Niżny Nowogród, 31.03.2016
- Przenocujesz mnie?
Dobrze znam głos, który rozbrzmiewa w telefonie, choć od dawna go nie słyszałem. Nawet nie pytam, dlaczego miałbym to zrobić. Nie pytam, dlaczego wraca, ani czy to na stałe.
Nie pytam, gdzie była, ani co robiła. Nie pytam też, czy znalazła odpowiedź.
Rzucam jedynie krótkie:
- O której będziesz?
- Myślę, że koło północy. To problem?
Zerkam na zegarek, który pokazuje kilka minut po dziewiątej. Kalkuluję, jak daleko mam do całodobowego sklepu i czy drugi komplet pościeli jest wyprany.
- Nie, tylko muszę zrobić zakupy - odpowiadam po sekundzie wahania. - Nadal lubisz spaghetti carbonara? - upewniam się.
- Uwielbiam. - Niemal widzę, jak uśmiecha się szeroko.
Choć minęło wiele czasu, to nadal ta sama Sasza, co zawsze.
- Uważaj na siebie - dodaję cicho, a ona śmieje się cicho i rozłącza tak, jak zwykle - bez pożegnania.
Odkładam telefon i zerkam na książkę, której lekturę przerwał mi telefon. Wzdycham, wkładam między strony zakładkę i rozglądam się za kluczykami do auta.
Trochę boję się tego spotkania, bo nie wiem, czego się po nim spodziewać. Czy robić sobie nadzieję, czy to po prostu...
Czy Sasza po prostu nie chce wracać do domu. A gdzieś przecież musi. To nie pierwszy raz, kiedy będzie moim gościem. Na mojej kanapie przespała chyba więcej nocy niż w swoim łóżku. Mimo to, teraz sytuacja wygląda inaczej, bo przecież, kiedy widzieliśmy się po raz ostatni, powiedziała, że odchodzi, by dowiedzieć się, czy wróci.
Czy wróci do mnie.
A ja nie jestem pewien, czy chcę poznać odpowiedź.
Kluczyki leżą na półce koło telewizora, tam, gdzie zawsze. Wkładam je do kieszeni i jadę do sklepu po makaron, śmietanę i wino. Półsłodkie, białe.
Jej ulubione.
***
Właśnie odcedzam makaron, kiedy rozbrzmiewa dzwonek do drzwi. Krzyczę, że otwarte, ale zanim mój głos przebrzmiewa, Sasza już zdejmuje buty w przedpokoju. Odstawiam durszlak i wychodzę z kuchni, akurat wtedy, gdy odwiesza na haczyk swój płaszcz.
Ma na sobie jasnoniebieską koszulę, której parę górnych guzików jest odpięte oraz dżinsową spódniczkę. Gruby warkocz odrzuca na plecy i uśmiecha się do mnie swoim krwistoczerwonym uśmiechem, tak samo pewna siebie, jak zawsze.
Wciąż używa tej samej szminki, zauważam mimowolnie.
- Cudownie pachnie. - Uśmiecha się lekko, stawiając swoją walizkę koło kanapy. - Pomóc ci w czymś?
- Nie trzeba, umyj ręce i możemy siadać do stołu. - Sasza znika w łazience, a ja zanoszę na stół ostatnie rzeczy i otwieram butelkę wina.
Woda cicho szumi, kiedy tępym wzrokiem wpatruję się w porzucone w przedpokoju szpilki i torebkę przewieszoną przez oparcie krzesła. Kiedy ich właścicielka podchodzi do stołu, wyrywam się z letargu i proponuję jej wino, po czym nakładam makaron i sos na oba talerze.
- Postarałeś się, Misza. - Zerka na mnie znad widelca, uważnie lustrując wzrokiem.
Nic nie odpowiadam na te słowa, dyskretnie obserwując jej twarz. Próbuję wyczytać z niej, w jakim celu przyjechała, w jakim jest nastroju. Nie chcę jej ciągnąć za język, ale wiem, że jeśli nie zapytam, sama mi tego nie powie. Nawet jeśli przyjechała porozmawiać, wyjaśnić... Nie zacznie, póki nie zapytam.
Taka już jest. To ona zawsze dyktuje warunki. Bez względu na okoliczności.
- Skąd wracasz? - pytam w końcu, uznając to za względnie bezpieczny temat.
