Kiona
płonie. Nie ostanie się ani jedno miasto, ani jeden dom. Pożoga
ogarnęła cały kraj. Gdzie nie spojrzeć ogień, popiół albo dym.
I śmierć. Mnóstwo śmierci.
Lecz
ogień gdzieś musi się kończyć. I kończy się. Tuż przy granicy
z państwem Arrand.
Tam
też biegnie kobieta. Zostawia za sobą swoją przeszłość, a przed
sobą nie ma przyszłości. Liczy się tylko chwila obecna. Przeżyć.
Uratować siebie i dziecko.
Kobieta
pada na ziemię. Nie ma już sił. Nie ma już nic. Tylko siebie. I
dziecko, które wkrótce się narodzi. Naprawdę niedługo.
Skurcze.
Nie, jeszcze nie teraz. Nie tutaj, nie w tym momencie. Poczekaj,
dziecino... Są w lesie, nie ma tu nikogo. Tylko dzikie zwierzęta,
krążące w poszukiwaniu łatwego łupu. Za nimi ogień, przed nimi
Arrand. Niewola. Albo śmierć.
Poczekaj.
Jeszcze nie teraz.
Kobieta
zwija się z bólu. Nie może tego powstrzymać. Musi urodzić. Ale
czemu teraz? Dookoła krążą zwierzęta. Czują krew. Wilki? Rysie?
Nie. Hieny. I leśne lwy.
Nie
ma siły. Ale zdobywa się na ostateczny wysiłek, by wydać na świat
dziecko. Zwierzęta są coraz bliżej.
Nagle
wśród leśnych odgłosów rozlega się płacz noworodka. Płacz
noworodka i ryk lwa. Inne zwierzęta czmychają w noc.
Kobieta
czuje jak opuszczają ją siły. Umiera. Jak przez mgłę dostrzega
młodą lwicę podchodzącą do jej dziecka. Chce krzyknąć, ale nie
ma siły.
A
potem już tylko ciemność.
20
LAT PÓŹNIEJ
-
Co pana do nas sprowadza?
-
A co może mnie sprowadzać do Gildii Zabójców, Snelf?
Gospodarz
uśmiechnął się pod nosem.
-
Wina?
-
Poproszę.
Skinięcie.
Służący napełnił dwa kieliszki szkarłatnym płynem. W
pomieszczeniu zapadła cisza.
-
Interesuje mnie - zagaił Snelf, gdy służący zniknął - sposób w
jaki się pan tu dostał, panie...?
-
Moje imię nie jest istotne - gość pociągnął łyk ze swego
kieliszka. - Dobre wino. Rocznik '67, prawda?
-
Zgadza się. Widzę, że zna się pan na winach...
-
Możesz mi mówić Farend, Snelf. To nie jest moje prawdziwe imię,
jak się domyślasz...
-
To oczywiste. Czy możemy przejść do sedna sprawy?
Farend
nie odpowiedział. Pił w zamyśleniu wino i przyglądał się
regałom pełnym książek.
-
Nie wiedziałem, że twoi ludzie są tak oczytani.
-
Nie oni - sprostował Snelf. - Ja.
-
Potrzebuję twojego najlepszego zabójcy. Cena nie gra roli.
-
Wszyscy są najlepsi - wyszczerzył się Snelf. - To Gildia Zabójców.
Nie przyjmujemy byle kogo.
-
Chcę najlepszego z najlepszych, Snelf - w głosie Farenda pojawiły
się groźne nuty. - Rozumiesz? Najlepszy.
Snelf
przełknął ślinę. Jak na administratora Gildii Zabójców był
dość strachliwym człowiekiem. On sam nie zabijał, inni czynili to
za niego. Ale nieustanna obecność kilkunastu ludzi zdolnych zabić
w kilka sekund na tysiąc różnych sposobów, bywała przynajmniej
niepokojąca.
-
Dobrze. Przyjdź jutro.
***
Następnego
dnia rozsiadł się jak u siebie. Skinął na stojącą koło biurka
Snelfa dziewczynę:
-
Daj wina. Najlepiej tego co wczoraj.
Ani
drgnęła.
Snelf
przyszedł po chwili.
-
Wybacz moje spóźnienie. Mieliśmy mały kłopot z... jednym z
klientów.
-
Gdzie on jest?
-
Klient? - zdziwił się Snelf.
-
Nie - wycedził Farend. - Mój zabójca.
