Strony

Ogłoszenia drobne

W tej chwili mało się tutaj dzieje, nieco więcej dzieje się na moim Wattpadzie, ale pracuję nad tym. Oczekujcie wieści na Twitterze :)
Zakładka Aktualności zniknęła, bo była mało... aktualna. Może kiedyś wróci. Może.

sobota, 5 października 2019

Świat jest inny niż myślisz, śmiertelniku

No dobra, jest jeszcze parę historii, które - mimo iż zawieszone (to taki eufemizm do porzucone) - postanowiłam Wam przedstawić. Pewnie jeszcze kiedyś je popchnę mniej lub bardziej do przodu. Kto wie.
Kolejny twór mimo szumnej nazwy zamieszczonej w tytule posta, jest po prostu niczym innym jak Alex Jackson.
Tak, bardzo oryginalne imię dla bohaterki wybrałam. Znowu.
Nie, nie chodzi o Michaela Jacksona. Ten rodzaj fanfików już przerobiłam na podstawie innej muzycznej gwiazdy i szczerze chcę wyrzucić ten epizod z mojej pamięci. Bezskutecznie.
Mowa oczywiście o serii książek Ricka Riordana. No tak, greccy bogowie to jest to. Zdecydowanie!

Okej, opowiadanie jest stare jak świat. Naprawdę. Niewiele ustępuje Linos. Albo nawet pierwszemu mojemu potterowemu (właściwie to nawet całkiem pierwszemu) opowiadaniu. Ogółem to będąc na początku gimnazjum zobaczyłam w księgarni "Złodzieja pioruna" i bardzo mnie ta książka zaintrygowała. I gdy nieco później w kinach pojawił się film, wybraliśmy się na niego z klasą. No i w mojej głowi wykiełkowała wizja fanficka, a książkę zakupiłam niema od razu. Najzabawniejsze było to, że moja niezastąpiona Szur wpadła na niemal identyczny pomysł.
Tylko ja zaczęłam to spisywać, a ona... w sumie też, ale później i tylko "do szuflady". Potem powstała wersja poprawiona, a jeszcze później, stosunkowo niedawno, powstał blog.
Ci bystrzejsi dostrzegą paralelę z Alex Potter, ale nigdy nie uważałam się za twórcę oryginalnego.
Dobra. Tyle mojego bełkotu. Wszystkich fanów serii o herosach zapraszam, tych mniej zorientowanych też. A na dole, standardowo garść informacji technicznych.




Tytuł: Świat jest inny niż myślisz, śmiertelniku
Bohaterowie: Percy Jackson, Annabeth Chase, Grover, Alex Jackson, Luke Castellan, bogowie greccy
Czas akcji: ok. 2010-2015
Czas trwania: grudzień 2015 - nadal
Status: zawieszony
Liczba rozdziałów:  1 + prolog
Opis: 
Życie dziecka półkrwi jest całkiem spoko, naprawdę.
Pomijając te momenty, kiedy coś chce cię rozszarpać, zjeść, spopielić, utopić... (milion lat później), no po prostu ZABIĆ. Należy również uwzględnić braci Hood, którzy są - mówiąc oględnie - MEGAwkurzający.
Ale poza tym jest fajnie. 
Nawet jeśli twój przyjaciel nagle staje się twoim wrogiem.


Z dodatkowych informacji
Wsysło mnie opowiadanie poboczne do Księżniczek, więc próbuje je skończyć, by dało mi spokój. Na razie opowiadanie (1:0) E_A
Ale postaram się coś z tym zrobić ;)

sobota, 17 sierpnia 2019

To nie jest miłość [extra bonus]


Niżny Nowogród, 31.03.2016
- Przenocujesz mnie?
Dobrze znam głos, który rozbrzmiewa w telefonie, choć od dawna go nie słyszałem. Nawet nie pytam, dlaczego miałbym to zrobić. Nie pytam, dlaczego wraca, ani czy to na stałe.
Nie pytam, gdzie była, ani co robiła. Nie pytam też, czy znalazła odpowiedź.
Rzucam jedynie krótkie:
- O której będziesz?
- Myślę, że koło północy. To problem?
Zerkam na zegarek, który pokazuje kilka minut po dziewiątej. Kalkuluję, jak daleko mam do całodobowego sklepu i czy drugi komplet pościeli jest wyprany.
- Nie, tylko muszę zrobić zakupy - odpowiadam po sekundzie wahania. - Nadal lubisz spaghetti carbonara? - upewniam się.
- Uwielbiam. - Niemal widzę, jak uśmiecha się szeroko.
Choć minęło wiele czasu, to nadal ta sama Sasza, co zawsze.
- Uważaj na siebie - dodaję cicho, a ona śmieje się cicho i rozłącza tak, jak zwykle - bez pożegnania.
Odkładam telefon i zerkam na książkę, której lekturę przerwał mi telefon. Wzdycham, wkładam między strony zakładkę i rozglądam się za kluczykami do auta.
Trochę boję się tego spotkania, bo nie wiem, czego się po nim spodziewać. Czy robić sobie nadzieję, czy to po prostu...
Czy Sasza po prostu nie chce wracać do domu. A gdzieś przecież musi. To nie pierwszy raz, kiedy będzie moim gościem. Na mojej kanapie przespała chyba więcej nocy niż w swoim łóżku. Mimo to, teraz sytuacja wygląda inaczej, bo przecież, kiedy widzieliśmy się po raz ostatni, powiedziała, że odchodzi, by dowiedzieć się, czy wróci.
Czy wróci do mnie. 
A ja nie jestem pewien, czy chcę poznać odpowiedź.
Kluczyki leżą na półce koło telewizora, tam, gdzie zawsze. Wkładam je do kieszeni i jadę do sklepu po makaron, śmietanę i wino. Półsłodkie, białe.
Jej ulubione.