Po czym okazuje się, że gorzej wybrać nie mogłem.
- Z Austrii. - Sasza zagryza dolną wargę, po czym upija łyk wina i podnosi na mnie wzrok. - Miałam operację w klinice w Linz - dodaje, zapewne dostrzegając moje zaciśnięte szczęki.
- Więzadła? - pytam domyślnie.
Potakuje krótkim skinieniem. Bierze jeszcze jeden łyk wina i przez chwilę przetrzymuje je w ustach, jakby zastanawiając się, czy połknąć trunek. Decyduje się na to, jednak nie przełyka kolejnych słów, które dla mnie są niczym pociski:
- Wpadłam tam na Hayboecka.
Uważnie obserwuje moją twarz, jakby bała się mojej reakcji. A ja z zaskoczeniem stwierdzam, że... jest mi to właściwie obojętne. Moja pierwsza reakcja była wygórowana, skrzywiłem się chyba jedynie z przyzwyczajenia. Teraz natomiast nie wywołuje to u mnie żadnych emocji. Ot, chyba przyzwyczaiłem się, że Hayboeck już zawsze będzie mi się plątał po życiorysie. A konkretnie po życiorysie Saszy.
Czym jest naprawdę to coś między nimi?
- Nie wiem. - Sasza wzrusza ramionami, a ja uświadamiam sobie, że ostatnie słowa powiedziałem na głos. - Tak samo, jak nadal nie wiem, czym jest to uczucie między nami, Misza. - Spogląda na mnie smutno, a ja zauważam, że się zmieniła.
Już nie jest taka... chłodna, wyrafinowana. Jest jakby... delikatniejsza. Łagodna, jakby coś, lub ktoś, wygładziło jej ostre, jak brzytwa krawędzie, na których można było się nieźle przeciąć. Niejednego delikwenta potrafiła poszatkować samym spojrzeniem. Teraz w jej oczach widać zagubienie.
- Co się tam wydarzyło, Sasza? - pytam łagodnie.
Kobieta składa sztućce i zaplata dłonie, opierając je na kolanach. Wpatruje się w nie, szukając odpowiednich słów. A może sama nie wie, czy są w ogóle takie słowa, którymi dałoby się opisać tę sytuację.
- Zepsułam Hayboecka - mówi w końcu. - Stworzyłam potwora... - śmieje się chrapliwie na te słowa. - A on zepsuł mnie. Zmiękczył mnie, Misza. Jak woda gąbkę. Jak Calgon pralkę. Jak... - Zagryza wargę i przenosi wzrok na księżyc za oknem. - Minęły dwa lata odkąd zaciągnęłam go do łóżka, licząc na przyjemną noc. Ot tak, po prostu. Bo miałam taki kaprys.
- Często miewałaś takie kaprysy - zauważam mimowolnie.
- A tobie nigdy to nie przeszkadzało - odpowiada.
- Przeszkadzało. - Kręcę głową. - Ale wiedziałem, że nie ma sensu zmieniać twojego toku myślenia. Nie zaliczasz się do ludzi, którzy liczą się z opinią innych.
Sasza była jak żywioł - dążyła do celu po trupach i nikt nie był w stanie odmienić jej wizji, zmusić do zmiany zdania. Jeśli czegoś chciała - dostawała to. Nie było od tej reguły żadnych odstępstw.
- A potem weszłam raz jeszcze do tej samej rzeki - mówi dalej, ignorując moje słowa. - Jak nigdy tego nie robię, to tym razem chciałam powtórki. Potrzebowałam jej, bo nigdy z nikim nie było mi tak dobrze, jak z nim. Nikt nie potrafił w taki sposób zająć się moim ciałem, odkryć połączeń nerwowych, których sama nie znałam.
Patrzę, jak zaciska dłonie na to wspomnienie. Jestem w stanie wyobrazić sobie te dłonie zaciskające się na prześcieradle, na oparciu łóżka, drapiące po klatce piersiowej, zostawiające zaognione ślady na skórze. Widzę to wszystko, jak na dłoni.
To wszystko, czego nigdy, z jakiegoś powodu, nie umiałem jej dać.
To było jedyne, czego nie mogłem jej dać.
Ale to wystarczyło, by nasze drogi się rozeszły. To wystarczyło, by nie była ze mną szczęśliwa. A ja... A ja nie chciałem trzymać jej w klatce moich uczuć.
