Strony

Ogłoszenia drobne

W tej chwili mało się tutaj dzieje, nieco więcej dzieje się na moim Wattpadzie, ale pracuję nad tym. Oczekujcie wieści na Twitterze :)
Zakładka Aktualności zniknęła, bo była mało... aktualna. Może kiedyś wróci. Może.

niedziela, 28 sierpnia 2016

Po drugiej stronie [wersja A]

Kolejny zielony płomień. Taki sam jak i inne, lecz jakże od nich różny… Inny, bo celny.
Remus upadł. Nimfadora zbiegła z ostatnich stopni, lecz nie zdążyła nic zrobić, nie zdążyła nawet złapać w locie martwego ciała, by oszczędzić mu bolesnego upadku, którego i tak nie mógł poczuć. Nic nie mogła zrobić. Na nic nie miała siły. Nawet na to, by wyciągnąć przed siebie różdżkę w akcie rozpaczliwej obrony, kiedy drugie zaklęcie pomknęło w jej kierunku. Nawet nie drgnęła, gdy z potworną celnością ugodziło ją prosto w pierś.
Złowroga zielona łuna jeszcze przez chwilę unosiła się nad dwoma martwymi ciałami, które dziwnym zrządzeniem losu upadły tuż obok siebie, jakby w ostatnim uścisku.
Antonin Dohołow stał obok i śmiał się. Śmiał się złowrogo jeszcze długo po tym, gdy zniknęła zielona łuna śmierci. Śmiał się, nic sobie nie robiąc ze znaku prawdziwej miłości, leżącej u jego stóp. Znaku prawdziwej miłości, która jest w stanie przezwyciężyć śmierć.