***

Właśnie odcedzam makaron, kiedy rozbrzmiewa dzwonek do drzwi. Krzyczę, że otwarte, ale zanim mój głos przebrzmiewa, Sasza już zdejmuje buty w przedpokoju. Odstawiam durszlak i wychodzę z kuchni, akurat wtedy, gdy odwiesza na haczyk swój płaszcz.
Ma na sobie jasnoniebieską koszulę, której parę górnych guzików jest odpięte oraz dżinsową spódniczkę. Gruby warkocz odrzuca na plecy i uśmiecha się do mnie swoim krwistoczerwonym uśmiechem, tak samo pewna siebie, jak zawsze.
Wciąż używa tej samej szminki, zauważam mimowolnie.
- Cudownie pachnie. - Uśmiecha się lekko, stawiając swoją walizkę koło kanapy. - Pomóc ci w czymś?
- Nie trzeba, umyj ręce i możemy siadać do stołu. - Sasza znika w łazience, a ja zanoszę na stół ostatnie rzeczy i otwieram butelkę wina.
Woda cicho szumi, kiedy tępym wzrokiem wpatruję się w porzucone w przedpokoju szpilki i torebkę przewieszoną przez oparcie krzesła. Kiedy ich właścicielka podchodzi do stołu, wyrywam się z letargu i proponuję jej wino, po czym nakładam makaron i sos na oba talerze.
- Postarałeś się, Misza. - Zerka na mnie znad widelca, uważnie lustrując wzrokiem.
Nic nie odpowiadam na te słowa, dyskretnie obserwując jej twarz. Próbuję wyczytać z niej, w jakim celu przyjechała, w jakim jest nastroju. Nie chcę jej ciągnąć za język, ale wiem, że jeśli nie zapytam, sama mi tego nie powie. Nawet jeśli przyjechała porozmawiać, wyjaśnić... Nie zacznie, póki nie zapytam.
Taka już jest. To ona zawsze dyktuje warunki. Bez względu na okoliczności.
- Skąd wracasz? - pytam w końcu, uznając to za względnie bezpieczny temat.
Po czym okazuje się, że gorzej wybrać nie mogłem.
- Z Austrii. - Sasza zagryza dolną wargę, po czym upija łyk wina i podnosi na mnie wzrok. - Miałam operację w klinice w Linz - dodaje, zapewne dostrzegając moje zaciśnięte szczęki.
- Więzadła? - pytam domyślnie.
Potakuje krótkim skinieniem. Bierze jeszcze jeden łyk wina i przez chwilę przetrzymuje je w ustach, jakby zastanawiając się, czy połknąć trunek. Decyduje się na to, jednak nie przełyka kolejnych słów, które dla mnie są niczym pociski:
- Wpadłam tam na Hayboecka.
Uważnie obserwuje moją twarz, jakby bała się mojej reakcji. A ja z zaskoczeniem stwierdzam, że... jest mi to właściwie obojętne. Moja pierwsza reakcja była wygórowana, skrzywiłem się chyba jedynie z przyzwyczajenia. Teraz natomiast nie wywołuje to u mnie żadnych emocji. Ot, chyba przyzwyczaiłem się, że Hayboeck już zawsze będzie mi się plątał po życiorysie. A konkretnie po życiorysie Saszy.
Czym jest naprawdę to coś między nimi?
- Nie wiem. - Sasza wzrusza ramionami, a ja uświadamiam sobie, że ostatnie słowa powiedziałem na głos. - Tak samo, jak nadal nie wiem, czym jest to uczucie między nami, Misza. - Spogląda na mnie smutno, a ja zauważam, że się zmieniła.
Już nie jest taka... chłodna, wyrafinowana. Jest jakby... delikatniejsza. Łagodna, jakby coś, lub ktoś, wygładziło jej ostre, jak brzytwa krawędzie, na których można było się nieźle przeciąć. Niejednego delikwenta potrafiła poszatkować samym spojrzeniem. Teraz w jej oczach widać zagubienie.
- Co się tam wydarzyło, Sasza? - pytam łagodnie.
Kobieta składa sztućce i zaplata dłonie, opierając je na kolanach. Wpatruje się w nie, szukając odpowiednich słów. A może sama nie wie, czy są w ogóle takie słowa, którymi dałoby się opisać tę sytuację.
- Zepsułam Hayboecka - mówi w końcu. - Stworzyłam potwora... - śmieje się chrapliwie na te słowa. - A on zepsuł mnie. Zmiękczył mnie, Misza. Jak woda gąbkę. Jak Calgon pralkę. Jak... - Zagryza wargę i przenosi wzrok na księżyc za oknem. - Minęły dwa lata odkąd zaciągnęłam go do łóżka, licząc na przyjemną noc. Ot tak, po prostu. Bo miałam taki kaprys.
- Często miewałaś takie kaprysy - zauważam mimowolnie.
- A tobie nigdy to nie przeszkadzało - odpowiada.
- Przeszkadzało. - Kręcę głową. - Ale wiedziałem, że nie ma sensu zmieniać twojego toku myślenia. Nie zaliczasz się do ludzi, którzy liczą się z opinią innych.
Sasza była jak żywioł - dążyła do celu po trupach i nikt nie był w stanie odmienić jej wizji, zmusić do zmiany zdania. Jeśli czegoś chciała - dostawała to. Nie było od tej reguły żadnych odstępstw.
- A potem weszłam raz jeszcze do tej samej rzeki - mówi dalej, ignorując moje słowa. - Jak nigdy tego nie robię, to tym razem chciałam powtórki. Potrzebowałam jej, bo nigdy z nikim nie było mi tak dobrze, jak z nim. Nikt nie potrafił w taki sposób zająć się moim ciałem, odkryć połączeń nerwowych, których sama nie znałam.
Patrzę, jak zaciska dłonie na to wspomnienie. Jestem w stanie wyobrazić sobie te dłonie zaciskające się na prześcieradle, na oparciu łóżka, drapiące po klatce piersiowej, zostawiające zaognione ślady na skórze. Widzę to wszystko, jak na dłoni.
To wszystko, czego nigdy, z jakiegoś powodu, nie umiałem jej dać.
To było jedyne, czego nie mogłem jej dać.
Ale to wystarczyło, by nasze drogi się rozeszły. To wystarczyło, by nie była ze mną szczęśliwa. A ja... A ja nie chciałem trzymać jej w klatce moich uczuć.
- Co się stało w Linz? - pytam, bo Sasza milczy. Milczy w ten znany mi sposób, który oznacza, że nie ruszy dalej bez zachęty. Chce dawkować informacje, chce, bym o nie prosił, błagał.
A może po prostu boi się sama z siebie sięgnąć do tych wspomnień.
Kobieta wstaje i podchodzi do okna. Ja również podnoszę się z krzesła i staję dwa kroki za nią. Obserwuje deszcz spływający po oknie, nawet nie zauważyłem, kiedy zaczęło padać.
- W Linz... - Sasza zagryza wargę i wbija wzrok w okno. - W Linz zrozumiałam, że żaden z was nie da mi tego, czego potrzebuję. Było nam dobrze ze sobą z Hayboeckiem - dodaje z westchnieniem po chwili milczenia. - Miło, zmysłowo, ekscytująco. Okazał się całkiem sympatycznym gościem, naprawdę. - Uśmiecha się nieco kpiąco i zerka na mnie przez ramię. 
- Ale...? - szepczę, opierając dłonie o parapet, tak że zamykam ją w pułapce ze swoich ramion. A raczej zamknąłbym ją, gdyby Sasza dała się komukolwiek w jakikolwiek sposób poskromić.
- Ale nie był tobą, Misza. - Odwraca się i ledwie sekundę waha się, nim staje na palcach i ostrożnie całuje mnie w kącik ust. - Uświadomiłam sobie, że muszę wybrać, co jest dla mnie ważniejsze - szepcze, biorąc moją twarz w dłonie. Jej ciepły oddech wywołuje dreszcz w dole moich pleców. - Pożądanie, czy też... miłość? - Wplata palce w moje włosy, a ja czuję, jak dreszcz zmienia się w ciepło rozlewające się po całym moim ciele.
- I co wybrałaś? - pytam głosem niewiele głośniejszym od szeptu.
- Nie lubię, gdy ktoś stawia mi ultimatum. - Sasza mruży oczy o swojemu. W ten drapieżny i jakże pociągający sposób.
Kiedyś dziwiłem się, jakim sposobem mężczyźni tak łatwo poddawali się jej woli, mimo iż wiedzieli, że nie mogą liczyć tak naprawdę na nic. To Sasza dyktowała warunki, a oni bez mrugnięcia okiem się na nie zgadzali.
Kiedyś tego nie rozumiałem. Ale teraz chyba już rozumiem. Jednak w przeciwieństwie do nich, ja nie mam zamiaru się zadowalać byle czym. Potrzebuję jej w całości. Nie ma we mnie zgody na żadne półśrodki.
Nie, już nigdy więcej.
- Nie lubię, gdy stawia mi się ultimatum - powtarza Sasza, przesuwając palcem po mojej szczęce. - Nawet, gdy czyni to samo życie. Pomyślałam, że... mogę mieć i jedno, i drugie. - Przygryza wargę, a ja unoszę wysoko brew.
- Jeśli sądzisz, że zgodzę się na otwarty związek z Hayboeckiem w pakiecie, to...
Sasza śmieje się gardłowo, odchylając głowę do tyłu, po czym wtula się nagle we mnie i całuje mnie w zagłębienie szyi. Jeśli sądzi, że to mnie udobrucha to...
No cóż, to ma rację.
- Głuptas z ciebie - odpowiada. - To by było absolutnie bez sensu. Mówi się, że nie da się złapać wszystkich srok za ogon, ale... Ale ja nigdy nie lubiłam ludowych mądrości - mówi z charakterystycznym dla siebie błyskiem w oku. - Z Michim nigdy nie będzie mnie łączyło to, co z tobą, Misza. - Zaplata mi ręce na szyi i opiera się czołem o moje czoło. - Ale może zadziała to w drugą stronę, co? - Szepcze zmysłowo.
- Co masz na myśli? - pytam, czując ją wyraźnie. Wszystkimi zmysłami. Czuję jej zapach, na ustach czuję smak jej ust, moja skóra szczelnie styka się z jej. Słyszę bicie jej serca. Oddech. Krew pulsującą w żyłach.
Jest tak blisko i tak wyraźnie, jak nigdy dotąd.
- Myślę, że jest parę rzeczy... Parę rzeczy, których mogłabym cię nauczyć. Wiesz... - Mruży oczy. - Taka... instrukcja obsługi.
Patrzę jej prosto w oczy, chwilę analizując jej słowa. Kochałem ją. Kocham ją od dawna. Ale chyba nigdy wcześniej mnie tak nie pociągała, nie w takim stopniu. Być może musiałem do tego dojrzeć, może musiałem zatęsknić. Może potrzeba nam było nawet tego całego Hayboecka żebyśmy oboje to zrozumieli.
Jeśli więc ona potrafi wywołać we mnie takie odczucia... To czemu ja, z jej drobną pomocą, miałbym sobie z tym poradzić?
- Naucz mnie - odpowiadam niskim głosem, całując ją. Najpierw ostrożnie, a potem za jej niewerbalnym ponagleniem, mocniej, głębiej. I gwałtowniej. - Naucz mnie - powtarzam.
- Więc chodź. - Odsuwa się ode mnie, tworząc między nami przestrzeń. Zbyt rozległą, a jednak wypełnioną czymś, czego nie potrafię nazwać. Mam wrażenie, że powietrze między nami skrzy się.
Sasza bierze mnie za rękę i bez dalszej zwłoki prowadzi mnie do mojej własnej sypialni.
A ja uświadamiam sobie, że może to wcale nie tak, że nie potrafiłem jej czegoś dać. Może po prostu bałem się tego. Bałem się być jednym z wielu, podczas gdy na innych poziomach łączyło nas z Saszą coś zupełnie unikatowego.
Nikt jednak nie powiedział, że jedno wyklucza drugie, prawda?

