Strony

Ogłoszenia drobne

W tej chwili mało się tutaj dzieje, nieco więcej dzieje się na moim Wattpadzie, ale pracuję nad tym. Oczekujcie wieści na Twitterze :)
Zakładka Aktualności zniknęła, bo była mało... aktualna. Może kiedyś wróci. Może.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą myśli. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą myśli. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 4 lipca 2019

MYŚL #4: O wychowywaniu dzieci i bachorów (czyli tego wychowania braku)

Dziś będzie pedagogicznie. Ale też wakacyjnie. No i standardowo będę narzekać, ale to przecież nic nowego, bo od tego te myśli przecież są. Żebym mogła wylać swoje żale w sposób nieograniczony. Z drugiej strony, chyba każdy z nas spotkał się z jedną z podobnych sytuacji i też spowodowała u niego nagły wzrost ciśnienia. 

Rys sytuacyjny
Wakacje. Wspaniały czas. Ciepełko, wolne i zwiedzanie. Obiektów ożywionych, nieożywionych, ruchomych i statycznych we wszelkich kombinacjach i odmianach. 
Polska jest krajem pięknym i w atrakcje, i w zabytki bogatym, są miejsca, które naprawdę warto zobaczyć. W większości z tych pięknych i ciekawych miejsc jedynym mankamentem jest... czynnik ludzki.
Ja zasadniczo nie lubię ludzi. To znaczy, w takim większym nagromadzeniu. Jednak grupą, której ten felieton (przez małe "f"!) będzie w największej mierze dotyczył są dzieci. A konkretnie bachorów, bo te małe potworki na miano dzieci absolutnie nie zasługują. Choć pozytywnych aspektów też udało nam (albowiem felieton ten powstaje we współpracy z Szurniętą, na bazie naszych wspólnych doświadczeń z ostatnich dni) doszukać, ale o tym za chwilę.

Czy bachory się rodzą, czy się (nie)wychowują?
Oto właśnie jest pytanie. Czy to, czy młodociany homo sapiens jest dzieckiem, czy też bachorem wynika z genetyki, czy z wychowania (a w tym konkretnym przypadku raczej jego braku)? Otóż moim skromnym zdaniem cała wina leży jednak po stronie rodziców. Owszem - są charakterki łatwiejsze i trudniejsze do opanowania, ale to zadaniem rodziców jest takie dostosowanie metod wychowawczych, by osiągnąć wymagany efekt. O samych metodach wychowawczych też będzie, a co. Jak sobie używać, to sobie używać.
Z różnymi postawami rodziców się przez ostatnie dni spotkałyśmy razem z Szur, wszystkie zostały oczywiście głośniej lub ciszej skomentowane. Niektóre pozytywne, ale większość wręcz przeciwnie. W głowach kołatało nam się tylko jedno pytanie: Czy my też byłyśmy takie? Tak okropnie rozwydrzone, głośne i niewychowane?
Pamięć w tym wieku szwankuje, obiektywizm w tej sytuacji jest ujemny, ale zgodnie stwierdziłyśmy (za głośną aprobatą naszych rodziców), że aż tak źle być nie mogło.

W tym miejscu składamy serdeczne podziękowania naszym rodzicielom i rodzicielkom, za to, że nie zmienili nas w nieznośne bachorki. Brawa dla tych państwa!

Są dzieci, które potrafią się zachować, mimo iż rodzice wcale im nie zwracają uwagi. Ale w większości przypadków, jednak jeśli nie wytłumaczymy dziecku kilku(nastu) podstawowych zasad funkcjonowania w społeczeństwie to nic dobrego z nich nie wyrośnie. Oj, Kulfon, Kulfon, co z ciebie wyrośnie...?
No dobrze, uznam ten temat za wyjaśniony. Za powstawanie bachorów (nie)dziękujemy rodzicom tychże. 

A teraz zapraszam na studium przypadku w kilku odsłonach. 
Oto kilka scenek rodzajowych:

SCENKA 1
Miejsce akcji: muzeum II WŚ
Zarys sytuacji: zatłoczenie dość spore, zarówno wycieczki grupowe, jak i indywidualni turyści. W tym my. Oraz grupka 3-4 dziewczynek w wieku ok. 10-15 lat. Dziewczątka puszczone na samopas, rodziców/opiekunów nie zlokalizowano. Pomyślałabym, że to jakaś macka ośmiornicy pod nazwą "wycieczka szkolna" bądź "kolonie", ale był to pierwszy dzień wakacji, zatem obie te opcje nie wydawały się zbyt prawdopodobne.
Akcja właściwa: pomieszczenie traktujące o dyktaturze Mussoliniego zatłoczone przez kilkunastoosobową wycieczkę zorganizowaną. Pomiędzy tymi ludźmi dyskretnie przemykam ja, grzecznie szepcząc "przepraszam", gdy usiłuję dostać się do opisu ciekawiącego mnie eksponatu. Nagle pod moim łokciem, depcząc mi po palcach (lato, sandały i te sprawy) do szyby przepycha się dziewczątko, zerkając szybko przez ramię na moją oburzoną minę, robi swoim ajfonem zdjęcie wszystkich eksponatów w gablotce i dalej przepychając się łokciami mknie do następnej. Przy każdej gablotce sytuacja powtarza się dwu- lub trzykrotnie, gdyż grupa dziewczątek jest więcej niż jednoosobowa.
Konkluzja: dziecko drogie, dwudziestopierwszowieczne, na co ci, do kurki nędznej, poruszone zdjęcie dokumentu napisanego w języku włoskim, którego to zdjęcia pewnie ani razu w życiu nie obejrzysz więcej, a już na pewno ni w ząb treści nie zrozumiesz? Pomijając podeptane palce i łokcie powbijane pod żebra (tutaj mina niewiniątka "przecież jestem małą, uroczą dziewczynką"), zabierasz tlen ludziom, którzy naprawdę są zainteresowani tematem. Przepraszam bardzo, ktoś cię tu za uszy albo warkocze zaciągnął? 
Ale jak mówiłam, całą winę zrzucam na rodziców, którzy... No właśnie. Gdzie byli rodzice? W tej sytuacji, by zwrócić uwagę, zainteresować, objaśnić, ewentualnie wykopać za drzwi muzeum z hukiem. A patrząc szerzej, przecież to dziecko samo z siebie takiego... braku poszanowania swojego  i innych czasu nie wymyśliło. Nie po to idzie się do muzeum, żeby w tym muzeum być, tylko żeby się czegoś dowiedzieć, nauczyć. I tego powinni dopilnować rodzice. Żeby dziecko chciało jakąś wiedzę z tej wizyty wyciągnąć. Bo w tej formie... w tej formie to ja w tej młodzieży nie widzę przyszłości świata. Albo to bardzo mroczna przyszłość jest może nie dożyję.