***

Dora.
Teddy.
Harry.
Molly, Arthur…
…Ron i Hermiona.
Każde kolejne imię, które pojawiało się w jego umyśle było jak szpilka wbijana prosto w serce. Nie, nie jak szpilka. Jak gwóźdź. Gruby, zardzewiały gwóźdź.
„Dość!” – powiedział sobie Remus. – „Nie czas teraz na to”
James.
Lily.
Łapa…
… i Dumbledore.
Te z kolei imiona podziałały jak balsam na zadane wcześniej rany. Choć po tamtej stronie pozostawił tak wiele, tutaj czekali na niego starzy przyjaciele. Pozostawił jednak tak wielu, których kochał… Teddy, Dora…
Nagle coś ugodziło go prosto w brzuch. Gwałtownie otworzył oczy, do tej pory szczelnie zamknięte. Kosmyki włosów różowych jak guma do żucia połaskotały go po policzkach.
„To tylko sen” – pomyślał z żalem.
Ale czy po tej stronie coś takiego jak sen w ogóle istniało? Prawdopodobnie nie, bo ciężar, który przygniótł Remusa jęknął bardzo realistycznie i mężczyzna w końcu uwierzył, że to jego żona.
- Dora! – zawołał uradowany.
- Remus! Ty żyjesz! – zawołała równie szczęśliwa, odgarnąwszy z oczu różową grzywkę i zorientowawszy się w sytuacji.
- Szczerze powiedziawszy, to powiedziałbym raczej, że oboje umarliśmy – zauważył, jak zwykle mocno stąpający po ziemi Remus.
- To nic, ważne, że jesteśmy razem – odparła Tonks, wtulając się w niego mocniej. – Przez jedną straszną chwilę myślałam, że straciłam cię na zawsze…
- Masz rację – zgodził się – ważne, że jesteśmy razem.
Trwali w milczeniu, spleceni w ścisłym uścisku, wciąż nie mogąc się nacieszyć tą bliskością. Nie zauważyli nawet, że tuż obok pojawił się nagle ktoś jeszcze…
- Erm… Przepraszam, że przeszkadzam… - zabrzmiał znajomy głos.
Obejrzeli się.
- Fred?!
- No tak, to ja… - rudzielec podszedł bliżej, lekko zakłopotany, ale jak zwykle uśmiechnięty. Tonks zorientowała się zaraz, że to ich bliskość może go peszyć, więc łagodnie wyswobodziła się z objęć męża.
- Co się stało? – zapytała zatroskana. – Wyglądasz na zagubionego.
- No, więc… yyy… - zająknął się. – Nie do końca wiem, gdzie się znajduję – wyznał w końcu, rozglądając się dookoła. – Bo, wiecie... chyba… wydaje mi się, że – westchnął. – Że umarłem.
- I chyba niestety masz rację – westchnął ponuro Remus. – Co się stało?
- Głupia sprawa – podrapał się po głowie, nieco zawstydzony. – Wygląda na to, że ściana się na mnie zawaliła. Cóż, to raczej nie jest śmierć bohatera, choć i to lepsze niż zakrztuszenie się fasolką… W każdym razie nie bolało… aż tak bardzo. A jak było z wami? – zainteresował się.
- Dohołow i Mordercze Zaklęcie to zabójcza mieszanka – mruknęła Tonks. – Za to szybka i bezbolesna…
- Dobre i to – zgodził się Fred. – Aczkolwiek kiepsko nam idzie, z tego co widziałem. Wiecie może, gdzie tak właściwie jesteśmy…? – wrócił do swojego wcześniejszego pytania, ponownie się rozglądając.
- Wiemy niewiele więcej od ciebie – westchnął Lupin, wstając z ziemi. – Chodźcie, poszukajmy kogoś, kto…
Nim jednak dokończył zdanie we mgle pojawił się jakiś cień, który szybko zamienił się w wysoką postać, zbliżającą się do niech szybkim, żwawym krokiem. Już po chwili mogli rozpoznać długą brodę, okulary i…
- Witajcie, kochani! – tak, to naprawdę był Dumbledore, a jego niebieskie oczy jak zwykle iskrzyły radośnie. – Mam nadzieję, że nie jesteście zbytnio zdezorientowani…
- Tylko odrobinkę – przyznał Fred. – Gdzie my tak właściwie jesteśmy, profesorze? Czy to…?
Dumbledore roześmiał się.
- To tak zwana „druga strona”, różnie nazywana w różnych kulturach. Mnie osobiście najbardziej podoba się określenie Kraina Wiecznych Łowów… Ale tak naprawdę to jedynie jej przedsionek – wyjaśnił. – Zanim pójdziecie dalej, powinniście coś jeszcze zobaczyć. Nie chcę, żebyście się zamartwiali…
Poprowadził ich przez mgłę, która z wolna zaczęła się rozrzedzać, aż w końcu ich oczom ukazał się dworzec King’s Cross, pusty jak nigdy.
- Czy te pociągi…? – zapytał Remus, ale Albus pokręcił głową.
- Jest tylko jeden pociąg. Przynajmniej dla was.
- Dokąd nas prowadzisz, Albusie? – dopytywała się Tonks, kiedy profesor ruszył dalej, pogwizdując z cicha.
Dyrektor nie odpowiedział, ale nie musiał, bo już po chwili odpowiedź sama pojawiła się przed ich oczami. Peron szybko, ale płynie zamienił się w szkolny korytarz prowadzący do Wielkiej Sali. Drzwi były otwarte, podeszli więc bliżej, by mieć lepszy widok na rozgrywającą się właśnie walkę, która toczyła się dziwnie powoli, przynajmniej z ich perspektywy.
Bellatrix padająca na ziemię, ugodzona zielonym promieniem…
Wściekły wrzask Voldemorta, błysk strachu w oczach Molly Weasley…
Tarcza rozdzielająca nagle w pół Wielką Salę i bezcielesna ręka wisząca w powietrzu…
Opadająca peleryna, zdziwienie na sali, pełne niedowierzania okrzyki…
- Albusie… - odezwał się Remus, patrząc jak Harry i Voldemort zbliżają się do siebie. – Czy Harry ma jakieś szanse…?
- Poprawne pytanie brzmi: Czy Voldemort ma jakieś szanse? – uśmiechnął się Dumbledore.
Patrzyli w milczeniu, jak dwie różdżki łączą się po raz kolejny, jak krzyżują się zaklęcia.
Czerwony i zielony płomień.
Odbity zielony płomień.
Voldemort padający na posadzkę. Nareszcie martwy.
- Albusie… - zawołała nagle Tonks z przerażeniem w głosie. – Czy on teraz…? Tutaj…?
- Nie, moja droga – uspokoił ją Dumbledore. – On na to nie zasłużył. Stanowczo nie zasłużył.
- Więc co się z nim stanie? – zapytał Fred.
- Tego nie wie nikt – zamruczał Dumbledore. – Tego nie wie nikt…
W milczeniu patrzyli na euforię, jaka wybuchła w Wielkiej Sali. Jednak oklaski i radosne okrzyki cichły coraz bardziej, tłumione przez coraz gęstszą mgłę.
- Profesorze…? – zagaił Fred, kiedy wszystko już ucichło, a Wielka Sala całkowicie zniknęła im z oczu. – Co teraz z nami będzie?
Dyrektor uśmiechnął się łagodnie.
- Teraz, moim zdaniem, powinniście złapać jakiś pociąg…
- Pojedzie pan z nami, profesorze?
Dumbledore pokręcił głową.
- Mam tu jeszcze parę spraw do załatwienia. Ale nie martwcie się. Na końcowej stacji na pewno ktoś będzie na was czekać…
- Dokąd nas zawiezie, Albusie? – dopytywał się Remus.
- Do przyjaciół, Remusie, do starych przyjaciół. Macie im wiele do opowiedzenia…
_______
Dzień dobry, cześć i czołem!
W przerwie między różnymi zajęciami odkopałam jakiś stary śmieć, odkurzyłam (echu-echu, aż mnie w nosie zakręciło!) i oto jest. 
Czy opowiadania okołopotterowskie są jeszcze w modzie? Liczę na odzew, bo w sumie robię badanie rynku w tym kierunku. 
A poza tym, jestem ciekawa, czy bardzo odczujecie różnicę między tym, co teraz piszę, a tym oto powyżej przedstawionym tworem, który liczy sobie... a spokojnie z 6-7 lat (chyba pisałam go na przełomie podstawówki i gimnazjum, w każdym razie tak dawno, że ciężko mi stwierdzić).
Co bardziej dociekliwi zauważą dopisek wersja A, opowiadanie posiada bowiem i drugą wersję, która... ech, jest GDZIEŚ. Jak znajdę, to się podzielę. Na przykład TUTAJ.
Wieeeeęc... Czarodzieje komentują, a mugole siedzą cicho, co? :P
PS. Nadal trzymacie kciuki, prawda? To dobrze, keep calm and carry on!

