Strony

Ogłoszenia drobne

W tej chwili mało się tutaj dzieje, nieco więcej dzieje się na moim Wattpadzie, ale pracuję nad tym. Oczekujcie wieści na Twitterze :)
Zakładka Aktualności zniknęła, bo była mało... aktualna. Może kiedyś wróci. Może.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historyjka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historyjka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 20 lutego 2021

Siebiekochanie

Gdy tylko gospodarze zostawiają nas samych, w kuchni zapada niezręczna cisza, którą przerywają jedynie radosne okrzyki moich bratanków, gdzieś na piętrze. Deszcz uderza o szyby, pogoda jest naprawdę paskudna tej wiosny.  Odwracam wzrok od okna, by nie patrzeć na ten ponury widok i obejmuję pomieszczenie spojrzeniem.. Jest sterylnie czyste i urządzone w bardzo minimalistycznym stylu. Nie mam na czym zawiesić wzroku, nawet na głupiej etykiecie na puszcze z kawą. Siłą rzeczy muszę w końcu na nią spojrzeć.
O dziwo, ona wcale nie ma z tym problemu, patrzy mi prosto w oczy. Obejmuje kubek z herbatą dłońmi, jakby chciała się od niego zagrzać i przygląda mi się z łagodnym uśmiechem. Siedzi na podwiniętej pod tyłek prawej nodze, a lewą ma przyciągniętą do brody, a ja nawet po tylu latach nie umiem zrozumieć, jakim cudem jest jej w taki sposób wygodnie.
Wiele się zmieniło przez ten czas. Przyglądam się jej bezwstydnie - patrzę, jak w kącikach oczu pojawiają jej się powoli drobne zmarszczki, jak w ściętych na krótko włosach pojawiają się dyskretne srebrne pasma siwizny, jak na serdecznym palcu odcina się złota obrączka. 
Są też pewne niezmienne rzeczy - nadal emanuje od niej dziwny rodzaj spokoju, który zawsze dodawał mi otuchy, nawet w tych burzliwych i nie do końca jasnych momentach, jej obecność koi nerwy mimo tego wszystkiego, co się między nami wydarzyło.
- Starzejesz się, Peter. - W końcu to ona przerywa ciszę. Dopija do końca herbatę i odstawia kubek na blat. - Taka ilość siwych włosów przed czterdziestką nie wróży dobrze.
- Miałem sporo zmartwień w ostatnich latach - odpowiadam, ciekaw co zrobi z tą informacją.
- Wiem, sama byłam powodem wielu z nich. Przykro mi z powodu kontuzji przed Igrzyskami - mówi, przygryzając lekko dolną wargę po prawej stronie ust. Jak zawsze, gdy się denerwowała. - W ogóle chciałabym cię przeprosić za wszystko. A w szczególności za to, w jaki sposób odeszłam. Nie powinnam tego kończyć w taki sposób. 
- Nawet przez myśl mi nie przeszło, że chciałaś kiedykolwiek cokolwiek kończyć - mówię bezlitośnie. 
Nie chcę jej karać, już dawno pozbyłem się żalu, a tak przynajmniej mi się wydaje. Przedwczesne zakończenie kariery było tylko i wyłącznie moją winą, choć faktycznie nieco nieracjonalne podejście do obciążeń treningowych, jakie na siebie nakładałem miało związek z moim stanem emocjonalnym. Chciałem wszystkim, a przede wszystkim sobie udowodnić, że potrafię. Że jej odejście wcale mnie nie złamało. Że umiem sobie bez niej poradzić. 
I potrafiłem. Ale przesadziłem i stało się. Mój ortopeda stwierdził, że pierwszy raz widzi osobę, która za jednym zamachem uszkodziła sobie niemal wszystkie więzadła w kolanie.
Tak czy siak - do skakania to ono już się nie nadawało.
Alicja nie wydaje się zbita z tropu moimi słowami. Wie o wszystkim, co się działo u mnie przez te wszystkie lata. Cene i Katka na pewno jej wiele opowiedzieli przez ostatnie dni. Ona wciąż jednak ma wiele do opowiedzenia o ostatnich ośmiu latach.
- Prawda jest taka, że nie powinnam kiedykolwiek, czegokolwiek w ogóle zaczynać - odpowiada. - Byłeś jednak zbyt uparty i na tyle przekonujący, że uwierzyłam ci, że mogę cię szczerze pokochać. I nie żałuję tej decyzji, bo tak właśnie się stało. Tak samo, jak nie żałuję, że poznałam Klemensa. Bo on doprowadził mnie do ciebie, a razem sprawiliście, że osiągnęłam to, co mam teraz. Bez was nie byłoby mnie tu, gdzie jestem teraz. W jak najlepszym tego słowa znaczeniu. Żałuję jedynie tego, że byłam wówczas na tyle niedojrzała, że zraniłam praktycznie wszystkich wokół siebie. 
Alicja milknie, a ja uświadamiam sobie, że w sumie to w jakiś sposób ją rozumiem. W krótkim okresie przeżyłem dwa wielkie zawody, potem jeszcze kontuzja, ale właściwie jestem zadowolony ze swojego życia. Wiele nauczyłem się przez te lata, z perspektywy widzę, że ja również popełniłem wiele błędów w relacji z Alicją. Błędów, do których długo nie umiałem się przyznać, zrzucając całą odpowiedzialność na nią.
Dopijam zimną już herbatę i odsuwam od siebie kubek. Ala poprawia się na krześle, opiera brodę na pięściach i uśmiecha się do mnie nieśmiało.
- Nie wiedziałam, czego się po tobie spodziewać, Peter - wyznaje. - Tego, że rodzice przyjmą mnie z otwartymi ramionami byłam pewna, zresztą miałam silną kartę przetargową. Po Kasi spodziewałam się krzyków, wyrzutów i długiej kłótni oraz stopniowego odzyskiwania zaufania i to właśnie otrzymałam. Bałam się spotkania z Klemensem, ale wiedziałam, że jedyne z czym będę mieć problem, to z upewnieniem się, że jestem dla niego tą samą osobą, którą on jest dla mnie. A jeśli chodzi o ciebie... - Ala zawiesza głos i ponownie przygryza wargę. - Czego mam się spodziewać po tobie, Peter? - pyta.
- Pytań - mówię po chwili milczenia. - Możesz spodziewać się pytań, bo mam ich całkiem sporo.
- Więc pytaj, w końcu mamy czas. Chyba, że Cene i Katka nas wyrzucą, ale to byłoby nieludzkie przy tej pogodzie. - Krzywi się, wskazując na okno. - Choć nie powiem, że nie zasłużyłam.
- Zrobię nam najpierw herbaty - mówię i podchodzę do czajnika, który stoi na blacie za jej plecami. Nalewam wody i pstrykam przełącznik, a Ala obraca się w moim kierunku, siadając okrakiem na krześle. 
Nie muszę pytać, jaką herbatę jej zrobić. Nadal wiem, jaka jest jej ulubiona. Katka też chyba pamięta, bo bez problemu znajduję ją w szafce nad blatem. Jakby wiedziała, że jeszcze wróci i będzie pić herbatę w tej kuchni. Ja chyba nie do końca w to wierzyłem.
- Jesteś szczęśliwa? - zadaje pierwsze pytanie, które przychodzi mi do głowy, gdy podchodzi do mnie, by odebrać swój kubek. 
Opiera się o blat pośladkami i potakuje krótko.
- Jestem. Teraz nawet bardzo. Męczy mnie tylko pytanie, czy ty jesteś szczęśliwy?
- Myślę, że tak. - Opieram się o ścianę naprzeciw niej. - Niczego mi nie brakuje. Nie skrzywdziłaś mnie, jeśli się o to martwisz. Przynajmniej nie tak mocno, jak sądzisz.
- I tak chcę cię za to bardzo szczerze przeprosić. Właściwie to po to wróciłam. Żeby domknąć wszystkie sprawy. Rozplątać to, co zaplątałam. Dać sobie szansę, byście mieli okazję mi wybaczyć. I chyba poszło mi całkiem nieźle. - Ala uśmiecha się niepewnie.
- Gdzie byłaś cały ten czas, Ala? Co robiłaś? 
- Byłam w Ameryce. Może nie cały ten czas, najpierw się nieco powałęsałam po świecie. Szukałam... oczyszczenia. Nowej perspektywy. I ją znalazłam. A nawet dużo, dużo więcej.
I opowiada mi o Nowym Jorku. O śmiertelnie chorym mężczyźnie, któremu dała najcenniejszy dar - spokój w obliczu śmierci. Opowiada mi o Paryżu i złotych obrączkach, z których jedna lśni teraz na jej palcu. O tym wszystkim, co Jason zmienił w jej życiu, wszystkim co jej uświadomił i to w bardzo krótkim czasie, bo nie miał go przecież wiele. O jego odejściu i wszystkim, co po nim pozostało - złożona obietnica powrotu do domu i... córka.
- Jest w wieku małej Any - mówię, gdy Ala opowiada o Dianie. - Jakbyście się z Katką umówiły.
- Nie planowałam tego. Tak jak i wielu innych rzeczy. Ale nie żałuję żadnej decyzji. Mimo iż niektóre zraniły wiele osób. Ale każda z nich mnie czegoś nauczyła i coś zmieniła w moim życiu na lepsze. Czas spędzony z tobą był naprawdę cudowny i chyba nigdy nie czułam się bardziej kochana niż wtedy. Nie mogłam jednak być szczęśliwa wiedząc, że nie jestem w stanie dać ci tyle, ile ty mnie.
- Od dawna jesteś tutaj? Znaczy się w Europie? - pytam.
- Wróciłam do Polski przed świętami. Zaczęłam od rodziców. Potem pojechałam do Zakopanego, a na początku marca zebrałam się na odwagę, by stawić czoła Katce i... tobie.
Kiwam głową. Jest tylko jedno pytanie, które mnie dręczy. Nie umiem przejść obok tego tematu obojętnie.
- A Klemens? Dobrze się wam razem układa? Jest tak, jak marzyłaś?
Ciąży mi świadomość, że z nas dwóch to on ostatecznie był jej przeznaczony. Przełamali w końcu to fatum i ich ścieżki w końcu się zbiegły w jedną, po wielu latach krzyżowania się raz po raz.
- O czym ty mówisz, Peter? - Alicja marszczy brwi i spogląda na mnie zaskoczona.
- Przecież to dla niego zostałaś. Sama mówiłaś, że już nie masz zamiaru nigdzie się ruszać. 
Wpatruje się we mnie dłuższą chwilę, aż nagle zaczyna się głośno śmiać.
- To nie tak. Owszem, to Klemens przekonał mnie do zostania, uświadomił mi, że wszystko, czego potrzebuję jest po tej stronie Atlantyku. Ale nic nas nie łączy, nic poza przyjaźnią, tak jak było na samym początku.
- Jak to?
- Po prostu. Nadal jest moją bratnią duszą, ale nie jest miłością mojego życia. Nigdy nią nie był, tak naprawdę. Żaden z was nią nie był. Nawet Jason. Ale każdy z was dał mi coś, za co jestem wam bardzo wdzięczna. I każdego z was w jakiś sposób kochałam. - Alicja wyjmuje mi kubek z dłoni i wraz ze swoim odstawia na blat, po czym bierze mnie ostrożnie za ręce. - A przede wszystkim, nie chcę was stracić. Dlatego pytam: Peterze Prevcu, czy uczynisz mi ten zaszczyt i mi wybaczysz oraz pozostaniesz już na zawsze moim przyjacielem?
- A co, jeśli nadal się jeszcze z ciebie nie wyleczyłem? - pytam całkiem poważnie.
- Peter. - Alicja spogląda na mnie z łagodnością, ale też lekkim politowaniem. - Przecież widzę, że to już dawno za tobą. Już zawsze będę w twoim sercu, tak jak ty w moim. Ale sam dobrze wiesz, że to nie jest i nigdy nie będzie to samo. Zresztą... zdaje się, że coś wkrótce się zmieni w twoim życiu? 
- Mój brat to największa papla na świecie - wzdycham. O moich planach wiedziała tylko najbliższa rodzina. 
- Tym razem wiń Domena, nawet nie pytałam, bo nie chciałam wiedzieć, a on wszystko mi wyrecytował, gdy tylko przekroczył próg mieszkania. To on zresztą mnie tutaj ściągnął. To jak? - ponawia pytanie.
- Okej, ale pod jednym warunkiem - biorę głęboki oddech i kończę z uśmiechem - musisz nauczyć mnie zmieniać pieluchy. Katka jest okropną nauczycielką.
- Wcale nie! - Rozlega się ze schodów i po chwili moja szwagierka dołącza do nas z Aną na biodrze. - Widzę, że się nie pozabijaliście, więc wybaczcie, ale muszę zrobić dzieciom kolację. Niko, nie biegaj! - upomina pięciolatka.
- Jesteś okropną nauczycielką, brakuje ci cierpliwości - zauważa złośliwie Ala.
- Wychowuję dwoje prevcowych dzieci, czy sądzisz, że pozostały mi jeszcze jakiekolwiek pokłady cierpliwości? - Odsuwa od twarzy ręce Any, która usiłuje wetrzeć jej we włosy kawałki plasteliny.
Alicja pomaga jej przygotować kolację, a ja przysłuchuję się jak przekomarzają się po polsku, prawie, jakby tych ośmiu lat nie było w ogóle.
Ma rację. W moim życiu szykowało się wiele zmian. Myślę, że z Alicją łączy mnie więcej w tej kwestii, niż myślałem. Ona ma Dianę, a ja...
- To ile mamy czasu na naukę? - pyta Ala, gdy zasiadamy w piątkę przy stole. 
- Podpisałem już wszystkie dokumenty. Agencja adopcyjna mówi, że to kwestia dni. - Uśmiecham się. - Trochę to trwało, już nie mogę się doczekać. Choć bardzo się boję.
- I będziemy przy tobie. Wszyscy - zapewnia mnie Ala.
- A ty? 
- Muszę wrócić do Polski pozałatwiać jeszcze kilka spraw, ale dostałem pracę w Ljubljanie od września. Więc będę pod ręką. Gdy tylko będziesz mnie potrzebować, Peter - mówi całkiem poważnie.
Uśmiecham się z wdzięcznością. Faktycznie będę potrzebował teraz wsparcia. Już za parę dni czekają mnie całkiem nowe wyzwania. W końcu do wychowania dziecka ponoć potrzebna jest cała wioska, a moja rodzina wydaje doskonale się do tego nadawać. 
Katka ma rację - każdy z nas potrzebuje kogoś do kochania. Czasem tę osobę znajdujemy w zupełnie innych okolicznościach, niż mogłoby się nam wydawać.
- Będziesz wspaniałym ojcem, Peter - mówi Ala. - Zawsze to wiedziałam. 
- Ty za to jesteś okropną matką - wytyka jej Katka. - Zostawianie trzylatki z wujkiem Domenem to jest bardzo zły pomysł, prawda Ana? - zwraca się do córki.
- Tak! - wykrzykuje mała. Podczas gdy wszystkie dzieci w jej wieku przeżywają okres na "nie", ona upodobała sobie słowo "tak". Cene śmieje się, że jeszcze weźmie przez przypadek jakiś kredyt przez telefon, albo jakiś telemarketer sprzeda jej zestaw garnków.
- Domen skręca łóżeczko dla Petera, będzie zbyt zajęty, by ją uszkodzić - odpowiada niefrasobliwie Ala.
- Ale nie zauważy też, jak Diana połknie garść śrubek. Jesteś okropną matką - wzdycha Katka, a Alicja wzrusza ramionami.
- Jeśli przeżyje to popołudnie to uznam, że jest wystarczająco twarda, by iść do przedszkola.
- Może lepiej pojadę i zobaczę jak mu idzie - proponuję. - Dołączycie potem?
- Tak - potakuje Katka. - Ala, znalazłam te twoje pocztówki na górze. Chodź, opowiesz mi wszystko.
Biorą kawę i siadają w salonie, z dziećmi bawiącymi się u stóp. Katka wyciąga z ogromnego pudła pocztówki od Ali. Przysyłała je średnio co tydzień, podpis zastępując tylko jednym słowem - "Przepraszam". Teraz objaśnia Katce jakie miejsca i jakie zdarzenia kryją się za tymi kartkami, zalewa ją obrazem wspomnień z ośmiu lat. Przyglądam się temu z uśmiechem, gdy zakładam buty i z niejakim żalem opuszczam dom brata.
Mamy czas. Teraz, po latach w końcu mamy dla siebie czas. A przede wszystkim możemy go mądrze wykorzystać. 
Wszystko jest na swoim miejscu, a na naszej drodze nie ma już zakrętów. 
Kiedy wsiadam do auta dzwoni telefon.
- I jak?
Chwilę zastanawiam się nad odpowiedzią.
- Nadal ją kocham - mówię i nie ma w moich słowach kłamstwa. - A wiesz za co najbardziej? Za to, że osobą, którą kocha najmocniej jest ona sama.
Mój brat długo milczy, słyszę szum oznaczający, że siedzi w busie zmierzającym do domu. Chyba wygrał dzisiejsze zawody. Godny następca. Mogę być dumny.
- Ty też nauczyłeś się kochać siebie, Peter. Wszyscy powinniśmy się tego od was uczyć - mówi w końcu Cene.
- Szkoda tylko, że zajęło nam to tyle czasu. 
Odkładam słuchawkę i odpalam silnik. 
Katka miała rację mówiąc, że Alicja jest osobą trudną do kochania. Tak trudną, że tylko ona sama potrafi temu podołać. Nauczyła mnie wielu rzeczy, ale przede wszystkim tego, że nie można uzależniać swojego szczęścia od osób trzecich. Nawet jeśli są to osoby, które bardzo kochamy.
Jedyną osobą, którą powinniśmy całe życie uszczęśliwiać to my sami.

