniu. Był wysportowanym, ale zdrowo odżywionym facetem w szarym płaszczu i grubej, wełnianej czapce. Szybko można przywyknąć do wysokich, tropikalnych temperatur...
Czuł się zupełnie anonimowy, tym bardziej odczuł kłującą go w sercu tęsknotę. Ponownie - za skokami, za kolegami, za kibicami i...
I przede wszystkim za nią.

***

Trybuny tętniące muzyką. Morze flag falujących w jej rytm.
Głos spikera.
Uniesiona ręka z chorągiewką. Zielone światło.
Szum nart sunących po torach. Odbicie. Wypracowana sylwetka.
Doping kibiców, docierający jakby zza mgły. Wzrok wbity daleko, gdzieś na linii HS.
Lądowanie. Aplauz kibiców.
Głos spikera podający odległość. Dłoń uniesiona w geście triumfu.
Wygrana.

***

Zrezygnował z tego wszystkiego, odciął się od tego świata, jednak nie było dnia, kiedy nie zastanawiałby się, czy postąpił słusznie. Może trzeba było połknąć gorzką pigułkę, raz jeszcze przyznać jej rację, robić to, co do niego należało. Skakać. Wygrywać. Trwać na szczycie. Triumfować.
By ona mogła pławić się w jego blasku i spijać całą śmietankę. Popychała go coraz dalej i dalej, aż nie pozostało mu nic z radości skakania, aż został maszyną do wygrywania, raz za razem.
Stał na opustoszałych trybunach i wpatrywał się pustym wzrokiem w szczyt wzgórza, tam gdzie powinna znajdować się belka, którą jednak ciężko było dostrzec w zapadających ciemnościach. Stał, czując wzbierającą w sercu tęsknotę. Czując jak jego serce bije coraz szybciej, dokładnie tak, jak zwykło to czynić przed konkursem, by tuż przed skokiem powrócić do normalnego, powolnego rytmu.
Gdyby nie jej jasna sukienka, nie dostrzegłby jej, przechadzającą się powoli po zeskoku. Zmartwiał, obserwując jej delikatne, niemal taneczne ruchy, po czym bez wahania przesadził barierkę jednym susem i ostrożnie podszedł do niej. Idąc po skrzypiącym śniegu zwolnił jeszcze bardziej, nie chcąc jej spłoszyć.
Z bliska dostrzegł, jak blada się stała. Z pełnej energii, barwnej dziewczyny, stała się cieniem samej siebie. Był bliski stwierdzenia, że stała się tak eteryczna, że niemalże przeźroczysta. Jakby rozpaczliwie próbowała uczepić się tej rzeczywistości.
Zdawała się go nie zauważać, mimo iż była na wyciągnięcie ręki, jakby tkwiła w swoim własnym świecie. Wahał się. Zawołać ją? Odejść?
Chrząknął.
Przystanęła, przekrzywiając głowę z zaciekawieniem, jakby zastanawiała się co to za dźwięk, jednak nie obróciła się w jego stronę.
- Sława...? - zaryzykował i zawołał ją cicho po imieniu. Tym imieniem, którym mu się przedstawiła dawno, dawno temu.
Zamarła, po czym odwróciła się powoli, bardzo powoli.
Podniosła na niego swoje spojrzenie i...
Rozejrzał się. Zeskok był pusty.

***

To miejsce przyciągało go jak magnes. Od tamtego konkursu, dzień w dzień przychodził pod skocznię, wpatrywał się kilka minut w pusty zeskok i wracał do domu. Czasem trafił mu się jakiś trening, śledził więc dwa, może trzy skoki, nim obracał się na pięcie i odchodził, nie mogąc dłużej znieść tej destrukcyjnej tęsknoty.
Nawet nie zauważył, że stopniowo zmieniał swoją dietę, zmieniał zestaw codziennych ćwiczeń. Nie zauważył, że jego spojrzenie coraz częściej spoczywało na drzwiach do piwnicy, gdzie od pięciu lat kurzyły się jego narty i reszta sprzętu. Że wieczorami przetaczał między palcami klucz do nich.
Że częściej niż wcześniej, przeglądał swoje dotychczasowe trofea ze smutnym uśmiechem na ustach.
Wystarczyło wykonać jeden telefon. Tylko jeden, nic więcej.
Jeden telefon, by jej ulec.

***

- Wracasz?
Głos jego byłego menadżera był pełen niedowierzania. Kto by mu się zresztą dziwił?
- Nie, raczej nie. Nie wiem. Może - odparł chaotycznie.
- Powiedziałeś mi przed chwilą, że chcesz wrócić do treningów i skoczyć na przebudowanym mamucie. Czy jest w jakiś język, w którym nie oznacza to powrotu?
- To tylko jeden skok, góra dwa - bronił się.
- To kilka miesięcy treningu, setki oddanych skoków, nim ktokolwiek wpuści cię na belkę tego kolosa. Nie ma próbowania, stary. Albo wracasz na stałe, albo nie mamy o czym rozmawiać - głos menadżera był twardy, ale rzeczowy.
- Oddzwonię - rzucił krótko do słuchawki i rozłączył się.
Nie chciał wracać, nie zniósłby tego wszystkiego po raz kolejny. Zresztą, wątpił, by był w stanie ponownie stanąć na szczycie po takiej przerwie. Nawet dla niej.
A jeżeli nie miał być najlepszy, to po co miał wracać?
Owszem tęsknił za sławą. I za tą spersonifikowaną i za tym zwykłym zainteresowaniem kibiców. Zresztą, kto wie? Może tak naprawdę były jednym? To jednak nie był jeszcze powód, by wrócić tak do końca.
Mimo to...
Mimo to, zdecydował się zaryzykować.