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Na skrzydłach wiatru

Co bystrzejsi zauważyli, że z zakładki Bohaterowie zniknęło kilka obrazków. Stało się tak dlatego, że w pewnych sprawach jestem pedantką i bałaganu nie lubię, a zrobił mi się bałagan i to było złe. Dlatego zostają tylko bohaterowie onepartów, a każda z opowieści dłuższych doczeka się swojej własnej notki, która podlinkowana zostanie w odpowiednim miejscu.
Polecam więc zaglądać do zakładek, BO WARTO.

Tyle tytułem wstępu, przejdźmy więc do sedna. Dwie notki informacyjne już za nami, czas więc na trzecią. Bo jestem człowiekiem szalonym i prowadzenie dwóch blogów to za mało, nada się i trzeci (w sumie jest ich więcej, ale są zawieszone, więc ich nie liczę. NA RAZIE). Kolejne moje dziecko, które chcę Wam przedstawić to Na skrzydłach wiatru.

Co to za cudo i skąd się wzięło?
Ano wzięło się z połączenia moich dwóch pasji - jednej aktywnej, drugiej pasywnej - czyli żeglarstwa i skoków narciarskich. Skoków oczywiście nie uprawiam, ale żeglarstwo i owszem. I bardzo je lubię, uprzedzając pytania. 
Mówiąc krótko, postanowiłam sprawdzić, co by było, gdyby połączyć ze sobą te dwa światy w dość niekonwencjonalny sposób - w końcu jedno jest od Sasa, drugie do Lasa i ogółem pasują do siebie jak pięść do nosa albo wół do karety. Przynajmniej na pierwszy rzut oka.
Dodatkowym aspektem jest postać Adama (ale nie powiem Wam zbyt wiele, bo to byłby duży spoiler!), który pojawił się w innym moim opowiadaniu (niespisanym) i postanowiłam wpleść jego historię w ten nowy twór.
Jeśli więc miałabym określić, czym się inspirowałam, to jedynie swoim doświadczeniem w żeglarstwie (Przerwanki istnieją naprawdę!), miłością do skoków narciarskich i... własną wyobraźnią, podjudzoną dodatkowo przez przyjaciółkę, bo tak właśnie powstał Adam. Bo wmówiła mi, że istnieje. Resztę załatwił mój mózg.

