Strony

Ogłoszenia drobne

W tej chwili mało się tutaj dzieje, nieco więcej dzieje się na moim Wattpadzie, ale pracuję nad tym. Oczekujcie wieści na Twitterze :)
Zakładka Aktualności zniknęła, bo była mało... aktualna. Może kiedyś wróci. Może.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą własne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą własne. Pokaż wszystkie posty

sobota, 20 lutego 2021

Siebiekochanie

Gdy tylko gospodarze zostawiają nas samych, w kuchni zapada niezręczna cisza, którą przerywają jedynie radosne okrzyki moich bratanków, gdzieś na piętrze. Deszcz uderza o szyby, pogoda jest naprawdę paskudna tej wiosny.  Odwracam wzrok od okna, by nie patrzeć na ten ponury widok i obejmuję pomieszczenie spojrzeniem.. Jest sterylnie czyste i urządzone w bardzo minimalistycznym stylu. Nie mam na czym zawiesić wzroku, nawet na głupiej etykiecie na puszcze z kawą. Siłą rzeczy muszę w końcu na nią spojrzeć.
O dziwo, ona wcale nie ma z tym problemu, patrzy mi prosto w oczy. Obejmuje kubek z herbatą dłońmi, jakby chciała się od niego zagrzać i przygląda mi się z łagodnym uśmiechem. Siedzi na podwiniętej pod tyłek prawej nodze, a lewą ma przyciągniętą do brody, a ja nawet po tylu latach nie umiem zrozumieć, jakim cudem jest jej w taki sposób wygodnie.
Wiele się zmieniło przez ten czas. Przyglądam się jej bezwstydnie - patrzę, jak w kącikach oczu pojawiają jej się powoli drobne zmarszczki, jak w ściętych na krótko włosach pojawiają się dyskretne srebrne pasma siwizny, jak na serdecznym palcu odcina się złota obrączka. 
Są też pewne niezmienne rzeczy - nadal emanuje od niej dziwny rodzaj spokoju, który zawsze dodawał mi otuchy, nawet w tych burzliwych i nie do końca jasnych momentach, jej obecność koi nerwy mimo tego wszystkiego, co się między nami wydarzyło.
- Starzejesz się, Peter. - W końcu to ona przerywa ciszę. Dopija do końca herbatę i odstawia kubek na blat. - Taka ilość siwych włosów przed czterdziestką nie wróży dobrze.
- Miałem sporo zmartwień w ostatnich latach - odpowiadam, ciekaw co zrobi z tą informacją.
- Wiem, sama byłam powodem wielu z nich. Przykro mi z powodu kontuzji przed Igrzyskami - mówi, przygryzając lekko dolną wargę po prawej stronie ust. Jak zawsze, gdy się denerwowała. - W ogóle chciałabym cię przeprosić za wszystko. A w szczególności za to, w jaki sposób odeszłam. Nie powinnam tego kończyć w taki sposób. 
- Nawet przez myśl mi nie przeszło, że chciałaś kiedykolwiek cokolwiek kończyć - mówię bezlitośnie. 
Nie chcę jej karać, już dawno pozbyłem się żalu, a tak przynajmniej mi się wydaje. Przedwczesne zakończenie kariery było tylko i wyłącznie moją winą, choć faktycznie nieco nieracjonalne podejście do obciążeń treningowych, jakie na siebie nakładałem miało związek z moim stanem emocjonalnym. Chciałem wszystkim, a przede wszystkim sobie udowodnić, że potrafię. Że jej odejście wcale mnie nie złamało. Że umiem sobie bez niej poradzić. 
I potrafiłem. Ale przesadziłem i stało się. Mój ortopeda stwierdził, że pierwszy raz widzi osobę, która za jednym zamachem uszkodziła sobie niemal wszystkie więzadła w kolanie.
Tak czy siak - do skakania to ono już się nie nadawało.
Alicja nie wydaje się zbita z tropu moimi słowami. Wie o wszystkim, co się działo u mnie przez te wszystkie lata. Cene i Katka na pewno jej wiele opowiedzieli przez ostatnie dni. Ona wciąż jednak ma wiele do opowiedzenia o ostatnich ośmiu latach.