***

Wiedział, że nie powinien tego robić. Jego ciało nie było przygotowane na takie obciążenia, nawet skok na normalnej skoczni groził mu w tej chwili kontuzją. Brakowało mu fizycznego przygotowania, brakowało podstawowego treningu.
Czy w ogóle pamiętał jak się zakłada narty? W którym momencie powinien się odbić? Czy to jak jazda na rowerze, której się przecież nie zapomina?
Nie było to rozsądne, nie było to nawet bezpieczne.
A mimo to, postanowił to zrobić.
By coś sobie udowodnić? By na dobre pożegnać się z tym sportem?
Czy może po to, by jednak do niego wrócić? By znów znaleźć się w blasku reflektorów, by ponownie stać się dla niej kimś, kogo mogłaby obdarzyć swoim zainteresowaniem. By znów patrzyła na niego, stojąc u stóp podium, z tym zagadkowym uśmiechem tańczącym na ustach.
Wziął głęboki oddech i dopiął zamek kombinezonu. Schylił się, by ułożyć narty na stopniach, a kiedy uniósł głowę, ona już tam była.
Siedziała jak gdyby nigdy nic na końcu belki, zostawiając mu miejsce ponad torami. Siedziała w tej śmiesznie letniej sukience, siedziała bosa, siedziała tak samo eteryczna i nierzeczywista jak ostatnio. A jednak, bez wątpienia prawdziwa.
Uśmiechnęła się do niego i poklepała miejsce obok siebie. Dopiął szybko narty, machinalnie sprawdzając wiązania i dołączył do niej.
- Wygrałam - powiedziała.
- Nie powiedziałem jeszcze, że wrócę - odparł.
- Nie wrócisz - odpowiedziała krótko.
Nie pytał, nie chciał wiedzieć, skąd czerpała tę wiedzę. Wolał, by pozostała dla niego zagadką.
- Zostaniesz ze mną? - zapytał jeszcze, mocniej zaciskając palce na belce.
- Już nigdy cię nie opuszczę - pocałowała go delikatnie w policzek i uśmiechnęła się zachęcająco. - Czekam na dole.
Czuł ciepło w sercu, mimo iż nie było jej już przy nim. Próbował wypatrzeć ją na arenie skoczni, jednak nie potrafił. Wiedział jednak, że tam jest, że będzie przy nim podczas skoku.
Zawsze była przy nim, tak naprawdę. Stała się nieodzownym fragmentem jego historii.
Już na zawsze.
Wziął jeszcze jeden głęboki oddech i odepchnął się od belki.

***

Ten wypadek odbił się głośnym echem nie tylko w sportowym świecie. Mówiono o niesubordynacji, wszedł przecież na teren skoczni bez niczyjej wiedzy. Mówiono o braku rozsądku, bo przecież był zupełnie nieprzygotowany do tego nielegalnego skoku na mamuciej skoczni. Mówiono nawet o próbie samobójczej sfrustrowanego zawodnika, który nie mógł znieść, że przestał obracać się w blasku reflektorów. Szybko zdementowano te plotki, niesmak jednak pozostał.
Faktem jednak było, że przez długie miesiące był na ustach wszystkich ludzi związanych z tym sportem. Długo debatowano, czemu posunął się do tak nierozważnego kroku. Bez wątpienia zapytanoby go o jego motywację, on jednak nigdy nie obudził się ze śpiączki.
Ale, gdyby miał szansę przemówić, odpowiedź byłaby jedna.
Sława.
__________
Albo wyszło mi coś fajnego, albo wręcz przeciwnie. Pozostawiam to do oceny Wam.
Dla ciekawych - pomysł powstał, kiedy o godzinie 6:45 próbowałam się doprowadzić do porządku w łazience przed wyjazdem na zajęcia. No i pojawiło się takie coś.
Fanfick nietypowy, bo nie opowiada o konkretnym bohaterze, choć mam wrażenie, że przewinęło się tu kilka motywów, które mogłyby sugerować poszczególne osoby. Nie ukrywam, że nie pisało się go łatwo.
A przy pisaniu towarzyszył mi Kuba Jurzyk, mimo iż tekstem ta piosenka nijak nie pasuje. Ale pisało się przy tym dobrze, polecam!
Tyle ode mnie :*

