Strony

Ogłoszenia drobne

W tej chwili mało się tutaj dzieje, nieco więcej dzieje się na moim Wattpadzie, ale pracuję nad tym. Oczekujcie wieści na Twitterze :)
Zakładka Aktualności zniknęła, bo była mało... aktualna. Może kiedyś wróci. Może.

sobota, 1 października 2016

Lwia księżniczka

Kiona płonie. Nie ostanie się ani jedno miasto, ani jeden dom. Pożoga ogarnęła cały kraj. Gdzie nie spojrzeć ogień, popiół albo dym. I śmierć. Mnóstwo śmierci.
Lecz ogień gdzieś musi się kończyć. I kończy się. Tuż przy granicy z państwem Arrand.
Tam też biegnie kobieta. Zostawia za sobą swoją przeszłość, a przed sobą nie ma przyszłości. Liczy się tylko chwila obecna. Przeżyć. Uratować siebie i dziecko.
Kobieta pada na ziemię. Nie ma już sił. Nie ma już nic. Tylko siebie. I dziecko, które wkrótce się narodzi. Naprawdę niedługo.
Skurcze. Nie, jeszcze nie teraz. Nie tutaj, nie w tym momencie. Poczekaj, dziecino... Są w lesie, nie ma tu nikogo. Tylko dzikie zwierzęta, krążące w poszukiwaniu łatwego łupu. Za nimi ogień, przed nimi Arrand. Niewola. Albo śmierć.
Poczekaj. Jeszcze nie teraz.
Kobieta zwija się z bólu. Nie może tego powstrzymać. Musi urodzić. Ale czemu teraz? Dookoła krążą zwierzęta. Czują krew. Wilki? Rysie? Nie. Hieny. I leśne lwy.
Nie ma siły. Ale zdobywa się na ostateczny wysiłek, by wydać na świat dziecko. Zwierzęta są coraz bliżej.
Nagle wśród leśnych odgłosów rozlega się płacz noworodka. Płacz noworodka i ryk lwa. Inne zwierzęta czmychają w noc.
Kobieta czuje jak opuszczają ją siły. Umiera. Jak przez mgłę dostrzega młodą lwicę podchodzącą do jej dziecka. Chce krzyknąć, ale nie ma siły.
A potem już tylko ciemność.

20 LAT PÓŹNIEJ

- Co pana do nas sprowadza?
- A co może mnie sprowadzać do Gildii Zabójców, Snelf?
Gospodarz uśmiechnął się pod nosem.
- Wina?
- Poproszę.
Skinięcie. Służący napełnił dwa kieliszki szkarłatnym płynem. W pomieszczeniu zapadła cisza.
- Interesuje mnie - zagaił Snelf, gdy służący zniknął - sposób w jaki się pan tu dostał, panie...?
- Moje imię nie jest istotne - gość pociągnął łyk ze swego kieliszka. - Dobre wino. Rocznik '67, prawda?
- Zgadza się. Widzę, że zna się pan na winach...
- Możesz mi mówić Farend, Snelf. To nie jest moje prawdziwe imię, jak się domyślasz...
- To oczywiste. Czy możemy przejść do sedna sprawy?
Farend nie odpowiedział. Pił w zamyśleniu wino i przyglądał się regałom pełnym książek.
- Nie wiedziałem, że twoi ludzie są tak oczytani.
- Nie oni - sprostował Snelf. - Ja.
- Potrzebuję twojego najlepszego zabójcy. Cena nie gra roli.
- Wszyscy są najlepsi - wyszczerzył się Snelf. - To Gildia Zabójców. Nie przyjmujemy byle kogo.
- Chcę najlepszego z najlepszych, Snelf - w głosie Farenda pojawiły się groźne nuty. - Rozumiesz? Najlepszy.
Snelf przełknął ślinę. Jak na administratora Gildii Zabójców był dość strachliwym człowiekiem. On sam nie zabijał, inni czynili to za niego. Ale nieustanna obecność kilkunastu ludzi zdolnych zabić w kilka sekund na tysiąc różnych sposobów, bywała przynajmniej niepokojąca.
- Dobrze. Przyjdź jutro.