Dla fanów skoków...
...istotna jest pewnie informacja dlaczego Kuba? Ano Kubuś stał się bohaterem tego opowiadania, bo tak. Po prostu się napatoczył i mu się zostało. A poza tym myślę, że naprawdę mógłby się zakumplować z Adasiem...
Czy można to czytać, nie będąc fanem skoków? Chyba można.
A nie znając się na żeglarstwie? Cóż, postaram się ograniczyć fachowe słownictwo do minimum.
Ogólnie rzecz biorąc - każdy znajdzie coś dla siebie. A przynajmniej mam taką nadzieję.

Chyba tyle w temacie. Pytania, oczywiście, wiecie gdzie kierować (tak jakby dla odmiany, ktoś był zainteresowany), aktualizacja tamże gdzieś w połowie września, bo się muszę odgrzebać z paroma innymi rzeczami. A na koniec jeszcze oczywiście garść informacji praktycznych:




Tytuł: Na skrzydłach wiatru pomkniemy oboje
Bohaterowie: Alicja Makowska, Adam Szczęślikiewicz, Tomasz Jacewicz, Jakub Wolny
Czas akcji: lipiec 2015-marzec 2017
Czas trwania: luty 2016 - nadal
Status: trwa
Liczba rozdziałów: 9 + prolog
Planowana liczba rozdziałów: 35 + prolog + epilog
Opis: 
Różni ich wszystko. Łączy - tylko jedno.
Wiatr. I pasja.
Czy coś może z tego powstać...?


Z dodatkowych informacji:
Polecam zapoznać się z nową zakładką Aktualności, bo ciekawe rzeczy się tam dzieją :P. 
Oraz, jak ktoś jeszcze nie ogarnął, zajrzeć na Odchodzę..., bo powróciłam z notką, a raczej notą, bo wyszedł mi tasiemiec.
Odezwiecie się? Czy coś?
PS. Trzymcie kciuki za moją anatomiczną kampanię wrześniową, okej?

środa, 10 sierpnia 2016

Historie nieopowiedziane

- Czym zazwyczaj się pani inspiruje?
Przenoszę wzrok na przystojnego, młodego człowieka, który podtyka mi pod nos dyktafon. Czerwona lampka miga irytująco, jednak uśmiecham się szeroko i poświęcam chwilę na zastanowienie się nad odpowiedzią.
- To bardzo ciekawe pytanie… - mówię z namysłem. - Świat jest źródłem nieustającej inspiracji. Czasem zobaczę na ulicy kobietę, która przyciągnie mój wzrok czerwonymi szpilkami i już wiem, że bohaterka mojej następnej książki będzie butoholiczką, a jej znakiem rozpoznawczym będą ostre, piętnastocentymetrowe, lśniące, czerwone szpilki – uśmiecham się do własnych myśli. Właśnie takie buty czekają na mnie w pudełku na tylnej kanapie mojego mercedesa. - Czasem jakieś słowo, jakaś scena z filmu, zasłyszana historia… Ale to zazwyczaj jest szczegół, niczym nie wyróżniający z tłumu innych…
- I z tego szczegółu powstaje cała opowieść? - pyta z niedowierzaniem inny dziennikarz.
- Tak, czasami. Innym razem powstaje ze zlepków takich fragmentów rzeczywistości – przymykam oczy, czując jak w mojej głowie rodzi się kolejna opowieść. Nie mogę teraz jednak pozwolić jej rozwinąć się w mojej głowie. - Pomysły są jak ptaki. Ulotne, bardzo trudno je złapać, ale możemy się im przyjrzeć i na tej podstawie stworzyć w głowie ich obraz, by potem móc go przedstawić innym ludziom. Jeśli spojrzeć na to w ten sposób,