sobota, 1 października 2016

Lwia księżniczka

Kiona płonie. Nie ostanie się ani jedno miasto, ani jeden dom. Pożoga ogarnęła cały kraj. Gdzie nie spojrzeć ogień, popiół albo dym. I śmierć. Mnóstwo śmierci.
Lecz ogień gdzieś musi się kończyć. I kończy się. Tuż przy granicy z państwem Arrand.
Tam też biegnie kobieta. Zostawia za sobą swoją przeszłość, a przed sobą nie ma przyszłości. Liczy się tylko chwila obecna. Przeżyć. Uratować siebie i dziecko.
Kobieta pada na ziemię. Nie ma już sił. Nie ma już nic. Tylko siebie. I dziecko, które wkrótce się narodzi. Naprawdę niedługo.
Skurcze. Nie, jeszcze nie teraz. Nie tutaj, nie w tym momencie. Poczekaj, dziecino... Są w lesie, nie ma tu nikogo. Tylko dzikie zwierzęta, krążące w poszukiwaniu łatwego łupu. Za nimi ogień, przed nimi Arrand. Niewola. Albo śmierć.
Poczekaj. Jeszcze nie teraz.
Kobieta zwija się z bólu. Nie może tego powstrzymać. Musi urodzić. Ale czemu teraz? Dookoła krążą zwierzęta. Czują krew. Wilki? Rysie? Nie. Hieny. I leśne lwy.
Nie ma siły. Ale zdobywa się na ostateczny wysiłek, by wydać na świat dziecko. Zwierzęta są coraz bliżej.
Nagle wśród leśnych odgłosów rozlega się płacz noworodka. Płacz noworodka i ryk lwa. Inne zwierzęta czmychają w noc.
Kobieta czuje jak opuszczają ją siły. Umiera. Jak przez mgłę dostrzega młodą lwicę podchodzącą do jej dziecka. Chce krzyknąć, ale nie ma siły.
A potem już tylko ciemność.

20 LAT PÓŹNIEJ

- Co pana do nas sprowadza?
- A co może mnie sprowadzać do Gildii Zabójców, Snelf?
Gospodarz uśmiechnął się pod nosem.
- Wina?
- Poproszę.
Skinięcie. Służący napełnił dwa kieliszki szkarłatnym płynem. W pomieszczeniu zapadła cisza.
- Interesuje mnie - zagaił Snelf, gdy służący zniknął - sposób w jaki się pan tu dostał, panie...?
- Moje imię nie jest istotne - gość pociągnął łyk ze swego kieliszka. - Dobre wino. Rocznik '67, prawda?
- Zgadza się. Widzę, że zna się pan na winach...
- Możesz mi mówić Farend, Snelf. To nie jest moje prawdziwe imię, jak się domyślasz...
- To oczywiste. Czy możemy przejść do sedna sprawy?
Farend nie odpowiedział. Pił w zamyśleniu wino i przyglądał się regałom pełnym książek.
- Nie wiedziałem, że twoi ludzie są tak oczytani.
- Nie oni - sprostował Snelf. - Ja.
- Potrzebuję twojego najlepszego zabójcy. Cena nie gra roli.
- Wszyscy są najlepsi - wyszczerzył się Snelf. - To Gildia Zabójców. Nie przyjmujemy byle kogo.
- Chcę najlepszego z najlepszych, Snelf - w głosie Farenda pojawiły się groźne nuty. - Rozumiesz? Najlepszy.
Snelf przełknął ślinę. Jak na administratora Gildii Zabójców był dość strachliwym człowiekiem. On sam nie zabijał, inni czynili to za niego. Ale nieustanna obecność kilkunastu ludzi zdolnych zabić w kilka sekund na tysiąc różnych sposobów, bywała przynajmniej niepokojąca.
- Dobrze. Przyjdź jutro.

***

Następnego dnia rozsiadł się jak u siebie. Skinął na stojącą koło biurka Snelfa dziewczynę:
- Daj wina. Najlepiej tego co wczoraj.
Ani drgnęła.
Snelf przyszedł po chwili.
- Wybacz moje spóźnienie. Mieliśmy mały kłopot z... jednym z klientów.
- Gdzie on jest?
- Klient? - zdziwił się Snelf.
- Nie - wycedził Farend. - Mój zabójca.
Gospodarz uśmiechnął się promiennie.
- Tutaj, przecież stoi - wskazał dziewczynę.
Farend rzucił jej szybkie spojrzenie. Wysoka i smukła, rude włosy związane w węzeł na czubku głowy, chłodne spojrzenie bladoniebieskich oczu. Nie mogła mieć więcej niż dwadzieścia lat.
- Ona? Nie wygląda na zabójcę.
- Jest najlepsza - stwierdził chłodno Snelf. - Nie kręć nosem, Farend. Nie mam w zwyczaju oszukiwać klientów.
Farend podszedł do dziewczyny. Wokół niej unosił się ciężkawy zapach perfum.
- Co potrafisz?
- Nie trudź się, Farend. Ona ledwo rozumie po naszemu. Piętnaście lat temu znalazłem ją na rynku. Łapała gołębie gołymi rękami i jadła na surowo. Jak ją zapytałem o imię, to zawarczała jak hiena.
- Zostaw nas samych, Snelf.
Gospodarz pomamrotał coś pod nosem, ale posłusznie wyszedł.
- Jak masz na imię?
- To nieistotne - miała ładny, nieco chropowaty głos, jakby rzadko z niego korzystała.
- Więc co potrafisz? Ilu ludzi zabiłaś?
- W tym miesiącu, czy w poprzednim?
- W tym.
- Trzynastu.
Farend zamyślił się. Dziewczyna mierzyła go przeszywającym spojrzeniem bladoniebieskich oczu. Wzdrygnął się i przeczesał palcami krótkie blond włosy.
- Zrozumiałaś każde słowo z naszej rozmowy, prawda?
- Kogo mam zabić?
Roześmiał się, odchylając głowę do tyłu. Gdy znów na nią spojrzał, zauważył, że przygląda mu się z uwagą. Jakby zastanawiała się, jak szybko zdoła poderżnąć mu gardło.
Mimowolnie chwycił się za szyję. Na twarzy dziewczyny pojawiło się coś na kształt uśmiechu.
- Umiesz czytać? - zapytał, sięgając za pazuchę.
Skinęła głową. Podał jej kawałek pergaminu zapisany kilkoma słowami.
- Jutro wieczorem ten człowiek ma nie żyć. Przyjdę po zachodzie.
Odwrócił się i wyszedł.

