Strony

Ogłoszenia drobne

W tej chwili mało się tutaj dzieje, nieco więcej dzieje się na moim Wattpadzie, ale pracuję nad tym. Oczekujcie wieści na Twitterze :)
Zakładka Aktualności zniknęła, bo była mało... aktualna. Może kiedyś wróci. Może.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą skoki narciarskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą skoki narciarskie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 20 lutego 2021

Siebiekochanie

Gdy tylko gospodarze zostawiają nas samych, w kuchni zapada niezręczna cisza, którą przerywają jedynie radosne okrzyki moich bratanków, gdzieś na piętrze. Deszcz uderza o szyby, pogoda jest naprawdę paskudna tej wiosny.  Odwracam wzrok od okna, by nie patrzeć na ten ponury widok i obejmuję pomieszczenie spojrzeniem.. Jest sterylnie czyste i urządzone w bardzo minimalistycznym stylu. Nie mam na czym zawiesić wzroku, nawet na głupiej etykiecie na puszcze z kawą. Siłą rzeczy muszę w końcu na nią spojrzeć.
O dziwo, ona wcale nie ma z tym problemu, patrzy mi prosto w oczy. Obejmuje kubek z herbatą dłońmi, jakby chciała się od niego zagrzać i przygląda mi się z łagodnym uśmiechem. Siedzi na podwiniętej pod tyłek prawej nodze, a lewą ma przyciągniętą do brody, a ja nawet po tylu latach nie umiem zrozumieć, jakim cudem jest jej w taki sposób wygodnie.
Wiele się zmieniło przez ten czas. Przyglądam się jej bezwstydnie - patrzę, jak w kącikach oczu pojawiają jej się powoli drobne zmarszczki, jak w ściętych na krótko włosach pojawiają się dyskretne srebrne pasma siwizny, jak na serdecznym palcu odcina się złota obrączka. 
Są też pewne niezmienne rzeczy - nadal emanuje od niej dziwny rodzaj spokoju, który zawsze dodawał mi otuchy, nawet w tych burzliwych i nie do końca jasnych momentach, jej obecność koi nerwy mimo tego wszystkiego, co się między nami wydarzyło.
- Starzejesz się, Peter. - W końcu to ona przerywa ciszę. Dopija do końca herbatę i odstawia kubek na blat. - Taka ilość siwych włosów przed czterdziestką nie wróży dobrze.
- Miałem sporo zmartwień w ostatnich latach - odpowiadam, ciekaw co zrobi z tą informacją.
- Wiem, sama byłam powodem wielu z nich. Przykro mi z powodu kontuzji przed Igrzyskami - mówi, przygryzając lekko dolną wargę po prawej stronie ust. Jak zawsze, gdy się denerwowała. - W ogóle chciałabym cię przeprosić za wszystko. A w szczególności za to, w jaki sposób odeszłam. Nie powinnam tego kończyć w taki sposób. 
- Nawet przez myśl mi nie przeszło, że chciałaś kiedykolwiek cokolwiek kończyć - mówię bezlitośnie. 
Nie chcę jej karać, już dawno pozbyłem się żalu, a tak przynajmniej mi się wydaje. Przedwczesne zakończenie kariery było tylko i wyłącznie moją winą, choć faktycznie nieco nieracjonalne podejście do obciążeń treningowych, jakie na siebie nakładałem miało związek z moim stanem emocjonalnym. Chciałem wszystkim, a przede wszystkim sobie udowodnić, że potrafię. Że jej odejście wcale mnie nie złamało. Że umiem sobie bez niej poradzić. 
I potrafiłem. Ale przesadziłem i stało się. Mój ortopeda stwierdził, że pierwszy raz widzi osobę, która za jednym zamachem uszkodziła sobie niemal wszystkie więzadła w kolanie.
Tak czy siak - do skakania to ono już się nie nadawało.
Alicja nie wydaje się zbita z tropu moimi słowami. Wie o wszystkim, co się działo u mnie przez te wszystkie lata. Cene i Katka na pewno jej wiele opowiedzieli przez ostatnie dni. Ona wciąż jednak ma wiele do opowiedzenia o ostatnich ośmiu latach.
- Prawda jest taka, że nie powinnam kiedykolwiek, czegokolwiek w ogóle zaczynać - odpowiada. - Byłeś jednak zbyt uparty i na tyle przekonujący, że uwierzyłam ci, że mogę cię szczerze pokochać. I nie żałuję tej decyzji, bo tak właśnie się stało. Tak samo, jak nie żałuję, że poznałam Klemensa. Bo on doprowadził mnie do ciebie, a razem sprawiliście, że osiągnęłam to, co mam teraz. Bez was nie byłoby mnie tu, gdzie jestem teraz. W jak najlepszym tego słowa znaczeniu. Żałuję jedynie tego, że byłam wówczas na tyle niedojrzała, że zraniłam praktycznie wszystkich wokół siebie. 
Alicja milknie, a ja uświadamiam sobie, że w sumie to w jakiś sposób ją rozumiem. W krótkim okresie przeżyłem dwa wielkie zawody, potem jeszcze kontuzja, ale właściwie jestem zadowolony ze swojego życia. Wiele nauczyłem się przez te lata, z perspektywy widzę, że ja również popełniłem wiele błędów w relacji z Alicją. Błędów, do których długo nie umiałem się przyznać, zrzucając całą odpowiedzialność na nią.
Dopijam zimną już herbatę i odsuwam od siebie kubek. Ala poprawia się na krześle, opiera brodę na pięściach i uśmiecha się do mnie nieśmiało.
- Nie wiedziałam, czego się po tobie spodziewać, Peter - wyznaje. - Tego, że rodzice przyjmą mnie z otwartymi ramionami byłam pewna, zresztą miałam silną kartę przetargową. Po Kasi spodziewałam się krzyków, wyrzutów i długiej kłótni oraz stopniowego odzyskiwania zaufania i to właśnie otrzymałam. Bałam się spotkania z Klemensem, ale wiedziałam, że jedyne z czym będę mieć problem, to z upewnieniem się, że jestem dla niego tą samą osobą, którą on jest dla mnie. A jeśli chodzi o ciebie... - Ala zawiesza głos i ponownie przygryza wargę. - Czego mam się spodziewać po tobie, Peter? - pyta.
- Pytań - mówię po chwili milczenia. - Możesz spodziewać się pytań, bo mam ich całkiem sporo.
- Więc pytaj, w końcu mamy czas. Chyba, że Cene i Katka nas wyrzucą, ale to byłoby nieludzkie przy tej pogodzie. - Krzywi się, wskazując na okno. - Choć nie powiem, że nie zasłużyłam.
- Zrobię nam najpierw herbaty - mówię i podchodzę do czajnika, który stoi na blacie za jej plecami. Nalewam wody i pstrykam przełącznik, a Ala obraca się w moim kierunku, siadając okrakiem na krześle. 
Nie muszę pytać, jaką herbatę jej zrobić. Nadal wiem, jaka jest jej ulubiona. Katka też chyba pamięta, bo bez problemu znajduję ją w szafce nad blatem. Jakby wiedziała, że jeszcze wróci i będzie pić herbatę w tej kuchni. Ja chyba nie do końca w to wierzyłem.
- Jesteś szczęśliwa? - zadaje pierwsze pytanie, które przychodzi mi do głowy, gdy podchodzi do mnie, by odebrać swój kubek. 
Opiera się o blat pośladkami i potakuje krótko.
- Jestem. Teraz nawet bardzo. Męczy mnie tylko pytanie, czy ty jesteś szczęśliwy?
- Myślę, że tak. - Opieram się o ścianę naprzeciw niej. - Niczego mi nie brakuje. Nie skrzywdziłaś mnie, jeśli się o to martwisz. Przynajmniej nie tak mocno, jak sądzisz.
- I tak chcę cię za to bardzo szczerze przeprosić. Właściwie to po to wróciłam. Żeby domknąć wszystkie sprawy. Rozplątać to, co zaplątałam. Dać sobie szansę, byście mieli okazję mi wybaczyć. I chyba poszło mi całkiem nieźle. - Ala uśmiecha się niepewnie.
- Gdzie byłaś cały ten czas, Ala? Co robiłaś? 
- Byłam w Ameryce. Może nie cały ten czas, najpierw się nieco powałęsałam po świecie. Szukałam... oczyszczenia. Nowej perspektywy. I ją znalazłam. A nawet dużo, dużo więcej.
I opowiada mi o Nowym Jorku. O śmiertelnie chorym mężczyźnie, któremu dała najcenniejszy dar - spokój w obliczu śmierci. Opowiada mi o Paryżu i złotych obrączkach, z których jedna lśni teraz na jej palcu. O tym wszystkim, co Jason zmienił w jej życiu, wszystkim co jej uświadomił i to w bardzo krótkim czasie, bo nie miał go przecież wiele. O jego odejściu i wszystkim, co po nim pozostało - złożona obietnica powrotu do domu i... córka.
- Jest w wieku małej Any - mówię, gdy Ala opowiada o Dianie. - Jakbyście się z Katką umówiły.
- Nie planowałam tego. Tak jak i wielu innych rzeczy. Ale nie żałuję żadnej decyzji. Mimo iż niektóre zraniły wiele osób. Ale każda z nich mnie czegoś nauczyła i coś zmieniła w moim życiu na lepsze. Czas spędzony z tobą był naprawdę cudowny i chyba nigdy nie czułam się bardziej kochana niż wtedy. Nie mogłam jednak być szczęśliwa wiedząc, że nie jestem w stanie dać ci tyle, ile ty mnie.
- Od dawna jesteś tutaj? Znaczy się w Europie? - pytam.
- Wróciłam do Polski przed świętami. Zaczęłam od rodziców. Potem pojechałam do Zakopanego, a na początku marca zebrałam się na odwagę, by stawić czoła Katce i... tobie.
Kiwam głową. Jest tylko jedno pytanie, które mnie dręczy. Nie umiem przejść obok tego tematu obojętnie.
- A Klemens? Dobrze się wam razem układa? Jest tak, jak marzyłaś?
Ciąży mi świadomość, że z nas dwóch to on ostatecznie był jej przeznaczony. Przełamali w końcu to fatum i ich ścieżki w końcu się zbiegły w jedną, po wielu latach krzyżowania się raz po raz.
- O czym ty mówisz, Peter? - Alicja marszczy brwi i spogląda na mnie zaskoczona.
- Przecież to dla niego zostałaś. Sama mówiłaś, że już nie masz zamiaru nigdzie się ruszać. 
Wpatruje się we mnie dłuższą chwilę, aż nagle zaczyna się głośno śmiać.
- To nie tak. Owszem, to Klemens przekonał mnie do zostania, uświadomił mi, że wszystko, czego potrzebuję jest po tej stronie Atlantyku. Ale nic nas nie łączy, nic poza przyjaźnią, tak jak było na samym początku.
- Jak to?
- Po prostu. Nadal jest moją bratnią duszą, ale nie jest miłością mojego życia. Nigdy nią nie był, tak naprawdę. Żaden z was nią nie był. Nawet Jason. Ale każdy z was dał mi coś, za co jestem wam bardzo wdzięczna. I każdego z was w jakiś sposób kochałam. - Alicja wyjmuje mi kubek z dłoni i wraz ze swoim odstawia na blat, po czym bierze mnie ostrożnie za ręce. - A przede wszystkim, nie chcę was stracić. Dlatego pytam: Peterze Prevcu, czy uczynisz mi ten zaszczyt i mi wybaczysz oraz pozostaniesz już na zawsze moim przyjacielem?
- A co, jeśli nadal się jeszcze z ciebie nie wyleczyłem? - pytam całkiem poważnie.
- Peter. - Alicja spogląda na mnie z łagodnością, ale też lekkim politowaniem. - Przecież widzę, że to już dawno za tobą. Już zawsze będę w twoim sercu, tak jak ty w moim. Ale sam dobrze wiesz, że to nie jest i nigdy nie będzie to samo. Zresztą... zdaje się, że coś wkrótce się zmieni w twoim życiu? 
- Mój brat to największa papla na świecie - wzdycham. O moich planach wiedziała tylko najbliższa rodzina. 
- Tym razem wiń Domena, nawet nie pytałam, bo nie chciałam wiedzieć, a on wszystko mi wyrecytował, gdy tylko przekroczył próg mieszkania. To on zresztą mnie tutaj ściągnął. To jak? - ponawia pytanie.
- Okej, ale pod jednym warunkiem - biorę głęboki oddech i kończę z uśmiechem - musisz nauczyć mnie zmieniać pieluchy. Katka jest okropną nauczycielką.
- Wcale nie! - Rozlega się ze schodów i po chwili moja szwagierka dołącza do nas z Aną na biodrze. - Widzę, że się nie pozabijaliście, więc wybaczcie, ale muszę zrobić dzieciom kolację. Niko, nie biegaj! - upomina pięciolatka.
- Jesteś okropną nauczycielką, brakuje ci cierpliwości - zauważa złośliwie Ala.
- Wychowuję dwoje prevcowych dzieci, czy sądzisz, że pozostały mi jeszcze jakiekolwiek pokłady cierpliwości? - Odsuwa od twarzy ręce Any, która usiłuje wetrzeć jej we włosy kawałki plasteliny.
Alicja pomaga jej przygotować kolację, a ja przysłuchuję się jak przekomarzają się po polsku, prawie, jakby tych ośmiu lat nie było w ogóle.
Ma rację. W moim życiu szykowało się wiele zmian. Myślę, że z Alicją łączy mnie więcej w tej kwestii, niż myślałem. Ona ma Dianę, a ja...
- To ile mamy czasu na naukę? - pyta Ala, gdy zasiadamy w piątkę przy stole. 
- Podpisałem już wszystkie dokumenty. Agencja adopcyjna mówi, że to kwestia dni. - Uśmiecham się. - Trochę to trwało, już nie mogę się doczekać. Choć bardzo się boję.
- I będziemy przy tobie. Wszyscy - zapewnia mnie Ala.
- A ty? 
- Muszę wrócić do Polski pozałatwiać jeszcze kilka spraw, ale dostałem pracę w Ljubljanie od września. Więc będę pod ręką. Gdy tylko będziesz mnie potrzebować, Peter - mówi całkiem poważnie.
Uśmiecham się z wdzięcznością. Faktycznie będę potrzebował teraz wsparcia. Już za parę dni czekają mnie całkiem nowe wyzwania. W końcu do wychowania dziecka ponoć potrzebna jest cała wioska, a moja rodzina wydaje doskonale się do tego nadawać. 
Katka ma rację - każdy z nas potrzebuje kogoś do kochania. Czasem tę osobę znajdujemy w zupełnie innych okolicznościach, niż mogłoby się nam wydawać.
- Będziesz wspaniałym ojcem, Peter - mówi Ala. - Zawsze to wiedziałam. 
- Ty za to jesteś okropną matką - wytyka jej Katka. - Zostawianie trzylatki z wujkiem Domenem to jest bardzo zły pomysł, prawda Ana? - zwraca się do córki.
- Tak! - wykrzykuje mała. Podczas gdy wszystkie dzieci w jej wieku przeżywają okres na "nie", ona upodobała sobie słowo "tak". Cene śmieje się, że jeszcze weźmie przez przypadek jakiś kredyt przez telefon, albo jakiś telemarketer sprzeda jej zestaw garnków.
- Domen skręca łóżeczko dla Petera, będzie zbyt zajęty, by ją uszkodzić - odpowiada niefrasobliwie Ala.
- Ale nie zauważy też, jak Diana połknie garść śrubek. Jesteś okropną matką - wzdycha Katka, a Alicja wzrusza ramionami.
- Jeśli przeżyje to popołudnie to uznam, że jest wystarczająco twarda, by iść do przedszkola.
- Może lepiej pojadę i zobaczę jak mu idzie - proponuję. - Dołączycie potem?
- Tak - potakuje Katka. - Ala, znalazłam te twoje pocztówki na górze. Chodź, opowiesz mi wszystko.
Biorą kawę i siadają w salonie, z dziećmi bawiącymi się u stóp. Katka wyciąga z ogromnego pudła pocztówki od Ali. Przysyłała je średnio co tydzień, podpis zastępując tylko jednym słowem - "Przepraszam". Teraz objaśnia Katce jakie miejsca i jakie zdarzenia kryją się za tymi kartkami, zalewa ją obrazem wspomnień z ośmiu lat. Przyglądam się temu z uśmiechem, gdy zakładam buty i z niejakim żalem opuszczam dom brata.
Mamy czas. Teraz, po latach w końcu mamy dla siebie czas. A przede wszystkim możemy go mądrze wykorzystać. 
Wszystko jest na swoim miejscu, a na naszej drodze nie ma już zakrętów. 
Kiedy wsiadam do auta dzwoni telefon.
- I jak?
Chwilę zastanawiam się nad odpowiedzią.
- Nadal ją kocham - mówię i nie ma w moich słowach kłamstwa. - A wiesz za co najbardziej? Za to, że osobą, którą kocha najmocniej jest ona sama.
Mój brat długo milczy, słyszę szum oznaczający, że siedzi w busie zmierzającym do domu. Chyba wygrał dzisiejsze zawody. Godny następca. Mogę być dumny.
- Ty też nauczyłeś się kochać siebie, Peter. Wszyscy powinniśmy się tego od was uczyć - mówi w końcu Cene.
- Szkoda tylko, że zajęło nam to tyle czasu. 
Odkładam słuchawkę i odpalam silnik. 
Katka miała rację mówiąc, że Alicja jest osobą trudną do kochania. Tak trudną, że tylko ona sama potrafi temu podołać. Nauczyła mnie wielu rzeczy, ale przede wszystkim tego, że nie można uzależniać swojego szczęścia od osób trzecich. Nawet jeśli są to osoby, które bardzo kochamy.
Jedyną osobą, którą powinniśmy całe życie uszczęśliwiać to my sami.