Gospodarz
uśmiechnął się promiennie.
-
Tutaj, przecież stoi - wskazał dziewczynę.
Farend
rzucił jej szybkie spojrzenie. Wysoka i smukła, rude włosy
związane w węzeł na czubku głowy, chłodne spojrzenie
bladoniebieskich oczu. Nie mogła mieć więcej niż dwadzieścia lat.
-
Ona? Nie wygląda na zabójcę.
-
Jest najlepsza - stwierdził chłodno Snelf. - Nie kręć nosem,
Farend. Nie mam w zwyczaju oszukiwać klientów.
Farend
podszedł do dziewczyny. Wokół niej unosił się ciężkawy zapach
perfum.
-
Co potrafisz?
-
Nie trudź się, Farend. Ona ledwo rozumie po naszemu. Piętnaście
lat temu znalazłem ją na rynku. Łapała gołębie gołymi rękami
i jadła na surowo. Jak ją zapytałem o imię, to zawarczała jak
hiena.
-
Zostaw nas samych, Snelf.
Gospodarz
pomamrotał coś pod nosem, ale posłusznie wyszedł.
-
Jak masz na imię?
-
To nieistotne - miała ładny, nieco chropowaty głos, jakby rzadko z
niego korzystała.
-
Więc co potrafisz? Ilu ludzi zabiłaś?
-
W tym miesiącu, czy w poprzednim?
-
W tym.
-
Trzynastu.
Farend
zamyślił się. Dziewczyna mierzyła go przeszywającym spojrzeniem
bladoniebieskich oczu. Wzdrygnął się i przeczesał palcami krótkie
blond włosy.
-
Zrozumiałaś każde słowo z naszej rozmowy, prawda?
-
Kogo mam zabić?
Roześmiał
się, odchylając głowę do tyłu. Gdy znów na nią spojrzał,
zauważył, że przygląda mu się z uwagą. Jakby zastanawiała się,
jak szybko zdoła poderżnąć mu gardło.
Mimowolnie
chwycił się za szyję. Na twarzy dziewczyny pojawiło się coś na
kształt uśmiechu.
-
Umiesz czytać? - zapytał, sięgając za pazuchę.
Skinęła
głową. Podał jej kawałek pergaminu zapisany kilkoma słowami.
-
Jutro wieczorem ten człowiek ma nie żyć. Przyjdę po zachodzie.
Odwrócił
się i wyszedł.
***
-
No, dalej Loren! Zaśpiewaj coś jeszcze!
Niski,
czarnowłosy człowiek pokręcił głową.
-
Przykro mi, chłopcy, muszę iść do domu. Żona i dzieci czekają...
-
Jeszcze jedna piosenka, nie daj się prosić...
-
Nie, naprawdę... Jutro też jest dzień. Przygotuję coś
specjalnego, tylko dla was. Idę. Spotkamy się jutro.
-
Bywaj, Loren!
-
Bywajcie, chłopaki!
Mężczyzna
zarzucił zawadiacko na szyję szalik i wyszedł z gospody. Szedł
powoli ciemną uliczką, nucąc pod nosem jedną ze swych licznych
piosenek. Nagle spod ściany oderwał się jakiś zakapturzony cień.
-
Poeta Loren? - zapytał damskim głosem.
-
Tak, to ja. Czy coś się stało?
W
ciemności błysnął nóż. Loren nawet nie jęknął. Postać w
kapturze ułożyła go wzdłuż muru domu i wolnym krokiem odeszła w
noc.
***
-
Jak się miewa nasz poeta?
Farend
rozsiadł się wygodnie na fotelu i sięgnął po karafkę.
-
Nie żyje.
-
Jakiś dowód? - uniósł brwi, zerkając na dziewczynę przez szkło.
-
Dowód leży w przykościelnej kostnicy z raną ciętą pomiędzy
piątym a szóstym żebrem.
Roześmiał
się cicho.
-
Masz ciekawe poczucie humoru... Wina?
Pokręciła
głową.
-
Chciałbym z tobą porozmawiać.
-
Nie mam rozmawiać. Mam zabijać.
-
Spokojnie, na to przyjdzie pora. Mam jeszcze kilku gagatków,
którzy muszą szybko zakończyć swój marny żywot. Proszę wyjaw
mi swoje imię. Wynajęcie cię tyle mnie kosztuje, że jesteś mi to
winna.