***

- No, dalej Loren! Zaśpiewaj coś jeszcze!
Niski, czarnowłosy człowiek pokręcił głową.
- Przykro mi, chłopcy, muszę iść do domu. Żona i dzieci czekają...
- Jeszcze jedna piosenka, nie daj się prosić...
- Nie, naprawdę... Jutro też jest dzień. Przygotuję coś specjalnego, tylko dla was. Idę. Spotkamy się jutro.
- Bywaj, Loren!
- Bywajcie, chłopaki!
Mężczyzna zarzucił zawadiacko na szyję szalik i wyszedł z gospody. Szedł powoli ciemną uliczką, nucąc pod nosem jedną ze swych licznych piosenek. Nagle spod ściany oderwał się jakiś zakapturzony cień.
- Poeta Loren? - zapytał damskim głosem.
- Tak, to ja. Czy coś się stało?
W ciemności błysnął nóż. Loren nawet nie jęknął. Postać w kapturze ułożyła go wzdłuż muru domu i wolnym krokiem odeszła w noc.

***

- Jak się miewa nasz poeta?
Farend rozsiadł się wygodnie na fotelu i sięgnął po karafkę.
- Nie żyje.
- Jakiś dowód? - uniósł brwi, zerkając na dziewczynę przez szkło.
- Dowód leży w przykościelnej kostnicy z raną ciętą pomiędzy piątym a szóstym żebrem.
Roześmiał się cicho.
- Masz ciekawe poczucie humoru... Wina?
Pokręciła głową.
- Chciałbym z tobą porozmawiać.
- Nie mam rozmawiać. Mam zabijać.
- Spokojnie, na to przyjdzie pora. Mam jeszcze kilku gagatków, którzy muszą szybko zakończyć swój marny żywot. Proszę wyjaw mi swoje imię. Wynajęcie cię tyle mnie kosztuje, że jesteś mi to winna.
Farend mówił, nie spuszczając z niej wzroku. Zauważył, że dziewczyna prawie wcale nie mruga, a jej wzrok nieustannie wędruje po jego ciele. Od stóp obutych w lśniące trzewiki, aż po czubek jego jasnej głowy.
- Elva. Na imię mam Elva.
- Ładnie. Zatem, Elvo... Nie jesteś stąd, prawda?
- Nie wiem, skąd jestem.
- Doskonale. Oto twoje następne zadanie. Przyjdę jutro o północy.
Rozwinęła pergamin. Gdy uniosła wzrok, mężczyzny już nie było.

***

Obrady Rady Miejskiej dobiegły końca. Borgen, wyszedłszy przed ratusz, odetchnął wieczornym powietrzem.
- Do zobaczenia, Borgen!
- Do zobaczenia, Svils! Pozdrów żonę!
- Nie zapomnę.
Borgen zatrzymał się przy grupie dyskutujących radnych. Dzisiejsze głosowanie było bardzo kontrowersyjne.
- Amerby, idziesz do domu? - zapytał.
- Nie, Borgen, wstąpię jeszcze do oberży. Musimy oblać nasz triumf!
- Wasz triumf się na was zemści - mruknął ktoś gniewnie. - Cudzoziemscy kupcy w życiu nie zgodzą się na wyższe podatki.
Borgen skinął głową Amerby'emu i ruszył do domu, rozmyślając nad tym, co kucharka zaproponuje mu na kolację. Nie zauważył, że nogi same niosą go w kierunku ulicy, na której urzędowały kurtyzany.
"W sumie... czemu nie?"
Kobiety opierały się o brudne mury w wyszukanych pozach. Ostry makijaż maskował wątpliwe wdzięki. Borgen usiłował wybrać coś dla siebie. Nagle ją zobaczył. Stała w połowie uliczki, nieopodal bramy. Było w niej coś niebezpiecznego. Takie lubił najbardziej.
- Ile bierzesz? - zapytał.
- Więcej niż myślisz.
Uśmiechnął się lubieżnie, chwycił ją za rękę i pociągnął w cień bramy.
Pięć minut później kobieta wyszła. Sama.

***

Gdy przyszedł, siedziała już przy biurku.
- Gdzie Snelf?
- Wyszedł w interesach.
- A co słychać u naszego radcy miejskiego?
Skrzywiła się.
- Martwa cisza.
Roześmiał się. Pamiętał jednak, by nie odchylać głowy do tyłu.
- Podobasz mi się. Na pewno się nie napijesz?
- Nie.
- Nie wiesz co tracisz. Zatem Snelf przestał nas kontrolować?
- Nie - odparła. - Ufa mi. Wie, że mogę cię zabić jednym ruchem. A w mieście ma szpiegów, którzy mówią mu kogo zabijam.
Farend pociągnął długi łyk ze swojego kieliszka.
- Wiesz kim jestem? - zapytał.
- Nie.
- A wiesz co łączy ludzi, których zabijasz?
Skinęła głową.
- Są obcy. Nie stąd. Nie z Arrand.
- Właśnie. Ten też nie jest z Arrand - podał jej mały karteluszek. - Masz trzy dni.