______
To JEST dodatek do "Odchodzę".
Ale - plottwist - to NIE JEST drugi dodatek do "Odchodzę". Tylko trzeci. Drugi nadal się pisze. A ten powstał, bo nie chciało mi się pisać drugiego. Mickiewicz byłby dumny, nie?
Swoją drogą, pragnę zamknąć ten rozdział moje pisarskiego życia zatytułowany "Odchodzę, bo kocham" i jestem na bardzo dobrej drodze.
To powyżej może nie jest wybitne, ale potrzebowałam zwizualizować sobie spotkanie Ali z Katką (retrospektywnie) i Peterem. Przecież wiem, że ich kochacie, no!
Tyle. Zaskoczeni, prawda?
Buziaki, E_A


sobota, 17 sierpnia 2019

To nie jest miłość [extra bonus]


Niżny Nowogród, 31.03.2016
- Przenocujesz mnie?
Dobrze znam głos, który rozbrzmiewa w telefonie, choć od dawna go nie słyszałem. Nawet nie pytam, dlaczego miałbym to zrobić. Nie pytam, dlaczego wraca, ani czy to na stałe.
Nie pytam, gdzie była, ani co robiła. Nie pytam też, czy znalazła odpowiedź.
Rzucam jedynie krótkie:
- O której będziesz?
- Myślę, że koło północy. To problem?
Zerkam na zegarek, który pokazuje kilka minut po dziewiątej. Kalkuluję, jak daleko mam do całodobowego sklepu i czy drugi komplet pościeli jest wyprany.
- Nie, tylko muszę zrobić zakupy - odpowiadam po sekundzie wahania. - Nadal lubisz spaghetti carbonara? - upewniam się.
- Uwielbiam. - Niemal widzę, jak uśmiecha się szeroko.
Choć minęło wiele czasu, to nadal ta sama Sasza, co zawsze.
- Uważaj na siebie - dodaję cicho, a ona śmieje się cicho i rozłącza tak, jak zwykle - bez pożegnania.
Odkładam telefon i zerkam na książkę, której lekturę przerwał mi telefon. Wzdycham, wkładam między strony zakładkę i rozglądam się za kluczykami do auta.
Trochę boję się tego spotkania, bo nie wiem, czego się po nim spodziewać. Czy robić sobie nadzieję, czy to po prostu...
Czy Sasza po prostu nie chce wracać do domu. A gdzieś przecież musi. To nie pierwszy raz, kiedy będzie moim gościem. Na mojej kanapie przespała chyba więcej nocy niż w swoim łóżku. Mimo to, teraz sytuacja wygląda inaczej, bo przecież, kiedy widzieliśmy się po raz ostatni, powiedziała, że odchodzi, by dowiedzieć się, czy wróci.
Czy wróci do mnie. 
A ja nie jestem pewien, czy chcę poznać odpowiedź.
Kluczyki leżą na półce koło telewizora, tam, gdzie zawsze. Wkładam je do kieszeni i jadę do sklepu po makaron, śmietanę i wino. Półsłodkie, białe.
Jej ulubione.