- Co się stało w Linz? - pytam, bo Sasza milczy. Milczy w ten znany mi sposób, który oznacza, że nie ruszy dalej bez zachęty. Chce dawkować informacje, chce, bym o nie prosił, błagał.
A może po prostu boi się sama z siebie sięgnąć do tych wspomnień.
Kobieta wstaje i podchodzi do okna. Ja również podnoszę się z krzesła i staję dwa kroki za nią. Obserwuje deszcz spływający po oknie, nawet nie zauważyłem, kiedy zaczęło padać.
- W Linz... - Sasza zagryza wargę i wbija wzrok w okno. - W Linz zrozumiałam, że żaden z was nie da mi tego, czego potrzebuję. Było nam dobrze ze sobą z Hayboeckiem - dodaje z westchnieniem po chwili milczenia. - Miło, zmysłowo, ekscytująco. Okazał się całkiem sympatycznym gościem, naprawdę. - Uśmiecha się nieco kpiąco i zerka na mnie przez ramię.
- Ale...? - szepczę, opierając dłonie o parapet, tak że zamykam ją w pułapce ze swoich ramion. A raczej zamknąłbym ją, gdyby Sasza dała się komukolwiek w jakikolwiek sposób poskromić.
- Ale nie był tobą, Misza. - Odwraca się i ledwie sekundę waha się, nim staje na palcach i ostrożnie całuje mnie w kącik ust. - Uświadomiłam sobie, że muszę wybrać, co jest dla mnie ważniejsze - szepcze, biorąc moją twarz w dłonie. Jej ciepły oddech wywołuje dreszcz w dole moich pleców. - Pożądanie, czy też... miłość? - Wplata palce w moje włosy, a ja czuję, jak dreszcz zmienia się w ciepło rozlewające się po całym moim ciele.
- I co wybrałaś? - pytam głosem niewiele głośniejszym od szeptu.
- Nie lubię, gdy ktoś stawia mi ultimatum. - Sasza mruży oczy o swojemu. W ten drapieżny i jakże pociągający sposób.
Kiedyś dziwiłem się, jakim sposobem mężczyźni tak łatwo poddawali się jej woli, mimo iż wiedzieli, że nie mogą liczyć tak naprawdę na nic. To Sasza dyktowała warunki, a oni bez mrugnięcia okiem się na nie zgadzali.
Kiedyś tego nie rozumiałem. Ale teraz chyba już rozumiem. Jednak w przeciwieństwie do nich, ja nie mam zamiaru się zadowalać byle czym. Potrzebuję jej w całości. Nie ma we mnie zgody na żadne półśrodki.
Nie, już nigdy więcej.
- Nie lubię, gdy stawia mi się ultimatum - powtarza Sasza, przesuwając palcem po mojej szczęce. - Nawet, gdy czyni to samo życie. Pomyślałam, że... mogę mieć i jedno, i drugie. - Przygryza wargę, a ja unoszę wysoko brew.
- Jeśli sądzisz, że zgodzę się na otwarty związek z Hayboeckiem w pakiecie, to...
Sasza śmieje się gardłowo, odchylając głowę do tyłu, po czym wtula się nagle we mnie i całuje mnie w zagłębienie szyi. Jeśli sądzi, że to mnie udobrucha to...
No cóż, to ma rację.
- Głuptas z ciebie - odpowiada. - To by było absolutnie bez sensu. Mówi się, że nie da się złapać wszystkich srok za ogon, ale... Ale ja nigdy nie lubiłam ludowych mądrości - mówi z charakterystycznym dla siebie błyskiem w oku. - Z Michim nigdy nie będzie mnie łączyło to, co z tobą, Misza. - Zaplata mi ręce na szyi i opiera się czołem o moje czoło. - Ale może zadziała to w drugą stronę, co? - Szepcze zmysłowo.
- Co masz na myśli? - pytam, czując ją wyraźnie. Wszystkimi zmysłami. Czuję jej zapach, na ustach czuję smak jej ust, moja skóra szczelnie styka się z jej. Słyszę bicie jej serca. Oddech. Krew pulsującą w żyłach.
Jest tak blisko i tak wyraźnie, jak nigdy dotąd.
- Myślę, że jest parę rzeczy... Parę rzeczy, których mogłabym cię nauczyć. Wiesz... - Mruży oczy. - Taka... instrukcja obsługi.