Farend
mówił, nie spuszczając z niej wzroku. Zauważył, że dziewczyna
prawie wcale nie mruga, a jej wzrok nieustannie wędruje po jego
ciele. Od stóp obutych w lśniące trzewiki, aż po czubek jego
jasnej głowy.
-
Elva. Na imię mam Elva.
-
Ładnie. Zatem, Elvo... Nie jesteś stąd, prawda?
-
Nie wiem, skąd jestem.
-
Doskonale. Oto twoje następne zadanie. Przyjdę jutro o północy.
Rozwinęła
pergamin. Gdy uniosła wzrok, mężczyzny już nie było.
***
Obrady
Rady Miejskiej dobiegły końca. Borgen,
wyszedłszy przed ratusz, odetchnął wieczornym powietrzem.
-
Do zobaczenia, Borgen!
-
Do zobaczenia, Svils! Pozdrów żonę!
-
Nie zapomnę.
Borgen
zatrzymał się przy grupie dyskutujących radnych. Dzisiejsze
głosowanie było bardzo kontrowersyjne.
-
Amerby, idziesz do domu? - zapytał.
-
Nie, Borgen, wstąpię jeszcze do oberży. Musimy oblać nasz triumf!
-
Wasz triumf się na was zemści - mruknął ktoś gniewnie. -
Cudzoziemscy kupcy w życiu nie zgodzą się na wyższe podatki.
Borgen
skinął głową Amerby'emu i ruszył do domu, rozmyślając nad tym,
co kucharka zaproponuje mu na kolację. Nie zauważył, że nogi same
niosą go w kierunku ulicy, na której urzędowały kurtyzany.
"W
sumie... czemu nie?"
Kobiety
opierały się o brudne mury w wyszukanych pozach. Ostry makijaż
maskował wątpliwe wdzięki. Borgen usiłował wybrać coś dla
siebie. Nagle ją zobaczył. Stała w połowie uliczki, nieopodal
bramy. Było w niej coś niebezpiecznego. Takie lubił najbardziej.
-
Ile bierzesz? - zapytał.
-
Więcej niż myślisz.
Uśmiechnął
się lubieżnie, chwycił ją za rękę i pociągnął w cień bramy.
Pięć
minut później kobieta wyszła. Sama.
***
Gdy
przyszedł, siedziała już przy biurku.
-
Gdzie Snelf?
-
Wyszedł w interesach.
-
A co słychać u naszego radcy miejskiego?
Skrzywiła
się.
-
Martwa cisza.
Roześmiał
się. Pamiętał jednak, by nie odchylać głowy do tyłu.
-
Podobasz mi się. Na pewno się nie napijesz?
-
Nie.
-
Nie wiesz co tracisz. Zatem Snelf przestał nas kontrolować?
-
Nie - odparła. - Ufa mi. Wie, że mogę cię zabić jednym ruchem. A
w mieście ma szpiegów, którzy mówią mu kogo zabijam.
Farend
pociągnął długi łyk ze swojego kieliszka.
-
Wiesz kim jestem? - zapytał.
-
Nie.
-
A wiesz co łączy ludzi, których zabijasz?
Skinęła
głową.
-
Są obcy. Nie stąd. Nie z Arrand.
-
Właśnie. Ten też nie jest z Arrand - podał jej mały karteluszek.
- Masz trzy dni.
***
Elva
potrząsnęła wściekle rudą czupryną. Cel nigdy nie był sam.
Zawsze miał przynajmniej dwie albo trzy osoby obstawy. Minęły już
dwa dni. Dziś musiała go zabić.
Zsunęła
się cicho z dachu i wylądowała miękko na zgiętych nogach. Nie
miała czasu. Lepszej okazji nie będzie.
Podbiegła
do tylnych drzwi i podciągnęła się do góry. Stanęła na daszku
nad wejściem. Stare dachówki zatrzeszczały złowieszczo, ale nie
pękły. Chwilę męczyła się z klamką małego okienka. W końcu
ustąpiła. Elva wsunęła się do środka.
Dom
pogrążony był w ciszy. Na piętrze słychać było ciche
chrapanie. Weszła po schodach na górę i przyczaiła się za
rogiem. Pod drzwiami do sypialni stało dwóch służących. Jeden z
nich przysypiał.
Elva
sięgnęła do cholewy buta i wyciągnęła dwa krótkie noże.
Chwilę później ostrza zawirowały w powietrzu i utkwiły w szyjach
służących. Osunęli się z cichym jękiem na podłogę.