- Prawda jest taka, że nie powinnam kiedykolwiek, czegokolwiek w ogóle zaczynać - odpowiada. - Byłeś jednak zbyt uparty i na tyle przekonujący, że uwierzyłam ci, że mogę cię szczerze pokochać. I nie żałuję tej decyzji, bo tak właśnie się stało. Tak samo, jak nie żałuję, że poznałam Klemensa. Bo on doprowadził mnie do ciebie, a razem sprawiliście, że osiągnęłam to, co mam teraz. Bez was nie byłoby mnie tu, gdzie jestem teraz. W jak najlepszym tego słowa znaczeniu. Żałuję jedynie tego, że byłam wówczas na tyle niedojrzała, że zraniłam praktycznie wszystkich wokół siebie. 
Alicja milknie, a ja uświadamiam sobie, że w sumie to w jakiś sposób ją rozumiem. W krótkim okresie przeżyłem dwa wielkie zawody, potem jeszcze kontuzja, ale właściwie jestem zadowolony ze swojego życia. Wiele nauczyłem się przez te lata, z perspektywy widzę, że ja również popełniłem wiele błędów w relacji z Alicją. Błędów, do których długo nie umiałem się przyznać, zrzucając całą odpowiedzialność na nią.
Dopijam zimną już herbatę i odsuwam od siebie kubek. Ala poprawia się na krześle, opiera brodę na pięściach i uśmiecha się do mnie nieśmiało.
- Nie wiedziałam, czego się po tobie spodziewać, Peter - wyznaje. - Tego, że rodzice przyjmą mnie z otwartymi ramionami byłam pewna, zresztą miałam silną kartę przetargową. Po Kasi spodziewałam się krzyków, wyrzutów i długiej kłótni oraz stopniowego odzyskiwania zaufania i to właśnie otrzymałam. Bałam się spotkania z Klemensem, ale wiedziałam, że jedyne z czym będę mieć problem, to z upewnieniem się, że jestem dla niego tą samą osobą, którą on jest dla mnie. A jeśli chodzi o ciebie... - Ala zawiesza głos i ponownie przygryza wargę. - Czego mam się spodziewać po tobie, Peter? - pyta.
- Pytań - mówię po chwili milczenia. - Możesz spodziewać się pytań, bo mam ich całkiem sporo.
- Więc pytaj, w końcu mamy czas. Chyba, że Cene i Katka nas wyrzucą, ale to byłoby nieludzkie przy tej pogodzie. - Krzywi się, wskazując na okno. - Choć nie powiem, że nie zasłużyłam.
- Zrobię nam najpierw herbaty - mówię i podchodzę do czajnika, który stoi na blacie za jej plecami. Nalewam wody i pstrykam przełącznik, a Ala obraca się w moim kierunku, siadając okrakiem na krześle. 
Nie muszę pytać, jaką herbatę jej zrobić. Nadal wiem, jaka jest jej ulubiona. Katka też chyba pamięta, bo bez problemu znajduję ją w szafce nad blatem. Jakby wiedziała, że jeszcze wróci i będzie pić herbatę w tej kuchni. Ja chyba nie do końca w to wierzyłem.
- Jesteś szczęśliwa? - zadaje pierwsze pytanie, które przychodzi mi do głowy, gdy podchodzi do mnie, by odebrać swój kubek. 
Opiera się o blat pośladkami i potakuje krótko.
- Jestem. Teraz nawet bardzo. Męczy mnie tylko pytanie, czy ty jesteś szczęśliwy?
- Myślę, że tak. - Opieram się o ścianę naprzeciw niej. - Niczego mi nie brakuje. Nie skrzywdziłaś mnie, jeśli się o to martwisz. Przynajmniej nie tak mocno, jak sądzisz.
- I tak chcę cię za to bardzo szczerze przeprosić. Właściwie to po to wróciłam. Żeby domknąć wszystkie sprawy. Rozplątać to, co zaplątałam. Dać sobie szansę, byście mieli okazję mi wybaczyć. I chyba poszło mi całkiem nieźle. - Ala uśmiecha się niepewnie.
- Gdzie byłaś cały ten czas, Ala? Co robiłaś? 
- Byłam w Ameryce. Może nie cały ten czas, najpierw się nieco powałęsałam po świecie. Szukałam... oczyszczenia. Nowej perspektywy. I ją znalazłam. A nawet dużo, dużo więcej.
I opowiada mi o Nowym Jorku. O śmiertelnie chorym mężczyźnie, któremu dała najcenniejszy dar - spokój w obliczu śmierci. Opowiada mi o Paryżu i złotych obrączkach, z których jedna lśni teraz na jej palcu. O tym wszystkim, co Jason zmienił w jej życiu, wszystkim co jej uświadomił i to w bardzo krótkim czasie, bo nie miał go przecież wiele. O jego odejściu i wszystkim, co po nim pozostało - złożona obietnica powrotu do domu i... córka.