***

Kieruje moimi dłońmi, prowadzi mnie sobie tylko znanymi szlakami. Uczę się jej. Centymetr po centymetrze. Pocałunek za pocałunkiem. Oddech za oddechem. 
A każdy kolejny jest głębszy, gwałtowniejszy, bardziej pośpieszny. Nasze ruchy stają się coraz bardziej niecierpliwe, by odkryć więcej. Mocniej. Głębiej.
Dokładniej.
Daleko nam do ideału, to fakt. Ale zależy nam na sobie, więc będziemy próbować. Te próby wszak ciężko zaliczyć na poczet nieprzyjemnych.
- Połóż się - szepcze mi Sasza do ucha, zębami przytrzymując jego płatek.
Popycha mnie lekko na plecy na łóżko. Unoszę się na łokciach i w ciemności panującej w sypialni próbuję dostrzec zarys jej sylwetki. Bardziej słyszę, niż czuję materiał zsuwający się z jej ciała na dywan, cichy szelest ostatnich opadających ubrań. Zasłon. Murów.
Materac lekko skrzypi i ugina się pod jej ciężarem, gdy wsuwa się na miejsce obok mnie. Czuję żar bijący z jej nagiego ciała, którym przylega do mnie ostrożnie, jakby nie chcąc być zbyt natrętną.
Hayboeck naprawdę ją zmiękczył, myślę, ale prędko odsuwam tę myśl od siebie. Nie wpuszczę nigdy tego Austriaka do mojej sypialni.
Przesuwa chłodną dłonią po mojej piersi - od mostka aż po pępek, powodując krótki dreszcz. Zatrzymuje się, lekko błądząc na linii bokserek, a ja wiem, że czas na mój ruch. Za dobrą monetę biorę, że nie musi niczego mówić, nie musi nic mi podpowiadać. W jakiś sposób wiem, czego ode mnie oczekuje.
Może te pół roku rozłąki nauczyło mnie jej słuchać? Odczytywać mowę jej ciała? Może wcześniej znałem ją tak dobrze, że aż za dobrze?
Teraz muszę nauczyć się jej od nowa. Muszę nauczyć się jej z uwzględnieniem tych sfer, do których wcześniej nie miałem dostępu.
Całuję ją lekko - najpierw w usta, potem w szczękę i szyję. W obojczyk.
I między piersiami.
Prowadzi moją dłoń, przesuwa swoimi palcami po moim kręgosłupie, jakby namawiając mnie do odwzorowania tego ruchu. Podążam za jej dyskretnymi wskazówkami coraz niżej i niżej. Czuję, jak jej klatka piersiowa unosi się w coraz głębszych oddechach.
Przesuwam palcem wskazującym wzdłuż pachwiny, powodując lekkie, lecz nagłe napięcie w całym jej ciele.
- Dobrze - chwali mnie z lekkim uśmiechem w kąciku swoich krwistoczerwonych ust, po czym nagle przetacza się i siada na mnie okrakiem i nachyla się do mnie, osłaniając nasze twarze kotarą swoich jasnych włosów. - Coś się zmieniło, Misza - szepcze, muskając wargami moją twarz, mocniej zaciskając uda na moich biodrach.
- Oboje się zmieniliśmy, Sasza - odpowiadam zgodnie z prawdą, przesuwając dłońmi wzdłuż jej boków, na biodra, a potem na pośladki i ściskam je lekko. - Dojrzeliśmy do siebie.
W odpowiedzi jeszcze mocniej zaciska uda na moich biodrach, a dłonie na moich ramionach.
Po czym nagle zsuwa się ze mnie, bez ostrzeżenia.
- Chodź - mówi, kiwając na mnie palcem. - Chcę cię zobaczyć w całości - dodaje, a po ledwie zauważalnym w mroku pokoju ruchu poznaję, że ściąga bieliznę. 
Sekundę później, od tyłu oświetla ją światło z łazienki. Ona widzi mnie doskonale, ja - zaledwie jej zarys. Światło perfekcyjnie uwydatnia jej sylwetkę, poza, którą przyjmuje jest zresztą zapewne tak dobrana, by eksponować ją jak najlepiej. Co lepsze, wiem, że Sasza robi to całkowicie nieświadomie.
Podnoszę się z łóżka i podchodzę do niej powoli. Przesuwa dłońmi po moim ciele i przyciąga do siebie jeszcze bliżej, ciągnąc za gumkę bokserek. Nachylam się i zaczynam znaczyć pocałunkami całe jej ciało. Sasza odchyla głowę do tyłu, jakby ułatwiając mi zadanie, a jej dłonie błądzące po moich plecach są idealną informacją zwrotną. To jak gra w "ciepło-zimno" - jej dotyk kieruje mnie tam, gdzie mam szansę sprawić jej największą przyjemność. 
Instruujemy się nawzajem, czy to dotykiem, czy też zadowolonymi westchnieniami, gubiąc ostatnie zahamowania, ostatnie bariery. Moje usta i dłonie badają każdy centymetr jej ciała, zapuszczam się dalej i głębiej, podążając ścieżką jej przyśpieszonych oddechów. Poddaje się mojemu dotykowi, oddaje kontrolę.
Ale to ona ma i tak ostatnie słowo.
- Chodź - powtarza, ponownie układając się na skołtunionej wcześniej przez nas pościeli.
Czuję żar buchający z jej ciała, gdy przyklękam i całuję wewnętrzną stronę jej kolana. Widzę, jak pracują jej mięśnie brzucha, gdy posuwam się coraz wyżej, jak zagryza wargę, gdy całuję ją biodro, błądząc dłonią po drugim udzie. Coraz bliżej i bliżej.
- Chodź - powtarza chrapliwie, nie pozostawiając miejsca na wątpliwości, co do kontekstu tego przyzwolenia.
A ja korzystam z niego skwapliwie choć bez pośpiechu.
- Nie śpiesz się - szepcze mi do ucha, unosząc się na łokciach i przyciąga mnie jeszcze bliżej siebie, o ile to w ogóle możliwe. W końcu nie ma już nic, co by nas dzieliło. Nic, co ułatwiałoby stwierdzenie, gdzie kończy się jeden byt, a gdzie zaczyna drugi.
Obserwuję, jak zaciska palce na pościeli, jak jej pierś unosi się w głęboki oddechu. Ściska mnie udami ponaglająco, jakby chciała poczuć mnie jeszcze bardziej.
Przenikamy się nawzajem, wśród przyśpieszonych oddechów i krwi buzujących w żyłach. Dajemy sobie wzajemnie to, czego dotąd nie potrafiliśmy wspólnie osiągnąć. 
Jak widać, potrzebowaliśmy tylko odrobiny treningu. I nieco czasu.
Zatraceni w nauce nie zauważamy upływu czasu, świt zastaje więc nas nagle. Sasza wtula się we mnie i mruży oczy w słońcu wpadającym przez szparę pomiędzy roletami.
- Misza... - szepcze zmysłowo mi do ucha.
- No? - pytam, ciekaw, co tym razem wymyśli. Nie ukrywam, z nią nie da się nudzić. W żadnej kwestii.
- Idź zgaś światło w łazience - odpowiada z zadziornym uśmiechem i przewraca się na plecy, a ja wstaję, by wykonać jej polecenie. 
Czuję, jak mnie obserwuje. Pstrykam kontakt, opieram się o ścianę i spoglądam na nią z drugiego końca pokoju.
- Zrobiłaś to tylko po to, by pogapić się na moje pośladki, prawda? - pytam domyślnie.
Sasza zagryza wargę, a ja zauważam, że szminka już dawno powinna jej się rozmazać. Hm, chyba nie bez powodu od zawsze wydawała majątek na kosmetyki.
- Ten widok też jest niczego sobie - odpowiada zadziornie, mrużąc oczy.
- I vice versa. - Nie pozostaję je dłużny, a ona w odpowiedzi zachęcająco odwodzi nieco nogę. - Ale nieco zgłodniałem - dodaję przekornie.
Podnosi się do siadu i zakłada nogę na nogę, jednak wspiera się na opartych z tyłu rękach, eksponując swoje jędrne piersi. 
- Nadal przegrywasz z jedzeniem - informuję ją nieco złośliwie, zastanawiając się, co też ona najlepszego ze mną zrobiła.
Myślę, że Sasza tak po prostu działała na ludzi. Na facetów. Ja nie jestem wyjątkiem.
Choć pod innymi względami jestem wyjątkowy. A przynajmniej taką mam nadzieję.
- W sumie masz rację - odpowiada i wstaje. - Zróbmy śniadanie - zgadza się, otwierając drzwi od sypialni i boso kieruje się do kuchni.
Po tym, jak szuka czegoś, nachylając się do najniższej półki w zamrażarce poznaję, że nie zgodziła się tak łatwo bez powodu. Ma plan.
Jak zwykle.
- Sasza? - pytam, opierając się o szafkę i obserwuję, jak krząta się po pomieszczeniu. - Myślisz... myślisz, że nam się uda? - kończę nieco niepewnie.
Odrywa wzrok od czytanej właśnie etykiety jakiegoś sera i zerka na mnie z ukosa. Jej nagość na środku oświetlonej kuchni jest tak nierealna, a jednak tak bardzo prawdziwa.
- Misza, kochanie - odpowiada miękko - już nam się udało.
Podchodzi do mnie i zaplata ręce na moim karku, po czym całuje delikatnie.
- Ale, bardzo cię proszę, nie próbuj mi się oświadczać, dobrze? - prosi. - To naprawdę nie są moje klimaty.
- Chcę cię mieć na wyłączność - odpowiadam, być może nieco egoistycznie, a być może nieco zapobiegawczo.
- I masz - obiecuje. - Na zawsze.
Potakuję, a Sasza wtula głowę w moje ramię.
Ja jednak muszę zadać to pytanie.
- A co z Hayboeckiem?
Sasza odsuwa się ode mnie i wraca do przygotowywania śniadanie.
- Zjedzmy. A potem pokaże ci jeszcze kilka... sztuczek. - Mruży zalotnie oczy, jakby moje pytanie w ogóle nie padło.
- Sasza, mówię poważnie. Nie chcę, by nagle... pojawił się między nami. Znowu - dodaję gorzko.
Sasza wzdycha ciężko i z lekkim ociąganiem odwraca się do mnie.
- Hayboeck to przeszłość i on sam dobrze o tym wie. Powiedziałam mu to już w Linz... Że nie zależnie, czy uda mi się z tobą, Misza, na pewno nie uda mi się z nim. Choć, jak mówiłam, całkiem miły z niego facet. - Wzrusza ramionami. - Postawiłam sprawę jasno.
- Jesteś pewna, że nie będzie liczył na jakieś... friends with benefits? - pytam ostrożnie.
- W jego przypadku to było sex with benefits - prycha Sasza. - Ucięłam tę relację, możesz być spokojny.
- Co on na to? - Może nie powinienem drążyć tematu, ale to robię. Chcę mieć pewność, że jesteśmy już na prostej razem z Saszą.
Gdyby parę lat temu ktoś mi powiedział, że będę w takiej sytuacji z moją nieco rozwiązłą przyjaciółką z dzieciństwa, to bym nie uwierzył. A jednak.
- Michi... - Sasza wydyma usta. - Zrozumiał.
- Po prostu?
- Po prostu. Dobrze wiesz, że to wszystko zawdzięczamy tak naprawdę jemu - odpowiada. - To nie była miłość, tamto między nami. Ale pomogło mi to ją znaleźć. I zawsze będę mu za to wdzięczna.
Nic nie odpowiadam na te słowa, tylko podchodzę do niej i mocno całuję. Sasza zaplata mi ręce na karku i oddaje pocałunek, mnie jednak to nie wystarcza.
Stworzyła potwora. Naprawdę jest w tym dobra.
- Mieliśmy jeść śniadanie - zauważa między pocałunkami.
- Chrzanić śniadanie - odpowiadam, sadzając ją na blacie. - Uważaj na nóż.
- Nie można karmić się miłością, jakby romantycznie to nie brzmiało! - protestuje, ale coraz słabiej, podczas gdy ja schodzę pocałunkami coraz niżej, przezornie zrzucając wszystko z blatu do zlewu.
- Najwyżej umrzemy z głodu - odpowiadam niefrasobliwie i nie mówię już nic więcej.
Sasza też nic nie mówi. 
W tej chwili nie mamy sobie już nic więcej do powiedzenia.