***

Następnego dnia rozsiadł się jak u siebie. Skinął na stojącą koło biurka Snelfa dziewczynę:
- Daj wina. Najlepiej tego co wczoraj.
Ani drgnęła.
Snelf przyszedł po chwili.
- Wybacz moje spóźnienie. Mieliśmy mały kłopot z... jednym z klientów.
- Gdzie on jest?
- Klient? - zdziwił się Snelf.
- Nie - wycedził Farend. - Mój zabójca.
Gospodarz uśmiechnął się promiennie.
- Tutaj, przecież stoi - wskazał dziewczynę.
Farend rzucił jej szybkie spojrzenie. Wysoka i smukła, rude włosy związane w węzeł na czubku głowy, chłodne spojrzenie bladoniebieskich oczu. Nie mogła mieć więcej niż dwadzieścia lat.
- Ona? Nie wygląda na zabójcę.
- Jest najlepsza - stwierdził chłodno Snelf. - Nie kręć nosem, Farend. Nie mam w zwyczaju oszukiwać klientów.
Farend podszedł do dziewczyny. Wokół niej unosił się ciężkawy zapach perfum.
- Co potrafisz?
- Nie trudź się, Farend. Ona ledwo rozumie po naszemu. Piętnaście lat temu znalazłem ją na rynku. Łapała gołębie gołymi rękami i jadła na surowo. Jak ją zapytałem o imię, to zawarczała jak hiena.
- Zostaw nas samych, Snelf.
Gospodarz pomamrotał coś pod nosem, ale posłusznie wyszedł.
- Jak masz na imię?
- To nieistotne - miała ładny, nieco chropowaty głos, jakby rzadko z niego korzystała.
- Więc co potrafisz? Ilu ludzi zabiłaś?
- W tym miesiącu, czy w poprzednim?
- W tym.
- Trzynastu.
Farend zamyślił się. Dziewczyna mierzyła go przeszywającym spojrzeniem bladoniebieskich oczu. Wzdrygnął się i przeczesał palcami krótkie blond włosy.
- Zrozumiałaś każde słowo z naszej rozmowy, prawda?
- Kogo mam zabić?
Roześmiał się, odchylając głowę do tyłu. Gdy znów na nią spojrzał, zauważył, że przygląda mu się z uwagą. Jakby zastanawiała się, jak szybko zdoła poderżnąć mu gardło.
Mimowolnie chwycił się za szyję. Na twarzy dziewczyny pojawiło się coś na kształt uśmiechu.
- Umiesz czytać? - zapytał, sięgając za pazuchę.
Skinęła głową. Podał jej kawałek pergaminu zapisany kilkoma słowami.
- Jutro wieczorem ten człowiek ma nie żyć. Przyjdę po zachodzie.
Odwrócił się i wyszedł.

***

- No, dalej Loren! Zaśpiewaj coś jeszcze!
Niski, czarnowłosy człowiek pokręcił głową.
- Przykro mi, chłopcy, muszę iść do domu. Żona i dzieci czekają...
- Jeszcze jedna piosenka, nie daj się prosić...
- Nie, naprawdę... Jutro też jest dzień. Przygotuję coś specjalnego, tylko dla was. Idę. Spotkamy się jutro.
- Bywaj, Loren!
- Bywajcie, chłopaki!
Mężczyzna zarzucił zawadiacko na szyję szalik i wyszedł z gospody. Szedł powoli ciemną uliczką, nucąc pod nosem jedną ze swych licznych piosenek. Nagle spod ściany oderwał się jakiś zakapturzony cień.
- Poeta Loren? - zapytał damskim głosem.
- Tak, to ja. Czy coś się stało?
W ciemności błysnął nóż. Loren nawet nie jęknął. Postać w kapturze ułożyła go wzdłuż muru domu i wolnym krokiem odeszła w noc.