______
To JEST dodatek do "Odchodzę".
Ale - plottwist - to NIE JEST drugi dodatek do "Odchodzę". Tylko trzeci. Drugi nadal się pisze. A ten powstał, bo nie chciało mi się pisać drugiego. Mickiewicz byłby dumny, nie?
Swoją drogą, pragnę zamknąć ten rozdział moje pisarskiego życia zatytułowany "Odchodzę, bo kocham" i jestem na bardzo dobrej drodze.
To powyżej może nie jest wybitne, ale potrzebowałam zwizualizować sobie spotkanie Ali z Katką (retrospektywnie) i Peterem. Przecież wiem, że ich kochacie, no!
Tyle. Zaskoczeni, prawda?
Buziaki, E_A


sobota, 17 sierpnia 2019

To nie jest miłość [extra bonus]


Niżny Nowogród, 31.03.2016
- Przenocujesz mnie?
Dobrze znam głos, który rozbrzmiewa w telefonie, choć od dawna go nie słyszałem. Nawet nie pytam, dlaczego miałbym to zrobić. Nie pytam, dlaczego wraca, ani czy to na stałe.
Nie pytam, gdzie była, ani co robiła. Nie pytam też, czy znalazła odpowiedź.
Rzucam jedynie krótkie:
- O której będziesz?
- Myślę, że koło północy. To problem?
Zerkam na zegarek, który pokazuje kilka minut po dziewiątej. Kalkuluję, jak daleko mam do całodobowego sklepu i czy drugi komplet pościeli jest wyprany.
- Nie, tylko muszę zrobić zakupy - odpowiadam po sekundzie wahania. - Nadal lubisz spaghetti carbonara? - upewniam się.
- Uwielbiam. - Niemal widzę, jak uśmiecha się szeroko.
Choć minęło wiele czasu, to nadal ta sama Sasza, co zawsze.
- Uważaj na siebie - dodaję cicho, a ona śmieje się cicho i rozłącza tak, jak zwykle - bez pożegnania.
Odkładam telefon i zerkam na książkę, której lekturę przerwał mi telefon. Wzdycham, wkładam między strony zakładkę i rozglądam się za kluczykami do auta.
Trochę boję się tego spotkania, bo nie wiem, czego się po nim spodziewać. Czy robić sobie nadzieję, czy to po prostu...
Czy Sasza po prostu nie chce wracać do domu. A gdzieś przecież musi. To nie pierwszy raz, kiedy będzie moim gościem. Na mojej kanapie przespała chyba więcej nocy niż w swoim łóżku. Mimo to, teraz sytuacja wygląda inaczej, bo przecież, kiedy widzieliśmy się po raz ostatni, powiedziała, że odchodzi, by dowiedzieć się, czy wróci.
Czy wróci do mnie. 
A ja nie jestem pewien, czy chcę poznać odpowiedź.
Kluczyki leżą na półce koło telewizora, tam, gdzie zawsze. Wkładam je do kieszeni i jadę do sklepu po makaron, śmietanę i wino. Półsłodkie, białe.
Jej ulubione.

***

Właśnie odcedzam makaron, kiedy rozbrzmiewa dzwonek do drzwi. Krzyczę, że otwarte, ale zanim mój głos przebrzmiewa, Sasza już zdejmuje buty w przedpokoju. Odstawiam durszlak i wychodzę z kuchni, akurat wtedy, gdy odwiesza na haczyk swój płaszcz.
Ma na sobie jasnoniebieską koszulę, której parę górnych guzików jest odpięte oraz dżinsową spódniczkę. Gruby warkocz odrzuca na plecy i uśmiecha się do mnie swoim krwistoczerwonym uśmiechem, tak samo pewna siebie, jak zawsze.
Wciąż używa tej samej szminki, zauważam mimowolnie.
- Cudownie pachnie. - Uśmiecha się lekko, stawiając swoją walizkę koło kanapy. - Pomóc ci w czymś?
- Nie trzeba, umyj ręce i możemy siadać do stołu. - Sasza znika w łazience, a ja zanoszę na stół ostatnie rzeczy i otwieram butelkę wina.
Woda cicho szumi, kiedy tępym wzrokiem wpatruję się w porzucone w przedpokoju szpilki i torebkę przewieszoną przez oparcie krzesła. Kiedy ich właścicielka podchodzi do stołu, wyrywam się z letargu i proponuję jej wino, po czym nakładam makaron i sos na oba talerze.
- Postarałeś się, Misza. - Zerka na mnie znad widelca, uważnie lustrując wzrokiem.
Nic nie odpowiadam na te słowa, dyskretnie obserwując jej twarz. Próbuję wyczytać z niej, w jakim celu przyjechała, w jakim jest nastroju. Nie chcę jej ciągnąć za język, ale wiem, że jeśli nie zapytam, sama mi tego nie powie. Nawet jeśli przyjechała porozmawiać, wyjaśnić... Nie zacznie, póki nie zapytam.
Taka już jest. To ona zawsze dyktuje warunki. Bez względu na okoliczności.
- Skąd wracasz? - pytam w końcu, uznając to za względnie bezpieczny temat.
Po czym okazuje się, że gorzej wybrać nie mogłem.
- Z Austrii. - Sasza zagryza dolną wargę, po czym upija łyk wina i podnosi na mnie wzrok. - Miałam operację w klinice w Linz - dodaje, zapewne dostrzegając moje zaciśnięte szczęki.
- Więzadła? - pytam domyślnie.
Potakuje krótkim skinieniem. Bierze jeszcze jeden łyk wina i przez chwilę przetrzymuje je w ustach, jakby zastanawiając się, czy połknąć trunek. Decyduje się na to, jednak nie przełyka kolejnych słów, które dla mnie są niczym pociski:
- Wpadłam tam na Hayboecka.
Uważnie obserwuje moją twarz, jakby bała się mojej reakcji. A ja z zaskoczeniem stwierdzam, że... jest mi to właściwie obojętne. Moja pierwsza reakcja była wygórowana, skrzywiłem się chyba jedynie z przyzwyczajenia. Teraz natomiast nie wywołuje to u mnie żadnych emocji. Ot, chyba przyzwyczaiłem się, że Hayboeck już zawsze będzie mi się plątał po życiorysie. A konkretnie po życiorysie Saszy.
Czym jest naprawdę to coś między nimi?
- Nie wiem. - Sasza wzrusza ramionami, a ja uświadamiam sobie, że ostatnie słowa powiedziałem na głos. - Tak samo, jak nadal nie wiem, czym jest to uczucie między nami, Misza. - Spogląda na mnie smutno, a ja zauważam, że się zmieniła.
Już nie jest taka... chłodna, wyrafinowana. Jest jakby... delikatniejsza. Łagodna, jakby coś, lub ktoś, wygładziło jej ostre, jak brzytwa krawędzie, na których można było się nieźle przeciąć. Niejednego delikwenta potrafiła poszatkować samym spojrzeniem. Teraz w jej oczach widać zagubienie.
- Co się tam wydarzyło, Sasza? - pytam łagodnie.
Kobieta składa sztućce i zaplata dłonie, opierając je na kolanach. Wpatruje się w nie, szukając odpowiednich słów. A może sama nie wie, czy są w ogóle takie słowa, którymi dałoby się opisać tę sytuację.
- Zepsułam Hayboecka - mówi w końcu. - Stworzyłam potwora... - śmieje się chrapliwie na te słowa. - A on zepsuł mnie. Zmiękczył mnie, Misza. Jak woda gąbkę. Jak Calgon pralkę. Jak... - Zagryza wargę i przenosi wzrok na księżyc za oknem. - Minęły dwa lata odkąd zaciągnęłam go do łóżka, licząc na przyjemną noc. Ot tak, po prostu. Bo miałam taki kaprys.
- Często miewałaś takie kaprysy - zauważam mimowolnie.
- A tobie nigdy to nie przeszkadzało - odpowiada.
- Przeszkadzało. - Kręcę głową. - Ale wiedziałem, że nie ma sensu zmieniać twojego toku myślenia. Nie zaliczasz się do ludzi, którzy liczą się z opinią innych.
Sasza była jak żywioł - dążyła do celu po trupach i nikt nie był w stanie odmienić jej wizji, zmusić do zmiany zdania. Jeśli czegoś chciała - dostawała to. Nie było od tej reguły żadnych odstępstw.
- A potem weszłam raz jeszcze do tej samej rzeki - mówi dalej, ignorując moje słowa. - Jak nigdy tego nie robię, to tym razem chciałam powtórki. Potrzebowałam jej, bo nigdy z nikim nie było mi tak dobrze, jak z nim. Nikt nie potrafił w taki sposób zająć się moim ciałem, odkryć połączeń nerwowych, których sama nie znałam.
Patrzę, jak zaciska dłonie na to wspomnienie. Jestem w stanie wyobrazić sobie te dłonie zaciskające się na prześcieradle, na oparciu łóżka, drapiące po klatce piersiowej, zostawiające zaognione ślady na skórze. Widzę to wszystko, jak na dłoni.
To wszystko, czego nigdy, z jakiegoś powodu, nie umiałem jej dać.
To było jedyne, czego nie mogłem jej dać.
Ale to wystarczyło, by nasze drogi się rozeszły. To wystarczyło, by nie była ze mną szczęśliwa. A ja... A ja nie chciałem trzymać jej w klatce moich uczuć.
- Co się stało w Linz? - pytam, bo Sasza milczy. Milczy w ten znany mi sposób, który oznacza, że nie ruszy dalej bez zachęty. Chce dawkować informacje, chce, bym o nie prosił, błagał.
A może po prostu boi się sama z siebie sięgnąć do tych wspomnień.
Kobieta wstaje i podchodzi do okna. Ja również podnoszę się z krzesła i staję dwa kroki za nią. Obserwuje deszcz spływający po oknie, nawet nie zauważyłem, kiedy zaczęło padać.
- W Linz... - Sasza zagryza wargę i wbija wzrok w okno. - W Linz zrozumiałam, że żaden z was nie da mi tego, czego potrzebuję. Było nam dobrze ze sobą z Hayboeckiem - dodaje z westchnieniem po chwili milczenia. - Miło, zmysłowo, ekscytująco. Okazał się całkiem sympatycznym gościem, naprawdę. - Uśmiecha się nieco kpiąco i zerka na mnie przez ramię. 
- Ale...? - szepczę, opierając dłonie o parapet, tak że zamykam ją w pułapce ze swoich ramion. A raczej zamknąłbym ją, gdyby Sasza dała się komukolwiek w jakikolwiek sposób poskromić.
- Ale nie był tobą, Misza. - Odwraca się i ledwie sekundę waha się, nim staje na palcach i ostrożnie całuje mnie w kącik ust. - Uświadomiłam sobie, że muszę wybrać, co jest dla mnie ważniejsze - szepcze, biorąc moją twarz w dłonie. Jej ciepły oddech wywołuje dreszcz w dole moich pleców. - Pożądanie, czy też... miłość? - Wplata palce w moje włosy, a ja czuję, jak dreszcz zmienia się w ciepło rozlewające się po całym moim ciele.
- I co wybrałaś? - pytam głosem niewiele głośniejszym od szeptu.
- Nie lubię, gdy ktoś stawia mi ultimatum. - Sasza mruży oczy o swojemu. W ten drapieżny i jakże pociągający sposób.
Kiedyś dziwiłem się, jakim sposobem mężczyźni tak łatwo poddawali się jej woli, mimo iż wiedzieli, że nie mogą liczyć tak naprawdę na nic. To Sasza dyktowała warunki, a oni bez mrugnięcia okiem się na nie zgadzali.
Kiedyś tego nie rozumiałem. Ale teraz chyba już rozumiem. Jednak w przeciwieństwie do nich, ja nie mam zamiaru się zadowalać byle czym. Potrzebuję jej w całości. Nie ma we mnie zgody na żadne półśrodki.
Nie, już nigdy więcej.
- Nie lubię, gdy stawia mi się ultimatum - powtarza Sasza, przesuwając palcem po mojej szczęce. - Nawet, gdy czyni to samo życie. Pomyślałam, że... mogę mieć i jedno, i drugie. - Przygryza wargę, a ja unoszę wysoko brew.
- Jeśli sądzisz, że zgodzę się na otwarty związek z Hayboeckiem w pakiecie, to...
Sasza śmieje się gardłowo, odchylając głowę do tyłu, po czym wtula się nagle we mnie i całuje mnie w zagłębienie szyi. Jeśli sądzi, że to mnie udobrucha to...
No cóż, to ma rację.
- Głuptas z ciebie - odpowiada. - To by było absolutnie bez sensu. Mówi się, że nie da się złapać wszystkich srok za ogon, ale... Ale ja nigdy nie lubiłam ludowych mądrości - mówi z charakterystycznym dla siebie błyskiem w oku. - Z Michim nigdy nie będzie mnie łączyło to, co z tobą, Misza. - Zaplata mi ręce na szyi i opiera się czołem o moje czoło. - Ale może zadziała to w drugą stronę, co? - Szepcze zmysłowo.
- Co masz na myśli? - pytam, czując ją wyraźnie. Wszystkimi zmysłami. Czuję jej zapach, na ustach czuję smak jej ust, moja skóra szczelnie styka się z jej. Słyszę bicie jej serca. Oddech. Krew pulsującą w żyłach.
Jest tak blisko i tak wyraźnie, jak nigdy dotąd.
- Myślę, że jest parę rzeczy... Parę rzeczy, których mogłabym cię nauczyć. Wiesz... - Mruży oczy. - Taka... instrukcja obsługi.
Patrzę jej prosto w oczy, chwilę analizując jej słowa. Kochałem ją. Kocham ją od dawna. Ale chyba nigdy wcześniej mnie tak nie pociągała, nie w takim stopniu. Być może musiałem do tego dojrzeć, może musiałem zatęsknić. Może potrzeba nam było nawet tego całego Hayboecka żebyśmy oboje to zrozumieli.
Jeśli więc ona potrafi wywołać we mnie takie odczucia... To czemu ja, z jej drobną pomocą, miałbym sobie z tym poradzić?
- Naucz mnie - odpowiadam niskim głosem, całując ją. Najpierw ostrożnie, a potem za jej niewerbalnym ponagleniem, mocniej, głębiej. I gwałtowniej. - Naucz mnie - powtarzam.
- Więc chodź. - Odsuwa się ode mnie, tworząc między nami przestrzeń. Zbyt rozległą, a jednak wypełnioną czymś, czego nie potrafię nazwać. Mam wrażenie, że powietrze między nami skrzy się.
Sasza bierze mnie za rękę i bez dalszej zwłoki prowadzi mnie do mojej własnej sypialni.
A ja uświadamiam sobie, że może to wcale nie tak, że nie potrafiłem jej czegoś dać. Może po prostu bałem się tego. Bałem się być jednym z wielu, podczas gdy na innych poziomach łączyło nas z Saszą coś zupełnie unikatowego.
Nikt jednak nie powiedział, że jedno wyklucza drugie, prawda?