Patrzę jej prosto w oczy, chwilę analizując jej słowa. Kochałem ją. Kocham ją od dawna. Ale chyba nigdy wcześniej mnie tak nie pociągała, nie w takim stopniu. Być może musiałem do tego dojrzeć, może musiałem zatęsknić. Może potrzeba nam było nawet tego całego Hayboecka żebyśmy oboje to zrozumieli.
Jeśli więc ona potrafi wywołać we mnie takie odczucia... To czemu ja, z jej drobną pomocą, miałbym sobie z tym poradzić?
- Naucz mnie - odpowiadam niskim głosem, całując ją. Najpierw ostrożnie, a potem za jej niewerbalnym ponagleniem, mocniej, głębiej. I gwałtowniej. - Naucz mnie - powtarzam.
- Więc chodź. - Odsuwa się ode mnie, tworząc między nami przestrzeń. Zbyt rozległą, a jednak wypełnioną czymś, czego nie potrafię nazwać. Mam wrażenie, że powietrze między nami skrzy się.
Sasza bierze mnie za rękę i bez dalszej zwłoki prowadzi mnie do mojej własnej sypialni.
A ja uświadamiam sobie, że może to wcale nie tak, że nie potrafiłem jej czegoś dać. Może po prostu bałem się tego. Bałem się być jednym z wielu, podczas gdy na innych poziomach łączyło nas z Saszą coś zupełnie unikatowego.
Nikt jednak nie powiedział, że jedno wyklucza drugie, prawda?
***
Kieruje moimi dłońmi, prowadzi mnie sobie tylko znanymi szlakami. Uczę się jej. Centymetr po centymetrze. Pocałunek za pocałunkiem. Oddech za oddechem.
A każdy kolejny jest głębszy, gwałtowniejszy, bardziej pośpieszny. Nasze ruchy stają się coraz bardziej niecierpliwe, by odkryć więcej. Mocniej. Głębiej.
Dokładniej.
Daleko nam do ideału, to fakt. Ale zależy nam na sobie, więc będziemy próbować. Te próby wszak ciężko zaliczyć na poczet nieprzyjemnych.
- Połóż się - szepcze mi Sasza do ucha, zębami przytrzymując jego płatek.
Popycha mnie lekko na plecy na łóżko. Unoszę się na łokciach i w ciemności panującej w sypialni próbuję dostrzec zarys jej sylwetki. Bardziej słyszę, niż czuję materiał zsuwający się z jej ciała na dywan, cichy szelest ostatnich opadających ubrań. Zasłon. Murów.
Materac lekko skrzypi i ugina się pod jej ciężarem, gdy wsuwa się na miejsce obok mnie. Czuję żar bijący z jej nagiego ciała, którym przylega do mnie ostrożnie, jakby nie chcąc być zbyt natrętną.
Hayboeck naprawdę ją zmiękczył, myślę, ale prędko odsuwam tę myśl od siebie. Nie wpuszczę nigdy tego Austriaka do mojej sypialni.
Przesuwa chłodną dłonią po mojej piersi - od mostka aż po pępek, powodując krótki dreszcz. Zatrzymuje się, lekko błądząc na linii bokserek, a ja wiem, że czas na mój ruch. Za dobrą monetę biorę, że nie musi niczego mówić, nie musi nic mi podpowiadać. W jakiś sposób wiem, czego ode mnie oczekuje.
Może te pół roku rozłąki nauczyło mnie jej słuchać? Odczytywać mowę jej ciała? Może wcześniej znałem ją tak dobrze, że aż za dobrze?
Teraz muszę nauczyć się jej od nowa. Muszę nauczyć się jej z uwzględnieniem tych sfer, do których wcześniej nie miałem dostępu.
Całuję ją lekko - najpierw w usta, potem w szczękę i szyję. W obojczyk.
I między piersiami.
Prowadzi moją dłoń, przesuwa swoimi palcami po moim kręgosłupie, jakby namawiając mnie do odwzorowania tego ruchu. Podążam za jej dyskretnymi wskazówkami coraz niżej i niżej. Czuję, jak jej klatka piersiowa unosi się w coraz głębszych oddechach.
Przesuwam palcem wskazującym wzdłuż pachwiny, powodując lekkie, lecz nagłe napięcie w całym jej ciele.