***

- Jak się miewa nasz poeta?
Farend rozsiadł się wygodnie na fotelu i sięgnął po karafkę.
- Nie żyje.
- Jakiś dowód? - uniósł brwi, zerkając na dziewczynę przez szkło.
- Dowód leży w przykościelnej kostnicy z raną ciętą pomiędzy piątym a szóstym żebrem.
Roześmiał się cicho.
- Masz ciekawe poczucie humoru... Wina?
Pokręciła głową.
- Chciałbym z tobą porozmawiać.
- Nie mam rozmawiać. Mam zabijać.
- Spokojnie, na to przyjdzie pora. Mam jeszcze kilku gagatków, którzy muszą szybko zakończyć swój marny żywot. Proszę wyjaw mi swoje imię. Wynajęcie cię tyle mnie kosztuje, że jesteś mi to winna.
Farend mówił, nie spuszczając z niej wzroku. Zauważył, że dziewczyna prawie wcale nie mruga, a jej wzrok nieustannie wędruje po jego ciele. Od stóp obutych w lśniące trzewiki, aż po czubek jego jasnej głowy.
- Elva. Na imię mam Elva.
- Ładnie. Zatem, Elvo... Nie jesteś stąd, prawda?
- Nie wiem, skąd jestem.
- Doskonale. Oto twoje następne zadanie. Przyjdę jutro o północy.
Rozwinęła pergamin. Gdy uniosła wzrok, mężczyzny już nie było.

***

Obrady Rady Miejskiej dobiegły końca. Borgen, wyszedłszy przed ratusz, odetchnął wieczornym powietrzem.
- Do zobaczenia, Borgen!
- Do zobaczenia, Svils! Pozdrów żonę!
- Nie zapomnę.
Borgen zatrzymał się przy grupie dyskutujących radnych. Dzisiejsze głosowanie było bardzo kontrowersyjne.
- Amerby, idziesz do domu? - zapytał.
- Nie, Borgen, wstąpię jeszcze do oberży. Musimy oblać nasz triumf!
- Wasz triumf się na was zemści - mruknął ktoś gniewnie. - Cudzoziemscy kupcy w życiu nie zgodzą się na wyższe podatki.
Borgen skinął głową Amerby'emu i ruszył do domu, rozmyślając nad tym, co kucharka zaproponuje mu na kolację. Nie zauważył, że nogi same niosą go w kierunku ulicy, na której urzędowały kurtyzany.
"W sumie... czemu nie?"
Kobiety opierały się o brudne mury w wyszukanych pozach. Ostry makijaż maskował wątpliwe wdzięki. Borgen usiłował wybrać coś dla siebie. Nagle ją zobaczył. Stała w połowie uliczki, nieopodal bramy. Było w niej coś niebezpiecznego. Takie lubił najbardziej.
- Ile bierzesz? - zapytał.
- Więcej niż myślisz.
Uśmiechnął się lubieżnie, chwycił ją za rękę i pociągnął w cień bramy.
Pięć minut później kobieta wyszła. Sama.

***

Gdy przyszedł, siedziała już przy biurku.
- Gdzie Snelf?
- Wyszedł w interesach.
- A co słychać u naszego radcy miejskiego?
Skrzywiła się.
- Martwa cisza.
Roześmiał się. Pamiętał jednak, by nie odchylać głowy do tyłu.
- Podobasz mi się. Na pewno się nie napijesz?
- Nie.
- Nie wiesz co tracisz. Zatem Snelf przestał nas kontrolować?
- Nie - odparła. - Ufa mi. Wie, że mogę cię zabić jednym ruchem. A w mieście ma szpiegów, którzy mówią mu kogo zabijam.
Farend pociągnął długi łyk ze swojego kieliszka.
- Wiesz kim jestem? - zapytał.
- Nie.
- A wiesz co łączy ludzi, których zabijasz?
Skinęła głową.
- Są obcy. Nie stąd. Nie z Arrand.
- Właśnie. Ten też nie jest z Arrand - podał jej mały karteluszek. - Masz trzy dni.