***

Kieruje moimi dłońmi, prowadzi mnie sobie tylko znanymi szlakami. Uczę się jej. Centymetr po centymetrze. Pocałunek za pocałunkiem. Oddech za oddechem. 
A każdy kolejny jest głębszy, gwałtowniejszy, bardziej pośpieszny. Nasze ruchy stają się coraz bardziej niecierpliwe, by odkryć więcej. Mocniej. Głębiej.
Dokładniej.
Daleko nam do ideału, to fakt. Ale zależy nam na sobie, więc będziemy próbować. Te próby wszak ciężko zaliczyć na poczet nieprzyjemnych.
- Połóż się - szepcze mi Sasza do ucha, zębami przytrzymując jego płatek.
Popycha mnie lekko na plecy na łóżko. Unoszę się na łokciach i w ciemności panującej w sypialni próbuję dostrzec zarys jej sylwetki. Bardziej słyszę, niż czuję materiał zsuwający się z jej ciała na dywan, cichy szelest ostatnich opadających ubrań. Zasłon. Murów.
Materac lekko skrzypi i ugina się pod jej ciężarem, gdy wsuwa się na miejsce obok mnie. Czuję żar bijący z jej nagiego ciała, którym przylega do mnie ostrożnie, jakby nie chcąc być zbyt natrętną.
Hayboeck naprawdę ją zmiękczył, myślę, ale prędko odsuwam tę myśl od siebie. Nie wpuszczę nigdy tego Austriaka do mojej sypialni.
Przesuwa chłodną dłonią po mojej piersi - od mostka aż po pępek, powodując krótki dreszcz. Zatrzymuje się, lekko błądząc na linii bokserek, a ja wiem, że czas na mój ruch. Za dobrą monetę biorę, że nie musi niczego mówić, nie musi nic mi podpowiadać. W jakiś sposób wiem, czego ode mnie oczekuje.
Może te pół roku rozłąki nauczyło mnie jej słuchać? Odczytywać mowę jej ciała? Może wcześniej znałem ją tak dobrze, że aż za dobrze?
Teraz muszę nauczyć się jej od nowa. Muszę nauczyć się jej z uwzględnieniem tych sfer, do których wcześniej nie miałem dostępu.
Całuję ją lekko - najpierw w usta, potem w szczękę i szyję. W obojczyk.
I między piersiami.
Prowadzi moją dłoń, przesuwa swoimi palcami po moim kręgosłupie, jakby namawiając mnie do odwzorowania tego ruchu. Podążam za jej dyskretnymi wskazówkami coraz niżej i niżej. Czuję, jak jej klatka piersiowa unosi się w coraz głębszych oddechach.
Przesuwam palcem wskazującym wzdłuż pachwiny, powodując lekkie, lecz nagłe napięcie w całym jej ciele.
- Dobrze - chwali mnie z lekkim uśmiechem w kąciku swoich krwistoczerwonych ust, po czym nagle przetacza się i siada na mnie okrakiem i nachyla się do mnie, osłaniając nasze twarze kotarą swoich jasnych włosów. - Coś się zmieniło, Misza - szepcze, muskając wargami moją twarz, mocniej zaciskając uda na moich biodrach.
- Oboje się zmieniliśmy, Sasza - odpowiadam zgodnie z prawdą, przesuwając dłońmi wzdłuż jej boków, na biodra, a potem na pośladki i ściskam je lekko. - Dojrzeliśmy do siebie.
W odpowiedzi jeszcze mocniej zaciska uda na moich biodrach, a dłonie na moich ramionach.
Po czym nagle zsuwa się ze mnie, bez ostrzeżenia.
- Chodź - mówi, kiwając na mnie palcem. - Chcę cię zobaczyć w całości - dodaje, a po ledwie zauważalnym w mroku pokoju ruchu poznaję, że ściąga bieliznę. 
Sekundę później, od tyłu oświetla ją światło z łazienki. Ona widzi mnie doskonale, ja - zaledwie jej zarys. Światło perfekcyjnie uwydatnia jej sylwetkę, poza, którą przyjmuje jest zresztą zapewne tak dobrana, by eksponować ją jak najlepiej. Co lepsze, wiem, że Sasza robi to całkowicie nieświadomie.
Podnoszę się z łóżka i podchodzę do niej powoli. Przesuwa dłońmi po moim ciele i przyciąga do siebie jeszcze bliżej, ciągnąc za gumkę bokserek. Nachylam się i zaczynam znaczyć pocałunkami całe jej ciało. Sasza odchyla głowę do tyłu, jakby ułatwiając mi zadanie, a jej dłonie błądzące po moich plecach są idealną informacją zwrotną. To jak gra w "ciepło-zimno" - jej dotyk kieruje mnie tam, gdzie mam szansę sprawić jej największą przyjemność. 
Instruujemy się nawzajem, czy to dotykiem, czy też zadowolonymi westchnieniami, gubiąc ostatnie zahamowania, ostatnie bariery. Moje usta i dłonie badają każdy centymetr jej ciała, zapuszczam się dalej i głębiej, podążając ścieżką jej przyśpieszonych oddechów. Poddaje się mojemu dotykowi, oddaje kontrolę.
Ale to ona ma i tak ostatnie słowo.
- Chodź - powtarza, ponownie układając się na skołtunionej wcześniej przez nas pościeli.
Czuję żar buchający z jej ciała, gdy przyklękam i całuję wewnętrzną stronę jej kolana. Widzę, jak pracują jej mięśnie brzucha, gdy posuwam się coraz wyżej, jak zagryza wargę, gdy całuję ją biodro, błądząc dłonią po drugim udzie. Coraz bliżej i bliżej.
- Chodź - powtarza chrapliwie, nie pozostawiając miejsca na wątpliwości, co do kontekstu tego przyzwolenia.
A ja korzystam z niego skwapliwie choć bez pośpiechu.
- Nie śpiesz się - szepcze mi do ucha, unosząc się na łokciach i przyciąga mnie jeszcze bliżej siebie, o ile to w ogóle możliwe. W końcu nie ma już nic, co by nas dzieliło. Nic, co ułatwiałoby stwierdzenie, gdzie kończy się jeden byt, a gdzie zaczyna drugi.
Obserwuję, jak zaciska palce na pościeli, jak jej pierś unosi się w głęboki oddechu. Ściska mnie udami ponaglająco, jakby chciała poczuć mnie jeszcze bardziej.
Przenikamy się nawzajem, wśród przyśpieszonych oddechów i krwi buzujących w żyłach. Dajemy sobie wzajemnie to, czego dotąd nie potrafiliśmy wspólnie osiągnąć. 
Jak widać, potrzebowaliśmy tylko odrobiny treningu. I nieco czasu.
Zatraceni w nauce nie zauważamy upływu czasu, świt zastaje więc nas nagle. Sasza wtula się we mnie i mruży oczy w słońcu wpadającym przez szparę pomiędzy roletami.
- Misza... - szepcze zmysłowo mi do ucha.
- No? - pytam, ciekaw, co tym razem wymyśli. Nie ukrywam, z nią nie da się nudzić. W żadnej kwestii.
- Idź zgaś światło w łazience - odpowiada z zadziornym uśmiechem i przewraca się na plecy, a ja wstaję, by wykonać jej polecenie. 
Czuję, jak mnie obserwuje. Pstrykam kontakt, opieram się o ścianę i spoglądam na nią z drugiego końca pokoju.
- Zrobiłaś to tylko po to, by pogapić się na moje pośladki, prawda? - pytam domyślnie.
Sasza zagryza wargę, a ja zauważam, że szminka już dawno powinna jej się rozmazać. Hm, chyba nie bez powodu od zawsze wydawała majątek na kosmetyki.
- Ten widok też jest niczego sobie - odpowiada zadziornie, mrużąc oczy.
- I vice versa. - Nie pozostaję je dłużny, a ona w odpowiedzi zachęcająco odwodzi nieco nogę. - Ale nieco zgłodniałem - dodaję przekornie.
Podnosi się do siadu i zakłada nogę na nogę, jednak wspiera się na opartych z tyłu rękach, eksponując swoje jędrne piersi. 
- Nadal przegrywasz z jedzeniem - informuję ją nieco złośliwie, zastanawiając się, co też ona najlepszego ze mną zrobiła.
Myślę, że Sasza tak po prostu działała na ludzi. Na facetów. Ja nie jestem wyjątkiem.
Choć pod innymi względami jestem wyjątkowy. A przynajmniej taką mam nadzieję.
- W sumie masz rację - odpowiada i wstaje. - Zróbmy śniadanie - zgadza się, otwierając drzwi od sypialni i boso kieruje się do kuchni.
Po tym, jak szuka czegoś, nachylając się do najniższej półki w zamrażarce poznaję, że nie zgodziła się tak łatwo bez powodu. Ma plan.
Jak zwykle.
- Sasza? - pytam, opierając się o szafkę i obserwuję, jak krząta się po pomieszczeniu. - Myślisz... myślisz, że nam się uda? - kończę nieco niepewnie.
Odrywa wzrok od czytanej właśnie etykiety jakiegoś sera i zerka na mnie z ukosa. Jej nagość na środku oświetlonej kuchni jest tak nierealna, a jednak tak bardzo prawdziwa.
- Misza, kochanie - odpowiada miękko - już nam się udało.
Podchodzi do mnie i zaplata ręce na moim karku, po czym całuje delikatnie.
- Ale, bardzo cię proszę, nie próbuj mi się oświadczać, dobrze? - prosi. - To naprawdę nie są moje klimaty.
- Chcę cię mieć na wyłączność - odpowiadam, być może nieco egoistycznie, a być może nieco zapobiegawczo.
- I masz - obiecuje. - Na zawsze.
Potakuję, a Sasza wtula głowę w moje ramię.
Ja jednak muszę zadać to pytanie.
- A co z Hayboeckiem?
Sasza odsuwa się ode mnie i wraca do przygotowywania śniadanie.
- Zjedzmy. A potem pokaże ci jeszcze kilka... sztuczek. - Mruży zalotnie oczy, jakby moje pytanie w ogóle nie padło.
- Sasza, mówię poważnie. Nie chcę, by nagle... pojawił się między nami. Znowu - dodaję gorzko.
Sasza wzdycha ciężko i z lekkim ociąganiem odwraca się do mnie.
- Hayboeck to przeszłość i on sam dobrze o tym wie. Powiedziałam mu to już w Linz... Że nie zależnie, czy uda mi się z tobą, Misza, na pewno nie uda mi się z nim. Choć, jak mówiłam, całkiem miły z niego facet. - Wzrusza ramionami. - Postawiłam sprawę jasno.
- Jesteś pewna, że nie będzie liczył na jakieś... friends with benefits? - pytam ostrożnie.
- W jego przypadku to było sex with benefits - prycha Sasza. - Ucięłam tę relację, możesz być spokojny.
- Co on na to? - Może nie powinienem drążyć tematu, ale to robię. Chcę mieć pewność, że jesteśmy już na prostej razem z Saszą.
Gdyby parę lat temu ktoś mi powiedział, że będę w takiej sytuacji z moją nieco rozwiązłą przyjaciółką z dzieciństwa, to bym nie uwierzył. A jednak.
- Michi... - Sasza wydyma usta. - Zrozumiał.
- Po prostu?
- Po prostu. Dobrze wiesz, że to wszystko zawdzięczamy tak naprawdę jemu - odpowiada. - To nie była miłość, tamto między nami. Ale pomogło mi to ją znaleźć. I zawsze będę mu za to wdzięczna.
Nic nie odpowiadam na te słowa, tylko podchodzę do niej i mocno całuję. Sasza zaplata mi ręce na karku i oddaje pocałunek, mnie jednak to nie wystarcza.
Stworzyła potwora. Naprawdę jest w tym dobra.
- Mieliśmy jeść śniadanie - zauważa między pocałunkami.
- Chrzanić śniadanie - odpowiadam, sadzając ją na blacie. - Uważaj na nóż.
- Nie można karmić się miłością, jakby romantycznie to nie brzmiało! - protestuje, ale coraz słabiej, podczas gdy ja schodzę pocałunkami coraz niżej, przezornie zrzucając wszystko z blatu do zlewu.
- Najwyżej umrzemy z głodu - odpowiadam niefrasobliwie i nie mówię już nic więcej.
Sasza też nic nie mówi. 
W tej chwili nie mamy sobie już nic więcej do powiedzenia.