- Nie, nie, nie! - dębowe biurko podskakuje po każdym uderzeniu, którym Giuseppe akcentuje każde „nie”. Kulę się w swoim kącie, jednak jego wściekłe spojrzenie i tak mnie dopada. - Chodźże tu, mała papugo. Powtórz mi to jeszcze raz! - szarpnięciem sadza mnie na stołku obok siebie.
Patrzę z przerażeniem na białą kartkę pokrytą nic nie mówiącymi mi znakami, kiedy mężczyzna łapie mnie za kark i raz jeszcze każde powtórzyć słowa. Słowa, które już dawno zostały zastąpione innymi.
- taka jakby opowieść szkatułkowa choć nie do końca sama nie wiem co chciałam wam tym przekazać – słowa wylewają się z moich ust, a Giuseppe szarpie mnie jeszcze mocniej.
- Nie to, głupia dziewucho! DAJ MI TE CHOLERNE SŁOWA Z POWIEŚCI! - wrzeszczy, szarpiąc jeszcze mocniej.
- Nie mogę! - chlipię pod nosem, bo mężczyzna wyrwał mi z głowy garść włosów. - Już nie pamiętam, nie wiem, co było dalej… - mamroczę, a on przykłada mi do gardła nożyk do papieru, jedyny ostry przedmiot, który ma pod ręką.
- SŁOWA – cedzi przez zęby.
Zaciskam mocno powieki i do mojego umysłu napływa niechętnie znany mi już tekst.
- pomysły są jak ptaki ulotne bardzo trudno je złapać ale możemy się im przyjrzeć – otwieram oczy, bo Giuseppe nie ściska mnie już tak mocno, to jednak duży błąd. Słowa znikają z mojej głowy, zastąpione nowym ich zastępem. - nie możesz mnie zastraszyć nędzniku twoje groźby są jak liście tańczące na wietrze warte tyle co obietnice krzywoprzysięzcy – zatykam usta dłońmi, przerażona słowami, które się z nich wydostały. Giuseppe purpurowieje ze złości i zamierza się na mnie nożem…