***

Elva potrząsnęła wściekle rudą czupryną. Cel nigdy nie był sam. Zawsze miał przynajmniej dwie albo trzy osoby obstawy. Minęły już dwa dni. Dziś musiała go zabić.
Zsunęła się cicho z dachu i wylądowała miękko na zgiętych nogach. Nie miała czasu. Lepszej okazji nie będzie.
Podbiegła do tylnych drzwi i podciągnęła się do góry. Stanęła na daszku nad wejściem. Stare dachówki zatrzeszczały złowieszczo, ale nie pękły. Chwilę męczyła się z klamką małego okienka. W końcu ustąpiła. Elva wsunęła się do środka.
Dom pogrążony był w ciszy. Na piętrze słychać było ciche chrapanie. Weszła po schodach na górę i przyczaiła się za rogiem. Pod drzwiami do sypialni stało dwóch służących. Jeden z nich przysypiał.
Elva sięgnęła do cholewy buta i wyciągnęła dwa krótkie noże. Chwilę później ostrza zawirowały w powietrzu i utkwiły w szyjach służących. Osunęli się z cichym jękiem na podłogę.
Podeszła do nich szybko i ściągnęła z jednego ubranie. Było nieco za duże. Wsunęła się cicho do sypialni.
Na łóżku spał hrabia we własnej osobie. Chrapał tak głośno, że poruszały się kotary wokół jego posłania. Podeszła do łoża, wyciągając zza pasa swój sztylet.
Nagle czyjaś dłoń zatkała jej usta, a na boku poczuła ukucie noża.
- Nie ruszaj się.
Znała ten głos.
Napastnik przycisnął ją do ściany, nóż przesunął się po żebrach szukając szpary między piątym a szóstym. Pewne cięcie. Prosto w serce.
- Dałaś się podejść jak dziecko, Elvo. Nie spodziewałaś się nikogo, prawda?
- Nie ciebie - udało jej się mruknąć, bo poluzował uścisk.
- Cóż, Gildia będzie musiała pogodzić się ze startą jednego ze swoich najlepszych zabójców.
- Owszem - odparła, napinając mięśnie ramienia. - Ale to nie będę ja!
Nikt nie wiedział, co stało się potem. W każdym razie, kilka sekund później Elva i jej napastnik zamienili się miejscami.
- Jak to zrobiłaś? - wycharczał. Miał rozciętą wargę, krztusił się krwią.
- A więc to jest twoja tajna operacja, Falvio... Obrona hrabiego. Masz jednak pecha, mój drogi. Mnie zapłacono za to, by hrabia zginął.
- Nie rób tego - jęknął. - Czy wiesz, dla kogo pracujesz?
- Dla Gildii - odparła, unosząc sztylet. - Wybacz mi, Falvio. Muszę to zrobić.
Pewne cięcie. Prosto w serce.
Elva podeszła do łóżka i obróciła chrapiącego mężczyznę. Wyglądał inaczej niż większość mieszkańców Arrand. Wszyscy Arrandczycy mieli ciemną karnację. Hrabia był blondynem, a jego cera była jaśniejsza.
"Zabijam cudzoziemców. Sama jestem cudzoziemką"
Uniosła ramię ze sztyletem. Hrabia otworzył oczy.
- STRAŻ!!!
Ramię opadło.