***

Elva potrząsnęła wściekle rudą czupryną. Cel nigdy nie był sam. Zawsze miał przynajmniej dwie albo trzy osoby obstawy. Minęły już dwa dni. Dziś musiała go zabić.
Zsunęła się cicho z dachu i wylądowała miękko na zgiętych nogach. Nie miała czasu. Lepszej okazji nie będzie.
Podbiegła do tylnych drzwi i podciągnęła się do góry. Stanęła na daszku nad wejściem. Stare dachówki zatrzeszczały złowieszczo, ale nie pękły. Chwilę męczyła się z klamką małego okienka. W końcu ustąpiła. Elva wsunęła się do środka.
Dom pogrążony był w ciszy. Na piętrze słychać było ciche chrapanie. Weszła po schodach na górę i przyczaiła się za rogiem. Pod drzwiami do sypialni stało dwóch służących. Jeden z nich przysypiał.
Elva sięgnęła do cholewy buta i wyciągnęła dwa krótkie noże. Chwilę później ostrza zawirowały w powietrzu i utkwiły w szyjach służących. Osunęli się z cichym jękiem na podłogę.
Podeszła do nich szybko i ściągnęła z jednego ubranie. Było nieco za duże. Wsunęła się cicho do sypialni.
Na łóżku spał hrabia we własnej osobie. Chrapał tak głośno, że poruszały się kotary wokół jego posłania. Podeszła do łoża, wyciągając zza pasa swój sztylet.
Nagle czyjaś dłoń zatkała jej usta, a na boku poczuła ukucie noża.
- Nie ruszaj się.
Znała ten głos.
Napastnik przycisnął ją do ściany, nóż przesunął się po żebrach szukając szpary między piątym a szóstym. Pewne cięcie. Prosto w serce.
- Dałaś się podejść jak dziecko, Elvo. Nie spodziewałaś się nikogo, prawda?
- Nie ciebie - udało jej się mruknąć, bo poluzował uścisk.
- Cóż, Gildia będzie musiała pogodzić się ze startą jednego ze swoich najlepszych zabójców.
- Owszem - odparła, napinając mięśnie ramienia. - Ale to nie będę ja!
Nikt nie wiedział, co stało się potem. W każdym razie, kilka sekund później Elva i jej napastnik zamienili się miejscami.
- Jak to zrobiłaś? - wycharczał. Miał rozciętą wargę, krztusił się krwią.
- A więc to jest twoja tajna operacja, Falvio... Obrona hrabiego. Masz jednak pecha, mój drogi. Mnie zapłacono za to, by hrabia zginął.
- Nie rób tego - jęknął. - Czy wiesz, dla kogo pracujesz?
- Dla Gildii - odparła, unosząc sztylet. - Wybacz mi, Falvio. Muszę to zrobić.
Pewne cięcie. Prosto w serce.
Elva podeszła do łóżka i obróciła chrapiącego mężczyznę. Wyglądał inaczej niż większość mieszkańców Arrand. Wszyscy Arrandczycy mieli ciemną karnację. Hrabia był blondynem, a jego cera była jaśniejsza.
"Zabijam cudzoziemców. Sama jestem cudzoziemką"
Uniosła ramię ze sztyletem. Hrabia otworzył oczy.
- STRAŻ!!!
Ramię opadło.