Budzę się z krzykiem. Przez dłuższą chwilę nie wiem, gdzie się znajduję, kiedy jednak po drugiej stronie ciemnego pokoju zapala się nocna lampka, wspomnienia wracają. To był tylko zły sen… Co nie znaczy, że nie zdarzyło się to naprawdę.
- Wszystko w porządku, malutka?
Starszy mężczyzna podchodzi do mnie i ostrożnie siada na skraju mojego łóżka. Jestem tak roztrzęsiona, że jedynie kiwam głową, gorączkowo próbując sobie przypomnieć jego imię.
- Już nic ci nie grozi - zapewnia mnie łagodnie. - Uwolniłaś się już od tego człowieka. I do wszystkich poprzednich. Nikt nie ma prawa prześladować cię z powodu twego daru.
Oddycham głęboko i ponownie kiwam głową. Boję się odezwać - nie mam pojęcia, co tym razem wypłynie z moich ust. Starzec uśmiecha się do mnie łagodnie i gestem pyta, czy może siąść bliżej. Ponownie kiwam głową i robię mu miejsce, podkulając nogi pod brodę.
- Coś czuję, że i tak już nie zaśniesz, moja mała. Chcesz może porozmawiać...? - delikatnie sugeruje.
Początkowo chcę zaprzeczyć, ale nie mogę przecież cały czas milczeć. Ten człowiek jako pierwszy nie próbował wykorzystać mnie i moich słów. Mnie i moich historii. Jako pierwszy spojrzał na mnie jak na drugiego człowieka, a nie jak na pułapkę na opowieści. Odkąd pamiętam, byłam wykorzystywana jako maszynka do robienia pieniędzy na słowach, które nawet nie należały do mnie. Na słowach, które były ranione podobnie jak i ja.
Mężczyzna uśmiecha się do mnie zachęcająco, ostrożnie kiwam więc głową. Boję się otworzyć usta, z doświadczenia wiem, że jedynie niewielki procent tego co mówię, naprawdę należy do mnie.
- Umiesz w ogóle mówić? - pyta ostrożnie, kiedy ja biję się z myślami. Czuję, jak słowa krążą wokół nas szukając ujścia. Szukając moich ust.
- Tak – odpowiadam cicho. Czekam, aż popłynie strumień treści, jednak nic takiego się nie dzieje. - Ale rzadko własnymi słowami – dodaję.
- Te akurat chyba należą do ciebie, prawda? - zauważa starzec, a ja w końcu przypominam sobie jak ma na imię. Yorimo.
- Tak, do mnie – kiwam głową, ale słowa nagle dochodzą do głosu. - do mnie to wszystko należy do mnie nie masz do tego najmniejszych praw ty cholerny obłudniku
Zatykam usta rękami i patrzę z przestrachem na mojego towarzysza, który jednak śmieje się cicho pod nosem.
- Ach, tak. Widzę, że słowa cię odnalazły. Zazwyczaj odnoszą się w jakimś niewielkim stopniu do tego, co chciałaś powiedzieć, prawda? - przygląda mi się ciekawie, a ja opuszczam wzrok na kolana.
- Tak. Ale nie chciałam cię nazwać obłudnikiem – mówię bardzo cicho, czując w głowie jeszcze echo tamtych słów. Kolejne były jeszcze gorsze, tak podpowiada mi moje wieloletnie doświadczenie.
- Och, absolutnie cię o to nie podejrzewam, malutka – ściska mnie pokrzepiająco za ramię. - A skoro już o tym mowa, wciąż nie wiem, jak masz na imię.
Otwieram usta, jednak nie wydobywa się z nich żaden dźwięk. W tym momencie uświadamiam sobie, że od tylu lat nazywano mnie różnymi imionami – pleciugą, papugą, cholernicą, sierotą, jadaczką, złotą gęsią, mówiącą – że zdążyłam zapomnieć jak tak naprawdę mam na imię.
Albo po prostu nigdy go nie posiadałam.
- Nie wiem dokąd podążam ani skąd nadchodzę przede mną kroczy mrok a za mną zwątpienie lękacie się wszyscy którzyście umiłowali mrok i zamęt lękajcie się którzy nie wiecie – jak zwykle mój głos jest monotonny, jednak słowa zaczynają mnie przerażać. Czuję kryjący się za nimi mrok, który kotłuje się we mnie. - wasza ścieżka wiedzie ku przepaści przepaści głębokiej jak sama ziemia
- Starczy – Yorimo kładzie mi dłoń na ramieniu, a słowa natychmiast przestają się wylewać z moich ust. - Zrobię ci herbaty, dobrze? I skoro nie wiesz, jak masz na imię, czy pozwolisz, że będę mówił do ciebie Kari? Tak miała na imię moja córka – dodaje, a jego oczy na chwilę smutnieją.
- Kari… - smakuję to imię na języku. Podoba mi się, więc kiwam głową na zgodę  i powtarzam je jeszcze raz.
A to okazuje się to wielkim błędem.
- kari nie rób tego kari wracaj tu mężczyzna woła rozpaczliwie biegnąc za dziewczyną w dół zbocza ta jednak zdaje się go nie słyszeć biegnie roześmiana nie widząc czyhającego nań niebezpieczeństwa ojciec biegnie za nią jednak jest bezsilny gdy bestia rzuca się na dziewczynkę może tylko patrzeć bezsilnie jak jego córka z pełnej życia dziewczynki zmienia się z zakrwawioną
Z transu wyrywa mnie dopiero brzdęk tłuczonego kubka. Przenoszę wzrok na podłogę, na szczątki porcelanowego naczynia, a następnie na bladą twarz Yorimo i jego roztrzęsione ręce, którymi próbuje pozbierać jego resztki.
- Ja to zrobię – zrywam się z łóżka i pomagam mu posprzątać podłogę. - Przepraszam, ja nie chciałam, ja… - zaciskam usta, bo czuję znów obce słowa, które próbują znaleźć ujście.
- Skąd… Skąd ty… przecież to nie była żadna opowieść, ja nawet tego nigdzie nie… - staruszek wydaje się zszokowany. Ja jednak widziałam i słyszałam więcej, niż ktokolwiek inny na tym świecie.
- Skąd wiem jak zginęła twoja córka? - podsuwam mu, błagając w myślach, by słowa dały mi dokończyć w spokoju. - Nie wiem. Ale słowa wiedzą.