A teraz druga strona medalu, ta pozytywna dla odmiany.
Miejsce akcji to samo, salka co prawda inna, ale ogólne rozstawienie statystów to samo. Dziewczątka obfotografowały już wszystko i pomknęły dalej, wyprzedziłyśmy najliczniejsze wycieczki i mogłyśmy zwiedzać w spokoju. I w ramach akcji właściwej spotkałyśmy po drodze rodzinę, a raczej jej część składającą się z tatusia i synka w wieku średnioszkolnym, a zatem mniej więcej równolatka wcześniej wspomnianych dziewczątek. 
Synek szedł obok tatusia, który wskazywał mu najciekawsze eksponaty. Nie zmuszał go do czytania wszystkich opisów (było tego tak wiele, że nawet my nie dałyśmy rady wszystkim!), a wskazywał tylko to, co leżało w graniach percepcji kilkunastoletniego dziecka. 
Dziecko to nawet, o zgrozo, zadawało pytania. Zadawało je  - szok i niedowierzanie, tak się da! - zniżonym głosem, bez wytykania palcami, dyskretnie. A tatuś - tutaj również szok i niedowierzanie - odpowiadał. I to odpowiadał w taki sposób, by synek był w stanie to pojąć. Normalnie, ewenement na skalę światową.
A na poważnie - da się? Da się. Tylko trzeba trochę chcieć zainteresować swoje dziecko. Dopasować jakość proponowanych treści do jego wiedzy i umiejętności oraz zainteresowań. 
I tutaj konkluzja: które z tych dzieci zapamięta cokolwiek z tej wizyty? To, które wszystko dokładnie obfotografowało, czy to, które zobaczyło 30%, ale z dokładnym wyjaśnieniem na co patrzy?

SCENKA 2
Miejsce akcji: Szczeliniec Wielki
Zarys sytuacji: kto był, ten wie. Dużo schodów, ciasne, wąskie przejścia. Przystanki na samym środku tych przejść na zrobienie zdjęcia, dużo dziur i innych miejsc, w które można wpaść/spaść/zapaść się. Ogółem miejsce, w którym dzieci należy pilnować (ale też bez popadania w przesadę).
Akcja właściwa: dzieciaczek lat dziesięć (około) i jego rodzice podróżują sobie przed nami. Przejście szerokie, ale dużo błota, więc idzie się po stosunkowo szerokiej desce. Chłopiec zatrzymuje się na środku ścieżki, by zrobić zdjęcie. My grzecznie czekamy, bo warunki takie a nie inne, a miejsce malownicze, same mamy ochotę pstryknąć fotkę, więc postój jest nam na rękę. Tymczasem, ojciec:
Przesuń się, panie chcą przejść!!! (pełnym oburzenia głosem)
...i sam tarasuje ścieżkę 3 metry dalej, by - uwaga, uwaga, plot-twist - zrobić zdjęcie.
Dosłownie dwie minuty później, dzieciaczek zapragnął zdjęcia na skale. Niestety - jego mamusia także. Ojciec ponownie w akcji:
Złaź, matka chce zdjęcie zrobić, w kadr jej wchodzisz! (dzieciaczek się odsuwa kawałek) No, całkiem zejdź! Ludzie już idą, gdzie indziej sobie zdjęcie zrobisz.
Konkluzja: tak nie upominamy dzieciaczków. Był to ten rzadki przypadek, kiedy dziecko mimo wychowania przedstawionego powyżej jakieś szczątkowe wychowanie ma. Usłyszałyśmy zatem grzeczne "przepraszam, muszę dogonić mamę", co było miłą odmianą po rozpychaniu się łokciami w scence pierwszej.
Tyranistyczny model wychowania, który może mieć zgubne skutki. Ale cóż - nie mój cyrk, nie moje małpy. Tylko dzieciaczka trochę żal. 

*akcent humorystyczny: podczas schodzenia do "kuchni diabła" chłopczyk lat około 12 do swojej siostry lat około 8: "Bo tutaj diabeł gotuje grzeszników w kotłach! Prawda, mamo?"
Mama nie potwierdziła. A siostra sprytnie stwierdziła, że jest tam zdecydowanie za zimno na gotowanie.

SCENKA 3
Miejsce akcji: Błędne Skały
Zarys sytuacji: zasadniczo podobnie do Szczelińca. Mniej schodów, ale więcej wąskich i ciasnych przejść, a trasa co nieco krótsza. Mniej dziur do wpadania, za to więcej bardzo atrakcyjnych mikro-skałek do mikro-wspinaczki dla amatorskich mikro-wspinaczy.
Akcja właściwa: rodzinka 1000+, bombelki lat około 3 (wersja żeńska), oraz 5 (wersja męska) aspirujący do miana mikro-wspinaczy. Ani spaść, ani połamać za bardzo się nie da. Wersja męska pakuje się na skałkę wysokości około metra wow, adrenalina bardzo i schodzi bezpiecznie z drugiej strony wprost ręce tatusia, mimo krzyków mamusi, że ma się trzymać ścieżki (ścieżka okrążała ową skałkę łukiem). Tymczasem młodsza latorośl postanawia iść w ślady brata, jednak krótsze nóżki okazują się przeszkodą. Matka drze się "wracaj tutaj". Dziecko nie słucha. Ojciec próbuje łapać, brat się pcha z powrotem na skałkę, ogólne pandemonium. Czas całej akcji nie przekracza minuty. Intensywnie, intensywnie.
Konkluzja: jeśli Twoje dziecko pcha się w jakieś dziwne miejsce, które jest potencjalnie niebezpieczne dla niego, bo jest małym berbeciem to albo: 
a) wychowujesz je tak, że reaguje na słowo "wracaj"; 
b) idziesz za nim i je asekurujesz (jeśli oczywiście nie boisz się połamać tipsów, ale jeśli paznokcie są ważniejsze od dziecka, to polecam zmianę priorytetów); 
c) oceniasz skalę zagrożenia i obserwujesz je - jeśli zedrze sobie skórę na kolanie to się raz na zawsze nauczy, że skały są chropowate i mogą zrobić "ała".

SCENKA 4
Miejsce akcji: podziemne miasto Osówka
Zarys sytuacji: sieć podziemnych tuneli, niskie korytarze, stąd kaski na głowach. Zimno, wilgotno i ciemno. Głos niesie się daleko korytarzami, jest pogłos. Pikanterii sytuacji dodaje fakt, że naszej grupie trafił się pół-przewodnik tj. człowiek dopiero doskonalący swoje umiejętności przewodnikarskie, a zatem osobnik wybitnie zestresowany.
(zaznaczam - określenie "pół-przewodnik" ma tutaj wyrażać naszą sympatię i w żadnym wypadku nie ma na celu obrażenia tego jakże sympatycznego, aczkolwiek zestresowanego człowieka)
Akcja właściwa: pan pół-przewodnik, starając się trzymać nerwy na wodzy i ograniczyć do minimum ilość "yyy" w każdym zdaniu opowiada nam o historii tego miejsca. Za nami nadciąga grupa wczesnoszkolna. Tupiąca jak stado spasionych mamutów, generująca ilość decybeli, od których trzęsą się betonowe, porządne niemieckie stropy. Stropy, które w założeniu miały przetrwać bombę atomową.
(to duże wyolbrzymienie, ale oddaje skalę problemu, naprawdę)
Pół-przewodnik się oczywiście stresuje jeszcze bardziej, wycieczka sama z siebie przyśpiesza, by umknąć przed dzieciarnią, a raczej bachorandią, bo sceny dantejskie, które miały miejsce jeszcze przed otwarciem kas, to materiał na osobną opowieść. Dziesięciolatkowie powinni już umieć czytać i znać się na zegarku, prawda? Bo, wiecie, zwątpiłam.
Konkluzja: ogółem, wycieczki szkolne to jedenasta plaga. Niekoniecznie egipska, do egipskich dzieci nic osobiście nie mam.
A poważnie - dlaczego te dzieci są takie głośne? Czy naprawdę tak trudno jest zdyscyplinować 20 dzieciaków? To znaczy trudno, wiem z doświadczenia, że ustawienie klasy parami jest misją niemożliwą, ale czy te bachorki naprawdę nie potrafią zamknąć na chwilę pyszczków?
Hmm... a jakby na wejściu wszystkim rozdawać mordoklejki? Takie super mocne?