***

Kilka tygodni później na komodzie znajduję otwartą kopertę zaadresowaną do Saszy. Obok leży list, bez wątpienia skreślony jej ręką.

Hayboeck,
pewnie domyśliłeś się sam, że znaleźliśmy z Miszą ten kawałek układanki, którego nam brakowało. Jestem ci winna przeprosiny za rozbudzenie w tobie pożądania, któremu nie pozwoliłam Ci dać ujścia, mimo iż bardzo się staraliśmy. Ale przede wszystkim muszę ci podziękować, bo choć to, co nas łączyło nie miało nic wspólnego z miłością, to dzięki temu udało mi się ją znaleźć.
Dziękuję i przepraszam,
Sasza

Na odwrocie kartki jest tylko kilka słów.

Nie masz za co przepraszać. Niczego nie żałuję i niczego nie żądam. Oboje tego potrzebowaliśmy. 
Szczęścia,
Michi
PS: Uważajcie na łokcie w wannach.
M.

- Mówiłam ci. - Sasza pojawia się się moimi plecami jak duch. - Jakimś cudem udało mi się zasłużyć na happy end, Misza.
- Zasłużyć? - Unoszę wysoko brwi. - Przecież ty zawsze dostajesz to, czego chcesz.
- Na tę jedną rzecz musiałam jednak trochę zapracować - odpowiada i całuje mnie w policzek. - Ale opłaciło mi się.
- I to jak - zgadzam się z nią.
Bo na prawdziwą miłość warto czekać. Nawet jeśli idzie do nas najbardziej okrężną z możliwych dróg. 
Obejmuję Saszę ramieniem i raz jeszcze przebiegam list wzrokiem. Jednej rzeczy tylko nie rozumiem.
- Sasza? O co chodziło mu z tymi łokciami? - pytam.
Kobieta uśmiecha się szelmowsko.
- Chodź do łazienki, to ci pokażę.