***

Właśnie odcedzam makaron, kiedy rozbrzmiewa dzwonek do drzwi. Krzyczę, że otwarte, ale zanim mój głos przebrzmiewa, Sasza już zdejmuje buty w przedpokoju. Odstawiam durszlak i wychodzę z kuchni, akurat wtedy, gdy odwiesza na haczyk swój płaszcz.
Ma na sobie jasnoniebieską koszulę, której parę górnych guzików jest odpięte oraz dżinsową spódniczkę. Gruby warkocz odrzuca na plecy i uśmiecha się do mnie swoim krwistoczerwonym uśmiechem, tak samo pewna siebie, jak zawsze.
Wciąż używa tej samej szminki, zauważam mimowolnie.
- Cudownie pachnie. - Uśmiecha się lekko, stawiając swoją walizkę koło kanapy. - Pomóc ci w czymś?
- Nie trzeba, umyj ręce i możemy siadać do stołu. - Sasza znika w łazience, a ja zanoszę na stół ostatnie rzeczy i otwieram butelkę wina.
Woda cicho szumi, kiedy tępym wzrokiem wpatruję się w porzucone w przedpokoju szpilki i torebkę przewieszoną przez oparcie krzesła. Kiedy ich właścicielka podchodzi do stołu, wyrywam się z letargu i proponuję jej wino, po czym nakładam makaron i sos na oba talerze.
- Postarałeś się, Misza. - Zerka na mnie znad widelca, uważnie lustrując wzrokiem.
Nic nie odpowiadam na te słowa, dyskretnie obserwując jej twarz. Próbuję wyczytać z niej, w jakim celu przyjechała, w jakim jest nastroju. Nie chcę jej ciągnąć za język, ale wiem, że jeśli nie zapytam, sama mi tego nie powie. Nawet jeśli przyjechała porozmawiać, wyjaśnić... Nie zacznie, póki nie zapytam.
Taka już jest. To ona zawsze dyktuje warunki. Bez względu na okoliczności.
- Skąd wracasz? - pytam w końcu, uznając to za względnie bezpieczny temat.
Po czym okazuje się, że gorzej wybrać nie mogłem.
- Z Austrii. - Sasza zagryza dolną wargę, po czym upija łyk wina i podnosi na mnie wzrok. - Miałam operację w klinice w Linz - dodaje, zapewne dostrzegając moje zaciśnięte szczęki.
- Więzadła? - pytam domyślnie.
Potakuje krótkim skinieniem. Bierze jeszcze jeden łyk wina i przez chwilę przetrzymuje je w ustach, jakby zastanawiając się, czy połknąć trunek. Decyduje się na to, jednak nie przełyka kolejnych słów, które dla mnie są niczym pociski:
- Wpadłam tam na Hayboecka.
Uważnie obserwuje moją twarz, jakby bała się mojej reakcji. A ja z zaskoczeniem stwierdzam, że... jest mi to właściwie obojętne. Moja pierwsza reakcja była wygórowana, skrzywiłem się chyba jedynie z przyzwyczajenia. Teraz natomiast nie wywołuje to u mnie żadnych emocji. Ot, chyba przyzwyczaiłem się, że Hayboeck już zawsze będzie mi się plątał po życiorysie. A konkretnie po życiorysie Saszy.
Czym jest naprawdę to coś między nimi?
- Nie wiem. - Sasza wzrusza ramionami, a ja uświadamiam sobie, że ostatnie słowa powiedziałem na głos. - Tak samo, jak nadal nie wiem, czym jest to uczucie między nami, Misza. - Spogląda na mnie smutno, a ja zauważam, że się zmieniła.
Już nie jest taka... chłodna, wyrafinowana. Jest jakby... delikatniejsza. Łagodna, jakby coś, lub ktoś, wygładziło jej ostre, jak brzytwa krawędzie, na których można było się nieźle przeciąć. Niejednego delikwenta potrafiła poszatkować samym spojrzeniem. Teraz w jej oczach widać zagubienie.
- Co się tam wydarzyło, Sasza? - pytam łagodnie.
Kobieta składa sztućce i zaplata dłonie, opierając je na kolanach. Wpatruje się w nie, szukając odpowiednich słów. A może sama nie wie, czy są w ogóle takie słowa, którymi dałoby się opisać tę sytuację.
- Zepsułam Hayboecka - mówi w końcu. - Stworzyłam potwora... - śmieje się chrapliwie na te słowa. - A on zepsuł mnie. Zmiękczył mnie, Misza. Jak woda gąbkę. Jak Calgon pralkę. Jak... - Zagryza wargę i przenosi wzrok na księżyc za oknem. - Minęły dwa lata odkąd zaciągnęłam go do łóżka, licząc na przyjemną noc. Ot tak, po prostu. Bo miałam taki kaprys.
- Często miewałaś takie kaprysy - zauważam mimowolnie.
- A tobie nigdy to nie przeszkadzało - odpowiada.
- Przeszkadzało. - Kręcę głową. - Ale wiedziałem, że nie ma sensu zmieniać twojego toku myślenia. Nie zaliczasz się do ludzi, którzy liczą się z opinią innych.
Sasza była jak żywioł - dążyła do celu po trupach i nikt nie był w stanie odmienić jej wizji, zmusić do zmiany zdania. Jeśli czegoś chciała - dostawała to. Nie było od tej reguły żadnych odstępstw.
- A potem weszłam raz jeszcze do tej samej rzeki - mówi dalej, ignorując moje słowa. - Jak nigdy tego nie robię, to tym razem chciałam powtórki. Potrzebowałam jej, bo nigdy z nikim nie było mi tak dobrze, jak z nim. Nikt nie potrafił w taki sposób zająć się moim ciałem, odkryć połączeń nerwowych, których sama nie znałam.
Patrzę, jak zaciska dłonie na to wspomnienie. Jestem w stanie wyobrazić sobie te dłonie zaciskające się na prześcieradle, na oparciu łóżka, drapiące po klatce piersiowej, zostawiające zaognione ślady na skórze. Widzę to wszystko, jak na dłoni.
To wszystko, czego nigdy, z jakiegoś powodu, nie umiałem jej dać.
To było jedyne, czego nie mogłem jej dać.
Ale to wystarczyło, by nasze drogi się rozeszły. To wystarczyło, by nie była ze mną szczęśliwa. A ja... A ja nie chciałem trzymać jej w klatce moich uczuć.
- Co się stało w Linz? - pytam, bo Sasza milczy. Milczy w ten znany mi sposób, który oznacza, że nie ruszy dalej bez zachęty. Chce dawkować informacje, chce, bym o nie prosił, błagał.
A może po prostu boi się sama z siebie sięgnąć do tych wspomnień.
Kobieta wstaje i podchodzi do okna. Ja również podnoszę się z krzesła i staję dwa kroki za nią. Obserwuje deszcz spływający po oknie, nawet nie zauważyłem, kiedy zaczęło padać.
- W Linz... - Sasza zagryza wargę i wbija wzrok w okno. - W Linz zrozumiałam, że żaden z was nie da mi tego, czego potrzebuję. Było nam dobrze ze sobą z Hayboeckiem - dodaje z westchnieniem po chwili milczenia. - Miło, zmysłowo, ekscytująco. Okazał się całkiem sympatycznym gościem, naprawdę. - Uśmiecha się nieco kpiąco i zerka na mnie przez ramię. 
- Ale...? - szepczę, opierając dłonie o parapet, tak że zamykam ją w pułapce ze swoich ramion. A raczej zamknąłbym ją, gdyby Sasza dała się komukolwiek w jakikolwiek sposób poskromić.
- Ale nie był tobą, Misza. - Odwraca się i ledwie sekundę waha się, nim staje na palcach i ostrożnie całuje mnie w kącik ust. - Uświadomiłam sobie, że muszę wybrać, co jest dla mnie ważniejsze - szepcze, biorąc moją twarz w dłonie. Jej ciepły oddech wywołuje dreszcz w dole moich pleców. - Pożądanie, czy też... miłość? - Wplata palce w moje włosy, a ja czuję, jak dreszcz zmienia się w ciepło rozlewające się po całym moim ciele.
- I co wybrałaś? - pytam głosem niewiele głośniejszym od szeptu.
- Nie lubię, gdy ktoś stawia mi ultimatum. - Sasza mruży oczy o swojemu. W ten drapieżny i jakże pociągający sposób.
Kiedyś dziwiłem się, jakim sposobem mężczyźni tak łatwo poddawali się jej woli, mimo iż wiedzieli, że nie mogą liczyć tak naprawdę na nic. To Sasza dyktowała warunki, a oni bez mrugnięcia okiem się na nie zgadzali.
Kiedyś tego nie rozumiałem. Ale teraz chyba już rozumiem. Jednak w przeciwieństwie do nich, ja nie mam zamiaru się zadowalać byle czym. Potrzebuję jej w całości. Nie ma we mnie zgody na żadne półśrodki.
Nie, już nigdy więcej.
- Nie lubię, gdy stawia mi się ultimatum - powtarza Sasza, przesuwając palcem po mojej szczęce. - Nawet, gdy czyni to samo życie. Pomyślałam, że... mogę mieć i jedno, i drugie. - Przygryza wargę, a ja unoszę wysoko brew.
- Jeśli sądzisz, że zgodzę się na otwarty związek z Hayboeckiem w pakiecie, to...
Sasza śmieje się gardłowo, odchylając głowę do tyłu, po czym wtula się nagle we mnie i całuje mnie w zagłębienie szyi. Jeśli sądzi, że to mnie udobrucha to...
No cóż, to ma rację.
- Głuptas z ciebie - odpowiada. - To by było absolutnie bez sensu. Mówi się, że nie da się złapać wszystkich srok za ogon, ale... Ale ja nigdy nie lubiłam ludowych mądrości - mówi z charakterystycznym dla siebie błyskiem w oku. - Z Michim nigdy nie będzie mnie łączyło to, co z tobą, Misza. - Zaplata mi ręce na szyi i opiera się czołem o moje czoło. - Ale może zadziała to w drugą stronę, co? - Szepcze zmysłowo.
- Co masz na myśli? - pytam, czując ją wyraźnie. Wszystkimi zmysłami. Czuję jej zapach, na ustach czuję smak jej ust, moja skóra szczelnie styka się z jej. Słyszę bicie jej serca. Oddech. Krew pulsującą w żyłach.
Jest tak blisko i tak wyraźnie, jak nigdy dotąd.
- Myślę, że jest parę rzeczy... Parę rzeczy, których mogłabym cię nauczyć. Wiesz... - Mruży oczy. - Taka... instrukcja obsługi.
Patrzę jej prosto w oczy, chwilę analizując jej słowa. Kochałem ją. Kocham ją od dawna. Ale chyba nigdy wcześniej mnie tak nie pociągała, nie w takim stopniu. Być może musiałem do tego dojrzeć, może musiałem zatęsknić. Może potrzeba nam było nawet tego całego Hayboecka żebyśmy oboje to zrozumieli.
Jeśli więc ona potrafi wywołać we mnie takie odczucia... To czemu ja, z jej drobną pomocą, miałbym sobie z tym poradzić?
- Naucz mnie - odpowiadam niskim głosem, całując ją. Najpierw ostrożnie, a potem za jej niewerbalnym ponagleniem, mocniej, głębiej. I gwałtowniej. - Naucz mnie - powtarzam.
- Więc chodź. - Odsuwa się ode mnie, tworząc między nami przestrzeń. Zbyt rozległą, a jednak wypełnioną czymś, czego nie potrafię nazwać. Mam wrażenie, że powietrze między nami skrzy się.
Sasza bierze mnie za rękę i bez dalszej zwłoki prowadzi mnie do mojej własnej sypialni.
A ja uświadamiam sobie, że może to wcale nie tak, że nie potrafiłem jej czegoś dać. Może po prostu bałem się tego. Bałem się być jednym z wielu, podczas gdy na innych poziomach łączyło nas z Saszą coś zupełnie unikatowego.
Nikt jednak nie powiedział, że jedno wyklucza drugie, prawda?