- Myślałem, że tworzą opowieści… nieopowiedziane historie, które domagają się spisania… - siada na krześle, a jego twarz wydaje się nagle jakby o dwadzieścia lat starsza.
- Być może i my jesteśmy opowieścią – mówię cicho. Tak cicho, że wątpię by mnie usłyszał.
Wiem jednak, że to co mówię ma sens. Zbyt wiele widziałam, zbyt wiele przeżyłam. Wiem jednak, że i Yorimo wie o słowach więcej niż mówi.
- Kim jesteś alicjo dlaczego tu się znalazłaś skoro to nie ty jesteś jego żoną myślałam że straciłam ją już na zawsze a ty tak po prostu zjawiasz się w moim domu jakgdyby nigdy nic – wsadzam sobie pięść w usta, by zatamować potok słów. - Kim jesteś, skoro tak wiele wiesz o słowach? - pytam ponownie, tym razem nie dając dojść do słowa… słowom.
Staruszek uśmiecha się lekko widząc tę walkę i pociera dłonią twarz.
- W pewnym sensie jestem taki sam, jak ci wszyscy ludzie, którzy gnębili cię przez lata – wzdrygam się na wspomnienie tych wszystkich lat udręki, jednak wiem, że Yorimo mnie nie skrzywdzi. Wiem to i ja, i słowa. Poznaję to po tym, że w jego obecności zachowują się inaczej. Zdążyłam się już nauczyć, że opowieści są jak żywe istoty. - Przez wiele lat śmiałem się zwać pisarzem, dopóki złapane i uwiecznione przeze mnie słowa nie zabrały mi osoby, którą kochałem najbardziej na świecie… - mówi, a ja w jego oczach dostrzegam ten sam smutek co przed chwilą.
- Kari – szepczę.
- Zbyt mocno zaufała słowom, które zawiodły ją prosto w pułapkę. Twoje słowa opowiedziały tylko niewielki kawałek mojej historii – staruszek wzdycha. - Od tej pory nie piszę. Od tej pory już nie łapię słów. Od tej pory unikam opowieści…
- Ty… - otwieram szeroko oczy. - Ty też byłeś łapaczem słów? - jestem tak zaskoczona tym odkryciem, że na chwilę zapominam o historiach kłębiących się dookoła nas i wewnątrz mnie. Wiem, że przez jakiś czas nie znajdą ujścia między moimi wargami.
- Nie takim jak ty – uśmiecha się smutno. - Ja byłem po prostu pisarzem. Chyba całkiem niezłym, bo historie całkiem chętnie do mnie przychodziły i dawały się spisywać…
Kiwam głową ze zrozumieniem. Byłam wybawieniem dla osób, które nie posiadały takiego daru jak Yorimo. Które nie potrafiły wyłapać słów i spleść je w sensowną całość. Byłam im potrzebna, by łapać całe fragmenty opowieści i podawać im jej jak na tacy. Ale i tak były to tylko niewielkie części, które potem próbowali rozwijać… Zazwyczaj z opłakanym skutkiem, a pokaleczone opowieści, które starali się opowiedzieć, wracały do mnie ze zdwojoną siłą i kazały się opowiadać po nocy.
Bo dobre historie pragną być opowiedziane. Ale tylko przez dobrych pisarzy. 
A takim niełatwo jest się stać.
- Powinieneś pisać – mówię. - Jest tu bardzo wiele historii, które domagają się twojej uwagi, dobrych historii, które potrzebują dobrego pisarza. Choćby ta o Kari – dodaję ostrożnie.
- O Kari? - podnosi na mnie wzrok zaskoczony.
Kiwam głową.
- dokądkolwiek się udam ona zawsze jest ze mną czasem dostrzegam ją w odbiciu w lustrze czasem słyszę jej śmiech w szumie wiatru a czasem patrzy na mnie zza lady sklepu ukryta za rysami jakiejś przypadkowej dziewczyny zawsze wtedy myślę jak mogłaby wyglądać mając te dwadzieścia, trzydzieści czy czterdzieści lat mimo upływu czasu jej twarz wciąż jest mi tak znana jak moja własna twarz kari mojej małej kari
Yorimo patrzy na mnie zaskoczony, po czym nagle szybkim krokiem podchodzi do szafki i nerwowo grzebie w niej w poszukiwaniu ryzy papieru i ołówka.
- Mogłabyś powtórzyć, kochana? Nie mogę znaleźć nic do pisania, niech to szlag… - siada przy stole z powrotem, niecierpliwie ostrząc ołówek nożem. Zacina się przy tym i kropla krwi spada na środek kartki.
- Nie muszę, znasz tę historię lepiej niż ja – odpowiadam, wstając i podaję mu chusteczkę. - To do ciebie przyszła.
Owija palec i z zapałem zaczyna pisać. Zaglądam mu ciekawie przez ramię, zafascynowana, jak szybko stawia na papierze ładnie wyglądające litery.
- Jest dobrze? - zerka na mnie, kiedy ma już zapisane pół strony.
- Nie wiem, nie umiem czytać – mówię z rozbrajającą szczerością. - Ani pisać. 
- Hmm… - Yorimo popada w zamyślenie i przygląda mi się uważnie. - A może… A może gdybym cię tego nauczył, to ty miałabyś władzę nad słowami, a nie one nad tobą? - proponuje nagle.
Jego propozycja ma sens. Gdybym była w stanie zapisać szalejące w mojej głowie historie, mogłabym też do nich wracać i poznawać ich dalszy ciąg. Nie tak jak dotąd, jedynie ich strzępy. Stałabym się wtedy pisarzem, pisarzem z darem łapania słów.
Osobą, która mogłaby opowiadać historie. Historie, które pragną być opowiedziane.
Uśmiecham się lekko do Yorimo i kiwam głową.
- niezła próba ziomek ale jesteś pewien że to wypali wypali odpowiada clem i rzuca mi puszkę z piwem masz na to moje słowo – słowa odpowiadają za mnie, a ja po raz pierwszy chyba cieszę się, że je słyszę. - Dobrze, ale to jutro. Teraz muszę się przespać.
Kiwam mu głową na dobranoc i wracam do łóżka. Usypia mnie dziwęk ołówka trącego o papier, który zakłada grafitowe pęta na historię córki Yorimo.