- Dobrze - chwali mnie z lekkim uśmiechem w kąciku swoich krwistoczerwonych ust, po czym nagle przetacza się i siada na mnie okrakiem i nachyla się do mnie, osłaniając nasze twarze kotarą swoich jasnych włosów. - Coś się zmieniło, Misza - szepcze, muskając wargami moją twarz, mocniej zaciskając uda na moich biodrach.
- Oboje się zmieniliśmy, Sasza - odpowiadam zgodnie z prawdą, przesuwając dłońmi wzdłuż jej boków, na biodra, a potem na pośladki i ściskam je lekko. - Dojrzeliśmy do siebie.
W odpowiedzi jeszcze mocniej zaciska uda na moich biodrach, a dłonie na moich ramionach.
Po czym nagle zsuwa się ze mnie, bez ostrzeżenia.
- Chodź - mówi, kiwając na mnie palcem. - Chcę cię zobaczyć w całości - dodaje, a po ledwie zauważalnym w mroku pokoju ruchu poznaję, że ściąga bieliznę.
Sekundę później, od tyłu oświetla ją światło z łazienki. Ona widzi mnie doskonale, ja - zaledwie jej zarys. Światło perfekcyjnie uwydatnia jej sylwetkę, poza, którą przyjmuje jest zresztą zapewne tak dobrana, by eksponować ją jak najlepiej. Co lepsze, wiem, że Sasza robi to całkowicie nieświadomie.
Podnoszę się z łóżka i podchodzę do niej powoli. Przesuwa dłońmi po moim ciele i przyciąga do siebie jeszcze bliżej, ciągnąc za gumkę bokserek. Nachylam się i zaczynam znaczyć pocałunkami całe jej ciało. Sasza odchyla głowę do tyłu, jakby ułatwiając mi zadanie, a jej dłonie błądzące po moich plecach są idealną informacją zwrotną. To jak gra w "ciepło-zimno" - jej dotyk kieruje mnie tam, gdzie mam szansę sprawić jej największą przyjemność.
Instruujemy się nawzajem, czy to dotykiem, czy też zadowolonymi westchnieniami, gubiąc ostatnie zahamowania, ostatnie bariery. Moje usta i dłonie badają każdy centymetr jej ciała, zapuszczam się dalej i głębiej, podążając ścieżką jej przyśpieszonych oddechów. Poddaje się mojemu dotykowi, oddaje kontrolę.
Ale to ona ma i tak ostatnie słowo.
- Chodź - powtarza, ponownie układając się na skołtunionej wcześniej przez nas pościeli.
Czuję żar buchający z jej ciała, gdy przyklękam i całuję wewnętrzną stronę jej kolana. Widzę, jak pracują jej mięśnie brzucha, gdy posuwam się coraz wyżej, jak zagryza wargę, gdy całuję ją biodro, błądząc dłonią po drugim udzie. Coraz bliżej i bliżej.
- Chodź - powtarza chrapliwie, nie pozostawiając miejsca na wątpliwości, co do kontekstu tego przyzwolenia.
A ja korzystam z niego skwapliwie choć bez pośpiechu.
- Nie śpiesz się - szepcze mi do ucha, unosząc się na łokciach i przyciąga mnie jeszcze bliżej siebie, o ile to w ogóle możliwe. W końcu nie ma już nic, co by nas dzieliło. Nic, co ułatwiałoby stwierdzenie, gdzie kończy się jeden byt, a gdzie zaczyna drugi.
Obserwuję, jak zaciska palce na pościeli, jak jej pierś unosi się w głęboki oddechu. Ściska mnie udami ponaglająco, jakby chciała poczuć mnie jeszcze bardziej.
Przenikamy się nawzajem, wśród przyśpieszonych oddechów i krwi buzujących w żyłach. Dajemy sobie wzajemnie to, czego dotąd nie potrafiliśmy wspólnie osiągnąć.
Jak widać, potrzebowaliśmy tylko odrobiny treningu. I nieco czasu.
Zatraceni w nauce nie zauważamy upływu czasu, świt zastaje więc nas nagle. Sasza wtula się we mnie i mruży oczy w słońcu wpadającym przez szparę pomiędzy roletami.
- Misza... - szepcze zmysłowo mi do ucha.
- No? - pytam, ciekaw, co tym razem wymyśli. Nie ukrywam, z nią nie da się nudzić. W żadnej kwestii.