I tutaj też przeciwna strona medalu. 
Miejsce akcji takie samo, zarys ten sam, tylko warto dodać, że w naszej małej grupce znajdowało się kilkoro Czechów. Zarówno w wersji larwalnej, jak i w postaci imago (dla niezorientowanych: dzieci i dorośli). Posiadali audio-przewodniki, ale się dogadywali z przewodnikiem nadzorującym naszego pół-przewodnika.
Akcja właściwa: Czesi po cichu dopytują pana przewodnika o szczegóły, których niestety nie zrozumieli. Dzieci dopytują rodziców, bo niestety zrozumiały jeszcze mniej, a rodzice im wszystko tłumaczą, zasięgając rady przewodnika nadzorującego.
Ale. Czynią to po cichu, podczas przechodzenia z miejsca na miejsce, a nie przekrzykując się z panem pół-przewodnikiem, który i tak musiał przekrzykiwać bachorandię.
Konkluzja: duży plusik dla Matki Czeszki.
(w przeciwieństwie do Madki Polki z kolejnej scenki)

Do tej sceny mam jeszcze jedną uwagę. Na chwilę pragnę skupić się na postaci pół-przewodnika oraz przewodnika nadzorującego.
Mianowicie, pół-przewodnik wciąż się uczył oprowadzania. Materiał podstawowy wykuł na blachę i z drobnym dodatkiem "yyy" bardzo klarownie nam tę wiedzę przedstawiał. Na dodatkowe pytania odpowiadał przewodnik nadzorujący, który zresztą podczas przedstawiania się nie zdegradował pół-przewodnika do roli uczącego się, tylko samego siebie nazwał "przewodnikiem od pytań specjalnych". Natomiast jeśli coś zrobił nie tak (na przykład nie poczekał na końcówkę grupy i zaczął opowiadać dalej), to nie zwracał mu uwagi przy wszystkich, tylko dyskretnie, na boku. Tak samo gdy zapomniał o czymś powiedzieć, nadzorujący dopowiadał to po tym, jak pół-przewodnik skończył opowieść.
Może się Wam wydawać dziwne, że zwróciłyśmy na to uwagę, ale właśnie tak powinno się traktować dziecko. Co prawda pół-przewodnik dzieckiem od dobrych kilku lat już nie był, ale podejście pedagogiczne przewodnika nadzorującego oceniamy na piątkę z plusem!

SCENKA 5 
(chyba nasza ulubiona)
Miejsce akcji: Twierdza Kłodzko
Zarys sytuacji: zwiedzanie twierdzy składa się z dwóch etapów - podziemny labirynt oraz górna część twierdzy. Każdą z nich zwiedzałyśmy z innym przewodnikiem (ale obaj, mimo zróżnicowania wiekowego, byli świetni!), a grupa się w znacznej części pokrywała i tu, i tu. Pierwsza sytuacja miała miejsce w labiryncie, trzy pozostałe na górnej części twierdzy.
Akcja właściwa, subakcja A: w labiryncie korytarzy jest ciasno, a głos mocno się niesie. Już po paru minutach wycieczki, zauważyłam, że coś mi przeszkadza w odbiorze bardzo ciekawych treści przekazywanych przez przewodnika. W następnej chwili zlokalizowałam źródło: rodzinka z tyłu zachowywała się bardzo hałaśliwie. Okazało się, że dzieci (lat ok. 9) z tej rodzinki są niepolskojęzyczne, zatem towarzysząca im matka/ciotka/kuzynka/inna opiekunka płci żeńskiej bawiła się w tłumacza symultanicznego, nieomal przekrzykując się z przewodnikiem. Byłoby to ostatecznie do wybaczenia, gdyby nie miała innej możliwości przekazania wiedzy, ale pomiędzy wykładami pana przewodnika były długie momenty polegające jedynie na przechodzeniu ciasnymi korytarzami.
Konkluzja: chyba brak. Po prostu... wypadała odrobinkę pomyśleć, prawda? Ot taki kontrast do scenki 4.

Akcja właściwa, subakcja B: w przerwie pomiędzy zwiedzaniem labiryntu, a górnej części twierdzy, małe potworki zażądały zakupu chipsów. Myślę, że ciągu dalszego się domyślacie...
Prócz dalszego tłumaczenia symultanicznego (swoją drogą, do tej pory nie wiem, w jakim języku mówiły te dzieci i skąd się tam wzięły), do dźwięków zagłuszających dołączyło głośne chrupanie (ale nie takie zwykłe chrup-chrup-chrup, tylko raczej CHRUPS!-CHRUPS!-CHRUPS!) oraz klaskanie, bo jeden z tych bachorków miał chyba nadpobudliwość ruchową (ale uspokajał się na chwilę pod morderczym spojrzeniem Szur. Szur ma bardzo mordercze spojrzenie, to swoją drogą), które bardzo skutecznie zbijały naszego doświadczonego przewodnika z pantałyku.
Swoją drogą przewodnik był fantastyczny (walory estetyczne były tylko wisienką na torcie) i ewidentnie był pasjonatem tematu, więc poziom chrupania musiał być naprawdę wysoki, skoro zdarzyło mu się parę razy stracić wątek.
Konkluzja: jaką trzeba być amebą kulturalno-społeczną, by kupić dzieciom chipsy i pozwolić je jeść w muzeum? Częściowo na otwartym powietrzu, to fakt. Nigdzie nie było widać zakazu, to fakt.
ALE JEDNAK.
No i... nie wiem, zdyscyplinuj nieco własne dzieci, kobieto? A przynajmniej w miejscu publicznym?

Akcja właściwa, subakcja C: w grupce zwiedzającej górną twierdzę znalazły się również dwie dziewczynki. Chyba siostrzyczki. Wiek około osiem lat.  Na pierwszy rzut oka grzeczne, miłe i dobrze wychowane.
Ale, wiadomo - pozory mogą mylić.
Dziewczynki zaliczały się do tej samej grupy co dziewczątka z pierwszej scenki. Może w mniejszym stopniu, ale ilość zdjęć robionych w trakcie opowieści przewodnika zdecydowanie wykraczała ponad normę (oczywiście na zrobienie zdjęć był czas później, o tym chyba nie muszę wspominać?). Nie specjalnie słuchały jego słów, ale musiały być zawsze tuż za nim. Deptać mu po piętach (momentami niemal dosłownie). Do celu dążyły po trupach, czyli depcząc po palcach i rozpychając się łokciami.
Konkluzja: wyczerpałam już ilość pomysłów na konkluzje, po prostu ręce opadają mi coraz niżej i niżej. Niedługo będę drapać kangury w Australii po ogonach. A na serio - wystarczyło by mi nawet gdyby powiedziały "przepraszam" zamiast wbijać mi łokieć w żebra. Naprawdę, przepuściłabym je. Mimo iż ich głód wiedzy ograniczał się zazwyczaj do zrobienia dobrego zdjęcia.
Proszę. Dziękuję. Przepraszam. Trzy magiczne słowa, jak to mówili nam rodzice.
Cóż. W tych czasach jedyne magiczne słowa to chyba "bo mnie się należy".