__________
Tego bonusa miało nie być. Ale skoro już Michaił wyszedł tu taki poszkodowany, to postanowiłam go "wykończyć" do końca. Nie jestem pewna czy takiego zakończenia oczekiwaliście. Chyba większość jednak kibicowała Michiemu, nie? Może jednak zakończenie otwarte było lepsze, trzeba wiedzieć, kiedy zejść ze sceny.
Może więc nie powinnam, ale dręczył mnie, więc napisałam. Oto i on.
...męczył mnie od bardzo dawna swoją drogą, bo poprzedni bonus powstał ze trzy lata temu (niemal dokładnie!), ale skoro już zaczęłam, to postanowiłam skończyć i zostawić Saszę w spokoju. Ktoś tam się dopominał, więc macie. A co Wam będę żałować, nie?
Co powstanie następne? Nie mam bladego pojęcia!
PS: Wiem, formatowanie się rozjechało, przepraszam :<

[Wszelka zbieżność nazwisk, imion i podobizn jest (nie)przypadkowa. Nie zmienia to faktu, że przedstawione tu osoby nie mają ŻADNEGO odzwierciedlenia w rzeczywistości i nie należy ich w żaden sposób utożsamiać z prawdziwymi osobami]

wtorek, 13 sierpnia 2019

Sen nocy zimowej

Jeśli chodzi o tę historię, to mam mieszane uczucia. Lubię do niej czasem wracać, ale napsuła mi nieco krwi. I męczy mnie, bo z jednej strony kusi mnie, by jednak ją "odzakończyć" i dokończyć, ale z drugiej strony wiem, że nie ma na to szans.
Bo nie. I kropka.

No dobra, od początku, bo błądzę.
Był sobie sezon 2016/17. Bardzo memiczny i śmieszkowy. DOMENator, #paprykateam, klątwa kociej piątki i te sprawy. Pamiętacie? Pewnie, że pamiętacie! No chyba, że nie oglądacie skoków, to nie pamiętacie.
Było śmieszkowo, więc postanowiłam to wykrzywić jeszcze w krzywym zwierciadle. I przedstawić w formie dramatu. Sztuki, znaczy się. Jeszcze wepchnąć tam moje pisarskie alter ego jako bohaterkę-narratora, autorem całego tego ambarasu uczynić Waltera Hofera i ogółem zabawa z formą i treścią.

Fantastycznie. 
Problem był jednak zasadniczy taki, że preparowanie postów (a czyniłam to na Wattpadzie, dopiero potem przeniosłam się na Blogspot) było skomplikowane ze względu na mnogość formatowania oraz długość notek, a co za tym idzie bardzo czasochłonne.
A ja czasu za bardzo nie  posiadałam naonczas.
Ponadto - starałam się wiernie trzymać rzeczywistych wydarzeń, a nie zawsze oglądałam konkursy i musiałam potem przekopywać się przez archiwum skijumping.pl (#kryptoreklamamocno), memy na twitterze i ogółem zżerało to jeszcze więcej czasu. Stąd wynikały poślizgi. Na tyle intensywne, że wciąż byłam na Turnieju Czterech Skoczni, gdy dotarliśmy do Planicy. 

I tutaj się poddałam. Sezon dawno się skończył, ja już nie pamiętałam, co się w ogóle działo, projekt powisiał trochę w internecie (a nawet próbowałam go reanimować, wrzucając na Blogspot, ale się nie udało) i ostatnio postanowiłam go oficjalnie zakończyć, żeby nikomu nadziei nie robić.
A na pierwszym miejscu, nie robić jej sobie, bo chodzą mi po głowie pomysły, by przeskoczyć płynnie do aktualnego sezonu, ale sensu to nie ma żadnego, podobnie jak zaczynanie całkiem od początku obecnym (nadchodzącym) sezonie.

Nie, nie wchodźmy drugi raz do tej samej rzeki. Raz wystarczy.
Zatem - uprzedzając pytania - ciągu dalszego nie będzie. Wierzcie mi, ja również żałuję, bo śmieszki wyszły mi nawet całkiem śmieszkowe, co mnie niesamowicie zadziwia. Miało to potencjał, ale wykonania brakło.
Reklamuję jednak, bo to, co jest, jest warte uwagi. Tak mi się przynajmniej wydaje...




Tytuł: Sen nocy zimowej
oraz
Bohaterowie: skoczkowie narciarscy wszelkich maści oraz inne osoby związane ze skokami
Czas akcji: sezon 2016/17
Czas trwania: listopad 2016 - grudzień 2018
Status: zakończone (przedwcześnie)
Liczba rozdziałów:  5 + prolog+"epilog" 
Opis: 
Wiecie, co Wam powiem? Kiedy następnym razem Hofer poprosi mnie o jakaś przysługę, to od razu pójdę się rzucić z Letalnicy.
Będzie szybciej i prościej.
I mniej boleśnie.
Sezon 2016/17 widziany zezowatym okiem Waltiego "Szekspira" Hofera.
2/10, nie polecam.



Z dodatkowych informacji:
Notek informacyjnych dużo mi nie zostało, ale będą się pojawiać, bo chcę się z nimi porządnie ogarnąć. Ale teraz się wezmę za kończenie innych rzeczy, które podobnie jak i Sen nocy zimowej, tego zakończenia ostatecznego potrzebują. O.
Porządek musi być, a co!

poniedziałek, 12 sierpnia 2019

Koreański survival


...czyli nigdy nie ufaj skośnookiemu kierowcy autobusu, jak głosi podtytuł. 

Jest to opowiadanie o tyle ciekawe, że powstało bardzo szybko, bardzo spontanicznie i jako pierwsze powstało tylko i wyłącznie na Wattpadzie (od tego się zaczęło, ech). Ponadto zgromadziło całkiem sporą publikę, co osobiście mnie zaskoczyło. Ale, nawet teraz mnie śmieszy, więc nie może być takie złe. Tym razem oberwało się Kubackiemu, ale sam się o to prosił.

Bo, geneza tego opowiadania ma swoje początki (oraz koniec także) na Igrzyskach w PjongChang. A konkretnie na konkursie drużynowym w skokach narciarskich. A właściwie podczas jego zakończenia. A jeszcze konkretniej... Na instastory Dawida Kubackiego z tamtego dnia, z którego dowiedzieliśmy się, że zostali porzuceni na skoczni, bo zwiał im ostatni bus i nie wiadomo, czy uda im się dotrzeć do hotelu.
Na Twitterze się trochę pośmieszkowało z tego filmiku, ja palnęłam, że to materiał na niezłego oneshota jest i...
I spontanicznie postanowiłam go napisać. 
Ktokolwiek zaskoczony? Bo ja nie.

Wyszedł trochę za długi na oneshota (choć jest krótszy od Saszy, która jest w historyjkach, a nie historiach, więc nie wiem, co tutaj się właściwie stało :O), więc został okrzyknięty historią w tagach i w zakładkach. Gdzie sens, gdzie logika, nie wiem, ale niech będzie.
Zamieszczam screeny dowodzące tego, że to nie moja wina, że coś takiego powstało. Uwinęłam się w niecałe dwa dni, co jest... godne podziwu. Nieźle, jak na mnie, nie?



Dobra, informacje, coby Was nie zanudzić :P




Tytuł: Koreański survival
Bohaterowie: Dawid Kubacki, Stefan Hula, Maciej Kot, Kamil Stoch, Stefan Horngacher
Czas akcji: 19-20.02.2018
Czas trwania: 19-21.02.2018
Status: zakończone
Liczba rozdziałów:  14
Opis: 
No i jesteśmy medalistami olimpijskimi. Hura, czy coś.
W sumie to otworzylibyśmy szampana, ale... tak jakby utknęliśmy na skoczni. Sami. W ciemności.
I nie mamy się jak stąd wydostać.
Czy uda nam się przetrwać do rana? Oto jest pytanie!