- Idź zgaś światło w łazience - odpowiada z zadziornym uśmiechem i przewraca się na plecy, a ja wstaję, by wykonać jej polecenie.
Czuję, jak mnie obserwuje. Pstrykam kontakt, opieram się o ścianę i spoglądam na nią z drugiego końca pokoju.
- Zrobiłaś to tylko po to, by pogapić się na moje pośladki, prawda? - pytam domyślnie.
Sasza zagryza wargę, a ja zauważam, że szminka już dawno powinna jej się rozmazać. Hm, chyba nie bez powodu od zawsze wydawała majątek na kosmetyki.
- Ten widok też jest niczego sobie - odpowiada zadziornie, mrużąc oczy.
- I vice versa. - Nie pozostaję je dłużny, a ona w odpowiedzi zachęcająco odwodzi nieco nogę. - Ale nieco zgłodniałem - dodaję przekornie.
Podnosi się do siadu i zakłada nogę na nogę, jednak wspiera się na opartych z tyłu rękach, eksponując swoje jędrne piersi.
- Nadal przegrywasz z jedzeniem - informuję ją nieco złośliwie, zastanawiając się, co też ona najlepszego ze mną zrobiła.
Myślę, że Sasza tak po prostu działała na ludzi. Na facetów. Ja nie jestem wyjątkiem.
Choć pod innymi względami jestem wyjątkowy. A przynajmniej taką mam nadzieję.
- W sumie masz rację - odpowiada i wstaje. - Zróbmy śniadanie - zgadza się, otwierając drzwi od sypialni i boso kieruje się do kuchni.
Po tym, jak szuka czegoś, nachylając się do najniższej półki w zamrażarce poznaję, że nie zgodziła się tak łatwo bez powodu. Ma plan.
Jak zwykle.
- Sasza? - pytam, opierając się o szafkę i obserwuję, jak krząta się po pomieszczeniu. - Myślisz... myślisz, że nam się uda? - kończę nieco niepewnie.
Odrywa wzrok od czytanej właśnie etykiety jakiegoś sera i zerka na mnie z ukosa. Jej nagość na środku oświetlonej kuchni jest tak nierealna, a jednak tak bardzo prawdziwa.
- Misza, kochanie - odpowiada miękko - już nam się udało.
Podchodzi do mnie i zaplata ręce na moim karku, po czym całuje delikatnie.
- Ale, bardzo cię proszę, nie próbuj mi się oświadczać, dobrze? - prosi. - To naprawdę nie są moje klimaty.
- Chcę cię mieć na wyłączność - odpowiadam, być może nieco egoistycznie, a być może nieco zapobiegawczo.
- I masz - obiecuje. - Na zawsze.
Potakuję, a Sasza wtula głowę w moje ramię.
Ja jednak muszę zadać to pytanie.
- A co z Hayboeckiem?
Sasza odsuwa się ode mnie i wraca do przygotowywania śniadanie.
- Zjedzmy. A potem pokaże ci jeszcze kilka... sztuczek. - Mruży zalotnie oczy, jakby moje pytanie w ogóle nie padło.
- Sasza, mówię poważnie. Nie chcę, by nagle... pojawił się między nami. Znowu - dodaję gorzko.
Sasza wzdycha ciężko i z lekkim ociąganiem odwraca się do mnie.
- Hayboeck to przeszłość i on sam dobrze o tym wie. Powiedziałam mu to już w Linz... Że nie zależnie, czy uda mi się z tobą, Misza, na pewno nie uda mi się z nim. Choć, jak mówiłam, całkiem miły z niego facet. - Wzrusza ramionami. - Postawiłam sprawę jasno.
- Jesteś pewna, że nie będzie liczył na jakieś... friends with benefits? - pytam ostrożnie.
- W jego przypadku to było sex with benefits - prycha Sasza. - Ucięłam tę relację, możesz być spokojny.
- Co on na to? - Może nie powinienem drążyć tematu, ale to robię. Chcę mieć pewność, że jesteśmy już na prostej razem z Saszą.
Gdyby parę lat temu ktoś mi powiedział, że będę w takiej sytuacji z moją nieco rozwiązłą przyjaciółką z dzieciństwa, to bym nie uwierzył. A jednak.
- Michi... - Sasza wydyma usta. - Zrozumiał.