Podeszła
do nich szybko i ściągnęła z jednego ubranie. Było nieco za
duże. Wsunęła się cicho do sypialni.
Na
łóżku spał hrabia we własnej osobie. Chrapał tak głośno, że
poruszały się kotary wokół jego posłania. Podeszła do łoża,
wyciągając zza pasa swój sztylet.
Nagle
czyjaś dłoń zatkała jej usta, a na boku poczuła ukucie noża.
-
Nie ruszaj się.
Znała
ten głos.
Napastnik
przycisnął ją do ściany, nóż przesunął się po żebrach
szukając szpary między piątym a szóstym. Pewne cięcie. Prosto w
serce.
-
Dałaś się podejść jak dziecko, Elvo. Nie spodziewałaś się
nikogo, prawda?
-
Nie ciebie - udało jej się mruknąć, bo poluzował uścisk.
-
Cóż, Gildia będzie musiała pogodzić się ze startą jednego ze
swoich najlepszych zabójców.
-
Owszem - odparła, napinając mięśnie ramienia. - Ale to nie będę
ja!
Nikt
nie wiedział, co stało się potem. W każdym razie, kilka sekund
później Elva i jej napastnik zamienili się miejscami.
-
Jak to zrobiłaś? - wycharczał. Miał rozciętą wargę, krztusił
się krwią.
-
A więc to jest twoja tajna operacja, Falvio... Obrona hrabiego. Masz
jednak pecha, mój drogi. Mnie zapłacono za to, by hrabia zginął.
-
Nie rób tego - jęknął. - Czy wiesz, dla kogo pracujesz?
-
Dla Gildii - odparła, unosząc sztylet. - Wybacz mi, Falvio. Muszę
to zrobić.
Pewne
cięcie. Prosto w serce.
Elva
podeszła do łóżka i obróciła chrapiącego mężczyznę.
Wyglądał inaczej niż większość mieszkańców Arrand. Wszyscy
Arrandczycy
mieli ciemną karnację. Hrabia był blondynem, a jego cera była
jaśniejsza.
"Zabijam
cudzoziemców. Sama jestem cudzoziemką"
Uniosła
ramię ze sztyletem. Hrabia otworzył oczy.
-
STRAŻ!!!
Ramię
opadło.
***
Zatrzymała
się daleko za bramą miejską. Zgubiła pogoń, ale wrócić do
miasta nie mogła. W tym mieście nie miała już przyszłości. Zbyt
wielu ludzi ją widziało.
Oparła
głowę o chropowatą korę drzewa i uspokoiła oddech.
"Czemu
czuję się oszukana?"
Flavio
bronił hrabiego. A Snelf nie przyjmował zleceń, które kolidowały
z innymi. Pytanie, czy administrator wiedział kogo ma zabić Elva.
Albo czy wiedział o zadaniu Flavia.
"Wiedział.
To Farend nie był lustrowany"
Ale
czemu?
Usiadła
pod drzewem i zaczęła czyścić broń. W budynku Gildii został jej
miecz i łuk. Pozostały jej dwa krótkie noże do rzucania i
sztylet.
"Muszę
stąd odejść"
Rzuciła
okiem na miasto. Nie żal jej było je opuszczać.
Podniosła
się z ziemi, przypasała sztylet do pasa, a noże schowała do
cholewy buta. Odwróciła się w kierunku drogi i o mało nie
krzyknęła.
-
Dokąd to, Elva? - zapytał Farend, wyłaniając się z cienia.
-
Do najbliższego miasta, gdzie szukają najemnego zabójcy.
-
Nie skończyłaś zlecenia.
-
Zabiłam hrabiego. Zabiłam też kolegę po fachu, który miał go
bronić. Wiedziałeś o tym, prawda?
-
Wiedziałem - potwierdził. - Jest w tym mieście jeszcze kilku Kiończyków, których należy ubić. Słyszałaś o rzezi Kiony,
prawda?
-
Nie. Nie muszę wiedzieć. Mam zabijać.
-
Usiądź zatem, opowiem ci.
-
Lat temu dwadzieścia - zaczął, gdy usiadła - spłonęła Kiona.
Było to duże barbarzyńskie miasto na zachód od Arrand. Jego
koniec nastąpił, gdy spłonęła stolica, oddalona zaledwie kilka
kilometrów od granicy z naszym państwem. To my spaliliśmy Kionę.