***

Kilka tygodni później na komodzie znajduję otwartą kopertę zaadresowaną do Saszy. Obok leży list, bez wątpienia skreślony jej ręką.

Hayboeck,
pewnie domyśliłeś się sam, że znaleźliśmy z Miszą ten kawałek układanki, którego nam brakowało. Jestem ci winna przeprosiny za rozbudzenie w tobie pożądania, któremu nie pozwoliłam Ci dać ujścia, mimo iż bardzo się staraliśmy. Ale przede wszystkim muszę ci podziękować, bo choć to, co nas łączyło nie miało nic wspólnego z miłością, to dzięki temu udało mi się ją znaleźć.
Dziękuję i przepraszam,
Sasza

Na odwrocie kartki jest tylko kilka słów.

Nie masz za co przepraszać. Niczego nie żałuję i niczego nie żądam. Oboje tego potrzebowaliśmy. 
Szczęścia,
Michi
PS: Uważajcie na łokcie w wannach.
M.

- Mówiłam ci. - Sasza pojawia się się moimi plecami jak duch. - Jakimś cudem udało mi się zasłużyć na happy end, Misza.
- Zasłużyć? - Unoszę wysoko brwi. - Przecież ty zawsze dostajesz to, czego chcesz.
- Na tę jedną rzecz musiałam jednak trochę zapracować - odpowiada i całuje mnie w policzek. - Ale opłaciło mi się.
- I to jak - zgadzam się z nią.
Bo na prawdziwą miłość warto czekać. Nawet jeśli idzie do nas najbardziej okrężną z możliwych dróg. 
Obejmuję Saszę ramieniem i raz jeszcze przebiegam list wzrokiem. Jednej rzeczy tylko nie rozumiem.
- Sasza? O co chodziło mu z tymi łokciami? - pytam.
Kobieta uśmiecha się szelmowsko.
- Chodź do łazienki, to ci pokażę.

__________
Tego bonusa miało nie być. Ale skoro już Michaił wyszedł tu taki poszkodowany, to postanowiłam go "wykończyć" do końca. Nie jestem pewna czy takiego zakończenia oczekiwaliście. Chyba większość jednak kibicowała Michiemu, nie? Może jednak zakończenie otwarte było lepsze, trzeba wiedzieć, kiedy zejść ze sceny.
Może więc nie powinnam, ale dręczył mnie, więc napisałam. Oto i on.
...męczył mnie od bardzo dawna swoją drogą, bo poprzedni bonus powstał ze trzy lata temu (niemal dokładnie!), ale skoro już zaczęłam, to postanowiłam skończyć i zostawić Saszę w spokoju. Ktoś tam się dopominał, więc macie. A co Wam będę żałować, nie?
Co powstanie następne? Nie mam bladego pojęcia!
PS: Wiem, formatowanie się rozjechało, przepraszam :<

[Wszelka zbieżność nazwisk, imion i podobizn jest (nie)przypadkowa. Nie zmienia to faktu, że przedstawione tu osoby nie mają ŻADNEGO odzwierciedlenia w rzeczywistości i nie należy ich w żaden sposób utożsamiać z prawdziwymi osobami]

wtorek, 13 sierpnia 2019

Sen nocy zimowej

Jeśli chodzi o tę historię, to mam mieszane uczucia. Lubię do niej czasem wracać, ale napsuła mi nieco krwi. I męczy mnie, bo z jednej strony kusi mnie, by jednak ją "odzakończyć" i dokończyć, ale z drugiej strony wiem, że nie ma na to szans.
Bo nie. I kropka.

No dobra, od początku, bo błądzę.
Był sobie sezon 2016/17. Bardzo memiczny i śmieszkowy. DOMENator, #paprykateam, klątwa kociej piątki i te sprawy. Pamiętacie? Pewnie, że pamiętacie! No chyba, że nie oglądacie skoków, to nie pamiętacie.
Było śmieszkowo, więc postanowiłam to wykrzywić jeszcze w krzywym zwierciadle. I przedstawić w formie dramatu. Sztuki, znaczy się. Jeszcze wepchnąć tam moje pisarskie alter ego jako bohaterkę-narratora, autorem całego tego ambarasu uczynić Waltera Hofera i ogółem zabawa z formą i treścią.

Fantastycznie. 
Problem był jednak zasadniczy taki, że preparowanie postów (a czyniłam to na Wattpadzie, dopiero potem przeniosłam się na Blogspot) było skomplikowane ze względu na mnogość formatowania oraz długość notek, a co za tym idzie bardzo czasochłonne.
A ja czasu za bardzo nie  posiadałam naonczas.
Ponadto - starałam się wiernie trzymać rzeczywistych wydarzeń, a nie zawsze oglądałam konkursy i musiałam potem przekopywać się przez archiwum skijumping.pl (#kryptoreklamamocno), memy na twitterze i ogółem zżerało to jeszcze więcej czasu. Stąd wynikały poślizgi. Na tyle intensywne, że wciąż byłam na Turnieju Czterech Skoczni, gdy dotarliśmy do Planicy. 

I tutaj się poddałam. Sezon dawno się skończył, ja już nie pamiętałam, co się w ogóle działo, projekt powisiał trochę w internecie (a nawet próbowałam go reanimować, wrzucając na Blogspot, ale się nie udało) i ostatnio postanowiłam go oficjalnie zakończyć, żeby nikomu nadziei nie robić.
A na pierwszym miejscu, nie robić jej sobie, bo chodzą mi po głowie pomysły, by przeskoczyć płynnie do aktualnego sezonu, ale sensu to nie ma żadnego, podobnie jak zaczynanie całkiem od początku obecnym (nadchodzącym) sezonie.

Nie, nie wchodźmy drugi raz do tej samej rzeki. Raz wystarczy.
Zatem - uprzedzając pytania - ciągu dalszego nie będzie. Wierzcie mi, ja również żałuję, bo śmieszki wyszły mi nawet całkiem śmieszkowe, co mnie niesamowicie zadziwia. Miało to potencjał, ale wykonania brakło.
Reklamuję jednak, bo to, co jest, jest warte uwagi. Tak mi się przynajmniej wydaje...




Tytuł: Sen nocy zimowej
oraz
Bohaterowie: skoczkowie narciarscy wszelkich maści oraz inne osoby związane ze skokami
Czas akcji: sezon 2016/17
Czas trwania: listopad 2016 - grudzień 2018
Status: zakończone (przedwcześnie)
Liczba rozdziałów:  5 + prolog+"epilog" 
Opis: 
Wiecie, co Wam powiem? Kiedy następnym razem Hofer poprosi mnie o jakaś przysługę, to od razu pójdę się rzucić z Letalnicy.
Będzie szybciej i prościej.
I mniej boleśnie.
Sezon 2016/17 widziany zezowatym okiem Waltiego "Szekspira" Hofera.
2/10, nie polecam.



Z dodatkowych informacji:
Notek informacyjnych dużo mi nie zostało, ale będą się pojawiać, bo chcę się z nimi porządnie ogarnąć. Ale teraz się wezmę za kończenie innych rzeczy, które podobnie jak i Sen nocy zimowej, tego zakończenia ostatecznego potrzebują. O.
Porządek musi być, a co!

poniedziałek, 12 sierpnia 2019

Koreański survival


...czyli nigdy nie ufaj skośnookiemu kierowcy autobusu, jak głosi podtytuł. 

Jest to opowiadanie o tyle ciekawe, że powstało bardzo szybko, bardzo spontanicznie i jako pierwsze powstało tylko i wyłącznie na Wattpadzie (od tego się zaczęło, ech). Ponadto zgromadziło całkiem sporą publikę, co osobiście mnie zaskoczyło. Ale, nawet teraz mnie śmieszy, więc nie może być takie złe. Tym razem oberwało się Kubackiemu, ale sam się o to prosił.

Bo, geneza tego opowiadania ma swoje początki (oraz koniec także) na Igrzyskach w PjongChang. A konkretnie na konkursie drużynowym w skokach narciarskich. A właściwie podczas jego zakończenia. A jeszcze konkretniej... Na instastory Dawida Kubackiego z tamtego dnia, z którego dowiedzieliśmy się, że zostali porzuceni na skoczni, bo zwiał im ostatni bus i nie wiadomo, czy uda im się dotrzeć do hotelu.
Na Twitterze się trochę pośmieszkowało z tego filmiku, ja palnęłam, że to materiał na niezłego oneshota jest i...
I spontanicznie postanowiłam go napisać. 
Ktokolwiek zaskoczony? Bo ja nie.

Wyszedł trochę za długi na oneshota (choć jest krótszy od Saszy, która jest w historyjkach, a nie historiach, więc nie wiem, co tutaj się właściwie stało :O), więc został okrzyknięty historią w tagach i w zakładkach. Gdzie sens, gdzie logika, nie wiem, ale niech będzie.
Zamieszczam screeny dowodzące tego, że to nie moja wina, że coś takiego powstało. Uwinęłam się w niecałe dwa dni, co jest... godne podziwu. Nieźle, jak na mnie, nie?



Dobra, informacje, coby Was nie zanudzić :P




Tytuł: Koreański survival
Bohaterowie: Dawid Kubacki, Stefan Hula, Maciej Kot, Kamil Stoch, Stefan Horngacher
Czas akcji: 19-20.02.2018
Czas trwania: 19-21.02.2018
Status: zakończone
Liczba rozdziałów:  14
Opis: 
No i jesteśmy medalistami olimpijskimi. Hura, czy coś.
W sumie to otworzylibyśmy szampana, ale... tak jakby utknęliśmy na skoczni. Sami. W ciemności.
I nie mamy się jak stąd wydostać.
Czy uda nam się przetrwać do rana? Oto jest pytanie!



Z dodatkowych informacji:
Zaraz ląduje na pokładzie jeszcze Sen nocy zimowej, a potem się biorę za extra bonus do Saszy. I za Księżniczki.

niedziela, 9 grudnia 2018

Gdybyśmy tylko mieli czas

Poniższy tekst jest dodatkiem do historii "Odchodzę, bo kocham". Choć zdradza pewne wydarzenia opisane w epilogu tamtejszej opowieści, można go czytać, nie znając całości tekstu jako osobne opowiadanie. Jeśli jednak jesteś czytelnikiem "Odchodzę" i nie czytałeś jeszcze epilogu, rekomenduję wcześniejsze zapoznanie się z nim.
Miłej lektury!
__________

Wracam z nocnej zmiany, zamyślona jak zawsze. Myślę o tym, co zwykle. O tym jak uciekam przed samą sobą i wyrzutami sumienia. Jak wiele kilometrów pokonałam, próbując zapomnieć o tym, o czym nie chcę zapomnieć.
Jest wcześnie rano, ledwo świta, a most przerzucony nad rzeką Hudson pogrążony jest w gęstej mgle. Dlatego dopiero w ostatniej chwili dostrzegam postać wspinającą się na barierkę.
Samobójcy zawsze mnie intrygowali. Zawsze zadziwiało mnie, w jak różnych miejscach leży ta granica, zza której już się nie wraca.
Z bliska widzę, że to młody mężczyzna. Z bliska widzę też, że nie skoczy, nie prędko w każdym razie. Doświadczenie robi swoje.
- Rzeka to naprawdę kiepski pomysł – mówię, stając tak, by go nie przestraszyć. - Z tej wysokości, nie dość, że najpierw pogruchocze ci kości, to potem ciało nadyma się jak najeżka i przybiera sinofioletowy odcień. Nic miłego, naprawdę.
Mężczyzna odrywa wzrok od leniwie płynącej rzeki, która jest ledwo widoczna we mgle. Patrzy na mnie zaskoczony, jego młoda twarz poorana jest bruzdami zmarszczek, które nie są na pewno spowodowane wiekiem. Sama znajduje ich na swojej twarzy coraz więcej każdego dnia. Uśmiecham się smutno na tę myśl.
- Nie rób tego dziś, poniedziałki to naprawdę pracowity dzień dla grabarzy.
- Dlaczego mi to mówisz? - odzywa się końcu i ostrożnie schodzi z barierki. - Przecież mnie nie znasz, nie wiesz, dlaczego chcę skoczyć.
- Chciałeś – poprawiam go. - I właśnie dlatego ci to mówię. Bo cię nie znam. I jestem ciekawa twojej historii, a nie opowiesz mi jej dryfując z prądem.
Na pełnej boleści twarzy mężczyzny pojawia się coś na kształt uśmiechu.
- Jason. – Wyciąga do mnie rękę.
- Alicja – odpowiadam, ściskając ją.
- Zdaje się, że jestem ci winien kawę, Alicjo – mówi, nie puszczając mojej dłoni. - Choć za podarowanie jeszcze jednego dnia życia, chyba należy ci się więcej.
- Jutro też będę tędy przechodzić – uprzedzam go. - Więc może to nie będzie tylko jeden dzień. Ale możemy zacząć od kawy. – Uśmiecham się i idziemy poszukać miejsca, które zaoferuje nam kawę o godzinie piątej trzydzieści rano.