***

Kieruje moimi dłońmi, prowadzi mnie sobie tylko znanymi szlakami. Uczę się jej. Centymetr po centymetrze. Pocałunek za pocałunkiem. Oddech za oddechem. 
A każdy kolejny jest głębszy, gwałtowniejszy, bardziej pośpieszny. Nasze ruchy stają się coraz bardziej niecierpliwe, by odkryć więcej. Mocniej. Głębiej.
Dokładniej.
Daleko nam do ideału, to fakt. Ale zależy nam na sobie, więc będziemy próbować. Te próby wszak ciężko zaliczyć na poczet nieprzyjemnych.
- Połóż się - szepcze mi Sasza do ucha, zębami przytrzymując jego płatek.
Popycha mnie lekko na plecy na łóżko. Unoszę się na łokciach i w ciemności panującej w sypialni próbuję dostrzec zarys jej sylwetki. Bardziej słyszę, niż czuję materiał zsuwający się z jej ciała na dywan, cichy szelest ostatnich opadających ubrań. Zasłon. Murów.
Materac lekko skrzypi i ugina się pod jej ciężarem, gdy wsuwa się na miejsce obok mnie. Czuję żar bijący z jej nagiego ciała, którym przylega do mnie ostrożnie, jakby nie chcąc być zbyt natrętną.
Hayboeck naprawdę ją zmiękczył, myślę, ale prędko odsuwam tę myśl od siebie. Nie wpuszczę nigdy tego Austriaka do mojej sypialni.
Przesuwa chłodną dłonią po mojej piersi - od mostka aż po pępek, powodując krótki dreszcz. Zatrzymuje się, lekko błądząc na linii bokserek, a ja wiem, że czas na mój ruch. Za dobrą monetę biorę, że nie musi niczego mówić, nie musi nic mi podpowiadać. W jakiś sposób wiem, czego ode mnie oczekuje.
Może te pół roku rozłąki nauczyło mnie jej słuchać? Odczytywać mowę jej ciała? Może wcześniej znałem ją tak dobrze, że aż za dobrze?
Teraz muszę nauczyć się jej od nowa. Muszę nauczyć się jej z uwzględnieniem tych sfer, do których wcześniej nie miałem dostępu.
Całuję ją lekko - najpierw w usta, potem w szczękę i szyję. W obojczyk.
I między piersiami.
Prowadzi moją dłoń, przesuwa swoimi palcami po moim kręgosłupie, jakby namawiając mnie do odwzorowania tego ruchu. Podążam za jej dyskretnymi wskazówkami coraz niżej i niżej. Czuję, jak jej klatka piersiowa unosi się w coraz głębszych oddechach.
Przesuwam palcem wskazującym wzdłuż pachwiny, powodując lekkie, lecz nagłe napięcie w całym jej ciele.
- Dobrze - chwali mnie z lekkim uśmiechem w kąciku swoich krwistoczerwonych ust, po czym nagle przetacza się i siada na mnie okrakiem i nachyla się do mnie, osłaniając nasze twarze kotarą swoich jasnych włosów. - Coś się zmieniło, Misza - szepcze, muskając wargami moją twarz, mocniej zaciskając uda na moich biodrach.
- Oboje się zmieniliśmy, Sasza - odpowiadam zgodnie z prawdą, przesuwając dłońmi wzdłuż jej boków, na biodra, a potem na pośladki i ściskam je lekko. - Dojrzeliśmy do siebie.
W odpowiedzi jeszcze mocniej zaciska uda na moich biodrach, a dłonie na moich ramionach.
Po czym nagle zsuwa się ze mnie, bez ostrzeżenia.
- Chodź - mówi, kiwając na mnie palcem. - Chcę cię zobaczyć w całości - dodaje, a po ledwie zauważalnym w mroku pokoju ruchu poznaję, że ściąga bieliznę. 
Sekundę później, od tyłu oświetla ją światło z łazienki. Ona widzi mnie doskonale, ja - zaledwie jej zarys. Światło perfekcyjnie uwydatnia jej sylwetkę, poza, którą przyjmuje jest zresztą zapewne tak dobrana, by eksponować ją jak najlepiej. Co lepsze, wiem, że Sasza robi to całkowicie nieświadomie.
Podnoszę się z łóżka i podchodzę do niej powoli. Przesuwa dłońmi po moim ciele i przyciąga do siebie jeszcze bliżej, ciągnąc za gumkę bokserek. Nachylam się i zaczynam znaczyć pocałunkami całe jej ciało. Sasza odchyla głowę do tyłu, jakby ułatwiając mi zadanie, a jej dłonie błądzące po moich plecach są idealną informacją zwrotną. To jak gra w "ciepło-zimno" - jej dotyk kieruje mnie tam, gdzie mam szansę sprawić jej największą przyjemność. 
Instruujemy się nawzajem, czy to dotykiem, czy też zadowolonymi westchnieniami, gubiąc ostatnie zahamowania, ostatnie bariery. Moje usta i dłonie badają każdy centymetr jej ciała, zapuszczam się dalej i głębiej, podążając ścieżką jej przyśpieszonych oddechów. Poddaje się mojemu dotykowi, oddaje kontrolę.
Ale to ona ma i tak ostatnie słowo.
- Chodź - powtarza, ponownie układając się na skołtunionej wcześniej przez nas pościeli.
Czuję żar buchający z jej ciała, gdy przyklękam i całuję wewnętrzną stronę jej kolana. Widzę, jak pracują jej mięśnie brzucha, gdy posuwam się coraz wyżej, jak zagryza wargę, gdy całuję ją biodro, błądząc dłonią po drugim udzie. Coraz bliżej i bliżej.
- Chodź - powtarza chrapliwie, nie pozostawiając miejsca na wątpliwości, co do kontekstu tego przyzwolenia.
A ja korzystam z niego skwapliwie choć bez pośpiechu.
- Nie śpiesz się - szepcze mi do ucha, unosząc się na łokciach i przyciąga mnie jeszcze bliżej siebie, o ile to w ogóle możliwe. W końcu nie ma już nic, co by nas dzieliło. Nic, co ułatwiałoby stwierdzenie, gdzie kończy się jeden byt, a gdzie zaczyna drugi.
Obserwuję, jak zaciska palce na pościeli, jak jej pierś unosi się w głęboki oddechu. Ściska mnie udami ponaglająco, jakby chciała poczuć mnie jeszcze bardziej.
Przenikamy się nawzajem, wśród przyśpieszonych oddechów i krwi buzujących w żyłach. Dajemy sobie wzajemnie to, czego dotąd nie potrafiliśmy wspólnie osiągnąć. 
Jak widać, potrzebowaliśmy tylko odrobiny treningu. I nieco czasu.
Zatraceni w nauce nie zauważamy upływu czasu, świt zastaje więc nas nagle. Sasza wtula się we mnie i mruży oczy w słońcu wpadającym przez szparę pomiędzy roletami.
- Misza... - szepcze zmysłowo mi do ucha.
- No? - pytam, ciekaw, co tym razem wymyśli. Nie ukrywam, z nią nie da się nudzić. W żadnej kwestii.
- Idź zgaś światło w łazience - odpowiada z zadziornym uśmiechem i przewraca się na plecy, a ja wstaję, by wykonać jej polecenie. 
Czuję, jak mnie obserwuje. Pstrykam kontakt, opieram się o ścianę i spoglądam na nią z drugiego końca pokoju.
- Zrobiłaś to tylko po to, by pogapić się na moje pośladki, prawda? - pytam domyślnie.
Sasza zagryza wargę, a ja zauważam, że szminka już dawno powinna jej się rozmazać. Hm, chyba nie bez powodu od zawsze wydawała majątek na kosmetyki.
- Ten widok też jest niczego sobie - odpowiada zadziornie, mrużąc oczy.
- I vice versa. - Nie pozostaję je dłużny, a ona w odpowiedzi zachęcająco odwodzi nieco nogę. - Ale nieco zgłodniałem - dodaję przekornie.
Podnosi się do siadu i zakłada nogę na nogę, jednak wspiera się na opartych z tyłu rękach, eksponując swoje jędrne piersi. 
- Nadal przegrywasz z jedzeniem - informuję ją nieco złośliwie, zastanawiając się, co też ona najlepszego ze mną zrobiła.
Myślę, że Sasza tak po prostu działała na ludzi. Na facetów. Ja nie jestem wyjątkiem.
Choć pod innymi względami jestem wyjątkowy. A przynajmniej taką mam nadzieję.
- W sumie masz rację - odpowiada i wstaje. - Zróbmy śniadanie - zgadza się, otwierając drzwi od sypialni i boso kieruje się do kuchni.
Po tym, jak szuka czegoś, nachylając się do najniższej półki w zamrażarce poznaję, że nie zgodziła się tak łatwo bez powodu. Ma plan.
Jak zwykle.
- Sasza? - pytam, opierając się o szafkę i obserwuję, jak krząta się po pomieszczeniu. - Myślisz... myślisz, że nam się uda? - kończę nieco niepewnie.
Odrywa wzrok od czytanej właśnie etykiety jakiegoś sera i zerka na mnie z ukosa. Jej nagość na środku oświetlonej kuchni jest tak nierealna, a jednak tak bardzo prawdziwa.
- Misza, kochanie - odpowiada miękko - już nam się udało.
Podchodzi do mnie i zaplata ręce na moim karku, po czym całuje delikatnie.
- Ale, bardzo cię proszę, nie próbuj mi się oświadczać, dobrze? - prosi. - To naprawdę nie są moje klimaty.
- Chcę cię mieć na wyłączność - odpowiadam, być może nieco egoistycznie, a być może nieco zapobiegawczo.
- I masz - obiecuje. - Na zawsze.
Potakuję, a Sasza wtula głowę w moje ramię.
Ja jednak muszę zadać to pytanie.
- A co z Hayboeckiem?
Sasza odsuwa się ode mnie i wraca do przygotowywania śniadanie.
- Zjedzmy. A potem pokaże ci jeszcze kilka... sztuczek. - Mruży zalotnie oczy, jakby moje pytanie w ogóle nie padło.
- Sasza, mówię poważnie. Nie chcę, by nagle... pojawił się między nami. Znowu - dodaję gorzko.
Sasza wzdycha ciężko i z lekkim ociąganiem odwraca się do mnie.
- Hayboeck to przeszłość i on sam dobrze o tym wie. Powiedziałam mu to już w Linz... Że nie zależnie, czy uda mi się z tobą, Misza, na pewno nie uda mi się z nim. Choć, jak mówiłam, całkiem miły z niego facet. - Wzrusza ramionami. - Postawiłam sprawę jasno.
- Jesteś pewna, że nie będzie liczył na jakieś... friends with benefits? - pytam ostrożnie.
- W jego przypadku to było sex with benefits - prycha Sasza. - Ucięłam tę relację, możesz być spokojny.
- Co on na to? - Może nie powinienem drążyć tematu, ale to robię. Chcę mieć pewność, że jesteśmy już na prostej razem z Saszą.
Gdyby parę lat temu ktoś mi powiedział, że będę w takiej sytuacji z moją nieco rozwiązłą przyjaciółką z dzieciństwa, to bym nie uwierzył. A jednak.
- Michi... - Sasza wydyma usta. - Zrozumiał.
- Po prostu?
- Po prostu. Dobrze wiesz, że to wszystko zawdzięczamy tak naprawdę jemu - odpowiada. - To nie była miłość, tamto między nami. Ale pomogło mi to ją znaleźć. I zawsze będę mu za to wdzięczna.
Nic nie odpowiadam na te słowa, tylko podchodzę do niej i mocno całuję. Sasza zaplata mi ręce na karku i oddaje pocałunek, mnie jednak to nie wystarcza.
Stworzyła potwora. Naprawdę jest w tym dobra.
- Mieliśmy jeść śniadanie - zauważa między pocałunkami.
- Chrzanić śniadanie - odpowiadam, sadzając ją na blacie. - Uważaj na nóż.
- Nie można karmić się miłością, jakby romantycznie to nie brzmiało! - protestuje, ale coraz słabiej, podczas gdy ja schodzę pocałunkami coraz niżej, przezornie zrzucając wszystko z blatu do zlewu.
- Najwyżej umrzemy z głodu - odpowiadam niefrasobliwie i nie mówię już nic więcej.
Sasza też nic nie mówi. 
W tej chwili nie mamy sobie już nic więcej do powiedzenia.

***

Kilka tygodni później na komodzie znajduję otwartą kopertę zaadresowaną do Saszy. Obok leży list, bez wątpienia skreślony jej ręką.

Hayboeck,
pewnie domyśliłeś się sam, że znaleźliśmy z Miszą ten kawałek układanki, którego nam brakowało. Jestem ci winna przeprosiny za rozbudzenie w tobie pożądania, któremu nie pozwoliłam Ci dać ujścia, mimo iż bardzo się staraliśmy. Ale przede wszystkim muszę ci podziękować, bo choć to, co nas łączyło nie miało nic wspólnego z miłością, to dzięki temu udało mi się ją znaleźć.
Dziękuję i przepraszam,
Sasza

Na odwrocie kartki jest tylko kilka słów.

Nie masz za co przepraszać. Niczego nie żałuję i niczego nie żądam. Oboje tego potrzebowaliśmy. 
Szczęścia,
Michi
PS: Uważajcie na łokcie w wannach.
M.

- Mówiłam ci. - Sasza pojawia się się moimi plecami jak duch. - Jakimś cudem udało mi się zasłużyć na happy end, Misza.
- Zasłużyć? - Unoszę wysoko brwi. - Przecież ty zawsze dostajesz to, czego chcesz.
- Na tę jedną rzecz musiałam jednak trochę zapracować - odpowiada i całuje mnie w policzek. - Ale opłaciło mi się.
- I to jak - zgadzam się z nią.
Bo na prawdziwą miłość warto czekać. Nawet jeśli idzie do nas najbardziej okrężną z możliwych dróg. 
Obejmuję Saszę ramieniem i raz jeszcze przebiegam list wzrokiem. Jednej rzeczy tylko nie rozumiem.
- Sasza? O co chodziło mu z tymi łokciami? - pytam.
Kobieta uśmiecha się szelmowsko.
- Chodź do łazienki, to ci pokażę.