Lecz do Arrand przybyły takie niedobitki jak Loren, Borgen lub
hrabia i zdobyli wysokie pozycje w mieście i państwie. Trzeba
wytępić to plugastwo. Barbarzyński lud Kiony.
-
Ty też jesteś Kiończykiem
- zauważyła, wskazując na jego jasne włosy.
-
I ty również. Wiedziałaś o tym?
-
Nie. Czemu chcesz wytępić swoich rodaków?
-
Bo pną się w górę kosztem innych. Nie ucywilizowali się wcale.
Dalej są na wpół dzicy. Usiłują się wmieszać w tłum, ale
nigdy im się to nie uda. Chcą szerzyć swoje barbarzyńskie
poglądy, podburzają lud. To szpiedzy. Chcą się zemścić za to,
co zrobiliśmy Kionie.
-
Ty też jesteś Kiończykiem
- powtórzyła.
-
Urodziłem się tu, w Arrand. Matka była barbarzyńską kobietą.
Wstydziłem się za nią. Ona była pierwszą osobą, którą
zabiłem.
-
Jak brzmi twoje prawdziwe imię, Farend?
-
Nie mam imienia. Nigdy go nie miałem.
Elva
wstała.
-
Nie kłam. Masz imię.
-
Mam. Serrin. Podoba ci się?
-
Nie robi mi to różnicy. Co teraz zrobisz? Poszukasz innego zabójcy,
czy pójdziesz zabijać w innym mieście?
Uśmiechnął
się cierpko.
-
Nie chcę innego zabójcy. Chcę ciebie. Nie pojadę do innego
miasta. Potworowi trzeba ukręcić łeb. Jadę do Kiony. A ty ze mną.
Cofnął
się, gdy sięgnęła po sztylet. W świetle księżyca, jasne
tęczówki zlewały się białą gałką oczną. Dawało to upiorne
wrażenie.
-
Sama sobie jestem panem. Pojadę tam, gdzie zechcę.
-
Pojedziesz do Kiony. Ze mną.
Pokręciła
głową.
-
Ja mam sztylet i dwa noże, a ty jesteś bez broni.
-
Masz chyba jakieś zasady...?
-
Tak, dwie. Pierwsza: upewnij się, że zabijasz odpowiednią osobę.
Po co się męczyć dwa razy? Druga: jeśli zabijasz w obronie
własnej, nie pytaj o nic.
-
Przydałaby się jeszcze trzecia: nie atakuj bezbronnych - Farend
oparł się plecami o drzewo. Nie był już tak pewny siebie.
Elva
podeszła tak blisko, że stykali się piersiami.
-
Nie ma trzeciej zasady. Jestem tylko ja i mój nóż.
Farend
wstrzymał oddech i zamknął oczy. Gdy je otworzył, otaczała go
ciemność.
***
-
A więc, Serrin, mów, co cię tu sprowadza!
Serrin
rozsiadł się wygodniej na barowym stołku i spojrzał po
towarzyszach.
-
Moi drodzy, wracam z Arrand...
-
Ooo... To złe miasto. Cóżeś tam robił?
Gospoda
w przygranicznym miasteczku nie miała zbyt wielu wygód, ale można
tu było dobrze zjeść i popić. Serrin skwapliwie korzystał i z
jednego, i z drugiego.
-
Długa historia, bracie... Jak wiecie, w Arrand żyje jeszcze
kilkunastu naszych, głównie w stolicy. Wielu z was myśli, że
szukają oni tam sposobu, by zemścić się za wszystkie nasze
krzywdy. Być może onegdaj tak było. Ale pieniądz jest pieniądz.
Razem z Arrandczykami
knują przeciw nam. Spiskują. Planują, jak doprowadzić do
ostatecznego upadku Kiony.
-
Ledwośmy się z gruzów podnieśli! Kiona nadal raczkuje! Toć z
naszego państwa zostały jakieś nędzne resztki!
-
Właśnie dlatego Arrandczycy
chcą nas dobić, póki nie mamy sił się bronić.
-
Zgroza!
-
Hańba!
-
Ale, ale... - przerwał Serrin. - Nie powiedziałem wam
wszystkiego... Wiecie co robiłem w Arrand? - zniżył głos do
szeptu. - Unicestwiałem tych podłych szpiegów. Tym rękami,
osobiście zabiłem trzech: poetę, radcę miejskiego i hrabiego.
Potem musiałem uciekać, bo padły na mnie podejrzenia.