***

Zatrzymała się daleko za bramą miejską. Zgubiła pogoń, ale wrócić do miasta nie mogła. W tym mieście nie miała już przyszłości. Zbyt wielu ludzi ją widziało.
Oparła głowę o chropowatą korę drzewa i uspokoiła oddech.
"Czemu czuję się oszukana?"
Flavio bronił hrabiego. A Snelf nie przyjmował zleceń, które kolidowały z innymi. Pytanie, czy administrator wiedział kogo ma zabić Elva. Albo czy wiedział o zadaniu Flavia.
"Wiedział. To Farend nie był lustrowany"
Ale czemu?
Usiadła pod drzewem i zaczęła czyścić broń. W budynku Gildii został jej miecz i łuk. Pozostały jej dwa krótkie noże do rzucania i sztylet.
"Muszę stąd odejść"
Rzuciła okiem na miasto. Nie żal jej było je opuszczać.
Podniosła się z ziemi, przypasała sztylet do pasa, a noże schowała do cholewy buta. Odwróciła się w kierunku drogi i o mało nie krzyknęła.
- Dokąd to, Elva? - zapytał Farend, wyłaniając się z cienia.
- Do najbliższego miasta, gdzie szukają najemnego zabójcy.
- Nie skończyłaś zlecenia.
- Zabiłam hrabiego. Zabiłam też kolegę po fachu, który miał go bronić. Wiedziałeś o tym, prawda?
- Wiedziałem - potwierdził. - Jest w tym mieście jeszcze kilku Kiończyków, których należy ubić. Słyszałaś o rzezi Kiony, prawda?
- Nie. Nie muszę wiedzieć. Mam zabijać.
- Usiądź zatem, opowiem ci.
- Lat temu dwadzieścia - zaczął, gdy usiadła - spłonęła Kiona. Było to duże barbarzyńskie miasto na zachód od Arrand. Jego koniec nastąpił, gdy spłonęła stolica, oddalona zaledwie kilka kilometrów od granicy z naszym państwem. To my spaliliśmy Kionę. Lecz do Arrand przybyły takie niedobitki jak Loren, Borgen lub hrabia i zdobyli wysokie pozycje w mieście i państwie. Trzeba wytępić to plugastwo. Barbarzyński lud Kiony.
- Ty też jesteś Kiończykiem - zauważyła, wskazując na jego jasne włosy.
- I ty również. Wiedziałaś o tym?
- Nie. Czemu chcesz wytępić swoich rodaków?
- Bo pną się w górę kosztem innych. Nie ucywilizowali się wcale. Dalej są na wpół dzicy. Usiłują się wmieszać w tłum, ale nigdy im się to nie uda. Chcą szerzyć swoje barbarzyńskie poglądy, podburzają lud. To szpiedzy. Chcą się zemścić za to, co zrobiliśmy Kionie.
- Ty też jesteś Kiończykiem - powtórzyła.
- Urodziłem się tu, w Arrand. Matka była barbarzyńską kobietą. Wstydziłem się za nią. Ona była pierwszą osobą, którą zabiłem.
- Jak brzmi twoje prawdziwe imię, Farend?
- Nie mam imienia. Nigdy go nie miałem.
Elva wstała.
- Nie kłam. Masz imię.
- Mam. Serrin. Podoba ci się?
- Nie robi mi to różnicy. Co teraz zrobisz? Poszukasz innego zabójcy, czy pójdziesz zabijać w innym mieście?
Uśmiechnął się cierpko.
- Nie chcę innego zabójcy. Chcę ciebie. Nie pojadę do innego miasta. Potworowi trzeba ukręcić łeb. Jadę do Kiony. A ty ze mną.
Cofnął się, gdy sięgnęła po sztylet. W świetle księżyca, jasne tęczówki zlewały się białą gałką oczną. Dawało to upiorne wrażenie.
- Sama sobie jestem panem. Pojadę tam, gdzie zechcę.
- Pojedziesz do Kiony. Ze mną.
Pokręciła głową.
- Ja mam sztylet i dwa noże, a ty jesteś bez broni.
- Masz chyba jakieś zasady...?
- Tak, dwie. Pierwsza: upewnij się, że zabijasz odpowiednią osobę. Po co się męczyć dwa razy? Druga: jeśli zabijasz w obronie własnej, nie pytaj o nic.
- Przydałaby się jeszcze trzecia: nie atakuj bezbronnych - Farend oparł się plecami o drzewo. Nie był już tak pewny siebie.
Elva podeszła tak blisko, że stykali się piersiami.
- Nie ma trzeciej zasady. Jestem tylko ja i mój nóż.
Farend wstrzymał oddech i zamknął oczy. Gdy je otworzył, otaczała go ciemność.

***

- A więc, Serrin, mów, co cię tu sprowadza!
Serrin rozsiadł się wygodniej na barowym stołku i spojrzał po towarzyszach.
- Moi drodzy, wracam z Arrand...
- Ooo... To złe miasto. Cóżeś tam robił?
Gospoda w przygranicznym miasteczku nie miała zbyt wielu wygód, ale można tu było dobrze zjeść i popić. Serrin skwapliwie korzystał i z jednego, i z drugiego.
- Długa historia, bracie... Jak wiecie, w Arrand żyje jeszcze kilkunastu naszych, głównie w stolicy. Wielu z was myśli, że szukają oni tam sposobu, by zemścić się za wszystkie nasze krzywdy. Być może onegdaj tak było. Ale pieniądz jest pieniądz. Razem z Arrandczykami knują przeciw nam. Spiskują. Planują, jak doprowadzić do ostatecznego upadku Kiony.
- Ledwośmy się z gruzów podnieśli! Kiona nadal raczkuje! Toć z naszego państwa zostały jakieś nędzne resztki!
- Właśnie dlatego Arrandczycy chcą nas dobić, póki nie mamy sił się bronić.
- Zgroza!
- Hańba!
- Ale, ale... - przerwał Serrin. - Nie powiedziałem wam wszystkiego... Wiecie co robiłem w Arrand? - zniżył głos do szeptu. - Unicestwiałem tych podłych szpiegów. Tym rękami, osobiście zabiłem trzech: poetę, radcę miejskiego i hrabiego. Potem musiałem uciekać, bo padły na mnie podejrzenia.
- Szybko sobie przypisałeś moje osiągnięcia, Serrin - zadrwił nagle znajomy, chropowaty głos. Ostatnie słowo zostało wymówione z dużą dozą ironii.
- Co tu robisz, Elva?! Mówiłaś, że nie jedziesz do Kiony.
- Mówiłam, że jadę do najbliższego miasta, w którym szukają... takich jak ja. To było najbliżej.
W jej ręku mignął sztylet.
- A ty, Farend, czy Serrin, jak wolisz... Oszukałeś mnie. Miesiąc temu ta historia brzmiała inaczej.
Farend zezował na czubek ostrza wymierzony w jego gardło.
- To...
- Podwójny szpieg! Zdrajca! - warknęła.
W gospodzie wybuchnęło zamieszanie. Klienci rzucili się w kierunku Serrina, groźnie wymachując rękami. Niektórzy mieli w ręku noże.
- Łapać ich! Dziewczynę też! Kto wie, czy nie maczała w tym palców!
- Świetnie - sarknęła pod nosem Elva, gdy zostali otoczeni. - Po prostu super...
- Mogłaś nie nazywać mnie publicznie zdrajcą. To by wiele ułatwiło.
- Mogłeś mnie nie okłamać i nie przypisywać sobie moich osiągnięć... Teraz myśl!
- Czemu ja?
- Bo ja tu jestem od zabijania, a nie od myślenia!
- No, to rób co do ciebie należy!
Elva wyszarpnęła noże z buta i podała mu jeden.
- Jeśli go zgubisz, osobiście cię zabiję.
I zaczęła robić to, co do niej należało.