I akcja ostatnia, tak szybciutko, bo tasiemiec się pasie, a sytuacja zasadniczo nie dotyczy dzieci. Dotyczy natomiast grupy przeciwnej, pewnego seniora, dość żwawego, również przyrośniętego do obiektywu aparatu, który w poszukiwaniu dobrego ujęcia parę razy omal nie stratował Szur. Czary goryczy dopełniła dyskusja na tematy polityczne, w które próbował wciągnąć przewodnika. Ten jednak na szczęści szybko i uprzejmie uchylił się przed wzięciem w niej udziału.
I bardzo dobrze.
Konkluzja jest taka, że z niewychowanych dzieci bachorków rosną niewychowani dorośli. Którzy (nie)wychowują kolejne pokolenia bachorków. I tak w koło Macieju.
A że mnożą się chętnie, więc wkrótce zaleje nas fala bachorandii i świat legnie w gruzach.
I w ten sposób niestety, poziom kultury polskiego społeczeństwa spada na łeb, na szyję.

Słowem zakończenia
Obawiam się, że wyszłam (do kompletu z Szur) na straszną marudę/mohera/starego zgreda/(wstaw tutaj dowolny obrażający nas epitet). Być może trochę przesadzamy tak troszeńkę. Ale mimo pewnych uproszczeń i wyolbrzymień, tak to niestety wygląda. Może drażni nas to bardziej niż innych (choć w twierdzy nie byłyśmy osamotnione w naszych poglądach), może zapomniał wół, jak cielęciem był, może nasze przyszłe wyimaginowane dzieci będą robić nam taką siarę, że wszystko pięknie odszczekamy.
Może, może.
A może nie. Może faktycznie jesteśmy ginącym pokoleniem jakiejś względnej kindersztuby i to, co obecnie nas irytuje stanie się zwyczajem, powszechną praktyką. Może ludzie zmieniają się powoli w bydło. 
To smutne, ale coraz częstsze, niestety.
I tutaj moja serdeczna prośba - nie wychowujcie swoich przyszłych dzieci na bachorki.
A jak jakiegoś na swojej drodze spotkacie, to nie bójcie się zwrócić mu uwagi. Albo zadzwońcie do Szur, by załatwiła je swoim morderczym spojrzeniem. Owszem, spotkanie z Madką Polką może być mało przyjemnym doświadczeniem, ale warto, jeśli daje to cień nadziei dla tego dziecka.
Bo dorosłych, niestety, spisujemy w tej walce na straty.

Na koniec, życzę Wam miłych wakacji. 
Obyście spotkali na swoich urlopach jak najmniej upiornych bachorków.

___________
Oto pseudo-felieton wakacyjny. Niedługo wylądują tutaj dwa nowe opowiadania oraz chyba muszę popełnić notkę informacyjną o Linos, bo trochę ją na nowo powołałam do życia.
PS: za pomoc w tworzeniu tego felietonu serdecznie dziękuję Szurniętej!

niedziela, 11 listopada 2018

MYŚL #3: Kocham cię, Polsko!

Dziś jestem Polakiem.
Wieża spadochronowa, Katowice, 2016
Za moim oknem dziś rano zawisła biało-czerwona flaga. Pierwszy raz, bo wcześniej wystarczała nam flaga wywieszana przez sąsiadów z góry oraz ta, wywieszana przez zarządcę budynku. Czy to dlatego, że dzisiejsza rocznica jest wyjątkowo "okrągła"?
Może. W końcu nie da się ukryć, że okrągłe rocznice są wyjątkowe. Jesteśmy poniekąd więźniami systemu dziesiętnego i wszystko, co kończy się zerem bądź piątką wzbudza nas zawsze większe emocje.
Nie czuję się źle z faktem, że dopiero dziś, w 100. rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości, postanowiłam po raz pierwszy uczcić to wywieszeniem naszych barw narodowym. Nie czułam wcześniej potrzeby, by publicznie się obnosić z moimi uczuciami w tej kwestii, uważałam to za coś oczywistego, naturalnego. Co się dziś zmieniło? Nic, to chyba po prostu magia tego zera. A nawet dwóch zer.

Za oknem nie widzę wielu flag. Ale nie smuci mnie ten widok. To miły gest, zgadza się, ale to nie jest przecież najważniejsze. Ani dzisiaj, ani w każdy inny dzień roku. To nie flaga czyni nas Polakami, wiedzą to nawet małe dzieci. Jesteśmy nimi codziennie, przez 365 dni w roku. Ale czy przez wszystkie te dni o tym pamiętamy?

Miłe słowa, życzenia, gratulacje oraz inne sympatyczne gesty płyną do Polski z różnych stron świata. Od kilku dni świat bombarduje nas słowami "Wszystkiego najlepszego, Polsko!". Budowle na całym świecie podświetlone są na biało-czerwono, cały świat rozbrzmiewa naszym hymnem narodowym. Jest duma, radość, gdy świat dostrzega nas i naszą radość z wolności. Wiele inicjatyw podjęto z okazji tej rocznicy i uważam to za coś dobrego. Pod warunkiem, że nie będzie to coś jednorazowego. Że wszystkie te inicjatywy będą dalej działaś prężnie, każdego kolejnego dnia. 
Nie jesteśmy Polakami tylko dzisiaj, choć to dzisiaj staramy się to najbardziej pokazać. Rocznice są po to, by je świętować. Okrągłe rocznice są po to, by celebrować je szczególnie hucznie. Ale bądźmy dumni z naszego kraju, z nas, także w inne dni roku. Miejmy z czego być dumni.

Czy łatwo dziś być patriotą?
Nie ma 11. listopada bez pojęcia patriotyzmu. Już w szkole podstawowej nauczyciele pytają uczniów, w jaki sposób może objawiać się patriotyzm w czasach pokoju. Odpowiedzi jest wiele i pewnie je znacie. Mnie zawsze zastanawia, czy łatwiej jest kochać swoją Ojczyznę w czasach wojny, czy pokoju. Czy łatwiej o nią walczyć teraz, czy sto lat temu.
Odpowiedź wydaje się prosta.
Ale czy na pewno?
Nie chcę absolutnie umniejszać zasług ludzi, którzy własną krwią i życiem bronili naszego kraju, walczyli o jego wolność i niepodległość. Jest to niepodważalny fakt i należy im się za to wieczna wdzięczność kolejnych pokoleń. Oddanie życia za Ojczyznę nie jest łatwym wyborem, wymaga nie lada odwagi, ale z drugiej strony zdaje się dla nas czymś oczywistym, czymś naturalnym. Odpowiedź na pytanie "Co możesz zrobić dla Polski?" była łatwa. Walczyć, zginąć. Bronić jej.
Czy dziś odpowiedź na to pytanie jest równie łatwa i oczywista? Działania, których możemy się podjąć wydają się błahostką w porównaniu do tego wszystkiego. Ale czy równie łatwo jest w ogóle to działanie podjąć? Czy w ogóle zdajemy sobie sprawę z tego, że dziś również musimy walczyć o nasz kraj? O jego wolność, choć Polska przecież od równych stu lat jest wolna?
Dzisiaj nadal musimy walczyć o Polskę. O to, by była lepszym miejscem. Na co dzień narzekamy niemal na wszystko. Że drogo, że źle, że nie da się tutaj godnie żyć. Wolność to nie wszystko. Z wolności trzeba umieć korzystać. Czy sto lat to wystarczający czas, by się tego nauczyć?
A może potrzebujemy na to kolejnych stu lat?