Wciskam klawisze Ctrl i S, a plik zapisuje się, co potwierdza mignięcie malutkiej ikonki w rogu. Raz jeszcze przebiegam wzorkiem tekst i spoglądam na ostatnie zdanie w rozdziale.
- Kiwam mu głową na dobranoc i wracam do łóżka. Usypia mnie dziwęk ołówka trącego o papier, który zakłada grafitowe pęta na historię córki Yorimo – czytam cicho pod nosem, rozkoszując się dźwiękiem tych słów. Coś jednak mi w nich nie pasuje i zastanawiam się, czy Kari uznałaby to za ranienie domagającej się opowiedzenia historii.
Czyżbym właśnie przejmowała się zdaniem stworzonej przeze mnie postaci…?
Kręcę głowa i przecieram oczy, a następnie zamykam laptopa i ścielę łóżko. Kiedy przykładam głowę do poduszki, zastanawiam się co dalej powinnam zrobić z moją nową historią, która pojawiła się w moim umyśle podczas spotkania autorskiego. Szybko jednak dochodzę do wniosku, że słowa same do mnie przyjdą.
W końcu, jak twierdzi Kari – dobre historie pragną być opowiedziane.
A nasze życie powinno być właśnie taką dobrą historią, która będzie się ludziom cisnąć na usta.
__________
No więc powstało takie dziwne coś. Taka jakby opowieść szkatułkowa, ale nie do końca. Sama nie wiem, co chciałam Wam tym przekazać, może po prostu wywołać u Was lekki mindfuck. Może. A może podzielić się moimi przeżyciami z kapryśną weną, bo czasem czuję się jak ta główna bohaterka - miliard myśli na minutę, każda z kosmosu, każda domaga się uwagi, po czym znika, jakby jej nie było. Z pomysłem na to opowiadanko było podobnie - pomyślałam o dziewczynce rzucającej przypadkowymi cytatami albo słowami, które brzmiały jak fragmenty książek. I tyle, koniec. Do widzenia, zrób z tym co chcesz, powiedział mój mózg i odmówił współpracy.
Coś innego, coś dziwnego i mam nadzieję, że się spodoba. Jestem spragniona Waszej opinii, bo to jednak trochę niekonwencjonalny pomysł, pomysł, z którego mogłoby powstać coś większego, ale mózg odmówił zarysu jakiejkolwiek fabuły, więc powstało to COŚ. Ale od takich 'cosiów' mam tego bloga, więc prezentuję toto tu.
Czytajcie, komentujcie i oceniajcie. Wystawiam się na Waszą krytykę ;)