-
Szybko sobie przypisałeś moje osiągnięcia, Serrin - zadrwił
nagle znajomy, chropowaty głos. Ostatnie słowo zostało wymówione
z dużą dozą ironii.
-
Co tu robisz, Elva?! Mówiłaś, że nie jedziesz do Kiony.
-
Mówiłam, że jadę do najbliższego miasta, w którym szukają...
takich jak ja. To było najbliżej.
W
jej ręku mignął sztylet.
-
A ty, Farend, czy Serrin, jak wolisz... Oszukałeś mnie. Miesiąc
temu ta historia brzmiała inaczej.
Farend
zezował na czubek ostrza wymierzony w jego gardło.
-
To...
-
Podwójny szpieg! Zdrajca! - warknęła.
W
gospodzie wybuchnęło zamieszanie. Klienci rzucili się w kierunku
Serrina, groźnie wymachując rękami. Niektórzy mieli w ręku noże.
-
Łapać ich! Dziewczynę też! Kto wie, czy nie maczała w tym
palców!
-
Świetnie - sarknęła pod nosem Elva, gdy zostali otoczeni. - Po
prostu super...
-
Mogłaś nie nazywać mnie publicznie zdrajcą. To by wiele ułatwiło.
-
Mogłeś mnie nie okłamać i nie przypisywać sobie moich
osiągnięć... Teraz myśl!
-
Czemu ja?
-
Bo ja tu jestem od zabijania, a nie od myślenia!
-
No, to rób co do ciebie należy!
Elva
wyszarpnęła noże z buta i podała mu jeden.
-
Jeśli go zgubisz, osobiście cię zabiję.
I
zaczęła robić to, co do niej należało.
***
Strasznie
bolała ją głowa. Wszystko ją bolało. Ale głowa najbardziej.
-
Co się stało? - jęknęła.
-
Gratuluję - usłyszała. - Udało ci się zabić trzech i kilku
poharatać, zanim...
-
Zanim co? - złapała się za głowę i próbowała skupić wzrok.
Wszystko wirowało.
-
Zanim walnęli cię czymś w głowę. Co potem, nie wiem, bo ze mną
zrobili po chwili to samo.
Udało
jej się skupić wzrok na twarzy Serrina. Wydawało jej się, że
znajdują się w jakimś pudle.
-
Gdzie jesteśmy?
-
Na wozie. W skrzyni na wozie.
-
To dlatego tak trzęsie. - mruknęła. - A dokąd nas wiozą?
-
Na pustkowie - usłyszała przytłumiony głos z góry. - Tam
wywozimy zdrajców i szpiegów.
-
W okolicy grasuje grupa dzikich leśnych lwów - uzupełnił Serrin.
- Porywają ludzi z miasta. Czasem karmi się je zdrajcami i
przestępcami.
-
...takimi jak my - dokończyła Elva. - Świetnie. Skończę jako lwi
obiad. Świetlana przyszłość, doprawdy. Może wyjaśnisz mi zatem,
z łaski swojej, dlaczego tak się stanie? I pośpiesz się. Chcę to
usłyszeć, będąc w jednym kawałku.
-
Masz na myśli to, co się naprawdę wydarzyło? Co naprawdę robię?
-
Tak. Poproszę prawdę. Jesteś Kiończykiem
zabijającym zdrajców, czy Arrandczykiem
zabijającym obcych?
-
Ani to, ani to... - westchnął. - Prawda jest niesamowicie
trywialna. Moja matka rzeczywiście była kiońską
kobietą, a ja naprawdę urodziłem się w Arrand. Ten poeta, Loren,
przywłaszczył sobie moje teksty. Ukradł mi je. Borgen miał
zatwierdzić nazajutrz ustawę, która uniemożliwiłaby mi swobodny
handel. Hrabia natomiast... Kiedyś, dawno temu, publicznie upokorzył
moją matkę. Nie zabiłem jej. Kochałem ja bardzo mocno. Umarła
niedługo potem ze wstydu, rozpaczy...
-
Ci wszyscy ludzie byli cudzoziemcami. Kiończykami.
Serrin
westchnął.
-
Przypadek. Naprawdę. Nie mam nic, ani do obywateli Kiony, ani do
Arrandczyków.
Mam tylko bujną wyobraźnię. Spodobałaś mi się. Chciałem ci
zaimponować, a nie być w twoich oczach tylko kolejnym łaknącym
zemsty klientem Gildii.