__________
Tego bonusa miało nie być. Ale skoro już Michaił wyszedł tu taki poszkodowany, to postanowiłam go "wykończyć" do końca. Nie jestem pewna czy takiego zakończenia oczekiwaliście. Chyba większość jednak kibicowała Michiemu, nie? Może jednak zakończenie otwarte było lepsze, trzeba wiedzieć, kiedy zejść ze sceny.
Może więc nie powinnam, ale dręczył mnie, więc napisałam. Oto i on.
...męczył mnie od bardzo dawna swoją drogą, bo poprzedni bonus powstał ze trzy lata temu (niemal dokładnie!), ale skoro już zaczęłam, to postanowiłam skończyć i zostawić Saszę w spokoju. Ktoś tam się dopominał, więc macie. A co Wam będę żałować, nie?
Co powstanie następne? Nie mam bladego pojęcia!
PS: Wiem, formatowanie się rozjechało, przepraszam :<

[Wszelka zbieżność nazwisk, imion i podobizn jest (nie)przypadkowa. Nie zmienia to faktu, że przedstawione tu osoby nie mają ŻADNEGO odzwierciedlenia w rzeczywistości i nie należy ich w żaden sposób utożsamiać z prawdziwymi osobami]

czwartek, 8 sierpnia 2019

Lęk pierwotny


Jestem zmuszona ostrzec Was, że poniższe opowiadanie zawiera treści nieodpowiednie dla osób młodocianych (rekomenduję 18+), głównie przemoc (brutalną przemoc) oraz elementy o podtekście erotycznym.
Skąd mi się ten pomysł wziął, nie wiem, nie sądźcie mnie zbyt surowo.
Tych, co się nie boją - zapraszam serdecznie. A reszta musi trochę poczekać na... extra bonus do Saszy.
Dostępne także na Wattpadzie.
_________