***

- Miałem narzeczoną, wkrótce mieliśmy się pobrać – mówi, powoli mieszając kawę zakupioną na stacji benzynowej. - Miałem też dobrą pracę i nic więcej nie potrzebowałem do szczęścia. Z rodziny nie został mi nikt, ale moja narzeczona wynagradzała mi to w stu procentach, bo kochałem ją nade wszystko.
Słońce dopiero wyłania się zza wieżowców, a my siedzimy na mokrej ławce na jakimś zaśmieconym skwerku.
- Brzmi jak bajka – mruczę cicho, popijając kawę. - Ale nie na darmo przez całkiem długi okres mojego życia byłam psychologiem, by wiedzieć, że coś tu nie gra.
- Byłaś psychologiem? - pyta zaskoczony, wyrywając się na chwilę ze swoich ponurych myśli.
- Mam wrażenie, jakby to było w innym życiu. – Uśmiecham się krótko. - Więc miałeś narzeczoną, dobrą pracę i byłeś szczęśliwy. To chyba nie powód, by rzucać się z mostu?
- Oprócz narzeczonej i pracy okazało niedawno, że mam jeszcze jedną rzecz. Raka trzustki – mówi, wyrzucając plastikową łyżeczkę do kosza, ale nie trafia. - Takie drobiazgi, strasznie demotywują, nie sądzisz? - wzdycha i wstaje, by ją podnieść.
- Nie ma nic gorszego – zgadzam się. - Ile...? - pytam krótko.
- Tydzień temu lekarz mówił o sześciu, może ośmiu miesiącach – wzdycha. - Trochę mnie to załamało, ale starałem się z tym jakoś pogodzić. Nie ja pierwszy i nie ostatni. Chciałem, przeżyć te miesiące najlepiej, jak się da. Poszedłem więc do szefa, powiedziałem, że rezygnuję z pracy, bo za zaoszczędzone pieniądze miałem zamiar spędzić ten czas z moją narzeczoną. Przygotowałem wszystko, gotów spełnić każdą jej najmniejszą zachciankę, chcąc spędzić z nią każdą minutę, która mi pozostała.
- Co więc poszło nie tak? - pytam, choć domyślam się finału tej historii.
- Była wszystkim, co mi pozostało i tylko myśl o niej nie pozwalała mi się załamać. Być może było to egoistyczne z mojej strony, ale chciałem móc nazywać ją moją żoną, budzić się obok niej każdego z tych nielicznych poranków, które mogliśmy spędzić wspólnie. Ale kiedy jej o tym powiedziałem, prawie dokładnie w takich słowach... Wystraszyła się. I uciekła, mówiąc, że nie może wyjść za śmiertelnie chorego faceta, że nie chce za parę miesięcy zostać wdową. Zostawiła mnie. Z niczym. Zostawiła mnie samego, bez pracy, bez ukochanej, ale za to z wyrokiem śmierci na karku. Osoba, której najbardziej ufałem, na której wsparcie najbardziej liczyłem... Po prostu mnie zostawiła.
Wzdycham ciężko, bo te słowa brzmią aż za bardzo znajomo.
- Kobiety to jednak suki – stwierdzam bezlitośnie, wypijając ostatni łyk kawy.
- I kto to mówi? - Jason spogląda na mnie zaskoczony, jednak na jego twarzy dostrzegam ślad rozbawienia.
- Wierz mi, doskonale wiem, o czym mówię – dodaję kwaśno, a kiedy patrzy na mnie z wyczekiwaniem, biorę głęboki oddech i zaczynam mówić. - Kiedyś zakochałam się w pewnym facecie. Żonatym. I dzieciatym, na dodatek. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że on też się we mnie zakochał. Choć zakochał, to chyba nieodpowiednie słowo. To, co nas łączyło, ciężko opisać jakimikolwiek słowami. Kochał mnie, po prostu. Ja jego też zresztą. Więc kiedy zrobiło się zbyt niebezpiecznie, wyjechałam. Po roku jednak musiałam wrócić, bo tego wymagała ode mnie moja praca. Pracowałam w nieco innym środowisku, ale on wciąż był w pobliżu. A ja odkryłam, że tak naprawdę nic się nie zmieniło. I cały cyrk zaczął się od nowa. – Milknę na chwilę, bo od bardzo dawna nie tęskniłam za Klemensem tak mocno, jak w tym momencie.
- Jego żona się dowiedziała, co? - zgaduje Jason.
- Chciałbyś, żeby to było takie proste – wzdycham. - Próbowałam o nim zapomnieć. Robiłam naprawdę wszystko, by nie popełniać wciąż tych samych błędów. Trzymałam się od niego na dystans i próbowałam być szczęśliwa z innym mężczyzną. Z mężczyzną, który chyba naprawdę szczerze mnie kochał. I szczerze mi ufał, mimo iż mówiłam mu, by tego nie robi, mimo iż ostrzegałam go, że nie dam rady pokochać go tak mocno, jak on tego pragnie. On jednak mi nie wierzył, nie wierzył mi, że mogę go zranić. W pewnym momencie sama chyba trochę w to uwierzyłam. Ale to było o wiele za mało. Uświadomiłam to sobie akurat w tym samym momencie, kiedy stwierdził, że już nic nie stoi nam na przeszkodzie i postanowił mi się oświadczyć.
- Uciekłaś, prawda? Pewnie bez pożegnania – domyśla się Jason.
Kiwam głową powoli.
- Do tej pory uciekam. Uciekam, bo nie chciałam mówić mu „nie”, ale jednocześnie nie byłabym w stanie powiedzieć mu „tak”.
- Bo wciąż kochałaś tamtego pierwszego gościa.
- Bo wciąż go kochałam – powtarzam cicho.
- Narozrabiałaś – kwituje krótko moją historię Jason. - Ile już uciekasz?
- Ponad cztery lata - mówię cicho. - Nigdzie nie potrafię dłużej zagrzać miejsca, bo w końcu moje wyrzuty sumienia mnie doganiają. I wspomnienia, bo wciąż za nimi tęsknię. Za jednym i za drugim. Oraz za swoimi przyjaciółmi, których zostawiłam bez słowa. I rodziną, która tylko od czasu do czasu dostaje ode mnie lakoniczne pocztówki z najodleglejszych zakątków świata.
 Milczymy wspólnie, każde zatopione w swoich myślach, a mgła opatulająca budzące się do życia miasto, zaczyna się powoli skraplać w postaci drobnej mżawki.  Kawa na dnie kubka jest już zimna, wyrzucam więcej resztkę, do której nakapał drobny deszcz.
- Co by się stało, gdybyś wróciła? - pyta nagle Jason, wyrywając mnie z zamyślenia.
Wzruszam ramionami.
- Rodzice by się ucieszyli, choć pewnie srogo się na mnie zawiedli; przyjaciółka by mnie zabiła, bo ciężko mi sobie wyobrazić, że mi wybaczy tak długie milczenie.
- A oni? - drąży mężczyzna, a ja wzdycham cicho.
- Nie wiem. Nie mam pojęcia, co się z nimi działo po moim wyjeździe. Mam nadzieję, że ułożyli sobie życie.
- A ty? Będziesz umiała poukładać swoje?
- Kiedyś na pewno - odpowiadam, nie pokładając w tych słowach ani odrobiny wiary.
Milczymy kolejną chwilę, a w parku pojawiają się pierwsi zaspani spacerowicze.
- Będziesz jutro na moście? - pyta Jason, bawiąc się swoimi palcami.
- A ty?
Zagryza wargę.
- Dziś sobie jeszcze poradzę, ale najgorsze są noce. Nie ma nic straszniejszego, niż samotne oczekiwanie w ciemności na śmierć. Czuję, jak się skrada, osacza mnie i nad ranem jedyna myśl ,jaka krąży mi po głowie to, by dopaść ją, zanim mnie pochłonie.
Dostrzegam ogromne cierpienie w jego oczach, kiedy mówi te słowa. Ściskam mocno jego rękę i patrzę na niego ciepło.
- Będę tam o piątej trzydzieści. Możesz się spóźnić, ale nie przyjdź za wcześnie - ostrzegam go i wstaję z ławki. - Dziękuję za kawę. Powodzenia w dzisiejszej walce z demonami.
Odchodzę, oglądając się co rusz za siebie i zastanawiam się, jak niewiele czasem trzeba, by uratować kogoś przed nim samym.

***

Pojawia się na moście o piątej piętnaście, kiedy marznę tam już od dobrego kwadransa. Początkowo mnie nie zauważa, dopiero kiedy wołam go po imieniu unosi głowę.
- Miałaś tu być o w pół do - zauważa.
- Nie chciałam ryzykować - mówię prosto i wyciągam  jego kierunku kubek z kawą. - Zresztą zainwestowałam w  ciebie dwa dolary, nie chciałbym, żeby się zmarnowały.
Uśmiecha się lekko, odbierając kubek i bierze łyk.
- Ta jest lepsza, niż wczoraj.
- Znalazłam całodobową kawiarnię - wyjaśniam i pociągam łyk ze swojego kubka. -  Jak się spało?
- Lepiej. Lżej było mi z myślą, że dziś znowu cię spotkam.
Zerkam na niego z ukosa. W jego słowach nie ma nic romantycznego - to tylko wołanie o pomoc samotnego, przerażonego człowieka.
Ale w moich następnych słowach nie ma litości, mówię po prostu to, co wydaje mi się najlepszym rozwiązaniem.
- Może potrzebny ci ktoś, dzięki komu nie będziesz samotny?
- Kogo miałbym skazać na opiekę nad umierającym facetem, skoro nawet kobieta, którą kochałem się na to nie zdecydowała?
- Najwyraźniej cię nie kochała. A poza tym nie mówię o opiece, mówię o życiu. O życiu z facetem, który nie ma nic do stracenia, bo zostało mu niewiele czasu na spełnienie swoich marzeń. To musi  być bardzo ekscytujące życie - zauważyłam, licząc, że wywołam jego zainteresowanie.
Przygląda mi się z zaskoczeniem, kiedy jak gdyby nigdy nic popijam kawę. Nie wiem, co dokładnie mu sugeruję, nie wiem, co dokładnie mam na myśli. Nie wiem nawet skąd taki pomysł wziął się w mojej głowie, ale choć szalony, wiem, że ma szansę się udać.
- Znamy się tylko jeden dzień - odpowiada cicho.
- I oboje mamy niewiele do stracenia. - Wzruszam ramionami. - Ty nie będziesz samotny, a ja... - waham się.  - A ja w końcu będę mieć jakiś cel.
- Jaki cel?
- Sprawić, by jeden człowiek przez kilka miesięcy nie umierał, a żył.