-
Nie udało ci się to. Tu też się chciałeś popisać?
-
Tak. Moja wyobraźnia mnie zgubiła.
-
I mnie przy okazji też - mruknęła Elva. Załomotała pięściami
w strop. - Ej, tam na górze! Słyszałeś, co on powiedział?!
-
Słyszałżem.
-
Wypuści więc nas?!
-
Nie.
Elva
zaklęła pod nosem.
-
Bujna wyobraźnia, psia kość, bujna wyobraźnia...
***
-
Wysiadać!
Zmrużyli
oczy oślepieni nagłą jasnością. Wóz zatrzymał się na polanie
w lesie. Woźnica wyciągnął ich z wozu. Rozglądał się nerwowo,
a na jego czole pojawił się pot.
-
Nie rozwiążesz nas? - warknęła Elva.
Uśmiechnął
się krzywo.
-
Po co utrudniać zwierzakom zadanie?
Posadził
ich pod drzewem i szybko wrócił do wozu.
-
Nie będę wam życzyć powodzenia, bo to i tak mija się z celem - strzelił z bata i szybko się oddalił.
-
Super - mruknęła Elva. - Po prostu świetnie... Możesz się do
mnie podczołgać? - zwróciła się do Serrina.
-
Spróbuję.
Gdy
mężczyzna znalazł się dostatecznie blisko, powiedziała:
-
A teraz słuchaj uważnie, bo powiem to tylko raz. Sięgnij ręką za
mój dekolt i wyciągnij stamtąd krótki nóż. No, na co czekasz?
Tylko nie napawaj się za długo tą chwilą. Zaraz zajdzie słońce,
a lwy wychodzą na polowanie o zmierzchu.
Serrin
nawet nie drgnął. Gapił się na nią, a na jego twarzy pojawiło
się coś na kształt rumieńca. Elva zaklęła pod nosem.
-
No, co się gapisz?! Zawstydził się, psia kość! Masz okazję
bezkarnie pogmerać mi w dekolcie! Pośpiesz się z łaski swojej!
Życie ci niemiłe?!
Mężczyzna
z wahaniem wyciągnął rękę i po dłuższej chwili udało mu się
wydobyć wspomniany nożyk. Ostrze było malutkie - miało nie więcej
niż dwa centymetry długości.
-
Tnij - poleciła Elva, podtykając mu związane ręce.
-
Nie uciekniesz? - ostrze zawisło tuż nad sznurem krępującym jej
nadgarstki.
-
Tnij! - warknęła. Gdy więzy opadły, dodała - Oczywiście, że
ucieknę.
Chwyciła
nóż i szybko przecięła jego pęta. - Chodźmy!
-
Elva... - zaprotestował Serrin słabo. - Już za późno.
Dziewczyna
obróciła się. Na polanie stało siedem lwów. Były mocno
wychudzone, a z ich pysków dobiegał cichy, złowrogi pomruk.
-
Cudownie - mruknęła. - Przynosisz mi pecha, wiesz? - rzuciła,
wyciągając przed siebie rękę z nożykiem.
Sześć
lwów było młodych. Trzy samice i trzy samce. Czwarta lwica była
zdecydowanie starsza. Prawdopodobnie była to ich matka.
Drapieżniki
zbliżały się do nich półkolem, warcząc coraz głośniej. Serrin
schował się za plecami Elvy.
Nagle
stara lwica rzuciła się na dziewczynę, wytrącając jej z ręki
nóż. Przygwoździła ją do ziemi. Uderzenie wyparło z płuc Elvy
całe powietrze.
"To
koniec"
Kocica
dyszała jej prosto w twarz, białe kły były coraz bliżej...
Wtedy, pomiędzy ogromnymi zębiskami mignął różowy jęzor i
lwica zaczęła lizać ją po twarzy. Zlizywała z jej twarzy krew i
kurz, którym pokryła się twarz dziewczyny podczas długiej
wędrówki.
-
To ty - szepnęła Elva, gdy lwica odsunęła się, by podziwiać
swoje dzieło. - To ty mnie uratowałaś...
Zamruczała
cicho w odpowiedzi. Dziewczyna nie miała wątpliwości. To była ta
sama lwica, która wychowała ją po śmierci matki. Elva niemal o
tym zapomniała. Dotąd myślała, że lwia matka jej się tylko
przyśniła.
-
Elva! Ratuj! - usłyszała nagle błagalny okrzyk Serrina.