- Dlaczego to robisz? - spytał, spluwając krwią na podłogę.
Przekrzywiłam głowę, przyglądając się z uwagą plwocinie. Było więcej śliny, niż krwi.
Jeszcze raz. Poprawka.
Wymierzyłam mu kolejny cios w szczękę, tak że głowa aż odskoczyła mu do tyłu. Charknął, zakrztusił się i splunął.
W kałuży krwi zabielił się ząb. Jedyneczka, ładnie.
- Dlaczego? - powtórzył, lekko sepleniąc. Dziwnie się mówi bez przedniego zęba.
- Bo mam taką fanaberię - zaszczyciłam go lakoniczną odpowiedzią.
Taka była prawda. Biłam go, bo mogłam go bić. Bo sprawiało mi to przyjemność. Bo mi się nudziło.
Bo tak.
- Mam ci dać pieniądze? Dom? Samochód? Tajne informacje, których przecież nie posiadam?
Spojrzałam z politowaniem na mężczyznę siedzącego przede mną. Patrzyłam na niego z góry. Skazany był na moją łaskę. Z kostkami przywiązanymi do nóg krzesła, z rękami skrępowani za oparciem. Nie dałam mu knebla, chciałam usłyszeć, jak krzyczy.
Lubiłam, gdy krzyczeli.
Zrobiłam dwa kroki do przodu i usiadłam okrakiem na jego kolanach z drapieżnym uśmiechem. Lewą rękę wplotłam w jego czarne, lśniące włosy. Był przystojnym mężczyzną przed trzydziestką, może nawet młodszy, o nienachalnej, ale zwracającej uwagę urodzie. Typ biznesmena, ale dobrze zbudowany. Tacy byli najzabawniejsi. Twardo stąpali po ziemi i uważali się za panów świata.
A tu niespodzianka.
- Nic od ciebie nie chcę, skarbeńku – odpowiedziałam słodko, paznokciem wskazującego palca przesuwając po jego policzku. Wyraźnie wyczułam fakturę jednodniowego zarostu, a po sobie zostawiłam delikatny czerwony ślad. Na tyle, by zapiekło, zaswędziało, ale nie zaczęło krwawić.
To za sekundkę.
- No… może poza twoim krzykiem. - Zagryzłam wargę pomalowaną krwistoczerwoną szminką. Zagryzłam ją aż do krwi.
Nazwa zobowiązuje, prawda?
- Krzykiem i odrobiną krwi… Taką większą odrobiną. - Zmrużyłam drapieżnie oczy i ujęłam jego twarz w dłonie. - Wycisnę z ciebie ostatnie tchnienie, a ty… - Wbiłam paznokcie w jego policzki, czując, jak jego kości policzkowe trzeszczą w stawach. - A ty będziesz błagał o więcej.
- Jesteś jakimś cholernym wampirem, czy jak?! - wykrztusił, gdy nachyliłam się, by zlizać krew z jego brody. Metaliczny smak zapiekł mnie w język, a podniecenie zabuzowało w żyłach.
Uwielbiałam ten moment, kiedy się orientowali.
No, poniekąd.
- Oj, głuptasku, wampiry nie istnieją – zaśmiałam się chrapliwie, przesuwając językiem po jego żuchwie, a następnie lekko ugryzłam w dolną wargę. - Ale schlebia mi to porównanie, naprawdę. - Podniosłam palcem wskazującym jego brodę do góry, a paznokieć lekko wbił się w jego ciało. Nie potrzebowałam noża, by rozciąć jego skórę. Była dla mnie cienka niczym pergamin.
A jakiż wspaniały dźwięk wydawała, rozdzierając się i barwiąc swoje brzegi szkarłatem.
Mhm… piękno w czystej postaci.
- Czego ode mnie chcesz? - wyjąkał, a ja poczułam smród jego strachu, który wypływał z niego wraz z zimnym potem. Zaciągnęłam się nim.
O taaak. Tego właśnie mi potrzeba.
- Niczego, poza twoim strachem – szepnęłam, nachylając się do jego ucha, wbijając paznokcie lewej dłoni w skórę na jego głowie. - Krzycz. Krzycz dla mnie.
Z gardła wydarł mu się jęk, a ja poczułam ciepłą krew plamiącą moje paznokcie. Drugą ręką przesunęłam w poprzek jego warg, po brodzie, szyi, aż na mostek i zatrzymałam na wysokości serca.
- Krzycz – powtórzyłam, wbijając paznokieć w skórę, pomiędzy jednym żebrem a drugim.
Jęknął.
- Krzycz – powtórzyłam raz jeszcze, bardziej zdecydowanie, a pod paznokciem pojawiła się kropla krwi. - Krzycz! - Krew popłynęła cienkim strumieniem, a z jego piersi wyrwał się okrzyk bólu.
Zaraz potem jednak zacisnął zęby, jakby robiąc mi na złość.
Oblizałam zakrwawiony palec i mlasnęłam z dezaprobatą.
- Za mało, oj, za mało… Musisz się bardziej postarać. - Pokręciłam głową i wstałam z jego kolan.
Był oporny. Lubiłam takich. Im bardziej musiałam się namęczyć, by wycisnąć z nich strach, tym większą miałam satysfakcję. Tym lepiej smakowały owoce mojej pracy.
Czyste, pierwotne przerażenie.
Im dłużej się opierali, tym bardziej potem się bali.
A przecież właśnie o to chodziło.
Czułam, jak dyszy ciężko, korzystając z mojej chwilowej nieobecności. Niepokój wypełniał całe pomieszczenie, strach skraplał się powoli na jego skórze. Powietrze gęstniało od pęczniejącej w nim trwogi.
Bał się, choć sam dobrze nie wiedział czego.
Może i dobrze. Bo gdyby wiedział, to byłby przerażony.
Niewiedza… Niewiedza powodowała lęk.
A lęk był o wiele bardziej… atrakcyjny.
Gdy wróciłam, sprawiał wrażenie opanowanego. Podobał mi się, naprawdę… Podnosił poprzeczkę wysoko. Ale to nie ja miałam potem przez nią skakać.
To on będzie tańczył tak, jak mu zagram. Skomlał na melodię, którą wymyślę. Jęczał w rytm mojego oddechu.
Krzyczał na moje wezwanie.
Będzie krzyczał do ostatniego tchu. Póki jego serce nie stanie, gdy wycisnę już z niego wszystko, czego potrzebuję. Gdy odda mi się cały.
Calusieńki.
- Nie boję się ciebie – oznajmił twardo. Podziwiam, głos mu nawet nie zadrżał. Powieka nie drgnęła. Pot nie skapnął ze skroni.
I może faktycznie się nie bał. Było to zaskakujące, ale nie niemożliwe. Byli tacy, co opierali się dłużej. Ale, jak mówiłam – im dłużej trzymał nerwy na wodzy, tym większą lawiną zalewały mnie, gdy już dopięłam swego.
A ja pławiłam się w ich strachu, otulałam krzykiem, delektowałam przerażeniem.
Chłonęłam to wszystko, co czyniło mnie silniejszą. Potężniejszą.
Żywiłam się strachem, lękiem i przerażeniem.
Sama byłam lękiem. W najbardziej dosłownym tego słowa znaczeniu.
Jakby od niechcenia przesunęłam palcem po jego gładkim, ale stosunkowo dobrze umięśnionym brzuchu. Skóra była blada, ot siedzący, biurowy tryb pracy.
Podobała mi się ta jego jasna karnacja. Ładnie kontrastowała z czarnymi włosami i ciemną oprawą brązowych oczu. Na tak jasnej skórze krew wydaje się jeszcze czerwieńsza. Jej kropelki układają się malowniczo…
Strach był spektaklem. Artystycznym arcydziełem, które malowałam raz za razem. Był wizją, którą roztaczałam przed ludźmi takimi jak on. Byli moim płótnem, moją sztalugą, moimi farbami.
Byli symfonią. Malowidłem. Opowieścią.
Strach i lęk wzniosłam do rangi sztuki. A ludzie byli idealnym materiałem twórczym.
Mój place wskazujący zatrzymał się na pasku spodni i zadrapał wrażliwą w tym miejscu skórę. Mężczyzna drgnął, mocno zaciskając szczęki, a ja zmrużyłam oczy.
Ból, czy podniecenie? Podniecenie, czy ból?
Często były jednym i tym samym.
Przycisnęłam paznokieć mocniej wyciskając z niego kroplę krwi. Przesunęłam centymetr w prawo i znów docisnęłam. I jeszcze raz. Kropla za kroplą na jego podbrzuszu powstawał tylko mnie wiadomy wzór. Kropla za kroplą. Jęk za jękiem. Uczta dla oczu. Muzyka dla uszu.
Mój własny, osobisty spektakl cierpienia.
- No dalej – zachęciłam go chrapliwym głosem. - Krzycz, skarbeńku.
- Nie – wydusił z siebie.
Hm.
Nagle, bez ostrzeżenia przeciągnęłam wszystkimi pięcioma paznokciami w poprzek jego klatki piersiowej, wydzierając z jego ust krzyk. Długi, wibrujący, wwiercający się w uszy. Krople krwi zaperliły się na zadrapaniach. Przyłożyłam palec do pierwszego i przeciągnęłam mocniej. W ślad za moim paznokciem zaczęła sączyć się strużka krwi.
Mężczyzna zacisnął mocno usta, aż stały się blade niczym papier.
Przeciągnęłam po drugim zadrapaniu.
Zduszony jęk wywołał na mojej twarzy koślawy uśmiech. O tak, powoli zbliżamy się do celu.
Trzecie nacięcie w końcu spowodowało krzyk choć stłamszony ostatkiem woli na najwyższym rejestrze. Jego echo nie przebrzmiało jeszcze do końca, a ja już pogłębiałam ślad po moim czwartym palcu. Przeciągły, chrapliwy jęk sprawił, że aż zadrżałam z rozkoszy.
Tak, o to właśnie chodzi. Więcej. Więcej.
Więcej, mój miły.
- Postaraj się – szepnęłam mu do ucha, nadgryzając jego płatek aż do krwi i przeciągnęłam paznokciem po ostatnim zadrapaniu, ukośnie przecinającym pierś i brzuch. Stróżka krwi stała się intensywniejsza, zaznaczone powyżej nacięcia krwawiły asynchronicznie tworząc na jego skórze mozaikę czerwonych plam, w której co wybitniejsi krytycy dopatrzyliby się harmonii cechującej największe arcydzieła.
Sztuka krwi i brutalności była najpiękniejszą formą artyzmu, jaki mogłam sobie wyobrazić.
Krew była moim ulubionym środkiem wyrazu. Krew okraszona krzykami i jękami. Czasem zabarwiona wielobarwnym sińcem…
O właśnie.
Kopniakiem w mostek przewróciłam go wraz z krzesłem na ziemię. Jego rozdzierający krzyk poprzedził trzask łamanej kości.
Ups.
Może nawet kilku kości. A mimo to, po tym pierwszym okrzyku, zamilkł, zagryzając policzki od środka aż do krwi. Byleby tylko nie dać mi satysfakcji…
Nie dać mi tego, czego pragnęłam.
Ale spokojnie – teraz też się dobrze bawiłam.
- Jesteś uroczy, próbując mi się opierać, wiesz? - zapytałam słodko, ściskając jego policzki w dłoni. Krwawiła w wielu miejscach, siniała to tu, to tam. Ale mnie nadal było za mało. - Ale ja nie lubię, gdy ktoś przeciąga strunę… zanadto.
Wyprostowałam się i oparłam stopę na jego mostku. Zaczęłam powoli dociskać. Oddychał ciężko przez nozdrza, coraz płycej, coraz szybciej, coraz bardziej rozpaczliwie, a ja dociskałam nogę coraz mocniej. W klatce piersiowej zaczął formować mu się jęk, który chwilę później przerodził się w krzyk, gdy wycisnęłam go z jego piersi.
- Doooooość…! - wył, a ja wciąż dociskałam but do jego mostka. Stawy trzeszczały, pękały chrząstkozrosty, żebra wyginały się niebezpiecznie w nienaturalnie ostre łuki. Niemal czułam, jak jego płuca pęcznieją, ściskane przez wzrastające w klatce ciśnienie. Jak serce przyśpiesza, jakby chcąc się wyrwać z przyciasnej piersi.