***

Zatrzymała się daleko za bramą miejską. Zgubiła pogoń, ale wrócić do miasta nie mogła. W tym mieście nie miała już przyszłości. Zbyt wielu ludzi ją widziało.
Oparła głowę o chropowatą korę drzewa i uspokoiła oddech.
"Czemu czuję się oszukana?"
Flavio bronił hrabiego. A Snelf nie przyjmował zleceń, które kolidowały z innymi. Pytanie, czy administrator wiedział kogo ma zabić Elva. Albo czy wiedział o zadaniu Flavia.
"Wiedział. To Farend nie był lustrowany"
Ale czemu?
Usiadła pod drzewem i zaczęła czyścić broń. W budynku Gildii został jej miecz i łuk. Pozostały jej dwa krótkie noże do rzucania i sztylet.
"Muszę stąd odejść"
Rzuciła okiem na miasto. Nie żal jej było je opuszczać.
Podniosła się z ziemi, przypasała sztylet do pasa, a noże schowała do cholewy buta. Odwróciła się w kierunku drogi i o mało nie krzyknęła.
- Dokąd to, Elva? - zapytał Farend, wyłaniając się z cienia.
- Do najbliższego miasta, gdzie szukają najemnego zabójcy.
- Nie skończyłaś zlecenia.
- Zabiłam hrabiego. Zabiłam też kolegę po fachu, który miał go bronić. Wiedziałeś o tym, prawda?
- Wiedziałem - potwierdził. - Jest w tym mieście jeszcze kilku Kiończyków, których należy ubić. Słyszałaś o rzezi Kiony, prawda?
- Nie. Nie muszę wiedzieć. Mam zabijać.
- Usiądź zatem, opowiem ci.
- Lat temu dwadzieścia - zaczął, gdy usiadła - spłonęła Kiona. Było to duże barbarzyńskie miasto na zachód od Arrand. Jego koniec nastąpił, gdy spłonęła stolica, oddalona zaledwie kilka kilometrów od granicy z naszym państwem. To my spaliliśmy Kionę. Lecz do Arrand przybyły takie niedobitki jak Loren, Borgen lub hrabia i zdobyli wysokie pozycje w mieście i państwie. Trzeba wytępić to plugastwo. Barbarzyński lud Kiony.
- Ty też jesteś Kiończykiem - zauważyła, wskazując na jego jasne włosy.
- I ty również. Wiedziałaś o tym?
- Nie. Czemu chcesz wytępić swoich rodaków?
- Bo pną się w górę kosztem innych. Nie ucywilizowali się wcale. Dalej są na wpół dzicy. Usiłują się wmieszać w tłum, ale nigdy im się to nie uda. Chcą szerzyć swoje barbarzyńskie poglądy, podburzają lud. To szpiedzy. Chcą się zemścić za to, co zrobiliśmy Kionie.
- Ty też jesteś Kiończykiem - powtórzyła.
- Urodziłem się tu, w Arrand. Matka była barbarzyńską kobietą. Wstydziłem się za nią. Ona była pierwszą osobą, którą zabiłem.
- Jak brzmi twoje prawdziwe imię, Farend?
- Nie mam imienia. Nigdy go nie miałem.
Elva wstała.
- Nie kłam. Masz imię.
- Mam. Serrin. Podoba ci się?
- Nie robi mi to różnicy. Co teraz zrobisz? Poszukasz innego zabójcy, czy pójdziesz zabijać w innym mieście?
Uśmiechnął się cierpko.
- Nie chcę innego zabójcy. Chcę ciebie. Nie pojadę do innego miasta. Potworowi trzeba ukręcić łeb. Jadę do Kiony. A ty ze mną.
Cofnął się, gdy sięgnęła po sztylet. W świetle księżyca, jasne tęczówki zlewały się białą gałką oczną. Dawało to upiorne wrażenie.
- Sama sobie jestem panem. Pojadę tam, gdzie zechcę.
- Pojedziesz do Kiony. Ze mną.
Pokręciła głową.
- Ja mam sztylet i dwa noże, a ty jesteś bez broni.
- Masz chyba jakieś zasady...?
- Tak, dwie. Pierwsza: upewnij się, że zabijasz odpowiednią osobę. Po co się męczyć dwa razy? Druga: jeśli zabijasz w obronie własnej, nie pytaj o nic.
- Przydałaby się jeszcze trzecia: nie atakuj bezbronnych - Farend oparł się plecami o drzewo. Nie był już tak pewny siebie.
Elva podeszła tak blisko, że stykali się piersiami.
- Nie ma trzeciej zasady. Jestem tylko ja i mój nóż.
Farend wstrzymał oddech i zamknął oczy. Gdy je otworzył, otaczała go ciemność.