***

Strasznie bolała ją głowa. Wszystko ją bolało. Ale głowa najbardziej.
- Co się stało? - jęknęła.
- Gratuluję - usłyszała. - Udało ci się zabić trzech i kilku poharatać, zanim...
- Zanim co? - złapała się za głowę i próbowała skupić wzrok. Wszystko wirowało.
- Zanim walnęli cię czymś w głowę. Co potem, nie wiem, bo ze mną zrobili po chwili to samo.
Udało jej się skupić wzrok na twarzy Serrina. Wydawało jej się, że znajdują się w jakimś pudle.
- Gdzie jesteśmy?
- Na wozie. W skrzyni na wozie.
- To dlatego tak trzęsie. - mruknęła. - A dokąd nas wiozą?
- Na pustkowie - usłyszała przytłumiony głos z góry. - Tam wywozimy zdrajców i szpiegów.
- W okolicy grasuje grupa dzikich leśnych lwów - uzupełnił Serrin. - Porywają ludzi z miasta. Czasem karmi się je zdrajcami i przestępcami.
- ...takimi jak my - dokończyła Elva. - Świetnie. Skończę jako lwi obiad. Świetlana przyszłość, doprawdy. Może wyjaśnisz mi zatem, z łaski swojej, dlaczego tak się stanie? I pośpiesz się. Chcę to usłyszeć, będąc w jednym kawałku.
- Masz na myśli to, co się naprawdę wydarzyło? Co naprawdę robię?
- Tak. Poproszę prawdę. Jesteś Kiończykiem zabijającym zdrajców, czy Arrandczykiem zabijającym obcych?
- Ani to, ani to... - westchnął. - Prawda jest niesamowicie trywialna. Moja matka rzeczywiście była kiońską kobietą, a ja naprawdę urodziłem się w Arrand. Ten poeta, Loren, przywłaszczył sobie moje teksty. Ukradł mi je. Borgen miał zatwierdzić nazajutrz ustawę, która uniemożliwiłaby mi swobodny handel. Hrabia natomiast... Kiedyś, dawno temu, publicznie upokorzył moją matkę. Nie zabiłem jej. Kochałem ja bardzo mocno. Umarła niedługo potem ze wstydu, rozpaczy...
- Ci wszyscy ludzie byli cudzoziemcami. Kiończykami.
Serrin westchnął.
- Przypadek. Naprawdę. Nie mam nic, ani do obywateli Kiony, ani do Arrandczyków. Mam tylko bujną wyobraźnię. Spodobałaś mi się. Chciałem ci zaimponować, a nie być w twoich oczach tylko kolejnym łaknącym zemsty klientem Gildii.
- Nie udało ci się to. Tu też się chciałeś popisać?
- Tak. Moja wyobraźnia mnie zgubiła.
- I mnie przy okazji też - mruknęła Elva. Załomotała pięściami w strop. - Ej, tam na górze! Słyszałeś, co on powiedział?!
- Słyszałżem.
- Wypuści więc nas?!
- Nie.
Elva zaklęła pod nosem.
- Bujna wyobraźnia, psia kość, bujna wyobraźnia...