- Nie słyszę – zaśpiewałam słodko.
Pękło pierwsze żebro.
- Doooooość! - zawołał głośniej pomiędzy jednym spazmem a drugim.
- Słucham? - Pękło drugie żebro. - Wybacz, trzask łamanych kości cię zagłusza, misiaczku.
- DOŚĆ! - zawył, a ja odjęłam nogę z jego piersi, jak gdyby nigdy nic.
Rozkaszlał się spazmatycznie, gwałtownie łapiąc powietrze i plując krwią na swój brzuch. Mozaika zmieniła się w czerwono-czerwoną abstrakcję.
Ładne.
- O, jednak potrafisz krzyczeć. - Uśmiechnęłam się. - No dobrze, to zobaczmy, jak nam pójdzie, gdy zejdziemy niżej. - Dodałam z drapieżnym, może nawet nieco lubieżnym uśmiechem, po czym kopniakiem złamałam krzesło w pół, by mieć do niego lepszy dostęp.
Mężczyźnie byli o wiele lepszym materiałem dla mnie, od bardzo dawna nie gościłam u siebie żadnej kobiety. Mężczyźni zawsze zgrywali twardzieli, co czyniło tę zabawę o wiele przyjemniejszą i przewrotną.
Zgrywali twardzieli, dopóki ich męskość nie była zagrożona.
Czuły punkt. Każdy z nas go ma.
A u mężczyzny można go znaleźć bez żadnego problemu.
- Nie…
Zdaje się, że zorientował się do czego zmierzam, kiedy płynnym ruchem pozbawiłam go paska od spodni. Właściwie pasek był jak najbardziej na miejscu.
Ach, tyle możliwości. Tyle dróg do wyboru.
Tyle… różnych scenariuszy.
- Oj, tak. Ale, wiesz co? - Przekrzywiłam głowę, udając zastanowienie. - Dam ci wybór. Sam zadecydujesz, co będę robić.
- I tak zrobisz, co zechcesz. - Splunął krwią z pogardą, w akcie buńczucznej odwagi. Plwocina padła na moje buty.
- Widzę, że zaczynasz rozumieć… Ale będzie zabawniej, gdy będziesz wybierał mniejsze zło. Dla ciebie mniejsze zło, a dla mnie zabawa wciąż taka sama. - Strzeliłam z pasa. - Gotowy?
Nie odpowiedział.
Przeciągnęłam końcówką pasa po jego ciele. Od szyi aż po krocze.
- Pierś, czy…? - Strzeliłam z lekka pasem w pachwinę, chybiając o centymetry. Byli tacy, co już dawno mieli opróżnione pęcherze, ale ten szczęśliwie nie zaliczał się do tej grupy. Nie lubiłam tego skutku ubocznego bólu. I strachu.
- Pierś, czy…? - Strzeliłam mocniej. I bliżej. - Za trzecim razem pasek sięgnie celu, więc radzę ci odpowiedzieć.
- Pierś – wydusił przez zaciśnięte zęby.
Uśmiechnęłam się i odrzuciłam na bok pas. Siadłam okrakiem na jego udach, nachyliłam się nad jego brzuchem i przeciągnęłam językiem po skórze – od biodra, niemalże od pachwiny – po skosie przez pępek i sutek… który ugryzłam mocno.
Aż do krwi.
Jego krzyk zabrzmiał echem, powodując moją jeszcze większą ekscytację. Wyssałam krew sączącą się z rany, rozkoszując się słodkim smakiem przerażenia, którym była przesycona.
Musieli się bać. Strach musiał krążyć w ich żyłach, inaczej krew miała paskudny, żelazisty posmak.
A ja nie byłam pieprzonym wampirem.
...które zresztą są mitem.
- Dobrze. - Otarłam usta wierzchem dłoni i przesunęłam się wyżej. Specjalnie drażniłam go, choć nie bawiły mnie takie zabawy. Innych może tak. Robiłam to tylko dlatego, że gdy odczuwali przyjemność – odruch, nad którym nie mogli zapanować – zaczynali odczuwać względem siebie obrzydzenie. Pokrętna, pierwotna wersja syndromu sztokholmskiego.
A torturowanie ich psychiki było równie przyjemne, jak dręczenie ich w sposób cielesny.
A może nawet bardziej.
Jęk, który z siebie wydał potwierdził moją teorię – był czymś w połowie drogi między jękiem bólu i jękiem rozkoszy, okraszony stęknięciem z gatunku pogardy dla samego siebie i własnych, pierwotnych ludzkich popędów.
- Dobrze - powtórzyłam. - Runda druga: spodnie albo pierś. Ta druga – uściśliłam.
Dyszał ciężko, a ja mocniej ścisnęłam udami jego biodra, ponaglając go do odpowiedzi. Jego oddech jeszcze mocniej przyśpieszył.
- Podpowiem ci: druga będzie bardziej bolała od pierwszej – uprzedziłam go lojalnie.
- Pierś – wydusił ponownie, mocno zaciskają zęby.
- No weź. – Wywróciłam oczami. - Kiepski interes zrobiłeś, spodnie były białą kartą, nic byś na tym nie stracił… Ale teraz już za późno. - Przyłożyłam paznokieć do jego skóry tuż nad linią bokserek, tam gdzie skóra była najbardziej delikatna i docisnęłam.
Zdusił jęk, a ja pociągnęłam palec do góry tworząc krwawą linię krzyżującą się z tą, stworzoną przed chwilą moim językiem. Dotarłam do brodawki i otoczyłam ją palcem, podważając ją niczym kapsel na butelce piwa.
Krzyk rozdarł ciszę i trwał, i trwał, jeszcze długo po tym, jak odpadła od ciała i upadła na posadzkę z cichym plaśnięciem. Wsadziłam palec w ranę, trafiając paznokciem idealnie między żebra. Gdzieś pod nim czułam serce bijące tak szybko, że wydawało się iż drży.
- Dość, DOŚĆ! - próbował mnie powstrzymać. - Spodnie, spodnie, SPODNIE!
- Nic z tego, kochanieńki – odparłam, śmiejąc się perliście i napawałam się jego przerażeniem. I bólem. Oraz cierpieniem. - W tej rundzie nie ma pustych kart… Masz do wyboru twoje piękne oczęta… - Przesunęłam zakrwawionymi opuszkami prawej ręki po jego powiekach. - Albo to, co kryje się pod szmatkami naszego drogiego Calvina. - Uśmiechnęłam się, sugestywnie ściskając go udami.
Nie zastanawiał się długo.
- Oczy.
Pokręciłam głową z dezaprobatą.
- Ech, faceci. Do ostatniej kropli krwi będziecie bronić tego, co ponoć czyni was mężczyznami? To takie… - Zastanowiłam się. - Tchórzliwe. Musicie mieć strasznie niską samoocenę, jako płeć, jeśli definiuje was jedynie zawartość bokserek… Ale dobrze, twój wybór, skarbeńku. - Wzruszyłam ramionami i nachyliłam się nad jego twarzą.
- Będę ostatnim, co zobaczysz – wymruczałam, opierając się na łokciach i przesunęłam językiem po jego policzku, zlizując krew i pot, jedno przesiąknięte strachem bardziej od drugiego.
A mój apetyt rósł i rósł.
Zamknął oczy, a ja uśmiechnęłam się drapieżnie. Delikatnie chwyciłam zębami za rzęsy i pociągnęłam.
Krzyknął, a ja wyciągnęłam z ust kępkę włosów i obejrzałam je uważnie.
- Hm, chyba zostawię sobie na pamiątkę.
Nachyliłam się ponownie, tym razem do drugiego oka. Tym razem był przygotowany, więc wyrwanie rzęs nie spowodowałoby jego krzyku. Ugryzłam go w brew, krew spłynęła po skroni, gdy szarpnął się w spazmie bólu. Przesunęłam palcem po ranie i oblizałam opuszkę. Mężczyzna dyszał ciężko, a ja uniosłam brew.
- Chcesz mi coś powiedzieć, skarbeńku?
- Dlaczego to robisz? - zapytał wyjątkowo spokojnie. - Po co to wszystko?
- Jestem strachem. Jestem lękiem. Jestem przerażeniem. A ty… - Oblizałam wargi. - Jesteś moim pokarmem.
- Jesteś świrnięta!
- Nie. - Powolnie pokręciłam głową. - Jestem… nienasycona. Potrzebuję więcej… Więc krzycz! - Bez ostrzeżenia wcisnęłam palcami jego gałki oczne w głąb czaszki.
Jego krzyki ogrzewały mnie niczym płomienie ogniska. Pławiłam się w nich, czerpałam z nich siłę…
Żywiłam się. Zbierałam moc.
Po przebudzeniu to było właśnie to, czego potrzebowałam. Po wiekach uśpienia nie wzbudzałam sama z siebie strachu, musiałam uciekać się do klasycznych metod – tortur, bicia, bólu. Lubiłam je, ale tęskniłam za czasami, gdy ludzie siwieli w jednej sekundzie, gdy tylko na mnie spojrzeli.
Ale wszystko to było przede mną. Jeszcze paru takich przystojniaczków doprowadzonych na skraj śmiertelnego przerażenia i w końcu wrócę do formy. A wtedy…
A wtedy dopiero zacznie się zabawa.
Krzyk urwał się nagle, a ja przeniosłam wzrok na mojego dzisiejszego gościa. Przez chwilę zmartwiłam się, że stracił przytomność, co byłoby kłopotliwe, albo co gorsza umarł, co byłoby jeszcze gorsze, bo dopiero zaczynałam się rozkręcać.
- Wystarczy. - Usłyszałam głęboki spokojny głos.
Zamrugałam i zobaczyłam, że siedzę na podłodze, opierając dłonie o resztki połamanego krzesła. Obróciłam się i spojrzałam na moją ofiarę poprawiającą mankiety czarnej marynarki, którą ściągnęłam z niego jeszcze przed początkiem naszej małej zabawy.
Mężczyzna był kompletnie ubrany, a na jego ciele nie było nawet draśnięcia. Dopiero gdy podniósł głowę, zapinając podniesiony przed chwilą z ziemi pasek, zauważyłam, że postarzał się znacznie, teraz dobiegał czterdziestki.
A gdy spojrzałam w jego oczy…
- Dobra robota, Fobos. - Uśmiechnął się do mnie i nachylił się, by podać mi rękę. - Doskonale ci poszło.
Prychnęłam jak kotka.
- Jesteś beznadziejnym starszym bratem, Dejmosie. Wiesz, jak dobrze się bawiłam? A ty wszystko popsułeś! – syknęłam i wstałam odtrącając jego rękę. - Co ty tu do cholery robisz? - Zaplotłam ręce na piersi.
- Sprawdzam, jak sobie radzisz po przebudzeniu… Swoją drogą, nie musisz dziękować – dodał jakby od niechcenia, kontrolując stan swoich paznokci. Były oczywiście idealne.
- To… to ty mnie obudziłeś? - zdziwiłam się, zapominając, że jestem na niego wściekła.
- Owszem, bo jesteś mi potrzebna.
- Nabrałeś mnie! Pozwoliłeś mi się torturować z myślą, że jesteś zwykłym człowiekiem! Nawet cię nie bolało! - rzuciłam mu w twarz z wyrzutem.
- Cóż, lekko łaskotało. - Uśmiechnął się złośliwie. - Ale teraz przynajmniej wiem, że nadal masz to coś. I przy okazji co nieco się wzmocniłaś, więc wszystko idzie po mojej myśli.
- Po twojej myśli? Czyli co konkretnie? Czego ty ode mnie chcesz, Dejmosie? - spytałam podejrzliwie.
- Żebyś robiła to, co umiesz najlepiej, Fobos. - Uśmiechnął się szeroko. - Żebyś zalała świat przerażeniem i lękiem. Oraz trwogą.
- To akurat twoja działka – zwróciłam mu uwagę, ale też się uśmiechnęłam.
Może i przerwał mi zabawę, zresztą, jak się okazało, wyimaginowaną, ale w zamian zaproponował o wiele huczniejszą imprezę.
Hm, chyba jednak jesteśmy całkiem dobranym rodzeństwem.