***

W ciągu paru następnych dni umawiamy się na moście w nieco późniejszych godzinach. Spędzamy wspólnie całe dnie, próbując nowych potraw (zdecydowanie nie jestem fanką kuchni tajskiej!), odwiedzając muzea, chodząc na mecze i zawody (Jason usiłował wytłumaczyć mi zasady baseballa, ale poddał się po dwóch godzinach, twierdząc, że jestem przypadkiem beznadziejnym) lub po prostu siedząc na ławce i rozmawiając na różne tematy.
- Wiesz, że psy nie rozróżniają kolorów? - rzucam nagle, obserwując tęgą paniusię ubraną w różowy płaszcz, prowadzącą na smyczy wypielęgnowanego pudla. - Słyszą za to infradźwięki.
- Jak sądzisz, w jakim stopniu ta informacja jest dla mnie użyteczna? - śmieje się Jason, próbując opanować cieknące mu po ręce lody śmietankowe.
- Absolutnie bezużyteczna, mówię ci to tylko po to, żebyś myślał, że jestem mądra. - Pokazuję mu język i podaję mokrą chusteczkę. - Mam ochotę zrobić dziś coś szalonego.
- To znaczy? Coś szalonego w stylu, wepchnięcia tej pani i jej pieska do sadzawki? Czy może raczej obrabowanie banku?
Wywracam oczami.
- Hultaj z ciebie! Miałam na myśli coś miłego. Coś jak... prawienie komplementów randomowym ludziom na ulicy.
- Po co?  - dziwi się Jason.
- Nie doceniamy siły uśmiechu, bądź jednego miłego słowa. Czasem to wystarczy, by odmienić czyjeś życie – odpowiadam.
- Tak, jak ty moje - dodaje ciszej, spoglądając na mnie z powagą.
- To co ty na to? - pytam z entuzjazmem, ale mężczyzna kręci głową,
- Mam inny pomysł. A raczej prośbę. Choć nie wiem, czy wolno mi o to prosić.
Patrzę na niego pytająco, gestem prosząc go, by kontynuował. Jason wstaje z ławki i zaczyna przechadzać się w tę i z powrotem.
- Dużo myślałem, o tym, co mi powiedziałaś. O tym, żebym żył. I owszem, odżyłem, ale... ale brakuje mi czegoś, wiesz? 
- Chciałeś powiedzieć: kogoś - mówię domyślnie, a Jason kiwa głową i sięga do kieszeni. Zerkam ciekawie, kiedy na wyciągniętej dłoni prezentuje mi dwie złote obrączki.
- Wszystko miałem przygotowane. Małą altankę i urzędnika, który miał nam udzielić ślubu, obrączki, bilety do Paryża na podróż poślubną, a w mojej szafie wisi garnitur i krawat... Wszystko zaplanowane, co do minuty. I wszystko na nic.
Zamykam jego dłoń z obrączkami, z lekkim niedowierzaniem w oczach. Zaprzyjaźniałam się z nim, w tych ostatnich dniach okazał się bardzo sympatycznym człowiekiem, z którym wiele mnie łączyło. Stał mi się bliski - on jako pierwszy od paru lat, stał się kimś względnie stałym w moim życiu. Jeśli jednak chciał mnie prosić...
- Nie mogę zastąpić ci narzeczonej - mówię łagodnie, wciąż trzymając go za rękę. - Nie proś mnie o to, Jason. To nie będzie to samo.
- Nie mam takiego zamiaru - uspokaja mnie. - Chcę tylko, żebyś poleciała ze mną do Paryża. Wiem, że nie chcesz wracać do Europy, ale to tylko kilka dni. Wszystko jest przygotowane i miało przepaść, ale jeśli nadal pragniesz przeżywać ze  mną moje szalone, choć krótkie życie to... to możesz czuć się zaproszona – proponuje a lekką niepewnością w głosie.
Uśmiecham się, słysząc te słowa.
- Z chęcią, nigdy nie byłam w Paryżu.
- Nie boisz się, że to za blisko? - Jason zerka na mnie spod rzęs.
Zdążyłam się podzielić z nim moimi obawami przed powrotem do Europy, która teraz wydawała mi się strasznie ciasna i mała. Jakbym w każdej chwili mogła wpaść na jakiś relikt mojej przeszłości, przed którą tak bardzo pragnęłam uciec.
Śmieję się cicho.
- W Europie odległości mierzy się nieco inaczej niż w Stanach – wyjaśniam mu. - Co prawda z Paryża do Polski, czy do Słowenii jest bliżej, niż z jednego stanu do drugiego, ale to zupełnie inny rodzaj podróży. Spokojnie, poradzę sobie z tym – zapewniłam go, mocno ściskając jego dłoń w pokrzepiającym geście.
- Nie chcę, żebyś jechała tam ze mną z litości.
- Nie robię dla ciebie nic z litości, Jason – upomniałam go. - Pamiętaj: żyjemy, nie umieramy.

***

Paryż zimą ma swój urok. Mimo iż przez pierwszy dzień nie wychodzimy z hotelu, bo Jason źle zniósł podróż samolotem i musiał natychmiast przyjąć dużą dawkę leków.
Siedzę przy jego łóżku, podając mu wodę i następną z miliona tabletek, bez słowa patrząc, jak przymyka oczy, wykończony podróżą.
- Idź na spacer, poradzę sobie – mówi słabo, uchylając powieki.
- Nidzie bez ciebie nie pójdę. - Kręcę głową.
- Nie chcę, byś przeze mnie siedziała w czterech ścianach przez cały wyjazd. Skoro już tu jesteśmy... - Krzywi się z bólu.
- Ciii - uciszam go i kładę mu nowy kompres na głowę. - Zdrzemnij się, Jason. Musisz odpocząć.
- A ty?
Uśmiecham się lekko, doceniając to, jak bardzo troszczy się o mnie, mimo swojego kiepskiego samopoczucia.
- Też się prześpię, to była męcząca podróż – odpowiadam zgodnie z prawdą.
- Jesteś pewna?
- Tak. - Kiwam głową. - Cały czas tutaj będę, gdybyś tylko mnie potrzebował.
Idę na chwilę do łazienki, by przebrać się w dres i po chwili wracam do pokoju. Wtedy z wielkim zażenowaniem odrywam, że przecież w tym pokoju jest jedno łóżko - małżeńskie. Miałam zgłosić to na recepcji zaraz po przyjeździe, ale zły stan Jasona sprawił, że zupełnie mi to wypadło z głowy.
Zastanawiam się, czy robić zamieszanie ze wstawianiem drugiego łóżka, bo o przeprowadzce do innego pokoju nie może być na razie mowy, ale stwierdzam, że chwilowo nie będzie to konieczne.
- Nie chce cię martwić, ale muszę do ciebie dołączyć - informuje Jasona, wsuwając się pod kołdrę z drugiej strony łóżka.
- Nie ma problemu, dawno nie spałem z żadną kobietą - mamrocze cicho, nawet nie otwierając oczu.
Kładę się na plecach i przymykam oczy, kiedy nagle czuję, że Jason bierze mnie ostrożnie za rękę spoczywającą na powierzchni kołdry.
- Dziękuję, Ala.
- Za co? - Zwracam głowę w jego stronę.
- Za to, że jesteś – mówi, patrząc mi prosto w oczy. - To wbrew pozorom bardzo dużo.
- Ja też ci dziękuję - odpowiadam. - Za to, że w tamten poniedziałek, nie przyszedłeś tam kilka minut wcześniej.
- Dlaczego?
- Bo być może wtedy nie byłoby nas tutaj – szepczę.
Ściska moją dłoń i w ten sposób zapadamy w niespokojny sen.

***

Bagietki w Paryżu smakują jakoś inaczej. Bardziej francusko i bardziej parysko. 
A jeszcze lepiej smakują jedzone w obecności Jasona, który czuje się już lepiej i wręcz tryska energią.
- Wjeżdżanie na wieżę Eiffla o tej porze roku to szaleństwo – stwierdzam, odrywając kolejny kawałek bagietki. Od rana kłócimy się, czy nie powinniśmy odpuścić tej atrakcji. Ja jestem na nie, Jason - na tak.
- Być w Paryżu i nie zobaczyć wieży Eiffla? No co ty! - woła oburzony.
- Właśnie, zobaczyć – zwracam mu uwagę. - Nie musimy się tam wspinać.
- Jest winda – przypomina mi z niewinną miną.
- Ale to metalowa, ażurowa konstrukcja, która jest teraz oblodzona i wieje tam pewnie, jak w oku tornada – grymasiłam dalej.
- W oku tornada panuje cisza, ciekawostka numer trzydzieści osiem z twojego repertuaru - wytyka mi.
- Nie łap mnie za słówka! - oburzam się. - To głupi pomysł.
- Szalony – poprawia mnie.
- Właśnie.
- Na takie przecież liczyłaś, prawda? - dodaje z szelmowskim uśmiechem.
Wzdycham, czując się pokonana.
- Dobra, ale tylko na chwilę. Żadnych kolacji w restauracji na górze za miliony euro – zastrzegam. - Wchodzimy, robimy „och” i „ach” i schodzimy, jasne?
- Jestem w stanie się zgodzić na taki kompromis. Jedz szybciej te bagietkę – dodaje nagle, w trzech kęsach kończąc swoją i zaczyna zbierać swoje rzeczy.
- Czemu? - Zamieram z ręką w połowie drogi do ust.
- O dziesiątej mamy rejs Sekwaną. - Znacząco stuka w zegarek.
- Oszalałeś z tymi atrakcjami! - wykrzykuję.
- Wymusiłaś na mnie cały dzień w Luwrze!
- A wiesz, że Mona Lisa...
- Tak,wiem – ucina, dobrze wiedząc, którą moją sztandarową ciekawostką pragnę go uraczyć. - Chodź, naprawdę nie mamy czasu.
Rzucam na talerz ostatnie kęsy bagietki, Jason zostawia suty napiwek i wyciąga mnie z bistro na ośnieżony chodnik, obejmując ramieniem, bym nie poślizgnęła się w swoich mało stabilnych butach. Promocja w paryskim sklepie, to jednak promocja w paryskim sklepie, prawda?
- Kocham się z tobą droczyć - wyznaje mi nagle.
- To masz szczęście, bo jestem idealną partnerką do słownych przepychanek – odpowiadam z uśmiechem.
Trzyma mnie w objęciach, chroniąc mnie przed mrozem, kiedy czkamy na barkę na przystani. Rozciera moje ramiona, marudząc, że powinnam się cieplej ubierać, a ja odpowiadam, że to jego zdrowie jest priorytetem.
- Mnie i tak nic już nie pomoże. - Jason stwierdza ponuro. Czasem ma takie momenty, kiedy widmo wiszącej nad nim śmierci przejmuje nad nim kontrolę na minutę lub dwie.
- Ale dla mnie to więcej czasu spędzonego z tobą - odpowiadam, a nasze spojrzenia się krzyżują. Dostrzegam w jego oczach jakiś dziwny błysk, nim jednak udaje mu się przerodzić w coś konkretnego, słyszymy radosne „bonjour!” i łamaną angielszczyzną jesteśmy proszeni na pokład.

***

Dwie butelki wina na dwie osoby to o jedną butelkę za dużo. Chyba że jest się we Francji, to wtedy to dwie butelki za dużo.
- Nie rozumiem tego fenomenu francuskiego wina – mówię, dopijając drugą lampkę i zagryzając ją trzecim rodzajem sera.
Siedzimy na podłodze naszym pokoju, rezygnując z kolacji w restauracji na dole. Zbytnio zamarzłam na wieży Eiffla i nie mam najmniejszego zamiaru opuszczać kokonu, który utworzyłam wokół siebie z kołdry.
- Myślę, że to coś, co potrafią docenić jedynie koneserzy - zgadza się ze mną Jason, odkorkowując drugą butelkę i dolewając mi wina. - Wysublimowany smak niedostępny dla przeciętego obywatela.
- Wole być chyba przeciętnym obywatelem i płacić za wino pięć dolarów, a nie pięćdziesiąt. - Krzywię się, robiąc łyk. – Boże, to jest jeszcze gorsze.
- Już otworzyłem, musisz wypić. - Jason nie może mi za bardzo pomóc, bo ograniczają go leki.
- Możemy wylać przez okno – proponuję, wzruszając ramionami.
- Nie, nie możemy. Czy ty jesteś już pijana?
- Skąd, tylko trochę wstawiona – oburzam się. - Zresztą po takim winie to nie grzech.
- Ale błagam, nie zaśnij mi tu teraz – prosi. - Nie mam siły wciągnąć cię do łóżka, nie mówiąc o odebraniu ci tej kołdry. Znów zapomnieliśmy poprosić o drugi komplet – wzdycha ciężko, wyginając się do tyłu i odstawia butelki z winem do kąta.
- Faktycznie, ale na kołdrę nie licz. Mogę cię co najwyżej wpuścić do mojego kokonu - informuję go, wrzucając do ust ostatni rodzaj sera. - O, ten jest nawet zjadliwy. Jak się zatka nos, to prawie wcale nie śmierdzi.
Jason śmieje się wesoło z moich machinacji z serem, po czym odsuwa naczynia porozstawiane między nami i siada obok mnie, luzując krawat i  odpinając dwa górne guziki koszuli.
Bardzo podoba mi się, że mimo wszystkich niedogodności podroży stara się zachować swój stary styl ubierania. Marynarka wisi na oparciu krzesła, a spodnie potraciły zaprasowane kanty, ten nieco niechlujny wygląd nadal mu jednak pasuje.
- Podobało ci się dzisiaj?
- Prócz tego, że zamarzłam na tym żelaznym okropieństwie? - Nie mogę sobie darować lekkiego przytyku. - Owszem, było bardzo miło.
- Właśnie obraziłaś jeden z siedmiu współczesnych cudów świata.
- Ciekawostka numer siedemnaście, szybko się uczysz. - Wychylam nos zza kokonu i zerkam na niego z ukosa. - A tobie się podobało?
- Owszem, ale nie mogę się doczekać Luwru – oznajmia, ku mojemu zdziwieniu.
- Mówiłeś, że nie cierpisz chodzić po muzeach!
- Nie tyczy się to chodzenia po nich z tobą, sypiącą ciekawostkami, jak z rękawa – mówi, poprawiając mi rozczochrane włosy, a ja wyplątuje się nieco ze swojego azylu. - Zawsze powiesz coś zabawnego i sprawisz, że to chodzenie wcale nie jest takie nudne.
- Czy ty właśnie próbujesz mi się podlizać? - pytam podejrzliwie.
Wywraca oczami, co upewnia mnie, że go przejrzałam.
- Podziemia - przyznaje się do winy.
- Tam będzie z minus miliard stopni! - protestuję gwałtownie.
- Panuje tam stała temperatura cztery stopnie Celsjusza – informuje mnie naukowym tonem.
- W tej temperaturze woda ma największą gęstość - odpowiadam odruchowo, oswobadzając ręce, by wspomóc się gestykulacją.
- Dzięki temu ryby mogą żyć przy dnie w zimie, więc i ty nie zamarzniesz. - Jason łapie mnie na nadgarstki natychmiast pacyfikując i moją gestykulację, i argumenty.
- Dobrze, ale w ramach rekompensaty porywam cię potem do Notre Dame. - Nachylam się, by nadać moim słowom odpowiednią moc.
- Bez wież – zastrzega od razu, nachylając się również.
- Z wieżami – mówię z samej przekory, ale nieco już ciszej, sama nie wiem dlaczego.
- Z jedną - targuje się daje Jason, głosem niewiele głośniejszym od szeptu.
- Okej - szepczę i uświadamiam sobie, dlaczego mówimy tak cicho.
Bo nasze twarzy dzieli nie więcej, niż parę centymetrów.
Mrugam i odnajduję spojrzenie Jasona, który chyba też jest zaskoczony nieco tym faktem. Jakby z wahaniem dotyka opuszkami palców mojego policzka. Jego dłoń jest przyjemnie chłodna, a mnie przez myśl przebiega, że powinien wziąć wieczorne leki na poprawę krążenia. Myśl ta szybko jednak znika, kiedy pyta bezgłośnie "Mogę?", a ja oszołomiona kiwam jedynie głową.
Całuje mnie ostrożnie. Najpierw raz, potem drugi i następny.
I jeszcze tysiąc razy tej nocy.