(Kolejne) sto lat, Polsko!
Takie życzenia chciałabym dziś wszystkim złożyć. Sto lat temu cieszyliśmy się z odzyskania domu. Dziś cieszymy się z powodu stu lat wolności. A co będzie za sto lat? Czy przetrawmy kolejny wiek? Sto lat to przecież dużo czasu. Wiele może się wydarzyć. 
Nie wolno nam spocząć na laurach. O odzyskaną wolność należy dbać, wciąż o nią zabiegać. Łatwo stracić czujność i zapomnieć o tym, co najważniejszym. Przykro mi to mówić, ale w dzisiejszych czasach wróg nie czeka poza naszymi granicami. Dzisiaj największym zagrożeniem dla Polski i Polaków jesteśmy my sami. 
Nie mówię nigdy o polityce. Nie lubię, nie znam się i, co z przykrością przyznaję, nie interesuję się. To źle i mówię to z pełną odpowiedzialnością. Jak możemy dbać o kraj, o którego funkcjonowaniu nic nie wiemy? Jak go bronić, kiedy nie zdajemy sobie sprawy z czyhających na niego zagrożeń?
W tym roku po raz pierwszy poszłam na wybory. Po raz pierwszy, choć okazję miałam już wcześniej. Wtedy twierdziłam, że nie mam bladego pojęcia na kogo głosować, nie wiem nawet, co reprezentują sobą konkretni kandydaci i ich partie, więc nie ma to większego sensu, bo wybory to nie toto-lotek.
W tym roku byłam mądrzejsza. Poszłam na wybory, lecz nie głosowałam w ciemno. Przemogłam się i zgłębiłam temat, choćby kilka planów wyborczych. Nie mam żadnej gwarancji, że było w nich choć ziarno prawdy, ale wiem przynajmniej, czego oczekuję. I Was też do tego zachęcam - zainteresujcie się Polską. Nigdy nie jest za późno, by dowiedzieć się, co możecie dla niej zrobić. 
Życzę dziś Wam i sobie - bądźmy świadomymi Polakami.

Kocham cię, Polsko!
Kocham Polskę, bo jest piękna. Tego udowadniać chyba nikomu nie trzeba. Kocham ją za bogatą, choć przykrą historię. Kocham za siłę, dumę i odwagę. Kocham za wszystko, co osiągnęła. Za pierwszą w Europie, drugą na świecie Konstytucję. Za prawa kobiet wywalczone szybciej i mniej krwawo niż w innych krajach Europy. Za ludzi, którzy czynią ją rozpoznawalną w świecie. Za polskich noblistów, za polskich żołnierzy i bohaterów wojennych. Za polskich artystów i sportowców. Za polską literaturę i kinematografię. Za jej kulturę, sztukę i kuchnię. Za język, którym możemy posługiwać się bez przeszkód. Za polską gościnność i otwartość, choć czasem mocno dyskusyjną.
Za to ją kocham.
Ale jak kochać ją jeszcze mocniej?
Akcja #kiedymyżyjemy
Kocham Polskę, gdy mówię z dumą o tym, że jestem Polką. Kocham Polskę, gdy pokazuję jej najpiękniejsze zakątki innym, nie tylko obcokrajowcom. Gdy opowiadam ludziom związane z nią historie, których dotąd nie znali. Gdy publicznie protestuję przeciwko zakłamywaniu historii - również tej niechlubnej, również wtedy, gdy mamy odwagę przyznać się do błędów. Kocham Polskę, gdy wspieram polską kulturę - chodząc do kina, do teatru, na koncerty, do muzeum. Kocham Polskę, gdy staram poznać się ją jeszcze lepiej. Kocham ją, dbając o poprawną polszczyznę - i w mowie, i w piśmie. 
Kocham ją szanując symbole narodowe: wieszając flagę, a nie banderę, śpiewając "kiedy", a nie "póki". Kocham ją, gdy szukam sposobów, by uczynić ją jeszcze lepszym miejscem. By za sto lat była jeszcze piękniejsza, niż jest teraz. By za sto lat, Polacy mieli nam za co dziękować, tak jak my mamy za co dziękować naszym przodkom.

Czasem żałuję. Żałuję choćby tego, że jako dziecko rodzice nie zapisali mnie do harcerstwa. To coś, z czego też możemy być dumni. Zazdroszczę też trochę mojemu koledze, który jako reprezentant Polski w karate startuje w międzynarodowych zawodach z Orzełkiem na piersi. I wygrywa, śpiewa hymn na najwyższym stopniu podium. Chciałabym kiedyś doświadczyć podobnego uczucia. Choć może pośrednio doświadczam, jako kibic. Bo i na tym polu nie mamy się czego wstydzić, mimo iż wiele naszych sukcesów przechodzi bez echa. Te bardziej popularne sporty jednak też dają nam wiele radości.

Na koniec pytanie, które dręczy mnie od paru dni. Co ci ludzie sprzed stu lat, którzy walczyli o wolną Polskę, powiedzieli by o niej dzisiaj? Podobało by im się to, co zrobiliśmy z ich poświęceniem.
Czy żyjemy w takiej Polsce, o jaką oni walczyli?
____________
Dziś musiałam. Nie wyszło do końca tak, jak planowałam, ale myśli mają już to do siebie, że zawsze są trochę nieuczesane i nieprzewidywalne.
Sto lat, Polsko. Kolejnych sto.

czwartek, 1 grudnia 2016

MYŚL #2: Szkoła to ZŁO!

Skoro już wlazłam z butami w tę edukację, to niech będzie.
Czy ta myśl będzie o likwidacji gimnazjów...?
Chyba tak.
Tym razem postaram się streścić, choć o szkole mogłabym pisać bez końca. Wbrew tytułowi, nie dlatego, że uważam ją za coś okropnego, przekornie nie będę wieszać na niej psów. Ja do szkoły bardzo lubiłam chodzić, bardzo lubiłam zdobywać wiedzę (nie mylić z "uczyć się", bo leniem jestem patentowanym i do książek zagonić mnie trudno do dziś) i zawsze miałam problem ze zrozumieniem ludzi mówiących, że "szkoła jest głupia".

Trochę pomysł na ten felieton mi się zmienił, bo zobaczyłam proponowaną listę lektur do ośmioletniej podstawówki i scyzoryk mi się w kieszeni otworzył. Taki świeżo zatemperowany, skoro już się literatury trzymamy. Dla ciekawych tutaj LINK DO LISTY LEKTUR zaproponowanych przez MEN.
Więc teraz - co ma piernik do wiatraka (siedem liter i kończy się na "K"), czyli jak się ma tytuł do wstępu i do tego, co tu przed chwilą napisałam.