- Jest w wieku małej Any - mówię, gdy Ala opowiada o Dianie. - Jakbyście się z Katką umówiły.
- Nie planowałam tego. Tak jak i wielu innych rzeczy. Ale nie żałuję żadnej decyzji. Mimo iż niektóre zraniły wiele osób. Ale każda z nich mnie czegoś nauczyła i coś zmieniła w moim życiu na lepsze. Czas spędzony z tobą był naprawdę cudowny i chyba nigdy nie czułam się bardziej kochana niż wtedy. Nie mogłam jednak być szczęśliwa wiedząc, że nie jestem w stanie dać ci tyle, ile ty mnie.
- Od dawna jesteś tutaj? Znaczy się w Europie? - pytam.
- Wróciłam do Polski przed świętami. Zaczęłam od rodziców. Potem pojechałam do Zakopanego, a na początku marca zebrałam się na odwagę, by stawić czoła Katce i... tobie.
Kiwam głową. Jest tylko jedno pytanie, które mnie dręczy. Nie umiem przejść obok tego tematu obojętnie.
- A Klemens? Dobrze się wam razem układa? Jest tak, jak marzyłaś?
Ciąży mi świadomość, że z nas dwóch to on ostatecznie był jej przeznaczony. Przełamali w końcu to fatum i ich ścieżki w końcu się zbiegły w jedną, po wielu latach krzyżowania się raz po raz.
- O czym ty mówisz, Peter? - Alicja marszczy brwi i spogląda na mnie zaskoczona.
- Przecież to dla niego zostałaś. Sama mówiłaś, że już nie masz zamiaru nigdzie się ruszać. 
Wpatruje się we mnie dłuższą chwilę, aż nagle zaczyna się głośno śmiać.
- To nie tak. Owszem, to Klemens przekonał mnie do zostania, uświadomił mi, że wszystko, czego potrzebuję jest po tej stronie Atlantyku. Ale nic nas nie łączy, nic poza przyjaźnią, tak jak było na samym początku.
- Jak to?
- Po prostu. Nadal jest moją bratnią duszą, ale nie jest miłością mojego życia. Nigdy nią nie był, tak naprawdę. Żaden z was nią nie był. Nawet Jason. Ale każdy z was dał mi coś, za co jestem wam bardzo wdzięczna. I każdego z was w jakiś sposób kochałam. - Alicja wyjmuje mi kubek z dłoni i wraz ze swoim odstawia na blat, po czym bierze mnie ostrożnie za ręce. - A przede wszystkim, nie chcę was stracić. Dlatego pytam: Peterze Prevcu, czy uczynisz mi ten zaszczyt i mi wybaczysz oraz pozostaniesz już na zawsze moim przyjacielem?
- A co, jeśli nadal się jeszcze z ciebie nie wyleczyłem? - pytam całkiem poważnie.
- Peter. - Alicja spogląda na mnie z łagodnością, ale też lekkim politowaniem. - Przecież widzę, że to już dawno za tobą. Już zawsze będę w twoim sercu, tak jak ty w moim. Ale sam dobrze wiesz, że to nie jest i nigdy nie będzie to samo. Zresztą... zdaje się, że coś wkrótce się zmieni w twoim życiu? 
- Mój brat to największa papla na świecie - wzdycham. O moich planach wiedziała tylko najbliższa rodzina. 
- Tym razem wiń Domena, nawet nie pytałam, bo nie chciałam wiedzieć, a on wszystko mi wyrecytował, gdy tylko przekroczył próg mieszkania. To on zresztą mnie tutaj ściągnął. To jak? - ponawia pytanie.
- Okej, ale pod jednym warunkiem - biorę głęboki oddech i kończę z uśmiechem - musisz nauczyć mnie zmieniać pieluchy. Katka jest okropną nauczycielką.
- Wcale nie! - Rozlega się ze schodów i po chwili moja szwagierka dołącza do nas z Aną na biodrze. - Widzę, że się nie pozabijaliście, więc wybaczcie, ale muszę zrobić dzieciom kolację. Niko, nie biegaj! - upomina pięciolatka.
- Jesteś okropną nauczycielką, brakuje ci cierpliwości - zauważa złośliwie Ala.
- Wychowuję dwoje prevcowych dzieci, czy sądzisz, że pozostały mi jeszcze jakiekolwiek pokłady cierpliwości? - Odsuwa od twarzy ręce Any, która usiłuje wetrzeć jej we włosy kawałki plasteliny.
Alicja pomaga jej przygotować kolację, a ja przysłuchuję się jak przekomarzają się po polsku, prawie, jakby tych ośmiu lat nie było w ogóle.