Z dodatkowych informacji:
Zaraz ląduje na pokładzie jeszcze Sen nocy zimowej, a potem się biorę za extra bonus do Saszy. I za Księżniczki.

czwartek, 8 sierpnia 2019

Lęk pierwotny


Jestem zmuszona ostrzec Was, że poniższe opowiadanie zawiera treści nieodpowiednie dla osób młodocianych (rekomenduję 18+), głównie przemoc (brutalną przemoc) oraz elementy o podtekście erotycznym.
Skąd mi się ten pomysł wziął, nie wiem, nie sądźcie mnie zbyt surowo.
Tych, co się nie boją - zapraszam serdecznie. A reszta musi trochę poczekać na... extra bonus do Saszy.
Dostępne także na Wattpadzie.
_________

- Dlaczego to robisz? - spytał, spluwając krwią na podłogę.
Przekrzywiłam głowę, przyglądając się z uwagą plwocinie. Było więcej śliny, niż krwi.
Jeszcze raz. Poprawka.
Wymierzyłam mu kolejny cios w szczękę, tak że głowa aż odskoczyła mu do tyłu. Charknął, zakrztusił się i splunął.
W kałuży krwi zabielił się ząb. Jedyneczka, ładnie.
- Dlaczego? - powtórzył, lekko sepleniąc. Dziwnie się mówi bez przedniego zęba.
- Bo mam taką fanaberię - zaszczyciłam go lakoniczną odpowiedzią.
Taka była prawda. Biłam go, bo mogłam go bić. Bo sprawiało mi to przyjemność. Bo mi się nudziło.
Bo tak.
- Mam ci dać pieniądze? Dom? Samochód? Tajne informacje, których przecież nie posiadam?
Spojrzałam z politowaniem na mężczyznę siedzącego przede mną. Patrzyłam na niego z góry. Skazany był na moją łaskę. Z kostkami przywiązanymi do nóg krzesła, z rękami skrępowani za oparciem. Nie dałam mu knebla, chciałam usłyszeć, jak krzyczy.
Lubiłam, gdy krzyczeli.
Zrobiłam dwa kroki do przodu i usiadłam okrakiem na jego kolanach z drapieżnym uśmiechem. Lewą rękę wplotłam w jego czarne, lśniące włosy. Był przystojnym mężczyzną przed trzydziestką, może nawet młodszy, o nienachalnej, ale zwracającej uwagę urodzie. Typ biznesmena, ale dobrze zbudowany. Tacy byli najzabawniejsi. Twardo stąpali po ziemi i uważali się za panów świata.
A tu niespodzianka.
- Nic od ciebie nie chcę, skarbeńku – odpowiedziałam słodko, paznokciem wskazującego palca przesuwając po jego policzku. Wyraźnie wyczułam fakturę jednodniowego zarostu, a po sobie zostawiłam delikatny czerwony ślad. Na tyle, by zapiekło, zaswędziało, ale nie zaczęło krwawić.
To za sekundkę.
- No… może poza twoim krzykiem. - Zagryzłam wargę pomalowaną krwistoczerwoną szminką. Zagryzłam ją aż do krwi.
Nazwa zobowiązuje, prawda?
- Krzykiem i odrobiną krwi… Taką większą odrobiną. - Zmrużyłam drapieżnie oczy i ujęłam jego twarz w dłonie. - Wycisnę z ciebie ostatnie tchnienie, a ty… - Wbiłam paznokcie w jego policzki, czując, jak jego kości policzkowe trzeszczą w stawach. - A ty będziesz błagał o więcej.
- Jesteś jakimś cholernym wampirem, czy jak?! - wykrztusił, gdy nachyliłam się, by zlizać krew z jego brody. Metaliczny smak zapiekł mnie w język, a podniecenie zabuzowało w żyłach.
Uwielbiałam ten moment, kiedy się orientowali.
No, poniekąd.
- Oj, głuptasku, wampiry nie istnieją – zaśmiałam się chrapliwie, przesuwając językiem po jego żuchwie, a następnie lekko ugryzłam w dolną wargę. - Ale schlebia mi to porównanie, naprawdę. - Podniosłam palcem wskazującym jego brodę do góry, a paznokieć lekko wbił się w jego ciało. Nie potrzebowałam noża, by rozciąć jego skórę. Była dla mnie cienka niczym pergamin.
A jakiż wspaniały dźwięk wydawała, rozdzierając się i barwiąc swoje brzegi szkarłatem.
Mhm… piękno w czystej postaci.
- Czego ode mnie chcesz? - wyjąkał, a ja poczułam smród jego strachu, który wypływał z niego wraz z zimnym potem. Zaciągnęłam się nim.
O taaak. Tego właśnie mi potrzeba.
- Niczego, poza twoim strachem – szepnęłam, nachylając się do jego ucha, wbijając paznokcie lewej dłoni w skórę na jego głowie. - Krzycz. Krzycz dla mnie.
Z gardła wydarł mu się jęk, a ja poczułam ciepłą krew plamiącą moje paznokcie. Drugą ręką przesunęłam w poprzek jego warg, po brodzie, szyi, aż na mostek i zatrzymałam na wysokości serca.
- Krzycz – powtórzyłam, wbijając paznokieć w skórę, pomiędzy jednym żebrem a drugim.
Jęknął.
- Krzycz – powtórzyłam raz jeszcze, bardziej zdecydowanie, a pod paznokciem pojawiła się kropla krwi. - Krzycz! - Krew popłynęła cienkim strumieniem, a z jego piersi wyrwał się okrzyk bólu.
Zaraz potem jednak zacisnął zęby, jakby robiąc mi na złość.
Oblizałam zakrwawiony palec i mlasnęłam z dezaprobatą.
- Za mało, oj, za mało… Musisz się bardziej postarać. - Pokręciłam głową i wstałam z jego kolan.
Był oporny. Lubiłam takich. Im bardziej musiałam się namęczyć, by wycisnąć z nich strach, tym większą miałam satysfakcję. Tym lepiej smakowały owoce mojej pracy.
Czyste, pierwotne przerażenie.
Im dłużej się opierali, tym bardziej potem się bali.
A przecież właśnie o to chodziło.
Czułam, jak dyszy ciężko, korzystając z mojej chwilowej nieobecności. Niepokój wypełniał całe pomieszczenie, strach skraplał się powoli na jego skórze. Powietrze gęstniało od pęczniejącej w nim trwogi.
Bał się, choć sam dobrze nie wiedział czego.
Może i dobrze. Bo gdyby wiedział, to byłby przerażony.
Niewiedza… Niewiedza powodowała lęk.
A lęk był o wiele bardziej… atrakcyjny.
Gdy wróciłam, sprawiał wrażenie opanowanego. Podobał mi się, naprawdę… Podnosił poprzeczkę wysoko. Ale to nie ja miałam potem przez nią skakać.
To on będzie tańczył tak, jak mu zagram. Skomlał na melodię, którą wymyślę. Jęczał w rytm mojego oddechu.
Krzyczał na moje wezwanie.
Będzie krzyczał do ostatniego tchu. Póki jego serce nie stanie, gdy wycisnę już z niego wszystko, czego potrzebuję. Gdy odda mi się cały.
Calusieńki.
- Nie boję się ciebie – oznajmił twardo. Podziwiam, głos mu nawet nie zadrżał. Powieka nie drgnęła. Pot nie skapnął ze skroni.
I może faktycznie się nie bał. Było to zaskakujące, ale nie niemożliwe. Byli tacy, co opierali się dłużej. Ale, jak mówiłam – im dłużej trzymał nerwy na wodzy, tym większą lawiną zalewały mnie, gdy już dopięłam swego.
A ja pławiłam się w ich strachu, otulałam krzykiem, delektowałam przerażeniem.
Chłonęłam to wszystko, co czyniło mnie silniejszą. Potężniejszą.
Żywiłam się strachem, lękiem i przerażeniem.
Sama byłam lękiem. W najbardziej dosłownym tego słowa znaczeniu.
Jakby od niechcenia przesunęłam palcem po jego gładkim, ale stosunkowo dobrze umięśnionym brzuchu. Skóra była blada, ot siedzący, biurowy tryb pracy.
Podobała mi się ta jego jasna karnacja. Ładnie kontrastowała z czarnymi włosami i ciemną oprawą brązowych oczu. Na tak jasnej skórze krew wydaje się jeszcze czerwieńsza. Jej kropelki układają się malowniczo…