To ja się skupię na języku polskim i matematyce, bo świat się zazwyczaj dzieli na dwa obozy - poloniści i matematycy, a opozycja to zło i szatani, bez kija nie tykać. I to przez szmatę najlepiej.
No, bo na co to komu? Po co jakieś głupie funkcje, logarytmy, graniiii... a pardon to rozszerzenie, cofam, to się tylko dla inżynierów liczy; ...delty-srejty, nie wiadomo co jeszcze? No po co? Przyda się to na co komuś?
Pomijając fakt, że podstawy matematyki trzeba znać, żeby pani kasjerka nas na kasie nie ocyganiła na 70 groszy (grosz do grosza i będą dwa grosze, pamiętajcie!), to geometrię też warto, zwłaszcza panowie powinni, coby swoim lubym półki na książki potrafili samodzielnie postawić, a nie wołać majstra, który muskularny, przystojny i jeszcze luba da z takim nogę do Paryża. Więc ten, geometria podstawą udanego związku, o!
A poważniej, to ja, dwa lata po maturze, logarytmów używałam raz, trygonometrii ze trzy, delty ani razu. Nie licząc robienia zadań z matmy dla sportu, oczywiście (świetny sposób na odstresowanie po uczelni, polecam!). Czy uważam, że zmarnowałam te liczne godziny przesiedziane w klasie najukochańszej pani B.? Absolutnie. Bo może ja i jestem dziwna, ale staram się patrzeć szerzej, zastanowić się, co da mi wiedza, która pozornie wydaje się bezużyteczna (nie, to nie jest lokowanie produktu). A wiecie czego uczy nas matematyka, królowa nauk jakby nie było (choć niektórzy twierdzą, że to miano należy się filozofii, więc nie będę polemizować)? MATEMATYKA UCZY LOGICZNEGO MYŚLENIA. Wszystkie przedmioty ścisłe zresztą, bo w większości opierają się na matmie (to znaczy biologia na chemii, chemia na fizyce, a fizyka na matmie, tak dla ścisłości). Uczą układać nam schemat postępowania, szukać analogii, budować rozwiązania. Bardzo przydatne w dzisiejszym świecie, by nie podążać za tłumem, a szukać własnej drogi do celu. I choć to język polski jest uważany, za ten bardziej "swobodny" przedmiot, to właśnie matematyka uczy nas szukać, drążyć i odkrywać, że można inaczej.

A jak już o tym polskim rozmawiamy... To to już w ogóle niepotrzebne! Przecież jestem Polakiem! Umiem mówić po polsku! I żaden Sienkiewicz nie jest mi do tego potrzebny! (Biedny Henio, obrywa mu się ostatnio ode mnie, może to przez ten rok sienkiewiczowski...). Wiersze? Rozbiór logiczny zdania? PO CO?!
Już tłumaczę po co. Myślę, że dużo się nie pomylę, jeśli powiem, że może zaledwie 10% Polaków poprawnie posługuje się językiem polskim. I ja w tych 10% się nie znajduję, a piszę tu do Was, wyrzucam żale, serce, duszę, wątrobę. W języku polskim, oczywiście (pomijam anglicyzmy i obcojęzyczne wtrącenia). To nie znaczy jednak, że wiem o tym języku wystarczająco dużo, by uniknąć problemów w komunikacji, a to jest nadrzędny cel nauki języka - bezproblemowa komunikacja z innymi jego użytkownikami.
Podam tutaj banalny przykład bynajmniej i przynajmniej. Mnóstwo osób traktuje je jako synonimy, a tak wcale nie jest. A takie pomyłki mogą wprowadzić problemy w komunikacji, o interpunkcji w języku pisanym ja się już wypowiadać nie będę (bo po pierwsze, to moja pięta Achillesowa, a po drugie, już się zupełnie zbulwersuję tego wieczora). A jeśli ktoś nie wie, czym się wyżej wymienione słowa różnią, to tutaj wam zaproponuję małą kryptoreklamę.
I tutaj tak mimowolnie dotknęłam drugiego aspektu nauczania języka polskiego. Chodzi mi o tę "piętę Achillesową". Wiecie doskonale, że chodzi o to, że to mój słaby punkt, a nie, że mam fetysz stóp, bo mam i to jeszcze podpadający pod nekrofilię, bo ten Grek od wielu wieków już jest martwy. Przez tę pietę właśnie. A wiecie to, bo coś tam przeczytaliście w swoim życiu, bo "tak się mówi". I skoro "tak się mówi" to wypadałoby, by ogół społeczeństwa wiedział o rzeczach, o których "się mówi". I by było to coś więcej, niż kolejny rozwód w Hollywood.
Źródło
Jest takie piękne słowo kultura. Kultura właśnie stanowi o tym, że jesteśmy homo sapiens, a nie jakimiś szympansami czy orangutanami (bez obrazy dla miłośników zwierząt wszelakich). Więc chyba wypadałoby tę kulturę trochę znać, prawda? Zwłaszcza tę związaną ze swoim krajem, tę, która na rozwój naszej cywilizacji miała największy wpływ. Te wszystkie pięty, puszki i syzyfowe prace, jeśli już mam się trzymać tej mitologii. Musimy wiedzieć skąd się wywodzimy, w jaki sposób zbudowano ten świat, w którym teraz żyjemy. A budowali go nie tylko odkrywcy, matematycy i wynalazcy, ale także filozofowie i poeci. Nie można budować przyszłości - a my ponoć przyszłością tego świata jesteśmy (kto to powiedział, moi kochani, no kto?) - nie znając przeszłości.

Tutaj mogłabym płynnie przejść do znęcania się nad koniecznością poznania historii, która jak wiecie lubi się powtarzać, ale myślę, że tyle starczy na dziś marudzenia. To czego szkoła nie uczy choć powinna, to temat to na zupełnie inny pseudo-felieton. Wydaje mi się, że już wiecie co mam na myśli.

Bo szkoła nie jest zła. To nie jest kucie na pamięć bezsensownych wzorów, robienie nieprzydatnych zadań, czy czytania jakichś zmurszałych ksiąg... A tak przynajmniej powinno być.
Trzeba tylko trafić na odpowiedniego nauczyciela. Nauczyciela, który pokaże właśnie to, co próbowałam Wam tu przedstawić - że to nie o to chodzi, by umieć obliczyć miejsce zerowe funkcji kwadratowej. Chodzi o to, by umieć znaleźć rozwiązanie problemu, na podstawie setek wcześniej przeanalizowanych podobnych problemów. A jeżeli dane rozwiązanie nie jest możliwe do zastosowania, poszukać innego na podstawie danych i zdobytych informacji.
Nie chodzi o to, by wiedzieć jaki motyw widniał na zastawie w Soplicowie (Sejm Czteroletni). Chodzi o to, by umieć dostrzegać symbole, interpretować je i odpowiadać na nie w odpowiedni sposób. By wznieść naszą egzystencje na poziom wyższy niż rozmowa na temat pogody i ceny piwa w Żabce (to też nie jest lokowanie produktu). Nie każdy z nas musi być magistrem, czy też profesorem, ale każdy powinien mieć szansę rozumieć otaczający go świat. A ten opiera się na kulturze, przed której poznaniem tak bardzo się wzbraniamy.