Ma rację. W moim życiu szykowało się wiele zmian. Myślę, że z Alicją łączy mnie więcej w tej kwestii, niż myślałem. Ona ma Dianę, a ja...
- To ile mamy czasu na naukę? - pyta Ala, gdy zasiadamy w piątkę przy stole. 
- Podpisałem już wszystkie dokumenty. Agencja adopcyjna mówi, że to kwestia dni. - Uśmiecham się. - Trochę to trwało, już nie mogę się doczekać. Choć bardzo się boję.
- I będziemy przy tobie. Wszyscy - zapewnia mnie Ala.
- A ty? 
- Muszę wrócić do Polski pozałatwiać jeszcze kilka spraw, ale dostałem pracę w Ljubljanie od września. Więc będę pod ręką. Gdy tylko będziesz mnie potrzebować, Peter - mówi całkiem poważnie.
Uśmiecham się z wdzięcznością. Faktycznie będę potrzebował teraz wsparcia. Już za parę dni czekają mnie całkiem nowe wyzwania. W końcu do wychowania dziecka ponoć potrzebna jest cała wioska, a moja rodzina wydaje doskonale się do tego nadawać. 
Katka ma rację - każdy z nas potrzebuje kogoś do kochania. Czasem tę osobę znajdujemy w zupełnie innych okolicznościach, niż mogłoby się nam wydawać.
- Będziesz wspaniałym ojcem, Peter - mówi Ala. - Zawsze to wiedziałam. 
- Ty za to jesteś okropną matką - wytyka jej Katka. - Zostawianie trzylatki z wujkiem Domenem to jest bardzo zły pomysł, prawda Ana? - zwraca się do córki.
- Tak! - wykrzykuje mała. Podczas gdy wszystkie dzieci w jej wieku przeżywają okres na "nie", ona upodobała sobie słowo "tak". Cene śmieje się, że jeszcze weźmie przez przypadek jakiś kredyt przez telefon, albo jakiś telemarketer sprzeda jej zestaw garnków.
- Domen skręca łóżeczko dla Petera, będzie zbyt zajęty, by ją uszkodzić - odpowiada niefrasobliwie Ala.
- Ale nie zauważy też, jak Diana połknie garść śrubek. Jesteś okropną matką - wzdycha Katka, a Alicja wzrusza ramionami.
- Jeśli przeżyje to popołudnie to uznam, że jest wystarczająco twarda, by iść do przedszkola.
- Może lepiej pojadę i zobaczę jak mu idzie - proponuję. - Dołączycie potem?
- Tak - potakuje Katka. - Ala, znalazłam te twoje pocztówki na górze. Chodź, opowiesz mi wszystko.
Biorą kawę i siadają w salonie, z dziećmi bawiącymi się u stóp. Katka wyciąga z ogromnego pudła pocztówki od Ali. Przysyłała je średnio co tydzień, podpis zastępując tylko jednym słowem - "Przepraszam". Teraz objaśnia Katce jakie miejsca i jakie zdarzenia kryją się za tymi kartkami, zalewa ją obrazem wspomnień z ośmiu lat. Przyglądam się temu z uśmiechem, gdy zakładam buty i z niejakim żalem opuszczam dom brata.
Mamy czas. Teraz, po latach w końcu mamy dla siebie czas. A przede wszystkim możemy go mądrze wykorzystać. 
Wszystko jest na swoim miejscu, a na naszej drodze nie ma już zakrętów. 
Kiedy wsiadam do auta dzwoni telefon.
- I jak?
Chwilę zastanawiam się nad odpowiedzią.
- Nadal ją kocham - mówię i nie ma w moich słowach kłamstwa. - A wiesz za co najbardziej? Za to, że osobą, którą kocha najmocniej jest ona sama.
Mój brat długo milczy, słyszę szum oznaczający, że siedzi w busie zmierzającym do domu. Chyba wygrał dzisiejsze zawody. Godny następca. Mogę być dumny.
- Ty też nauczyłeś się kochać siebie, Peter. Wszyscy powinniśmy się tego od was uczyć - mówi w końcu Cene.
- Szkoda tylko, że zajęło nam to tyle czasu. 
Odkładam słuchawkę i odpalam silnik. 
Katka miała rację mówiąc, że Alicja jest osobą trudną do kochania. Tak trudną, że tylko ona sama potrafi temu podołać. Nauczyła mnie wielu rzeczy, ale przede wszystkim tego, że nie można uzależniać swojego szczęścia od osób trzecich. Nawet jeśli są to osoby, które bardzo kochamy.
Jedyną osobą, którą powinniśmy całe życie uszczęśliwiać to my sami.