***

- A więc, Serrin, mów, co cię tu sprowadza!
Serrin rozsiadł się wygodniej na barowym stołku i spojrzał po towarzyszach.
- Moi drodzy, wracam z Arrand...
- Ooo... To złe miasto. Cóżeś tam robił?
Gospoda w przygranicznym miasteczku nie miała zbyt wielu wygód, ale można tu było dobrze zjeść i popić. Serrin skwapliwie korzystał i z jednego, i z drugiego.
- Długa historia, bracie... Jak wiecie, w Arrand żyje jeszcze kilkunastu naszych, głównie w stolicy. Wielu z was myśli, że szukają oni tam sposobu, by zemścić się za wszystkie nasze krzywdy. Być może onegdaj tak było. Ale pieniądz jest pieniądz. Razem z Arrandczykami knują przeciw nam. Spiskują. Planują, jak doprowadzić do ostatecznego upadku Kiony.
- Ledwośmy się z gruzów podnieśli! Kiona nadal raczkuje! Toć z naszego państwa zostały jakieś nędzne resztki!
- Właśnie dlatego Arrandczycy chcą nas dobić, póki nie mamy sił się bronić.
- Zgroza!
- Hańba!
- Ale, ale... - przerwał Serrin. - Nie powiedziałem wam wszystkiego... Wiecie co robiłem w Arrand? - zniżył głos do szeptu. - Unicestwiałem tych podłych szpiegów. Tym rękami, osobiście zabiłem trzech: poetę, radcę miejskiego i hrabiego. Potem musiałem uciekać, bo padły na mnie podejrzenia.
- Szybko sobie przypisałeś moje osiągnięcia, Serrin - zadrwił nagle znajomy, chropowaty głos. Ostatnie słowo zostało wymówione z dużą dozą ironii.
- Co tu robisz, Elva?! Mówiłaś, że nie jedziesz do Kiony.
- Mówiłam, że jadę do najbliższego miasta, w którym szukają... takich jak ja. To było najbliżej.
W jej ręku mignął sztylet.
- A ty, Farend, czy Serrin, jak wolisz... Oszukałeś mnie. Miesiąc temu ta historia brzmiała inaczej.
Farend zezował na czubek ostrza wymierzony w jego gardło.
- To...
- Podwójny szpieg! Zdrajca! - warknęła.
W gospodzie wybuchnęło zamieszanie. Klienci rzucili się w kierunku Serrina, groźnie wymachując rękami. Niektórzy mieli w ręku noże.
- Łapać ich! Dziewczynę też! Kto wie, czy nie maczała w tym palców!
- Świetnie - sarknęła pod nosem Elva, gdy zostali otoczeni. - Po prostu super...
- Mogłaś nie nazywać mnie publicznie zdrajcą. To by wiele ułatwiło.
- Mogłeś mnie nie okłamać i nie przypisywać sobie moich osiągnięć... Teraz myśl!
- Czemu ja?
- Bo ja tu jestem od zabijania, a nie od myślenia!
- No, to rób co do ciebie należy!
Elva wyszarpnęła noże z buta i podała mu jeden.
- Jeśli go zgubisz, osobiście cię zabiję.
I zaczęła robić to, co do niej należało.

***

Strasznie bolała ją głowa. Wszystko ją bolało. Ale głowa najbardziej.
- Co się stało? - jęknęła.
- Gratuluję - usłyszała. - Udało ci się zabić trzech i kilku poharatać, zanim...
- Zanim co? - złapała się za głowę i próbowała skupić wzrok. Wszystko wirowało.
- Zanim walnęli cię czymś w głowę. Co potem, nie wiem, bo ze mną zrobili po chwili to samo.
Udało jej się skupić wzrok na twarzy Serrina. Wydawało jej się, że znajdują się w jakimś pudle.
- Gdzie jesteśmy?
- Na wozie. W skrzyni na wozie.
- To dlatego tak trzęsie. - mruknęła. - A dokąd nas wiozą?
- Na pustkowie - usłyszała przytłumiony głos z góry. - Tam wywozimy zdrajców i szpiegów.
- W okolicy grasuje grupa dzikich leśnych lwów - uzupełnił Serrin. - Porywają ludzi z miasta. Czasem karmi się je zdrajcami i przestępcami.
- ...takimi jak my - dokończyła Elva. - Świetnie. Skończę jako lwi obiad. Świetlana przyszłość, doprawdy. Może wyjaśnisz mi zatem, z łaski swojej, dlaczego tak się stanie? I pośpiesz się. Chcę to usłyszeć, będąc w jednym kawałku.
- Masz na myśli to, co się naprawdę wydarzyło? Co naprawdę robię?
- Tak. Poproszę prawdę. Jesteś Kiończykiem zabijającym zdrajców, czy Arrandczykiem zabijającym obcych?
- Ani to, ani to... - westchnął. - Prawda jest niesamowicie trywialna. Moja matka rzeczywiście była kiońską kobietą, a ja naprawdę urodziłem się w Arrand. Ten poeta, Loren, przywłaszczył sobie moje teksty. Ukradł mi je. Borgen miał zatwierdzić nazajutrz ustawę, która uniemożliwiłaby mi swobodny handel. Hrabia natomiast... Kiedyś, dawno temu, publicznie upokorzył moją matkę. Nie zabiłem jej. Kochałem ja bardzo mocno. Umarła niedługo potem ze wstydu, rozpaczy...
- Ci wszyscy ludzie byli cudzoziemcami. Kiończykami.
Serrin westchnął.
- Przypadek. Naprawdę. Nie mam nic, ani do obywateli Kiony, ani do Arrandczyków. Mam tylko bujną wyobraźnię. Spodobałaś mi się. Chciałem ci zaimponować, a nie być w twoich oczach tylko kolejnym łaknącym zemsty klientem Gildii.
- Nie udało ci się to. Tu też się chciałeś popisać?
- Tak. Moja wyobraźnia mnie zgubiła.
- I mnie przy okazji też - mruknęła Elva. Załomotała pięściami w strop. - Ej, tam na górze! Słyszałeś, co on powiedział?!
- Słyszałżem.
- Wypuści więc nas?!
- Nie.
Elva zaklęła pod nosem.
- Bujna wyobraźnia, psia kość, bujna wyobraźnia...