***

- Wysiadać!
Zmrużyli oczy oślepieni nagłą jasnością. Wóz zatrzymał się na polanie w lesie. Woźnica wyciągnął ich z wozu. Rozglądał się nerwowo, a na jego czole pojawił się pot.
- Nie rozwiążesz nas? - warknęła Elva.
Uśmiechnął się krzywo.
- Po co utrudniać zwierzakom zadanie?
Posadził ich pod drzewem i szybko wrócił do wozu.
- Nie będę wam życzyć powodzenia, bo to i tak mija się z celem - strzelił z bata i szybko się oddalił.
- Super - mruknęła Elva. - Po prostu świetnie... Możesz się do mnie podczołgać? - zwróciła się do Serrina.
- Spróbuję.
Gdy mężczyzna znalazł się dostatecznie blisko, powiedziała:
- A teraz słuchaj uważnie, bo powiem to tylko raz. Sięgnij ręką za mój dekolt i wyciągnij stamtąd krótki nóż. No, na co czekasz? Tylko nie napawaj się za długo tą chwilą. Zaraz zajdzie słońce, a lwy wychodzą na polowanie o zmierzchu.
Serrin nawet nie drgnął. Gapił się na nią, a na jego twarzy pojawiło się coś na kształt rumieńca. Elva zaklęła pod nosem.
- No, co się gapisz?! Zawstydził się, psia kość! Masz okazję bezkarnie pogmerać mi w dekolcie! Pośpiesz się z łaski swojej! Życie ci niemiłe?!
Mężczyzna z wahaniem wyciągnął rękę i po dłuższej chwili udało mu się wydobyć wspomniany nożyk. Ostrze było malutkie - miało nie więcej niż dwa centymetry długości.
- Tnij - poleciła Elva, podtykając mu związane ręce.
- Nie uciekniesz? - ostrze zawisło tuż nad sznurem krępującym jej nadgarstki.
- Tnij! - warknęła. Gdy więzy opadły, dodała - Oczywiście, że ucieknę.
Chwyciła nóż i szybko przecięła jego pęta. - Chodźmy!
- Elva... - zaprotestował Serrin słabo. - Już za późno.
Dziewczyna obróciła się. Na polanie stało siedem lwów. Były mocno wychudzone, a z ich pysków dobiegał cichy, złowrogi pomruk.
- Cudownie - mruknęła. - Przynosisz mi pecha, wiesz? - rzuciła, wyciągając przed siebie rękę z nożykiem.
Sześć lwów było młodych. Trzy samice i trzy samce. Czwarta lwica była zdecydowanie starsza. Prawdopodobnie była to ich matka.
Drapieżniki zbliżały się do nich półkolem, warcząc coraz głośniej. Serrin schował się za plecami Elvy.
Nagle stara lwica rzuciła się na dziewczynę, wytrącając jej z ręki nóż. Przygwoździła ją do ziemi. Uderzenie wyparło z płuc Elvy całe powietrze.
"To koniec"
Kocica dyszała jej prosto w twarz, białe kły były coraz bliżej... Wtedy, pomiędzy ogromnymi zębiskami mignął różowy jęzor i lwica zaczęła lizać ją po twarzy. Zlizywała z jej twarzy krew i kurz, którym pokryła się twarz dziewczyny podczas długiej wędrówki.
- To ty - szepnęła Elva, gdy lwica odsunęła się, by podziwiać swoje dzieło. - To ty mnie uratowałaś...
Zamruczała cicho w odpowiedzi. Dziewczyna nie miała wątpliwości. To była ta sama lwica, która wychowała ją po śmierci matki. Elva niemal o tym zapomniała. Dotąd myślała, że lwia matka jej się tylko przyśniła.
- Elva! Ratuj! - usłyszała nagle błagalny okrzyk Serrina.
Mężczyznę otaczały pozostałe lwy, ryczące z cicha. Biły ogonami o ziemię, gotowe w każdej chwili zaatakować. Czekały tylko na rozkaz. Jeden z nich z cichym warknięciem obejrzał się na starą lwicę, trzymającą w objęciach Elvę.
- Zostawcie go - poprosiła dziewczyna. Stara samica ryknęła krótko, a młode niechętnie odsunęły się od niedoszłej ofiary.
- Dziękuję, Elva, dziękuję!
- Odejdź, póki się nie rozmyślę, Serrin.
- Elvo...
- Precz! - krzyknęła, poparta rykiem lwicy.
Mężczyzna wstał z trudem i ruszył ścieżką przed siebie. Po kilku krokach obejrzał się jeszcze i zerknął na Elvę otoczoną przez lwy - jej przybraną, cudownie odnalezioną rodzinę.
- Zobaczymy się jeszcze? - zapytał z nadzieją.
- Módl się, żeby nie - odparła szorstko. - Nie przeżyłbyś tego spotkania.
Serrin zniknął między drzewami, a Elva poczuła, że wreszcie wszystko jest na swoim miejscu. Trzy młode lwice, krążyły niespokojnie wokół miejsca, gdzie jeszcze niedawno stał młody mężczyzna. Porykiwały żałośnie, spod skóry wyglądały żebra.
- W sumie... - zwróciła się Elva w zamyśleniu do starej samicy. - W sumie niczego mu nie obiecywałam.
Lwica zaryczała przeciągle, a młody lwy poderwały się i pomknęły w las za Serrinem. Gdy zniknęły z pola widzenia, dziewczyna westchnęła.
- Miałeś rację, Serrin. Jest trzecia zasada: nie miej litości.

***

Kilka lat później Elvę poznano jako Kiońską Lwicę lub Lwią Księżniczkę. Ale jak to się stało i co z tego wynikło... To już zupełnie inna historia.
_________
Część z Was czeka pewnie na jakieś nowości, a ja odgrzebuję kolejnego starocia. Miałam z piętnaście lat, jak to pisałam i luźno, naprawdę luźno, inspirowałam się jakąś książką, ale nie mam bladego pojęcia jaką. Chyba coś z Wenecją, miałam swego czasu taką fazę na to miasto.
Ten ostatni dopisek znajduje się tu dlatego, że to opowiadanie miało mieć drugą część, ale... niestety nie pamiętam o czym miało być. Może kiedyś wymyślę i napiszę. Na pewno dam znać wtedy!
Tych, co czekają na Odchodzę informuję, że prace trwają, tych co oczekują Na skrzydłach muszę niestety zawieść, bo mam pewne blogowe zobowiązania, więc jeszcze trochę poczekacie.
Podobało się?
Jeśli nudzą Was te starocie to dajcie znać, postaram się je ograniczyć.