A jak wygląda taki nauczyciel? Nauczyciel z pasją? To wysoki, przystojny brunet, lat trzydzieści osoba, która inspiruje swoich uczniów. Pokazuje im więcej niż musi, siedzi po godzinach upewniając się, że każdy zrozumiał wymagane treści. Który sprawia, że aż chce się uczyć, że dostrzegamy sens w tym, co robimy.
Ja miałam takich nauczycieli, mowa tu zwłaszcza o wspomnianej już przeze mnie pani B. (pozdrawiam gorąco!). Pani B. była moją wychowawczynią przez 6 lat (gimnazjum + liceum), nauczycielką matematyki na podstawie oraz rozszerzeniu i nadal jest najukochańszą osobą na świecie, bo cały czas dopytuje się co tam u nas słychać (i nadal krzyczy na nas, że z nas takie baranki boże, co się dają łatwo zamanipulować). Traktowała nas jak własne dzieci (fakt, że kumplowaliśmy się z jej synem nie miał nic do rzeczy), wychowywała na "na ludzi", uczyła samodzielnie myśleć (To wasza sala, a wy daliście się z niej tak po prostu wyciepnąć? Wracać mi tam zaraz, pan S. niech idzie ze swoją klasą do katakumb! vel. Mikołajki 2009). Im byliśmy starsi, tym bardziej przyjacielski stosunek do nas miała. Czego pani dyrektor nie widzi, tego sercu nie żal. Wymagała od nas więcej niż musiała, bo wiedziała, że może. A raczej wiedziała, czego nie może - zmarnować naszego potencjału.
I nie chodzi o to, że byliśmy jakimiś geniuszami, nie. Chodzi o ten potencjał, który posiada każdy młody człowiek - zdolność do nauki i rozwijania swojej wiedzy w tempie, którego nie będzie już mieć nigdy później. Chciałabym mieć dziś takie możliwości pojmowania, jakie miałam jeszcze 5-6 lat temu, wierzcie mi.
Miała zwyczaj, że zimą, w klasie maturalnej, zabierała maturzystów do swojego domku w górach i przez dwa tygodnie rozwiązywała z nimi zadania maturalne. Wyglądało to tak, że po śniadaniu połowa grupy zostawała w kuchni i liczyła, a połowa szla na narty/spacer. A po obiedzie następowała zamiana. No i sympatyczne wieczorki przy herbatce i jej życiowe porady dotyczące wszelakich sfer życia. Tydzień przed maturą, rozszerzeniowcy siedzieli u niej od rana do nocy, robiąc zadania, a to zaprocentowało (jej syn aż się komuś żalił, że przez nas nie miał obiadu przez tydzień, a takiego bałaganu to on od lat w domu nie widział - bo mama nie gotuje i nie sprząta, tylko zadania z nami liczy od tygodnia). Zaprocentowało takimi wynikami na maturze, że 70-80% to była nasza klasowa średnia.
Ale to nie o wyniki przecież chodzi.
Chodzi o to, że pani B. poświęcała swój wolny czas, hektolitry herbaty, święty spokój swojego męża oraz psa i żołądek własnego syna, bylebyśmy tylko z tych 6 lat nauki wyciągnęli jak najwięcej.
I wyciągnęliśmy, zaufajcie mi.

I tak na podsumowanie wrócę do tej reformy szkolnictwa.
Nieważne, czy będą te gimnazja, czy nie. Nieważne, jaka będzie podstawa programowa, czy będzie ten Tadek w podstawówce i "Igrzyska Śmierci" jako uzupełnienie, czy też nie.
Jeśli uczeń - nawet najbardziej krnąbrny i nastawiony na NIE - trafi na nauczyciela z pasją, prawdziwą PASJĄ, to wyniesie z tych 12 (13) lat edukacji więcej, niż MEN przewiduje. I tym lepiej dla niego!
A jeśli nie...
Jeśli nie, to już mu nic nie pomoże, chyba że sam zbierze się w sobie i na własną rękę będzie się rozwijał.
I już na samiutki koniec, zacytuję Wam mojego tatę:

Głupim społeczeństwem łatwiej się rządzi.

...a Wy zróbcie z tym cytatem co chcecie. W końcu szkoła uczy nas wyłapywać aluzje, prawda?

poniedziałek, 19 września 2016

MYŚL #1: Edukacja w tym kraju jest bezpłatna.

Powiem tak:
Świat słów i myśli, tak brzmi tytuł tego bloga. Słowa już były, nawet całkiem sporo, czas zatem na myśli, które przewijały się cichaczem za zasłoną słów, teraz jednak co konkretniejsze mam zamiar ubrać w formę felietonów. To znaczy czegoś, co felietonem być by mogło, ale przy moich zdolnościach będą to raczej pseudo-felietony.

Tytuł pierwszego powyżej. Tak mnie naszło, bo zbliża się rok akademicki wielkimi krokami, dla mnie już drugi w mojej uczniowsko-studenckiej karierze. Naszło mnie też, bo gdzieś przewinął mi się temat ciężkich tornistrów, sama zresztą zostałam narażona na pewne edukacyjne wydatki i tak mi się wspomniało.
Bo od lat już wiem, że ta "bezpłatność" edukacji w Polsce to pic na wodę, fotomontaż.
To znaczy tak: nie płacimy za szkołę jako taką (no chyba, że wybierzemy szkołę prywatną, czesne i tak dalej); nie płacimy również za studia (no chyba, że wybierzemy studia zaoczne); nie płacimy za możliwość edukacji jako takiej, chyba że sami zdecydujemy się na wersję premium, że posłużę się wyrażeniem ze świata gier komputerowych (i nie tylko).
Ale na tym ta bezpłatność się kończy.

Idąc po kolei: podręczniki.
Ktoś powie, że to logiczne, że trzeba przecież się z czegoś uczyć. Ale czy koniecznie trzeba każdego roku wydawać 300-400 złotych na książki, z których często korzystamy okazjonalnie, a po 10 miesiącach możemy je sprzedać za około 30% tej ceny? Ja osobiście pochodzę z rocznika eksperymentalnego, gdzie wszystko było nowe. Ta "nowość" polegała na tym, że dodano jakiś obrazek, zmieniono treść zadania  i inaczej poukładano tematy. Merytorycznie, w podręczniku nie zmieniło się niemalże nic. Ale używanych mieć nie można było, bo obowiązywała nas nowa podstawa programowa.
Teraz istnieją podręczniki bezpłatne, które należą do szkoły i służyć mają kilku rocznikom. Tak słyszałam, niestety nie mam tego jak sprawdzić doświadczalnie. Wiem jednak, że to nie zdaje ponoć egzaminu. Z perspektywy czasu wiem, że bez podręcznika dawało się uczyć, w 2-3 klasie liceum nie kupowałam połowy podręczników, bo się nie opłacało. Zerkałam do koleżanki z ławki albo kserowałam sobie konkretne tematy, ewentualnie robiłam zdjęcia. W ciągu roku książka użyta została może w 30% przypadków, jeśli nie mniej. A ja nie dźwigałam.
Obecnie na studiach, nie korzystam z podręczników. Prócz jednego, może dwóch. A już na pewno nie wożę ich ze sobą (nie licząc atlasu anatomicznego, ale to jest wyjątek. Bochenek bogiem, anatomia nałogiem et cetera). Większość to PDFy, a jak potrzebuję czegoś na zajęcia, to spisuję sobie notatki, albo robię zdjęcie/ksero. Działa, a ja nie dźwigam. I nie płacę, co ważniejsze, bo większość publikacji jest dostępna bezpłatnie.
Po co więc podręczniki? Papierowe podręczniki. Znam osoby, które zeskanowały sobie podręcznik od kolegi, zapłaciły mu jakąś symboliczną część wartości tejże książki, a następnie z owych skanów korzystali na tablecie podczas lekcji. Da się? Da.
Taniej, oszczędniej, ekologicznej. I kręgosłup się nie krzywi i nie dostarcza mi przyszłych pacjentów.