niedziela, 4 sierpnia 2019

Po drugiej stronie [wersja B]

Remus Lupin ujrzał błysk zielonego światła. Takiego samego, jak ujrzeli Lily i James – zdążył jeszcze pomyśleć, a w ostatnim przebłysku życia zobaczył swoją żonę biegnącą ku niemu przez błonia.
Potem wszystko zniknęło. I nastała ciemność.

***

Obudził się niespodziewanie, jakby ktoś nagle włączył lampę. Chwilę później uświadomił sobie, że przecież nie mógł się obudzić, musiał dalej śnić. 
Dlaczego? Albowiem widział Albusa Dumbledore'a i to było całkowicie naturalne. Jego kolejną myślą było, że to na pewno nie jest sen. Bo skoro jest tutaj Dumbledore, to oznacza, że on również nie żyje. Zatem nie jest to sen. Po tej stronie nie istnieje nic takiego.
A w następnej chwili uświadomił sobie jeszcze jedno.
- Och, Doro... - westchnął, na wspomnienie żony. Nie dokończył jednak, bo na samo jej wspomnienie zobaczył ją, jakby faktycznie stała tuż obok niego. I chyba...
Chyba naprawdę stała tuż obok.
Tonks musiała odbyć podobny proces myślowy, bo dopiero po paru sekundach padła mu w objęcia.
- Remusie! - Nie była w stanie wykrztusić nic innego. Tulili się nawzajem, jakby nie widzieli się od wieków.
I kto wie? Może faktycznie tak było? W końcu czas to bardzo tajemnicze zjawisko.
Dopiero po chwili przypomnieli sobie o obecności Dumbledore'a. Odsunęli się od siebie, nieco speszeni wylewnością powitania.
- Miło mi was widzieć, kochani... - Uśmiechnął się ciepło profesor. - No, tylko w pewnym sensie miło, jeśli rozumiecie, co mam na myśli.
- Albusie, proszę, nie przygnębiaj mnie - westchnął Remus. - Nawet nie chcę myśleć o tym, co się tam teraz dzieje... Śmierciożercy mają ogromną przewagę, to tylko kwestia czasu, gdy Czarny Pan dopnie swego - stwierdził ponuro. W obecnej sytuacji nawet strata dwojga sprzymierzeńców mogła przechylić szalę zwycięstwa na korzyść wroga.
- Nie przesadzaj, kochanie. - Tonks jak zawsze optymistyczna, przytuliła się do jego ramienia. - Na pewno jakoś sobie poradzą. Nie pierwszy raz stawiają im czoła.
- Wybaczcie, ale muszę was teraz na chwilę zostawić - wtrącił się delikatnie Dumbledore. - Chciałbym porozmawiać z pewną osobą, ale spokojnie, jeszcze do was wrócę. - Uśmiechnął się do nich dobrotliwie, robiąc kilka kroków do tyłu i rozpłynął się w gęstej mgle.
Natura jednak nie lubi pustki. W miejscu, w którym zniknęła postać dyrektora mgła ponownie się zagęściła i przybrała kształt chudego i wysokiego młodzieńca o ogniście rudych włosach i licznych piegach na nosie.
- Fred?! - Podwójny okrzyk rozbrzmiał w tej dziwacznej przestrzeni, w której się teraz znajdowali.
- Co ty tutaj robisz? - zmartwiła się Tonks, bo odpowiedź mogła być niestety tylko jedna. - Czy dobrze mniemam, że...?
- Tak... przytrafiło mi się to samo, co wam. Przykro mi. - Fred wzruszył ramionami, jakby już pogodził się z tym faktem. W rzeczywistości niewiele mogli z tym zrobić, nie pozostało nic innego, jak akceptacja.
- Ale co się stało? - zapytał rzeczowo Lupin. - Pamiętasz coś?
- Ściana - prychnął poirytowany Weasley. - Rozumiecie to? Wykończył mnie głupi kawałek muru. Stoi sobie człowiek kulturalnie, rozmawia ze swoim bliźniakiem, a konkretnie natrząsa z Percy'ego, jak zawsze, zwłaszcza, że poszedł w końcu po rozum do głowy i zrozumiał, że przez ostatnie dwa lata robili go w bambuko, a tu nagle łubu-du i ciemność. A potem wy. I tyle - westchnął ciężko. - Żałuję tylko, że Georgie musiał na to patrzeć... To musi być dla niego ogromny cios.
Fred przygarbił się nieco. I dla niego rozłąka z ukochanym bratem musiała być ciężka, nawet jeżeli po tej stronie poprzednie życie wydawało się relatywnie bliskie.
Tonks bez słowa przytuliła rudzielca, myśląc, że jego matka na pewno bardzo ciężko zniesie stratę syna. Utrata dziecka, to najgorsze, co...
Spojrzała na męża i ta myśl uderzyła ich oboje jak obuchem.
- Teddy! - zawołali jednocześnie.
Jakim cudem oboje dopiero teraz przypomnieli sobie o własnym dziecku? Malutkim synku, który w jednej chwili stał się sierotą. Kto nim się teraz zaopiekuje, kto zadba, by wyrósł na dobrego człowieka?
Kobieta, która jeszcze przed momentem pocieszała Freda, teraz sama zalała się łzami. Remus natychmiast otoczył ją swoimi wspierającymi ramionami, jakby bliskość mogła ukoić ich wspólny ból. Ale przecież nie mogła. Ich dziecko straciło rodziców, ale oni też go stracili - stracili całe jego życie: pierwszy krok, pierwsze słowo, wspólne zakupy na Pokątnej przed wyjazdem do Hogwartu, Ceremonię Przydziału... I setki innych chwil, które miały nastąpić później. Nie będzie ich przy nim w najważniejszych momentach jego życia.
Zostali sobie nawzajem odebrani i to w najbardziej brutalny ze wszystkich możliwych sposobów.
Fred odsunął się nieco, by zapewnić im nieco prywatności i zapatrzył w mgłę kłębiącą się dookoła nich. Przez ostatnie minuty zagęszczała się miejscami tworząc zarysy postaci, które przemykały przez miejsce ich postoju. Niektóre zatrzymywały się na dłużej i dawały się rozpoznać, czasem nawet zamieniały kilka słów z rudzielcem, inne trzymały się z dala. nie przybierając żadnej konkretnej postaci.
- Colin? - zdziwił się Fred, dostrzegając jasnowłosego chłopaka. - Och, nie mów mi, że ty też... - zmartwił się. Nawet Tonks przestała płakać i podeszła zainteresowana wraz z Remusem.
- Co ty w ogóle tam robiłeś? - zapytała. - Nie powinno cię tam w ogóle być!
- Chciałem pomóc - westchnął Colin. - Niestety, zabrakło mi szczęścia.
Wypytali go o aktualną sytuację i w milczeniu skwitowali odległe postaci, w których z trudem udało im się rozpoznać śmierciożerców. Ich również dosięgła śmierć. Wobec niej wszyscy byli równi. Na granicy pola widzenia przemknął Severus Snape, nawet nie próbując zbliżyć się do niedużej gromadki, obserwującej w milczeniu otocznie. Wiedział, że nie jest tam mile widziany. Zdrada, której się według nich dopuścił, była niewybaczalna. Miał zresztą jeszcze coś do zrobienia, nawet tutaj, po tej stronie.
Miał... znajomych do odwiedzenia. Po latach.
- Gdzie się podział Dumbledore? - odezwał się nagle Fred. - Coś długo go nie ma...
- Profesor Dumbledore jest tutaj? - Wytrzeszczył oczy Colin. - O kurczę!
- We własnej osobie, panie Creevey. - Ja na zawołanie dyrektor wyłonił się z mgły. - Wybaczcie moją długą nieobecność, wróciłem na chwilę, by poprosić was o jeszcze chwilę cierpliwości. Muszę jeszcze porozmawiać z Severusem, powinien już tutaj dotrzeć. Niestety... - westchnął ze smutkiem.
- Albusie, chcesz rozmawiać z tym zdrajcą? To przez niego umarłeś! - zawołał oburzony Remus.
- Raczej dzięki niemu, mój drogi - odparł tajemniczo Dumbledore i tyle go widzieli.
Chwilę później opuścił ich Colin, nie precyzując, dokąd konkretnie się udaje. Wszyscy mijali ich i znikali we mgle, oni jednak nie bardzo wiedzieli dokąd i po co idą. Ze słów dyrektora wynikało, że powinni tutaj na niego zaczekać, zatem nie ruszali się z tego miejsca.
Tylko... co to było za miejsce, konkretnie?
Te rozważania przerwało im nagłe pojawienie się między nimi Bellatrix Lestrange, która w przeciwieństwie do innych śmierciożerców nie miała oporów, by pognębić jeszcze trochę swoich przeciwników.
- Twoja matka tego słono pożałuje! - warknęła w kierunku Freda, po czym dodała mściwie. - Ale spokojnie, zaraz się z nią zobaczysz, Czarny Pan mnie pomści!
Zaśmiała się chrapliwie i również rozpłynęła się we mgle. Jej przerażający śmiech jeszcze przez chwilę wisiał w powietrzu, powodując dreszcz na plecach.
- Miło było cię widzieć, ciociu... - rzuciła w końcu w przestrzeń Tonks, dzięki czemu nieco otrząsnęli się po tym mało miłym spotkaniu.
- Mam nadzieję, że mamie nic nie będzie - szepnął Fred. - Przejdę się, zobaczę co jest dalej.
- Tylko się nie zgub i uważaj na siebie - poprosiła odruchowo Tonks, nim zdała sobie sprawę z bezsensowności tego stwierdzenia. Umarli. Co gorszego mogło się stać?
Fredowi nawet nie przeszkadzało, że umarł. Owszem, było to przykre, ale w sumie, tutaj, po tej drugiej stronie wcale nie było tak źle. Było w sumie podobnie, jak i na dole. A może górze? Zorientowanie przestrzeni wcale nie było takie proste. 
Obejrzał wyludnione i otoczone mgłą King's Cross oraz ulicę Pokątną. Mgła sprawiała, że wszędzie było tak spokojnie i cicho. Wieczność spędzona tutaj wcale nie musiała być zła...
Martwił się jedynie o tych, których za sobą pozostawił. Należało żałować żywych, nie umarłych. Tym drugim było już wszystko obojętne, to żywi musieli mierzyć się z konsekwencjami, ze stratą.
Najgorsze było to, że George został sam. Gdyby tylko mógł dać mu jakiś znak, że wszystko w porządku, że kiedyś, w końcu się spotkają. Że on ma tam o wiele większe możliwości, ma tak wiele do przeżycia, do zrobienia.
Chciałby powiedzieć mu, żeby nie oglądał się do tyłu. Już zawsze będzie mu brakować jego brata, jego lustrzanego odbicia, drugiej połowy duszy. Ale teraz musiał żyć za ich dwóch, robić dwa razy więcej dowcipów, kochać i nienawidzić dwa razy mocniej. Tak bardzo chciałby mu to wszystko powiedzieć, ale... Ale nie było już takiej możliwości. Nie istniała tutaj sowia poczta, żadne połączenie z poprzednim życiem.
Żeby chociaż dalej prowadził sklep... - pomyślał Fred, po czym doszedł do wniosku, że w sumie skoro jest tutaj ulica Pokątna, to czemu nie mógłby otworzyć tutaj filii swojego sklepu? W końcu zmarli też potrzebują jakiejś rozrywki, prawda?
Pogrążony w myślach nawet nie zauważył, że zatoczył koło i wrócił ponownie do Remusa i Nimfadory. Sytuacja wyglądała na opanowaną, kobieta już nie płakała, chyba zrozumiała, że nie da rady nic zrobić w tej sytuacji.
Akceptacja była jedynym rozwiązaniem. Zarówno po jednej, jak i po drugiej stronie. Wobec śmierci, wszyscy jesteśmy bezsilni.
- No, kochani! - Ponownie pomiędzy nimi pojawił się Dumbledore, bardzo z siebie zadowolony. Fred pomyślał, że dyrektor po śmierci niewiele się zmienił. Dalej był ruchliwy jak trzmiel* i chyba nawet jakby trochę mniej zmartwiony, przynajmniej w tej chwili. - Pozałatwiałem już z Severusem wszystkie sprawy, zdaje się, że jednak wydarzenia potoczą się po naszej myśli.
- Albusie, ty nawet po tej stronie potrafisz wszystko zorganizować - zauważył z niedowierzaniem Lupin.
- Owszem, w końcu nie bez powodu powstało określenie "niedokończone sprawy", prawda? - Szkiełka okularów błysnęły porozumiewawczo. - Miałem ważną misję do spełnienia, jednak niestety jej elementem, przykrym nie ukrywam, ale niezbędnym było moje odejście. Poprosiłem Severusa o pomoc w tej kwestii, budząc w was tym samym ogromną... niechęć do niego. - Dumbledore zgrabnie ominął termin "nienawiść". - Wiele jednak jeszcze zostało do zrobienia i bardzo wiele mogło się nie udać, ale... A zresztą, sami zobaczycie. Chodźcie. - Ponaglił ich gestem.
Ruszyli za nim z zainteresowaniem. Chyba cała trójka była zaskoczona informacją, że śmierć dyrektora była częścią większego planu. Tylko tak wielki umysł, jak umysł Albusa Dumbledora mógł uknuć intrygę, która ciągnęłaby się jeszcze po jego śmierci.
Ale Albus Dumbledore był wielkim człowiekiem, temu nie dało się zaprzeczyć.
Freda dręczyło pytanie, a nawet cała seria pytań dotycząca tej całej "drugiej strony". W końcu, wszyscy gdzieś szli, znikali w mgle i ogółem nie było tutaj zbyt... tłocznie. Z jakiegoś powodu dyrektor poniekąd wyróżnił ich, pragnąc im coś pokazać. Z jakiegoś powodu ich trójka nie poszła jeszcze dalej, tam gdzie reszta. Byli w stanie zawieszenia pomiędzy jedną a drugą stroną, jakby na coś czekali.
I już po chwili dowiedzieli się, na co czekają. Mianowicie mgła rozrzedziła się nagle i znaleźli się w Wielkiej Sali, znaleźli się w Hogwarcie. I to w samym środku bitwy. Fred zauważył, że zamek jest jeszcze w gorszym stanie, niż kiedy go opuszczał. Stali pomiędzy walczącymi, jednak nikt nie dostrzegał ich obecności, zupełnie jakby trafili do wyjątkowo dużej i szczegółowej myślodsiewni. 
- Możecie być nieco... zdezorientowani, ale pamiętajcie, że tutaj czas płynie nieco inaczej. Ciężko stwierdzić, czy to, na co patrzymy dzieje się teraz, już się wydarzyło, czy dopiero ma się wydarzyć. Najważniejsze jest jednak to, że to, co się miało stać i tak się wydarzy - wyjaśnił Dumbledore, akurat gdy Tonks otworzyła usta, by zapytać, co tutaj robi jej ciotka.
Bo, faktycznie, pomiędzy walczącymi nie dało się nie zauważyć Bellatrix wymieniającą zaklęcia z grupą nastolatków. Bellatrix, która przecież jakiś czas temu znalazła się między nimi, a zatem oznaczało to, że...
- Nie w moją córkę, suko!
- O kurczę, nie wiedziałem, że moja matka zna takie słowa! - wyrwało się Fredowi, gdy Molly Weasley odtrąciła dzieciaki, stając do walki ze śmierciożerczynią. Jej twarz była ściągnięta w nieprzeniknioną maskę.
Zaklęcia błyskały jedno przez drugie, wszyscy skupili się na dwóch kobietach, nawet pozostali walczący, wymieniali ataki jakby nieuważnie. Tylko walczący z trojgiem aurorów na podwyższeniu Voldemort w pełni skupiony był na swojej walce.
Nagle jedno z zaklęć Molly Weasley okazało się celniejsze od pozostałych i trafiło śmiejącą się jej w twarz Bellatrix w pierś. Śmiech zamarł kobiecie w piersi, tuż przed tym jak padła bez życia na posadzkę Wielkiej Sali.
- Mamo! - wykrzyknął Fred. Najpierw z podziwem, bo nie spodziewał się, że mama potrafi tak dobrze walczyć. Nigdy nie widział jej w innej roli niż troskliwej, choć nieco nadopiekuńczej matki i doskonałej gospodyni. Chwilę później zrozumiał jednak, że znalazła się ona w ogromnym niebezpieczeństwie. - Mamo! - zawołał z przerażeniem, gdy uświadomił sobie, że śmierć Bellatrix ściągnęła na nią uwagę, a zaraz potem i gniew Czarnego Pana. Molly sama zorientowała się, że od śmierci dzielą ją zaledwie sekundy, zdążyła jedynie pomyśleć, że po drugiej stronie czeka na nią ukochany syn, ale...
Ale Wielką Salę nagle rozdzieliła półprzezroczysta tarcza.
- Protego! - Źródłem zaklęcia była różdżka trzymana przez bezcielesną dłoń zawieszoną w próżni. Był to dziwaczny widok, zatem mimo iż tak proste zaklęcie nie miałoby szans zatrzymać jedno z Zaklęć Niewybaczalnych, wystarczyło, by odwrócić uwagę Voldemorta.
Czarny Pan równie szybko zlokalizował źródło zaklęcia, który okazał się nie kto inny jak Harry Potter, który w tej właśnie chwili zrzucił z siebie pelerynę niewidkę.
- On żyje?! - Rozległy się zaskoczone okrzyki na sali. Nikt już nie walczył, wszyscy wpatrywali się w milczeniu w stojących naprzeciw siebie dwóch największych przeciwników. Potężnego czarnoksiężnika i młodego mężczyznę, których losy od dawien dawna były ze sobą powiązane.
- Dlaczego Harry miałby nie żyć, Albusie? - zapytał podejrzliwie Remus.
- Hm... Na razie musi wystarczyć wam informacja, że Harry w jakimś stopniu umarł tej nocy. Ale, tak musiało być. Zaufajcie mi, było to konieczne, by teraz mógł przeżyć.
I, rzeczywiście dwóch najważniejszych aktorów tego spektaklu stanęło naprzeciw siebie niczym rewolwerowcy w westernie. To miał być krótki pojedynek, zaklęcie kontra zaklęcie. Wszyscy wiedzieli, co się zaraz wydarzy.
Nikt za to nie wiedział, jakie będzie zakończenie tej historii.
I choć nie mieli na to żadnego wpływu, byli tylko biernymi obserwatorami, Tonks mocno zacisnęła palce na dłoni Remusa, pełna niepokoju. Właśnie w tej chwili ważyły się losy całego magicznego świata.
- Avada Kedavra!
- Expelliarmus!
Tym razem nie było już żadnych horkruksów łączących Voldemorta z życiem. Jednego z nich on sam zniszczył tej nocy, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Dlatego odbity zielony płomień, trafiając go w pierś, zakończył jego żywot raz na zawsze.
Voldemort padł na ziemię. Nareszcie martwy.
Tym razem na dobre.
- Albusie czy on teraz... - Lupin zastanawiał się, jak odpowiednio zadać to pytanie. - Czy on trafi tutaj?
- Nie. - Pokręcił głową Dumbledore. - Aby tu trafić, trzeba mieć duszę. On swoją bezpowrotnie zniszczył.
- Więc on... zniknął? - Próbował zrozumieć Fred. - Po prostu go już nie ma? Ani tam, ani tu?
- W pewnym sensie ma pan rację, panie Weasley... Ale tak naprawdę nikt nie wie, co się z nim stanie. Nawet ja tego nie wiem, a muszę nieskromnie przyznać, że wiem wiele rzeczy. Tam jednak... - Gestem wskazał Wielką Salę, która opanowała ogromna euforia po wygranej walce. Śmierciożercy wycofywali się chyłkiem, próbując umknąć czujnym aurorom. - Tam jednak na pewno skończyła się epoka lęku. Oni są już wolni od widma władzy Voldemorta.
- A my? - zapytała Tonks, kiedy Wielka Sala zaczęła znikać w kłębach mgły. - Co teraz z nami będzie? Dlaczego jesteśmy tutaj, Dumbledore, gdzie jest reszta?
- Poprosiłem was o pozostanie, moi drodzy, byście mieli pełen obraz sytuacji, poznali do końca historię Chłopca, Który Przeżył, młodzieńca, który pokonał Czarnego Pana. - Uśmiechnął się lekko, nim dodał. - Zależało mi na tym, bo są tutaj osoby, które bardzo chciałyby ją usłyszeć z waszych ust. Od początku, do końca... Macie im wiele do opowiedzenia. - Jego wzrok spoczął na czymś za ich plecami, a na twarzy pojawił się delkatny uśmiech.
Odwrócili się z zainteresowaniem. Przez mgłę szło ku nim dwoje ludzi objętych w pasie.
James i Lily Potterowie.
________
*tu oczywiście delikatny translatorski chichot, bo jak zauważył pan Polkowski, dyrektor ma wiele wspólnego z tym sympatycznym owadem - nie tylko nazwę.

Tego się nie spodziewaliście, prawda? Przyznam się Wam, że ja też nie. Tak się kończy sprzątanie starych zeszytów, czasem trafi się na jakiś relikt przeszłości. 
Wersję A możecie przeczytać pod linkiem, ta tutaj też jest dość mocno podrasowana... po raz drugi. Po pierwszy retuszu dało się ją czytać, teraz da się ją czytać nawet z czymś na kształt przyjemności.
(Fun fact: to opowiadanie nosi prześmiewczą nazwę "Karton mleka". Nie chcecie wiedzieć, dlaczego).
Tak sobie myślę, że może jeszcze jakąś opowieść "z drugiej strony" kiedyś popełnię. Może. Zwłaszcza, że jakiś czas temu zupełnie bez powodu wróciłam do pisania Alex Potter, więc pewnie i sposobność będzie.
Dobra, koniec marudzenia. Mam nadzieję, że się podobało ;).

PS: Wrzucę to potem na Wattpada, bo tutaj raczej nie zbiorę większej publiki. Meh.