Mężczyznę
otaczały pozostałe lwy, ryczące z cicha. Biły ogonami o ziemię,
gotowe w każdej chwili zaatakować. Czekały tylko na rozkaz. Jeden
z nich z cichym warknięciem obejrzał się na starą lwicę,
trzymającą w objęciach Elvę.
-
Zostawcie go - poprosiła dziewczyna. Stara samica ryknęła krótko,
a młode niechętnie odsunęły się od niedoszłej ofiary.
-
Dziękuję, Elva, dziękuję!
-
Odejdź, póki się nie rozmyślę, Serrin.
-
Elvo...
-
Precz! - krzyknęła, poparta rykiem lwicy.
Mężczyzna
wstał z trudem i ruszył ścieżką przed siebie. Po kilku krokach
obejrzał się jeszcze i zerknął na Elvę otoczoną przez lwy - jej
przybraną, cudownie odnalezioną rodzinę.
-
Zobaczymy się jeszcze? - zapytał z nadzieją.
-
Módl się, żeby nie - odparła szorstko. - Nie przeżyłbyś tego
spotkania.
Serrin
zniknął między drzewami, a Elva poczuła, że wreszcie wszystko
jest na swoim miejscu. Trzy młode lwice, krążyły niespokojnie
wokół miejsca, gdzie jeszcze niedawno stał młody mężczyzna.
Porykiwały żałośnie, spod skóry wyglądały żebra.
-
W sumie... - zwróciła się Elva w zamyśleniu do starej samicy. - W
sumie niczego mu nie obiecywałam.
Lwica
zaryczała przeciągle, a młody lwy poderwały się i pomknęły w
las za Serrinem. Gdy zniknęły z pola widzenia, dziewczyna
westchnęła.
-
Miałeś rację, Serrin. Jest trzecia zasada: nie miej litości.
***
Kilka
lat później Elvę poznano jako Kiońską Lwicę lub Lwią
Księżniczkę. Ale jak to się stało i co z tego wynikło... To już
zupełnie inna historia.
_________
Część z Was czeka pewnie na jakieś nowości, a ja odgrzebuję kolejnego starocia. Miałam z piętnaście lat, jak to pisałam i luźno, naprawdę luźno, inspirowałam się jakąś książką, ale nie mam bladego pojęcia jaką. Chyba coś z Wenecją, miałam swego czasu taką fazę na to miasto.
Ten ostatni dopisek znajduje się tu dlatego, że to opowiadanie miało mieć drugą część, ale... niestety nie pamiętam o czym miało być. Może kiedyś wymyślę i napiszę. Na pewno dam znać wtedy!
Tych, co czekają na Odchodzę informuję, że prace trwają, tych co oczekują Na skrzydłach muszę niestety zawieść, bo mam pewne blogowe zobowiązania, więc jeszcze trochę poczekacie.
Podobało się?
Jeśli nudzą Was te starocie to dajcie znać, postaram się je ograniczyć.
Hehehehe przypadek, że ja też dodałam rozdział? :D
OdpowiedzUsuńBiorę się za czytanie, ale skomentuje raczej dopiero jutro ;)
Ola
Wow! Po prostu taka nieoczywista oczywistość. Niby totalna fikcja, a jednak częsty motyw pojawiający się w filmach. Zwierzęta wychowujące ludzi.
UsuńJestem pod wrażeniem tego, jak pisałaś mając 15 lat! Szacun!
Chciałabym kiedykolwiek pisac chociażby tak, jak ty w tym młodym wieku.
Może jestem trochę zawiedziona, bo nadal czekam na skokowego oneparta, ale na razie czuję się zaspokojona.
Czekam na kolejnego cosia! I zapraszam do siebie w weekend! Chociaż może rozdział pojawi się nawet wczesniej, gdyz mam kilka epizodow w zanadrzu :)
Do zobaczenia! Pozdrawiam!
Ola
Właśnie nie jestem do końca pewna, skąd mi się wziął taki motyw XD.
UsuńNie wiem, czy miałam piętnaście lat czy więcej, grunt, że osobiście dostrzegam progres.
Skokowy onepart będzie! Z dość... niespodziewanym bohaterem. Tylko muszę jeszcze fabułę obmyślić do końca.
Będą na pewno jeszcze dwa dodatki do "Odchodzę", ale to zdecydowanie później, bo zawierają spojlery, wiec muszę się najpierw uporać z tamtymi wątkami.
Zajrzę na pewno!