Zeszyciki, piórniczki, linijeczki i kredeczki.
...oraz inne duperele. Bo tylko tak można to nazwać. Owszem, to było fajne w podstawówce. Nie wyobrażam sobie pójść do pierwszej klasy bez czaderskiego piórnika, najfajniejszych kredek i linijki w Pokemony (tak, jestem z tego pokolenia, które Pokemony oglądało, a nie jedynie łapało). Inwencję twórczą dzieci ogranicza jedynie portfel rodziców, ale wydatki są. Bo do każdego przedmiotu inny zeszyt, w linię, kratkę, kółka albo trójkąty; bo musi być pióro, a nie długopis i kolorowe kredki, bo trzeba kolorować obrazki i podkreślać tematy. I farby, i pastele, i plastelina, i glina, i nie wiadomo co jeszcze, bo dziecko się musi rozwijać wszechstronnie na plastyce. A na muzykę koniecznie flet! Bo to przyszły Mozart, na pewno!
Nie twierdzę, że to wszystko nie jest potrzebne, bo jest. Ale... to kosztuje, nie oszukujmy się. Trzeba za to zapłacić, a do szkoły bez tego wszystkiego ani rusz. Czyli jaki jest wniosek? Szkoła kosztuje.
A jakby tak zminimalizować część tych wydatków? Przecież flety (czy inne instrumenty, ja grałam na flecie) mogłyby być na wyposażeniu szkoły, zapas farb i innych środków plastycznych również. Konieczność nauki pisania piórem, nie długopisem jestem w stanie zrozumieć, ale atrament mógłby w szkole być, prawda? Zeszytów nie przeskoczymy, nie ma bata, choć niektóre rzeczy można przecież zapisać w książce - tak, tej którą przed chwilą wyrzuciłam z listy zakupów. Ale ksera? Albo wybrać którąś opcję - podręcznik z ćwiczeniami, albo zeszyt z tabletem.
Wiem, że pieniądze nie rosną na drzewach i ktoś musiałby za to wyposażenie szkoły zapłacić. Może brnę trochę w utopię teraz, ale denerwuje mnie nie tyle sam fakt, konieczności posiadania tych wszystkich rzeczy, ale to, że nie są one potem wykorzystywane, a przynajmniej nie w stu procentach.

Edukacja jest obowiązkowa do osiemnastego roku życia. To oznacza, że zdmuchnąwszy osiemnaście świeczek na rocie, możemy rzucić książki w kąt i iść do roboty. W praktyce wypadałoby jednak skończyć to liceum/zawodówkę/technikum i napisać jako-tako tę maturę, coby nas do tej roboty przyjęli. Za tę obowiązkową edukację płacimy tyle co wyżej, choć dochodzę jeszcze inne nie-do-końca obowiązkowe koszty, bo jednak wycieczki, na których trzeba by było być, zbiórki na Dzień Nauczyciela, Ziemi, dni Unii Europejskiej, urodzin pani dyrektor i pana woźnego. Cokolwiek.
Kiedy jednak już matura jest napisana, to część z nas (a obecnie całkiem spory - jeden z większych w Europie - odsetek) decyduje się na zdobycie wykształcenia wyższego. Bo tak. Bo matura nic nie daje, magister w sumie też nie bardzo. 
(tu bym mogła nieco ponarzekać, ale to sobie zostawię na następną myśl).
Idziemy więc na studia i...?

Płacz, portfelu, płacz.
Tyle żeśmy się napocili, żeby tę maturę zdać na sensownym poziomie i się na te wymarzone studia dostać w trybie dziennym i nic nie płacić i co...?
I śmiech na sali, proszę państwa, bo już w maju podczas rekrutacji wita nas radosna informacja, że przyjemność wyrażenia chęci zostania studentem szanownej uczelni kosztuje nas kilkadziesiąt złotych. Za każdy kierunek osobno, w większości przypadków. Bezzwrotnie, również zazwyczaj,
Ja na przykład na rekrutację na trzy kierunki zapłaciłam ponad dwieście złotych. Na jednej uczelni. Dostałam się na dwa z nich, zwrotu nie dostałam. Całość ponoć idzie na opłacenie serwera elektronicznej rekrutacji, która nie jest jakoś szalenie funkcjonalna.
No, ale dobrze. Dostaliśmy się już tam, gdzie chcieliśmy (albo i nie) i dostajemy listę rzeczy do załatwienia. Bo musimy zapłacić:
- za indeks (nawet elektroniczny, który swoją drogą działa nie lepiej niż strona rekrutacji)
- za legitymację
- ...do której potrzebne są dwa zdjęcia.
- na niektórych kierunkach za badanie lekarskie, potwierdzające zdolność do studiowania (u mnie dało się to załatwić bezpłatnie w jednej przychodni, która miała podpisaną umowę z uczelnią)
- a na jeszcze niektórych trzeba wyrobić książeczkę sanepidowską, co wiąże się z wydaniem około 150 złotych.
Takie doświadczenia z rekrutacją mam przynajmniej ja. Być może ze względu na medyczny charakter moich studiów, ale każdy chyba kierunek ma swoje papierologiczne wymagania, które kosztują. Jeśli nie pieniądze, to na pewno czas i nerwy.

O podręcznikach już wspominałam. Na studiach jest o tyle łatwiej, że mało kto wymaga taszczenia ich ze sobą i raczej idzie się na rękę studentom w tym względzie. Masz mieć wiedzę i być przygotowanym do zajęć, a jak, to już Twoja broszka.
A podręczniki akademickie są drogie, ups. Więc szukamy PDFów, które odkupujemy do starszych roczników. Ewentualnie zamienników. No i, oczywiście, biblioteka najlepszym przyjacielem studenta. Nawet jeśli potem trzeba płacić haracz, jak się za bardzo do jakiegoś dzieła przywiążemy.

Ale to nie koniec. Każde studia, ale zwłaszcza te bardziej praktyczne kierunki wymagają dodatkowych opłat za różne akcesoria i stroje. Z mojego podwórka:
- 2 rodzaje fartuchów
- specjalne buty i czepek
- strój na WF (zwykły dres i trampki, no ale)
- rękawiczki jednorazowe i identyfikator
- sprzęt pomiarowy (np. stetoskop dla lekarzy, swoją drogą te lepsiejsze kosztują od 300 złotych w górę)
Specyfika studiów sprawia, że te ostatnie koszta są płynne w swej wysokości, ale i tak. Zawsze są jakieś koszty poboczne.
O pisaniu pracy, egzaminach państwowych się nie wypowiadam, bo nie odczułam tego jeszcze na swojej skórze.

I, pozwolicie, że nie wspomnę o takich szczegółach, jak konieczność wyprowadzki do innego miasta (często) i/lub dojazdy czy to pociągiem, czy to autobusem czy też samochodem.
Posumuję to wszystko bardzo krótko, za pomocą pewnej znanej chyba wszystkim piosenki: money, money, money.

I teraz chyba czas na jakieś podsumowanie, prawda?
EDUKACJA W TYM KRAJU JEST BEZPŁATNA.
Nie licząc tych drobnych kosztów pobocznych.
Szczegóły.
Musi być bezpłatna, bo jest obowiązkowa do pewnego czasu. To, że potem również nie musimy za nią płacić, to już naprawdę wielka łaskawość.
No, ale bądźmy realistami - światem rządzi pieniądz, bez pieniędzy nie załatwimy nic. Nie zdobędziemy nawet wykształcenia, które jest nam potrzebne, by te pieniądze zarabiać. To taka jakby inwestycja w przyszłość.
Ech, chyba robię się dorosła.
Ale jeszcze jedno zdanie:
EDUKACJA W TYM KRAJU JEST BEZPŁATNA, ALE POTRZEBNE DO NIEJ MATERIAŁY JUŻ NIE.
Ot, cała filozofia.
__________
Słowo jeszcze do Was:
Dajcie znać, czy podoba Wam się taka forma i przemyślenia, to raz.
A dwa... ankieta na samym dole. Just sayin'.