***

Kiedy się budzę, nie odnajduję Jasona po jego stronie łóżka. Chwilę nasłuchuję, czy nie jest przypadkiem w łazience, ale nie słyszę szumu wody. Nachodzi mnie przerażająca myśl, że być może zasłabł i wpadam do łazienki, potykając się o porzucone wczoraj na podłodze przez nas ubrania, ale jest pusta.
Staję zdezorientowana na środku pokoju, kiedy nagle otwierają się drzwi i do środka wchodzi Jason, ubrany w swój szary płaszcz.
- W porządku? - pyta, dostrzegając mój rozbiegany wzrok.
- Wystraszyłam się, że coś ci się stało – odpowiadam, mocniej owijając się prześcieradłem, które udało mi się chwycić w moim szaleńczym biegu ku drzwiom łazienki.
- Musiałem się przejść - odpowiada, ale sucho, bez uśmiechu.
- Coś się stało? - pytam łagodnie, dotykając jego ramienia.
- To się stało! - wybucha gniewem, gestem wskazując łóżko, półnagą mnie oraz siebie. - Zostało mi może trzy miesiące życia, a ja niefrasobliwie zakochuje się w osobie, która litościwie nie pozwala mi umierać w samotności!
Opadam na materac, ogłuszona jego słowami. Jason przechadza się gniewie z jednego końca pokoju na drugi, z rękami zaplecionymi za plecami. Widzę, jak zaciska mocno pieści, jako oddycha ciężko, próbując opanować emocje.
- Jason - mówię cicho, dostrzegając jego blade palce i pot perlący się na czole.
- Nie, nie powtarzaj mi po raz kolejny, że mam żyć, a nie umierać - mówi poirytowany. - Ja umieram, Ala. UMIERAM. Nie wiem, czy wczorajszy wieczór coś dla ciebie znaczył, pewnie nie,  i to może nawet  lepiej dla ciebie.
- Jason... - powtarzam jeszcze ciszej.
- Nie chcę, żebyś się nade mną litowała, nie chcę, żebyś próbowała naprawić swoje błędy, spełniając moje marzenia, czy co tam sobie wymyśliłaś! Nie chcę, byś się do mnie przywiązywała, nie chcę, by.... - Przystaje, opierając się o oparcie krzesła i ciężko dysząc.
Podchodzę do niego i opieram mu dłoń między łopatkami, a drugą dotykam jego czoła.
- Jesteś rozpalony. Wziąłeś rano leki? - pytam łagodnie, a on kręci głową, z trudem łapiąc oddech.
Biorę go pod ramię i prowadzę do łóżka. Sadzam na nim i zdejmuję z niego ostrożnie płaszcz i marynarkę. Uśmiecha się nieznacznie, kiedy próbuję opanować zsuwające się ze mnie prześcieradło, po czym wracam do rozpinania jego koszuli. Potem jeszcze buty i spodnie, po czym poprawiam mu pod głową poduszkę i idę po porcję leków i wodę. Kiedy wracam, wciąż oddycha niespokojnie, ale na jego twarzy nie ma już gniewu.
- Nie lituję się nad tobą, Jason – mówię, podając mu tabletki. - Jedynie się troszczę, a to duża różnica.
- Dlaczego to robisz? - chrypi, popijając garść leków dużym haustem wody.
- Bo to wszytko - powtarzam jego gest sprzed kilku minut - wcale nie znaczyło dla mnie nic.

***

Jason spędza w łóżku kolejne dwa dni, walcząc z osłabieniem organizmu. Spędzam ten cały czas przy nim, wychodząc jedynie po posiłki do restauracji na dole i by wysłać do rodziców pocztówkę z artystycznym zdjęciem wieży Eiffla.
Paryż o tej porze roku jest okropny, ale właśnie spędzam tu jedne z lepszych chwil ostatnich lat. Tęsknię za wami, Ala
Podobną wysyłam do Kasi, jednak długo waham się, co powinnam jej napisać. Z każdego miejsca, które odwiedzam ślę jej pocztówkę. Wiele z nich zawiera jedynie jedno słowo: przepraszam.
Dziś wiem, że "przepraszam" to za mało. Nie próbuj mnie nienawidzić i nie próbuj przebaczać. Po prostu żyj, Kaś. Ala
Na znaczkach też widnieje ta cholerna wieża, do której widoku się jednak już przyzwyczaiłam. 
Kiedy wracam do hotelu, recepcjonistka informuje mnie, że po południu, pracownicy hotelu wstawią do naszego pokoju dodatkowe łóżko, o które prosiłam w dniu przyjazdu.
- To nie będzie konieczne, pojutrze wyjeżdżamy - opowiadam, nie dodając, że wspólne łóżko parę nocy temu przestało być dla nas problemem.
W pokoju odkrywam Jasona przeglądającego gazetę i wyglądającego na o wiele zdrowszego. Odruchowo dotykam jego czoła i sprawdzam puls, ale wszystko jest w normie.
- Nie strasz mnie tak więcej - mówię, podając mu kolejną porcję leków i pytam, czy da radę wyjść dziś z łóżka.
- Jutro, muszę porządnie nabrać sił, bo mamy jeszcze jedno miejsce do zwiedzenia – odpowiada nieco tajemniczo. - Ale dziś jeszcze nie i mam nadzieję, że do mnie dołączysz. - Uśmiecha się do mnie, a ja wsuwam się pod kołdrę i przykładam głowę do jego piersi, wsłuchując się w miarowe bicie jego serca.
- Obiecaj mi coś, Jason - mówię cicho. - Obiecaj mi, że będziesz żył. Tak długo, jak dasz radę. Dla mnie – kończę szeptem.
- Obiecuję - odpowiada równie cicho i całuje mnie w czubek głowy, a w materiał jego koszuli wsiąka moja pojedyncza łza.

***

- Na pewno Luwr? A twoje katakumby? - upewniam się, poprawiając po raz kolejny jego szalik. Z dnia na dzień jest coraz bardziej podatny na infekcje, które będą coraz trudniejsze do opanowania. Musimy zachować coraz więcej środków ostrożności.
- Masz rację, cztery stopnie to trochę mało. W muzeum jest chociaż ogrzewanie. - Mruga do mnie zawadiacko. - Do tego oczywiście katedra. Z dwoma wieżami - dodaje z cierpiętniczą miną, a ja śmieję się głośno i całuję go w policzek.
- Gdybyś mnie słuchał parę dni wcześniej, to wiedziałbyś, że w zimie wieże są niedostępne dla zwiedzających – śmieję się, po czym wtulam się w niego i niespiesznie zmierzamy w kierunku muzeum.
- A więc okrutnie ze mnie zakpiłaś, wykorzystując moją niewiedzę! Cóż, to nieco weryfikuje moje plany... - dodaje ciszej, jednak nie udaje mi się z niego wciągnąć, co miał na myśli.
Muzeum jest bardzo obszerne, wybieramy więc trasę obejmującą tylko kilka najbardziej popularnych punktów. Zgodnie z obietnicą, nie szczędzę ciekawostek, choć nie wszystkie są związane bezpośrednio z eksponatami i nie wszystkie pasują do powagi tego miejsca.
Na naszej trasie nie może oczywiście zabraknąć...
- A oto ponoć jedna z najpiękniejszych kobiet w historii ludzkości - przedstawiam mu Mona Lisę, zafascynowana przyglądając się temu sławnemu dziełu Leonardo. Może dlatego nie od razu zauważam, że kiedy Jason potwierdza z zapałem, wcale, ale to wcale nie patrzy na wiekowe płótno.
Wychodzimy wcześniej, by zdążyć jeszcze do katedry, jest już więc całkiem ciemno, kiedy stajemy niezdecydowani na chodniku, obserwując rozgwieżdżone niebo nad Paryżem.
- Mogę cię porwać w jeszcze jedno miejsce? - pyta Jason, a ja kiwam głową. Bez słowa prowadzi mnie w tylko sobie znanym kierunku. Dopiero kiedy zza zakrętu wyłania się wieża Eiffla, wzdycham zmęczona.
- Znowu? - marudzę.
- Cicho – upomina mnie, dając mi pstryczka w nos. - Miałem to zrobić na wieży Notre Dame, ale ponieważ zrobiłaś mnie w konia, to nie udało mi się wymyślić nic oryginalniejszego.
Nie wyjaśnia mi wiele więcej, dopóki nie docieramy pod wieżę. Chwilę kręcimy się dookoła, szukając miejsca, z którego będzie najpiękniejszy widok. Nie mam pojęcia, po co to robimy, ale Jasonowi bardzo na tym zależy.
- Chcę byś miała piękne wspomnienia - mówi, kiedy w końcu znajdujemy miejsce, które łaskawie określam jako „niezłe”.
- Jeśli marznięcie pod tym żelastwem uważasz za piękne wspomnienie... - zaczynam się z nim znowu droczyć.
- Cicho, nie przerywaj mi teraz. - Jason kładzie mi palec na ustach, po czym sięga do kieszeni. - Postaram się streścić.
Kiwam głową, a mężczyzna bierze głęboki oddech.
- Po pierwsze chcę cię przeprosić za to wszystko, co powiedziałem wtedy w hotelu. Nie byłem wtedy sobą. I nie chodzi o gorączkę, ale o strach. Bałem się, że bezpowrotnie niszczę życie osobie, która uratowała moje i wciąż ratuje je każdego dnia. - Uśmiecha się do mnie i wyciąga dłoń z kieszeni, jednak nie otwiera jej jeszcze. - Ale pokazałaś mi, że jesteś silniejsza, niż myślałem, że dobrze wiesz, co robisz i nie żałujesz swojej szalonej, jakby nie było, propozycji.
- Nie żałuję - potwierdzam, gdy milknie na moment. - To była jedna z lepszych decyzji, jakie podjęłam w swoim życiu, wiesz?
Uśmiecha się do mnie krótko, po czym rozwiera dłoń. W blasku księżyca i gwiazd, dwie złote obrączki błyszczą jakby własnym światłem.
- Pamiętasz je? - pyta cicho, a ja kiwam głową, bo nie znajduje w sobie żadnych odpowiednich słów. - Czy zatem zechcesz nosić teraz jedną z nich? - pyta z nadzieją w oczach.
A ja wciąż nie mogąc wydobyć z siebie słowa, po prostu ponownie kiwam głową.

***

Ciężko mi uwierzyć w widok, który prezentuje się w lustrze. Biała sukienka jest skromna, ale bardzo ładna, a ja wciąż mrugam zaskoczona, nie mogąc się nadziwić, jak bardzo mi w niej do twarzy. Obracam się ostrożnie i nagle z żalem myślę, że moja mama powinna to zobaczyć. Robię zdjęcie i piszę długą wiadomość, ale ostatecznie jej nie wysyłam.
Jakby się poczuła, gdyby nagle się dowiedziała, że tysiące kilometrów od niej jej jedyna córka właśnie wychodzi za mąż?
Za mężczyznę, którego zna niespełna dwa  miesiące?
Poprawiam raz jeszcze wsuwki we włosach  i biorę bukiet białych róż. Za drzwiami czeka na mnie już Jason w doskonale skrojonym garniturze. Z lekkim niepokojem stwierdzam, że jest dosyć blady, ale uśmiecha się do mnie uspokajająco. To będzie krótka uroczystość.
- Gotowa? - Podaje mi ramię i powoli ruszamy korytarzem do niewielkiej sali, gdzie czeka na nas urzędnik.
- Jak nigdy - mówię i śmieję się cicho, bo nagle nachodzi mnie zabawna myśl. Dopiero kilka dni wcześniej, wypełniając wszystkie potrzebne dokumenty, dowiedziałam się, jakie nazwisko nosi Jason.
Ot, nieistotny szczegół.
Gdy mu to mówię, wybucha serdecznym śmiechem, który niesie się echem  po korytarzu, zaraz jednak śmiech zmienia się w kaszel, a po kilku spazmach Jason wykrztusza skrzepniętą krew.
- Niedobrze - szepczę, chwytając go mocniej pod ramię.
- To nic - odpowiada zdecydowanie i przeciera usta chusteczką higieniczną. - Chodźmy.
Zerkam na niego z niepokojem, ale zgodnie z jego życzeniem popycham ciężkie dębowe drzwi, zza których wychodzę kilka minut później już nie jako panna Mittner, a jako pani Spencer.

***

- Hawaje czy Australia? - Podrzuca mi foldery biura podróży.
- Za daleko - sprowadzam go na ziemię.
- Mówiłaś, że mam się nie ograniczać z marzeniami - zauważa, a ja wzdycham ciężko i podchodzę do niego bliżej.
- Naprawdę chcesz jechać do Australii? Albo na Hawaje? - pytam, obejmując go w pasie i zerkając na kolorowe obrazki.
- Ty mówiłaś, że chcesz - odpowiada mi. - A twoje marzenia są i moimi.
- Byłam niedawno w Australii. Poza kangurami niewiele tam fajnych rzeczy - studzę jego zapał. - A na Hawajach jest wilgotny klimat, łatwo złapać jakąś infekcję - przypominam mu cierpliwie. Nie chcę torpedować jego planów, ale to naprawdę nie byłoby rozsądne.
- Chciałaś, żebym żył pełnią życia - mówi cicho.
- Owszem, ale nie tak, żeby to życie zaczęło cię zabijać - odpowiadam, zapalając mu ręce na karku i opierając się czołem o jego czoło. - Pożyj ze mną jeszcze trochę, Jason - szepczę i całuję go czule.
Czuję, jak uśmiecha się pod tym pocałunkiem, kierując nasze korki powoli, ale zdecydowanie ku sypialni. Kiedy lądujemy na łóżku, którego nie udało nam się od wczoraj pościelić, Jason wzdycha zrezygnowany.
- No dobrze, nasz miesiąc miodowy możemy spędzić w Central Parku karmić kaczki, skoro tak bardzo nalegasz – oznajmia z cierpiętniczą miną, ale po zawadiackim błysku w jego oczach poznaję, że czeka na wynagrodzenie za pójście na tę ugodę.
Śmieje się i wtulam się w niego mocno, tym samym jednak wsłuchuję się ponownie w bicie jego serca. Bije równo, ale powoli, jakby z wysiłkiem, a w mojej głowie pojawia się straszna myśl, że być może już niedługo będę nasłuchiwać w ten sposób jego ostatniego uderzenia.