***

- Wysiadać!
Zmrużyli oczy oślepieni nagłą jasnością. Wóz zatrzymał się na polanie w lesie. Woźnica wyciągnął ich z wozu. Rozglądał się nerwowo, a na jego czole pojawił się pot.
- Nie rozwiążesz nas? - warknęła Elva.
Uśmiechnął się krzywo.
- Po co utrudniać zwierzakom zadanie?
Posadził ich pod drzewem i szybko wrócił do wozu.
- Nie będę wam życzyć powodzenia, bo to i tak mija się z celem - strzelił z bata i szybko się oddalił.
- Super - mruknęła Elva. - Po prostu świetnie... Możesz się do mnie podczołgać? - zwróciła się do Serrina.
- Spróbuję.
Gdy mężczyzna znalazł się dostatecznie blisko, powiedziała:
- A teraz słuchaj uważnie, bo powiem to tylko raz. Sięgnij ręką za mój dekolt i wyciągnij stamtąd krótki nóż. No, na co czekasz? Tylko nie napawaj się za długo tą chwilą. Zaraz zajdzie słońce, a lwy wychodzą na polowanie o zmierzchu.
Serrin nawet nie drgnął. Gapił się na nią, a na jego twarzy pojawiło się coś na kształt rumieńca. Elva zaklęła pod nosem.
- No, co się gapisz?! Zawstydził się, psia kość! Masz okazję bezkarnie pogmerać mi w dekolcie! Pośpiesz się z łaski swojej! Życie ci niemiłe?!
Mężczyzna z wahaniem wyciągnął rękę i po dłuższej chwili udało mu się wydobyć wspomniany nożyk. Ostrze było malutkie - miało nie więcej niż dwa centymetry długości.
- Tnij - poleciła Elva, podtykając mu związane ręce.
- Nie uciekniesz? - ostrze zawisło tuż nad sznurem krępującym jej nadgarstki.
- Tnij! - warknęła. Gdy więzy opadły, dodała - Oczywiście, że ucieknę.
Chwyciła nóż i szybko przecięła jego pęta. - Chodźmy!
- Elva... - zaprotestował Serrin słabo. - Już za późno.
Dziewczyna obróciła się. Na polanie stało siedem lwów. Były mocno wychudzone, a z ich pysków dobiegał cichy, złowrogi pomruk.
- Cudownie - mruknęła. - Przynosisz mi pecha, wiesz? - rzuciła, wyciągając przed siebie rękę z nożykiem.
Sześć lwów było młodych. Trzy samice i trzy samce. Czwarta lwica była zdecydowanie starsza. Prawdopodobnie była to ich matka.
Drapieżniki zbliżały się do nich półkolem, warcząc coraz głośniej. Serrin schował się za plecami Elvy.
Nagle stara lwica rzuciła się na dziewczynę, wytrącając jej z ręki nóż. Przygwoździła ją do ziemi. Uderzenie wyparło z płuc Elvy całe powietrze.
"To koniec"
Kocica dyszała jej prosto w twarz, białe kły były coraz bliżej... Wtedy, pomiędzy ogromnymi zębiskami mignął różowy jęzor i lwica zaczęła lizać ją po twarzy. Zlizywała z jej twarzy krew i kurz, którym pokryła się twarz dziewczyny podczas długiej wędrówki.
- To ty - szepnęła Elva, gdy lwica odsunęła się, by podziwiać swoje dzieło. - To ty mnie uratowałaś...
Zamruczała cicho w odpowiedzi. Dziewczyna nie miała wątpliwości. To była ta sama lwica, która wychowała ją po śmierci matki. Elva niemal o tym zapomniała. Dotąd myślała, że lwia matka jej się tylko przyśniła.
- Elva! Ratuj! - usłyszała nagle błagalny okrzyk Serrina.
Mężczyznę otaczały pozostałe lwy, ryczące z cicha. Biły ogonami o ziemię, gotowe w każdej chwili zaatakować. Czekały tylko na rozkaz. Jeden z nich z cichym warknięciem obejrzał się na starą lwicę, trzymającą w objęciach Elvę.
- Zostawcie go - poprosiła dziewczyna. Stara samica ryknęła krótko, a młode niechętnie odsunęły się od niedoszłej ofiary.
- Dziękuję, Elva, dziękuję!
- Odejdź, póki się nie rozmyślę, Serrin.
- Elvo...
- Precz! - krzyknęła, poparta rykiem lwicy.
Mężczyzna wstał z trudem i ruszył ścieżką przed siebie. Po kilku krokach obejrzał się jeszcze i zerknął na Elvę otoczoną przez lwy - jej przybraną, cudownie odnalezioną rodzinę.
- Zobaczymy się jeszcze? - zapytał z nadzieją.
- Módl się, żeby nie - odparła szorstko. - Nie przeżyłbyś tego spotkania.
Serrin zniknął między drzewami, a Elva poczuła, że wreszcie wszystko jest na swoim miejscu. Trzy młode lwice, krążyły niespokojnie wokół miejsca, gdzie jeszcze niedawno stał młody mężczyzna. Porykiwały żałośnie, spod skóry wyglądały żebra.
- W sumie... - zwróciła się Elva w zamyśleniu do starej samicy. - W sumie niczego mu nie obiecywałam.
Lwica zaryczała przeciągle, a młody lwy poderwały się i pomknęły w las za Serrinem. Gdy zniknęły z pola widzenia, dziewczyna westchnęła.
- Miałeś rację, Serrin. Jest trzecia zasada: nie miej litości.