- Po prostu?
- Po prostu. Dobrze wiesz, że to wszystko zawdzięczamy tak naprawdę jemu - odpowiada. - To nie była miłość, tamto między nami. Ale pomogło mi to ją znaleźć. I zawsze będę mu za to wdzięczna.
Nic nie odpowiadam na te słowa, tylko podchodzę do niej i mocno całuję. Sasza zaplata mi ręce na karku i oddaje pocałunek, mnie jednak to nie wystarcza.
Stworzyła potwora. Naprawdę jest w tym dobra.
- Mieliśmy jeść śniadanie - zauważa między pocałunkami.
- Chrzanić śniadanie - odpowiadam, sadzając ją na blacie. - Uważaj na nóż.
- Nie można karmić się miłością, jakby romantycznie to nie brzmiało! - protestuje, ale coraz słabiej, podczas gdy ja schodzę pocałunkami coraz niżej, przezornie zrzucając wszystko z blatu do zlewu.
- Najwyżej umrzemy z głodu - odpowiadam niefrasobliwie i nie mówię już nic więcej.
Sasza też nic nie mówi.
W tej chwili nie mamy sobie już nic więcej do powiedzenia.
***
Kilka tygodni później na komodzie znajduję otwartą kopertę zaadresowaną do Saszy. Obok leży list, bez wątpienia skreślony jej ręką.
Hayboeck,
pewnie domyśliłeś się sam, że znaleźliśmy z Miszą ten kawałek układanki, którego nam brakowało. Jestem ci winna przeprosiny za rozbudzenie w tobie pożądania, któremu nie pozwoliłam Ci dać ujścia, mimo iż bardzo się staraliśmy. Ale przede wszystkim muszę ci podziękować, bo choć to, co nas łączyło nie miało nic wspólnego z miłością, to dzięki temu udało mi się ją znaleźć.
Dziękuję i przepraszam,
Sasza
Na odwrocie kartki jest tylko kilka słów.
Nie masz za co przepraszać. Niczego nie żałuję i niczego nie żądam. Oboje tego potrzebowaliśmy.
Szczęścia,
Michi
PS: Uważajcie na łokcie w wannach.
M.
- Mówiłam ci. - Sasza pojawia się się moimi plecami jak duch. - Jakimś cudem udało mi się zasłużyć na happy end, Misza.
- Zasłużyć? - Unoszę wysoko brwi. - Przecież ty zawsze dostajesz to, czego chcesz.
- Na tę jedną rzecz musiałam jednak trochę zapracować - odpowiada i całuje mnie w policzek. - Ale opłaciło mi się.
- I to jak - zgadzam się z nią.
Bo na prawdziwą miłość warto czekać. Nawet jeśli idzie do nas najbardziej okrężną z możliwych dróg.
Obejmuję Saszę ramieniem i raz jeszcze przebiegam list wzrokiem. Jednej rzeczy tylko nie rozumiem.
- Sasza? O co chodziło mu z tymi łokciami? - pytam.
Kobieta uśmiecha się szelmowsko.
- Chodź do łazienki, to ci pokażę.
__________
Tego bonusa miało nie być. Ale skoro już Michaił wyszedł tu taki poszkodowany, to postanowiłam go "wykończyć" do końca. Nie jestem pewna czy takiego zakończenia oczekiwaliście. Chyba większość jednak kibicowała Michiemu, nie? Może jednak zakończenie otwarte było lepsze, trzeba wiedzieć, kiedy zejść ze sceny.
Może więc nie powinnam, ale dręczył mnie, więc napisałam. Oto i on.
...męczył mnie od bardzo dawna swoją drogą, bo poprzedni bonus powstał ze trzy lata temu (niemal dokładnie!), ale skoro już zaczęłam, to postanowiłam skończyć i zostawić Saszę w spokoju. Ktoś tam się dopominał, więc macie. A co Wam będę żałować, nie?
Co powstanie następne? Nie mam bladego pojęcia!
PS: Wiem, formatowanie się rozjechało, przepraszam :<
[Wszelka zbieżność nazwisk, imion i podobizn jest (nie)przypadkowa. Nie zmienia to faktu, że przedstawione tu osoby nie mają ŻADNEGO odzwierciedlenia w rzeczywistości i nie należy ich w żaden sposób utożsamiać z prawdziwymi osobami]