***

Miesiąc miodowy musieliśmy skrócić do dwóch tygodni. Nie spędziliśmy ich w Central Parku, a na campingu w środku uroczego lasu. Nie mieliśmy stamtąd zbyt daleko do kliniki onkologicznej, kiedy więc pewnego ranka Jasona obudził silny ból brzucha i krwawe wymioty, szybko trafił w fachowe ręce lekarzy.
Badania dłużą się niemiłosiernie, w końcu jednak lekarz wchodzi do mnie. Ma nieodgadnioną minę, a mnie ponownie włącza się zmysł psychologa - wiem, że nie ma dobrych wieści.
- Pani Spencer, skończyliśmy badać pani męża i niestety nowotwór jest już w bardzo zaawansowanym stadium. Trzustka jest ledwie wydolna, dookoła zbiera się ropa, do tego krwawienie z żołądka. Odessaliśmy ropę i krew, ale to się będzie powtarzać, nie jesteśmy już w stanie tego zatrzymać.
Kiwam głową, przyswajając te informacje. 
- Czy pomijając te ataki, będzie czuł się w miarę dobrze? - pytam.
- Przyzwoicie. Jeśli podwoję dawki leków, nie będzie w ogóle czuć bólu, ale to może go trochę otępić – proponuje lekarz.
Kręcę głową.
- Proszę zostawić normalną dawkę.
- Pani mąż powiedział dokładnie to samo. - Uśmiecha się do mnie lekarz i mówi, że mogę wejść na moment do Jasona.
Jest bardzo blady, podpięty do licznych urządzeń pomiarowych, pielęgniarka poprawia jeszcze kroplówkę i zostawia nas samych, prosząc, by zawołać ją gdybyśmy czegoś potrzebowali. Przysiadam na brzegu łóżka, uważając na liczne przewody i całuję go w czoło.
- Chcieli mi zwiększyć dawkę leków, ale się nie zgodziłem – szepcze gorączkowo, a ja kiwam głową, że wiem. - Chcę być przytomny do samego końca.
- To jeszcze nie jest koniec - mówię łagodnie i kładę mu rękę na piersi. Serce bije z wysiłkiem, ale wciąż miarowo.
I wciąż bije.
- Ala - mówi Jason słabo. - Ja zrozumiem, jeżeli... jeżeli teraz odejdziesz. 
Patrzę na niego zaskoczona, bo nie od razu dociera do mnie, o czym mówi.
- Jason...
- Nie, posłuchaj mnie. - Bierze mnie za rękę i delikatnie zaczyna zataczać koła kciukiem po jej powierzchni. - Wiem, że umawialiśmy się, że będziesz moją tarczą przeciwko samotności, ale nie mogę skazywać cię na patrzenie, jak umieram, nie taka była umowa.
- Umawialiśmy się na życie, nie na umieranie – dodaję cicho.
- Teraz zostało mi już tylko to drugie, Ala.
Zagryzam wargę.
- Przysięgałam ci niedawno, że "póki śmierć nas nie rozłączy" - przypominam mu. - A ja dotrzymuję obietnic, Jason.
- Ala, ta przysięga dotyczy osób, które się kochają, które łączy prawdziwa miłość. Co nas może łączyć po niecałych trzech miesiącach?
- Nie wiem - szepczę. - Ale gdybyśmy tylko mieli czas...
- Ale nie mieliśmy, kochanie – przerywa mi łagodnie.
- Gdybyśmy go mieli, nie byłoby nas - uświadamiam mu. - Niczego nie żałuję, Jason. Bo wiem, że gdyby dano nam więcej czasu, to na pewno bym cię pokochała. Bo już cię w jakiś pokrętny, niemożliwy do ogarnięcia umysłem sposób kocham.
- A oni?- pyta nagle.
Rzadko rozmawialiśmy o mojej przeszłości, zaskakuje mnie więc, że wraca do niej akurat w tym momencie. Zamieram na chwilę, przywołując wspomnienie twarzy najpierw Klemensa, a potem Petera. Potem nakłada mi się na to obraz bladej twarzy Jasona i uśmiecham się krótko.
- Obu kochałam, ale każdego inaczej – odpowiadam. Pierwszy raz mogę powiedzieć z pełną pewnością, czym było to uczucie, których obu darzyłam. - Jeszcze inaczej, niż kocham ciebie, Jason. Na świecie jest nieskończona liczba miłości, inna dla każdego człowieka. Nie kocha się bardziej lub mniej. Kocha się po prostu inaczej – mówię, sama sobie dziwiąc się, jakie to może być proste.
- Obiecaj mi coś, Ala.
Kiwam głową na potwierdzenie, że słucham go uważnie.
- Obiecaj mi, że wrócisz. Że wrócisz i naprawisz to, co będzie się dało naprawisz. Że powtórzysz te mądre słowa i jednemu, i drugiemu. Że powtórzysz je swoim rodzicom. Swoim przyjaciołom. Zasługujesz na szansę, by mogli ci wybaczyć. Dlatego obiecaj mi, że wrócisz do nich, póki jeszcze masz na to czas. Wykorzystaj to, że masz go więcej ode mnie. Obiecasz mi to?
- Obiecuję – szepczę, po czym nachylam się i ostrożnie go całuję. Chwilę później wraca pielęgniarka i prosi mnie o opuszczenie sali, by Jason mógł spokojnie wracać do sił.

***

Po tygodniu Jason wychodzi ze szpitala. Wciąż jest osłabiony, ledwie trzyma się na nogach, ale upiera się, że mam go zawieźć na most. Spełniam jego życzenie i brodząc po kostki w śniegu powoli docieramy do przęsła, przy którym spotkaliśmy się po raz pierwszy.
- Dziś nie miałbym siły się tu nawet wdrapać - mówi, wskazując barierkę.
- Dziś nie miałbyś motywacji ani powodu, by skoczyć – dodaję, mocniej obejmując jego ramię. - Wtedy zresztą też nie miałeś – stwierdzam cicho.
- Myślisz? - Zerka na mnie.
- Tak.
- Dlaczego więc podeszłaś wtedy, by mnie ratować? - pyta.
Myślę dłuższą chwilę nad odpowiedzią, nim uświadamiam sobie, dlaczego wtedy go zagadnęłam. Nie zadzwoniłam po policję, czy inne służby, czemu osobiście dopilnowałam, by nie miał powodu wrócić tam następnego dnia w tym samym celu. Odpowiedź nagle pojawiła się w mojej głowie, jakby zawsze tam była.
- Nie podeszłam, by cię ratować, Jason – mówię cicho, spoglądają mu prosto w oczy. - Podeszłam, żebyś to ty uratował mnie.

***

Przez dwa tygodnie kursujemy między mieszkaniem a szpitalem, gdzie regularnie odsysana jest ropa i krew. Wypływ jest jednak coraz bardziej intensywny, tak że odsysania wkrótce przestają dawać jakikolwiek efekt.
- Możemy teraz tylko podawać coraz większe dawki morfiny - informuje mnie lekarz, spoglądając na mnie współczująco. Nie musi mówić nic więcej.
Sama dobrze wiem, że zostały nam jedynie dni.

***

- Jesteś pewien?
- Tak, nie lubię zapachu szpitali.
Kiwam głową i podaję mu do podpisu formularz o wypis na prośbę pacjenta. Łapię się na tym, że obserwuję uważnie jego twarz i dłonie, jakby pragnąc utrwalić w głowie obraz jego uśmiechu, gestów i innych szczegółów, których nie miałam czasu poznać tak dobrze, jak bym chciała.
Lekarz informuje mnie, że pielęgniarka będzie przychodzić codziennie, instruuje mnie po raz kolejny o dawkowaniu morfiny i życzy powodzenia.
Nie zauważyłam wcześniej, że „powodzenia” rymuje się z „do widzenia”.
A to przecież bardzo ładny eufemizm do „żegnaj”.

***

- Na pewno nie chcesz odjeść? Sam mogę dawkować morfinę. Mam telefon do pielęgniarki i...
- Na pewno.
- Na sto procent?
- Wiesz, że nie musisz o to pytać.
- Ala...
- Koniec dyskusji, Jason.
- Ala, dlaczego chcesz zostać?
Milczę przez bardzo, bardzo długą chwilę.
- Bo skończyłam już z odchodzeniem od ludzi, których kocham, Jason.

***

Moje małżeństwo trwało dokładnie czterdzieści dwa dni, sześć godzin i trzydzieści dwie minuty.
I było to najlepsze czterdzieści dwa dni, sześć godzin i trzydzieści dwie minuty w moim życiu. Może nie licząc tych wcześniejszych dwóch miesięcy znajomości z Jasonem.
Nagrobek jest jasnoszary i bardzo prosty, tak jak wszystkie na tym cmentarzu. Na pogrzebie byłam tylko ja, ksiądz i kilka przypadkowych osób, które poprosiłam o poświecenie kilku minut swojego czasu na pożegnanie Jasona. To byli ludzie z ulicy, którzy pewnie nigdy nie widzieli go nawet na oczy, a mimo to poważnie potraktowali moją prośbę. I tak życzenie Jasona, by nie odchodzić w samotności zostało spełnione.
Ksiądz odszedł pół godziny temu, ostatni z przypadkowych żałobników przed kwadransem, a ja nadal wpatruję się w milczeniu w nagrobek, a w moim umyśle nie błąka się choćby jedna myśl. Ściskam w dłoniach kurczowo bukiet zasuszonych białych róż - tych samych, które trochę ponad miesiąc temu towarzyszyły nam w urzędzie stanu cywilnego.
Ocieram z twarzy łzy i kucam, by płożyć je przy nagrobku. Wieje zimny wiatr, więc opatulam się mocniej płaszczem, obejmując ramionami brzuch. Mimo przenikliwego zimna, nie chce jeszcze odchodzić. Mam mu coś jeszcze do powiedzenia.
- Nigdy nie lubiłam tych nocnych zmian, wiesz? - mówię w końcu cicho, nie wiedząc jak zacząć. - Ale to dzięki nim cię poznałam. W tamten poniedziałek gdy spotkaliśmy się po raz pierwszy, nie miałam pojęcia, jak bardzo wpłyniesz na moje życie. Nie miałam pojęcia, jak wiele może mi uświadomić zwykle życie z tobą. Jak wiele może mi dać. - Uśmiecham się lekko do siebie.
Wyciągam dłonie z kieszeni  i mimowolnie zaczynam się bawić obrączką. Wygląda na moim placu tak naturalnie, jakby była tam od zawsze. Wiem, że nigdy jej nie ściągnę.
- Mówiłam ci, że nie cierpię Paryża? Jest dla mnie totalnie przereklamowany, tak samo, jak francuskie wino. Ale poleciałam tam z tobą, mimo iż bałam się wracać do Europy, wbrew temu, co mówiłam. Odważyłam się na to dla ciebie. Dla ciebie też przemogłam swoją niechęć do tego miasta. I do wieży Eiffla. - Uśmiecham się pod nosem przez łzy, które zbierają się w moich oczach. - Wiesz, że to ostatnie miejsce, które wybrałabym na oświadczyny? Naprawdę, większej sztampy trudno szukać po całym świecie! A mimo to, to były najlepsze zaręczyny, jakie mogłam sobie wyobrazić, nawet jeśli zanadto się z nimi pospieszyliśmy. Gdybyśmy mieli tylko więcej czasu, lata, nie miesiące...
Wzdycham. Ściemnia się już i robi się coraz zimniej. Ale zostało jeszcze kilka spraw, które muszę mu wyjaśnić.
- Pokochałam cię w trybie przyspieszonym, Jason. Ale to nie była miłość na pół gwizdka, brzmi to jak szaleństwo, ale tyle mi wystarczyło.  Te parę miesięcy wystarczyło mi, żeby cię pokochać. Pokochać cię szybciej, niż w normalnych warunkach, bo dano nam tak mało czasu...
Zaczyna padać śnieg – znak, że najwyższy czas wracać do domu. Chowam dłonie do kieszeni i biorę głęboki oddech.
- Dziękuję ci, Jason. Uświadomiłeś mi wiele rzeczy, pokazałeś mi, co jest naprawdę ważne. Przy tobie nauczyłam się przeżywać życie, a nie jedynie żyć. Obiecałam ci, że naprawię swoje błędy. I dotrzymam tej obietnicy.
Ocieram z twarzy ostatnie łzy i drżącą ręką dotykam nagrobka. Drugą kładę na brzuchu i uśmiecham się smutno.
- Żałuję jedynie, że nie miałeś wystarczająco dużo czasu, by ją poznać - mówię. - Pomyślałam, że dam jej na imię Diana, wiesz, dokładnie tak, jak księżna – śmieję się pod nosem, wyobrażając sobie, jak krzywi się na tę myśl. - Tak myślę, że to będzie dziewczynka. Będzie mieć twoje oczy i uśmiech, ale włosy i charakter będzie mieć po mnie. Dokładnie tak będzie, Jason. - Uśmiecham się do swoich myśli, pozwalając na chwilę zbłądzić mojej wyobraźni, która podsuwa mi obraz życia, którym moglibyśmy żyć w trójkę, gdybyśmy dostali od losu więcej wspólnego czasu.
Tylko trochę więcej czasu. Gdybyśmy tylko mieli go trochę więcej. 
Teraz jednak naszedł czas, by się pożegnać. Robi się coraz zimniej, a ja muszę teraz dbać o siebie podwójnie. Została mi tylko jeszcze jedna rzecz do przekazania. Liczyłam, że w jakiś sposób Jason mnie słyszy, bo nie wszystko zdążyłam mu przecież powiedzieć.
- Nauczyłeś mnie, że miłość to umiejętne rozpoznawanie, kiedy należy zostać, a kiedy należy odejść. Odeszłam, ale teraz mam zamiar wrócić. Mam nadzieję, że miałeś rację i będę mieć do czego.
Chowam dłoń do kieszeni i odchodzę, nie oglądając się już za siebie. Mam do załatwienia wiele spraw, z którymi nie powinnam zwlekać.
Nigdy nie wiadomo, jak wiele wspólnego czasu nam pozostało.