***

Kilka lat później Elvę poznano jako Kiońską Lwicę lub Lwią Księżniczkę. Ale jak to się stało i co z tego wynikło... To już zupełnie inna historia.
_________
Część z Was czeka pewnie na jakieś nowości, a ja odgrzebuję kolejnego starocia. Miałam z piętnaście lat, jak to pisałam i luźno, naprawdę luźno, inspirowałam się jakąś książką, ale nie mam bladego pojęcia jaką. Chyba coś z Wenecją, miałam swego czasu taką fazę na to miasto.
Ten ostatni dopisek znajduje się tu dlatego, że to opowiadanie miało mieć drugą część, ale... niestety nie pamiętam o czym miało być. Może kiedyś wymyślę i napiszę. Na pewno dam znać wtedy!
Tych, co czekają na Odchodzę informuję, że prace trwają, tych co oczekują Na skrzydłach muszę niestety zawieść, bo mam pewne blogowe zobowiązania, więc jeszcze trochę poczekacie.
Podobało się?
Jeśli nudzą Was te starocie to dajcie znać, postaram się je ograniczyć.

3 komentarze:

  1. Hehehehe przypadek, że ja też dodałam rozdział? :D
    Biorę się za czytanie, ale skomentuje raczej dopiero jutro ;)
    Ola

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wow! Po prostu taka nieoczywista oczywistość. Niby totalna fikcja, a jednak częsty motyw pojawiający się w filmach. Zwierzęta wychowujące ludzi.
      Jestem pod wrażeniem tego, jak pisałaś mając 15 lat! Szacun!
      Chciałabym kiedykolwiek pisac chociażby tak, jak ty w tym młodym wieku.
      Może jestem trochę zawiedziona, bo nadal czekam na skokowego oneparta, ale na razie czuję się zaspokojona.
      Czekam na kolejnego cosia! I zapraszam do siebie w weekend! Chociaż może rozdział pojawi się nawet wczesniej, gdyz mam kilka epizodow w zanadrzu :)
      Do zobaczenia! Pozdrawiam!
      Ola

      Usuń
    2. Właśnie nie jestem do końca pewna, skąd mi się wziął taki motyw XD.
      Nie wiem, czy miałam piętnaście lat czy więcej, grunt, że osobiście dostrzegam progres.
      Skokowy onepart będzie! Z dość... niespodziewanym bohaterem. Tylko muszę jeszcze fabułę obmyślić do końca.
      Będą na pewno jeszcze dwa dodatki do "Odchodzę", ale to zdecydowanie później, bo zawierają spojlery, wiec muszę się najpierw uporać z tamtymi wątkami.
      Zajrzę na pewno!

      Usuń