Strach był spektaklem. Artystycznym arcydziełem, które malowałam raz za razem. Był wizją, którą roztaczałam przed ludźmi takimi jak on. Byli moim płótnem, moją sztalugą, moimi farbami.
Byli symfonią. Malowidłem. Opowieścią.
Strach i lęk wzniosłam do rangi sztuki. A ludzie byli idealnym materiałem twórczym.
Mój place wskazujący zatrzymał się na pasku spodni i zadrapał wrażliwą w tym miejscu skórę. Mężczyzna drgnął, mocno zaciskając szczęki, a ja zmrużyłam oczy.
Ból, czy podniecenie? Podniecenie, czy ból?
Często były jednym i tym samym.
Przycisnęłam paznokieć mocniej wyciskając z niego kroplę krwi. Przesunęłam centymetr w prawo i znów docisnęłam. I jeszcze raz. Kropla za kroplą na jego podbrzuszu powstawał tylko mnie wiadomy wzór. Kropla za kroplą. Jęk za jękiem. Uczta dla oczu. Muzyka dla uszu.
Mój własny, osobisty spektakl cierpienia.
- No dalej – zachęciłam go chrapliwym głosem. - Krzycz, skarbeńku.
- Nie – wydusił z siebie.
Hm.
Nagle, bez ostrzeżenia przeciągnęłam wszystkimi pięcioma paznokciami w poprzek jego klatki piersiowej, wydzierając z jego ust krzyk. Długi, wibrujący, wwiercający się w uszy. Krople krwi zaperliły się na zadrapaniach. Przyłożyłam palec do pierwszego i przeciągnęłam mocniej. W ślad za moim paznokciem zaczęła sączyć się strużka krwi.
Mężczyzna zacisnął mocno usta, aż stały się blade niczym papier.
Przeciągnęłam po drugim zadrapaniu.
Zduszony jęk wywołał na mojej twarzy koślawy uśmiech. O tak, powoli zbliżamy się do celu.
Trzecie nacięcie w końcu spowodowało krzyk choć stłamszony ostatkiem woli na najwyższym rejestrze. Jego echo nie przebrzmiało jeszcze do końca, a ja już pogłębiałam ślad po moim czwartym palcu. Przeciągły, chrapliwy jęk sprawił, że aż zadrżałam z rozkoszy.
Tak, o to właśnie chodzi. Więcej. Więcej.
Więcej, mój miły.
- Postaraj się – szepnęłam mu do ucha, nadgryzając jego płatek aż do krwi i przeciągnęłam paznokciem po ostatnim zadrapaniu, ukośnie przecinającym pierś i brzuch. Stróżka krwi stała się intensywniejsza, zaznaczone powyżej nacięcia krwawiły asynchronicznie tworząc na jego skórze mozaikę czerwonych plam, w której co wybitniejsi krytycy dopatrzyliby się harmonii cechującej największe arcydzieła.
Sztuka krwi i brutalności była najpiękniejszą formą artyzmu, jaki mogłam sobie wyobrazić.
Krew była moim ulubionym środkiem wyrazu. Krew okraszona krzykami i jękami. Czasem zabarwiona wielobarwnym sińcem…
O właśnie.
Kopniakiem w mostek przewróciłam go wraz z krzesłem na ziemię. Jego rozdzierający krzyk poprzedził trzask łamanej kości.
Ups.
Może nawet kilku kości. A mimo to, po tym pierwszym okrzyku, zamilkł, zagryzając policzki od środka aż do krwi. Byleby tylko nie dać mi satysfakcji…
Nie dać mi tego, czego pragnęłam.
Ale spokojnie – teraz też się dobrze bawiłam.
- Jesteś uroczy, próbując mi się opierać, wiesz? - zapytałam słodko, ściskając jego policzki w dłoni. Krwawiła w wielu miejscach, siniała to tu, to tam. Ale mnie nadal było za mało. - Ale ja nie lubię, gdy ktoś przeciąga strunę… zanadto.
Wyprostowałam się i oparłam stopę na jego mostku. Zaczęłam powoli dociskać. Oddychał ciężko przez nozdrza, coraz płycej, coraz szybciej, coraz bardziej rozpaczliwie, a ja dociskałam nogę coraz mocniej. W klatce piersiowej zaczął formować mu się jęk, który chwilę później przerodził się w krzyk, gdy wycisnęłam go z jego piersi.
- Doooooość…! - wył, a ja wciąż dociskałam but do jego mostka. Stawy trzeszczały, pękały chrząstkozrosty, żebra wyginały się niebezpiecznie w nienaturalnie ostre łuki. Niemal czułam, jak jego płuca pęcznieją, ściskane przez wzrastające w klatce ciśnienie. Jak serce przyśpiesza, jakby chcąc się wyrwać z przyciasnej piersi.
- Nie słyszę – zaśpiewałam słodko.
Pękło pierwsze żebro.
- Doooooość! - zawołał głośniej pomiędzy jednym spazmem a drugim.
- Słucham? - Pękło drugie żebro. - Wybacz, trzask łamanych kości cię zagłusza, misiaczku.
- DOŚĆ! - zawył, a ja odjęłam nogę z jego piersi, jak gdyby nigdy nic.
Rozkaszlał się spazmatycznie, gwałtownie łapiąc powietrze i plując krwią na swój brzuch. Mozaika zmieniła się w czerwono-czerwoną abstrakcję.
Ładne.
- O, jednak potrafisz krzyczeć. - Uśmiechnęłam się. - No dobrze, to zobaczmy, jak nam pójdzie, gdy zejdziemy niżej. - Dodałam z drapieżnym, może nawet nieco lubieżnym uśmiechem, po czym kopniakiem złamałam krzesło w pół, by mieć do niego lepszy dostęp.
Mężczyźnie byli o wiele lepszym materiałem dla mnie, od bardzo dawna nie gościłam u siebie żadnej kobiety. Mężczyźni zawsze zgrywali twardzieli, co czyniło tę zabawę o wiele przyjemniejszą i przewrotną.
Zgrywali twardzieli, dopóki ich męskość nie była zagrożona.
Czuły punkt. Każdy z nas go ma.
A u mężczyzny można go znaleźć bez żadnego problemu.
- Nie…
Zdaje się, że zorientował się do czego zmierzam, kiedy płynnym ruchem pozbawiłam go paska od spodni. Właściwie pasek był jak najbardziej na miejscu.
Ach, tyle możliwości. Tyle dróg do wyboru.
Tyle… różnych scenariuszy.
- Oj, tak. Ale, wiesz co? - Przekrzywiłam głowę, udając zastanowienie. - Dam ci wybór. Sam zadecydujesz, co będę robić.
- I tak zrobisz, co zechcesz. - Splunął krwią z pogardą, w akcie buńczucznej odwagi. Plwocina padła na moje buty.
- Widzę, że zaczynasz rozumieć… Ale będzie zabawniej, gdy będziesz wybierał mniejsze zło. Dla ciebie mniejsze zło, a dla mnie zabawa wciąż taka sama. - Strzeliłam z pasa. - Gotowy?
Nie odpowiedział.
Przeciągnęłam końcówką pasa po jego ciele. Od szyi aż po krocze.
- Pierś, czy…? - Strzeliłam z lekka pasem w pachwinę, chybiając o centymetry. Byli tacy, co już dawno mieli opróżnione pęcherze, ale ten szczęśliwie nie zaliczał się do tej grupy. Nie lubiłam tego skutku ubocznego bólu. I strachu.
- Pierś, czy…? - Strzeliłam mocniej. I bliżej. - Za trzecim razem pasek sięgnie celu, więc radzę ci odpowiedzieć.
- Pierś – wydusił przez zaciśnięte zęby.
Uśmiechnęłam się i odrzuciłam na bok pas. Siadłam okrakiem na jego udach, nachyliłam się nad jego brzuchem i przeciągnęłam językiem po skórze – od biodra, niemalże od pachwiny – po skosie przez pępek i sutek… który ugryzłam mocno.
Aż do krwi.
Jego krzyk zabrzmiał echem, powodując moją jeszcze większą ekscytację. Wyssałam krew sączącą się z rany, rozkoszując się słodkim smakiem przerażenia, którym była przesycona.
Musieli się bać. Strach musiał krążyć w ich żyłach, inaczej krew miała paskudny, żelazisty posmak.
A ja nie byłam pieprzonym wampirem.
...które zresztą są mitem.
- Dobrze. - Otarłam usta wierzchem dłoni i przesunęłam się wyżej. Specjalnie drażniłam go, choć nie bawiły mnie takie zabawy. Innych może tak. Robiłam to tylko dlatego, że gdy odczuwali przyjemność – odruch, nad którym nie mogli zapanować – zaczynali odczuwać względem siebie obrzydzenie. Pokrętna, pierwotna wersja syndromu sztokholmskiego.
A torturowanie ich psychiki było równie przyjemne, jak dręczenie ich w sposób cielesny.
A może nawet bardziej.
Jęk, który z siebie wydał potwierdził moją teorię – był czymś w połowie drogi między jękiem bólu i jękiem rozkoszy, okraszony stęknięciem z gatunku pogardy dla samego siebie i własnych, pierwotnych ludzkich popędów.
- Dobrze - powtórzyłam. - Runda druga: spodnie albo pierś. Ta druga – uściśliłam.
Dyszał ciężko, a ja mocniej ścisnęłam udami jego biodra, ponaglając go do odpowiedzi. Jego oddech jeszcze mocniej przyśpieszył.
- Podpowiem ci: druga będzie bardziej bolała od pierwszej – uprzedziłam go lojalnie.
- Pierś – wydusił ponownie, mocno zaciskają zęby.
- No weź. – Wywróciłam oczami. - Kiepski interes zrobiłeś, spodnie były białą kartą, nic byś na tym nie stracił… Ale teraz już za późno. - Przyłożyłam paznokieć do jego skóry tuż nad linią bokserek, tam gdzie skóra była najbardziej delikatna i docisnęłam.
Zdusił jęk, a ja pociągnęłam palec do góry tworząc krwawą linię krzyżującą się z tą, stworzoną przed chwilą moim językiem. Dotarłam do brodawki i otoczyłam ją palcem, podważając ją niczym kapsel na butelce piwa.
Krzyk rozdarł ciszę i trwał, i trwał, jeszcze długo po tym, jak odpadła od ciała i upadła na posadzkę z cichym plaśnięciem. Wsadziłam palec w ranę, trafiając paznokciem idealnie między żebra. Gdzieś pod nim czułam serce bijące tak szybko, że wydawało się iż drży.
- Dość, DOŚĆ! - próbował mnie powstrzymać. - Spodnie, spodnie, SPODNIE!
- Nic z tego, kochanieńki – odparłam, śmiejąc się perliście i napawałam się jego przerażeniem. I bólem. Oraz cierpieniem. - W tej rundzie nie ma pustych kart… Masz do wyboru twoje piękne oczęta… - Przesunęłam zakrwawionymi opuszkami prawej ręki po jego powiekach. - Albo to, co kryje się pod szmatkami naszego drogiego Calvina. - Uśmiechnęłam się, sugestywnie ściskając go udami.
Nie zastanawiał się długo.
- Oczy.
Pokręciłam głową z dezaprobatą.
- Ech, faceci. Do ostatniej kropli krwi będziecie bronić tego, co ponoć czyni was mężczyznami? To takie… - Zastanowiłam się. - Tchórzliwe. Musicie mieć strasznie niską samoocenę, jako płeć, jeśli definiuje was jedynie zawartość bokserek… Ale dobrze, twój wybór, skarbeńku. - Wzruszyłam ramionami i nachyliłam się nad jego twarzą.
- Będę ostatnim, co zobaczysz – wymruczałam, opierając się na łokciach i przesunęłam językiem po jego policzku, zlizując krew i pot, jedno przesiąknięte strachem bardziej od drugiego.
A mój apetyt rósł i rósł.
Zamknął oczy, a ja uśmiechnęłam się drapieżnie. Delikatnie chwyciłam zębami za rzęsy i pociągnęłam.
Krzyknął, a ja wyciągnęłam z ust kępkę włosów i obejrzałam je uważnie.
- Hm, chyba zostawię sobie na pamiątkę.
Nachyliłam się ponownie, tym razem do drugiego oka. Tym razem był przygotowany, więc wyrwanie rzęs nie spowodowałoby jego krzyku. Ugryzłam go w brew, krew spłynęła po skroni, gdy szarpnął się w spazmie bólu. Przesunęłam palcem po ranie i oblizałam opuszkę. Mężczyzna dyszał ciężko, a ja uniosłam brew.
- Chcesz mi coś powiedzieć, skarbeńku?
- Dlaczego to robisz? - zapytał wyjątkowo spokojnie. - Po co to wszystko?
- Jestem strachem. Jestem lękiem. Jestem przerażeniem. A ty… - Oblizałam wargi. - Jesteś moim pokarmem.
- Jesteś świrnięta!
- Nie. - Powolnie pokręciłam głową. - Jestem… nienasycona. Potrzebuję więcej… Więc krzycz! - Bez ostrzeżenia wcisnęłam palcami jego gałki oczne w głąb czaszki.
Jego krzyki ogrzewały mnie niczym płomienie ogniska. Pławiłam się w nich, czerpałam z nich siłę…
Żywiłam się. Zbierałam moc.
Po przebudzeniu to było właśnie to, czego potrzebowałam. Po wiekach uśpienia nie wzbudzałam sama z siebie strachu, musiałam uciekać się do klasycznych metod – tortur, bicia, bólu. Lubiłam je, ale tęskniłam za czasami, gdy ludzie siwieli w jednej sekundzie, gdy tylko na mnie spojrzeli.
Ale wszystko to było przede mną. Jeszcze paru takich przystojniaczków doprowadzonych na skraj śmiertelnego przerażenia i w końcu wrócę do formy. A wtedy…
A wtedy dopiero zacznie się zabawa.
Krzyk urwał się nagle, a ja przeniosłam wzrok na mojego dzisiejszego gościa. Przez chwilę zmartwiłam się, że stracił przytomność, co byłoby kłopotliwe, albo co gorsza umarł, co byłoby jeszcze gorsze, bo dopiero zaczynałam się rozkręcać.
- Wystarczy. - Usłyszałam głęboki spokojny głos.
Zamrugałam i zobaczyłam, że siedzę na podłodze, opierając dłonie o resztki połamanego krzesła. Obróciłam się i spojrzałam na moją ofiarę poprawiającą mankiety czarnej marynarki, którą ściągnęłam z niego jeszcze przed początkiem naszej małej zabawy.
Mężczyzna był kompletnie ubrany, a na jego ciele nie było nawet draśnięcia. Dopiero gdy podniósł głowę, zapinając podniesiony przed chwilą z ziemi pasek, zauważyłam, że postarzał się znacznie, teraz dobiegał czterdziestki.
A gdy spojrzałam w jego oczy…
- Dobra robota, Fobos. - Uśmiechnął się do mnie i nachylił się, by podać mi rękę. - Doskonale ci poszło.
Prychnęłam jak kotka.
- Jesteś beznadziejnym starszym bratem, Dejmosie. Wiesz, jak dobrze się bawiłam? A ty wszystko popsułeś! – syknęłam i wstałam odtrącając jego rękę. - Co ty tu do cholery robisz? - Zaplotłam ręce na piersi.
- Sprawdzam, jak sobie radzisz po przebudzeniu… Swoją drogą, nie musisz dziękować – dodał jakby od niechcenia, kontrolując stan swoich paznokci. Były oczywiście idealne.
- To… to ty mnie obudziłeś? - zdziwiłam się, zapominając, że jestem na niego wściekła.
- Owszem, bo jesteś mi potrzebna.
- Nabrałeś mnie! Pozwoliłeś mi się torturować z myślą, że jesteś zwykłym człowiekiem! Nawet cię nie bolało! - rzuciłam mu w twarz z wyrzutem.
- Cóż, lekko łaskotało. - Uśmiechnął się złośliwie. - Ale teraz przynajmniej wiem, że nadal masz to coś. I przy okazji co nieco się wzmocniłaś, więc wszystko idzie po mojej myśli.
- Po twojej myśli? Czyli co konkretnie? Czego ty ode mnie chcesz, Dejmosie? - spytałam podejrzliwie.
- Żebyś robiła to, co umiesz najlepiej, Fobos. - Uśmiechnął się szeroko. - Żebyś zalała świat przerażeniem i lękiem. Oraz trwogą.
- To akurat twoja działka – zwróciłam mu uwagę, ale też się uśmiechnęłam.
Może i przerwał mi zabawę, zresztą, jak się okazało, wyimaginowaną, ale w zamian zaproponował o wiele huczniejszą imprezę.
Hm, chyba jednak jesteśmy całkiem dobranym rodzeństwem.