______
To JEST dodatek do "Odchodzę".
Ale - plottwist - to NIE JEST drugi dodatek do "Odchodzę". Tylko trzeci. Drugi nadal się pisze. A ten powstał, bo nie chciało mi się pisać drugiego. Mickiewicz byłby dumny, nie?
Swoją drogą, pragnę zamknąć ten rozdział moje pisarskiego życia zatytułowany "Odchodzę, bo kocham" i jestem na bardzo dobrej drodze.
To powyżej może nie jest wybitne, ale potrzebowałam zwizualizować sobie spotkanie Ali z Katką (retrospektywnie) i Peterem. Przecież wiem, że ich kochacie, no!
Tyle. Zaskoczeni, prawda?
Buziaki, E_A


czwartek, 8 sierpnia 2019

Lęk pierwotny


Jestem zmuszona ostrzec Was, że poniższe opowiadanie zawiera treści nieodpowiednie dla osób młodocianych (rekomenduję 18+), głównie przemoc (brutalną przemoc) oraz elementy o podtekście erotycznym.
Skąd mi się ten pomysł wziął, nie wiem, nie sądźcie mnie zbyt surowo.
Tych, co się nie boją - zapraszam serdecznie. A reszta musi trochę poczekać na... extra bonus do Saszy.
Dostępne także na Wattpadzie.
_________

- Dlaczego to robisz? - spytał, spluwając krwią na podłogę.
Przekrzywiłam głowę, przyglądając się z uwagą plwocinie. Było więcej śliny, niż krwi.
Jeszcze raz. Poprawka.
Wymierzyłam mu kolejny cios w szczękę, tak że głowa aż odskoczyła mu do tyłu. Charknął, zakrztusił się i splunął.
W kałuży krwi zabielił się ząb. Jedyneczka, ładnie.
- Dlaczego? - powtórzył, lekko sepleniąc. Dziwnie się mówi bez przedniego zęba.
- Bo mam taką fanaberię - zaszczyciłam go lakoniczną odpowiedzią.
Taka była prawda. Biłam go, bo mogłam go bić. Bo sprawiało mi to przyjemność. Bo mi się nudziło.
Bo tak.
- Mam ci dać pieniądze? Dom? Samochód? Tajne informacje, których przecież nie posiadam?
Spojrzałam z politowaniem na mężczyznę siedzącego przede mną. Patrzyłam na niego z góry. Skazany był na moją łaskę. Z kostkami przywiązanymi do nóg krzesła, z rękami skrępowani za oparciem. Nie dałam mu knebla, chciałam usłyszeć, jak krzyczy.
Lubiłam, gdy krzyczeli.
Zrobiłam dwa kroki do przodu i usiadłam okrakiem na jego kolanach z drapieżnym uśmiechem. Lewą rękę wplotłam w jego czarne, lśniące włosy. Był przystojnym mężczyzną przed trzydziestką, może nawet młodszy, o nienachalnej, ale zwracającej uwagę urodzie. Typ biznesmena, ale dobrze zbudowany. Tacy byli najzabawniejsi. Twardo stąpali po ziemi i uważali się za panów świata.
A tu niespodzianka.
- Nic od ciebie nie chcę, skarbeńku – odpowiedziałam słodko, paznokciem wskazującego palca przesuwając po jego policzku. Wyraźnie wyczułam fakturę jednodniowego zarostu, a po sobie zostawiłam delikatny czerwony ślad. Na tyle, by zapiekło, zaswędziało, ale nie zaczęło krwawić.
To za sekundkę.
- No… może poza twoim krzykiem. - Zagryzłam wargę pomalowaną krwistoczerwoną szminką. Zagryzłam ją aż do krwi.
Nazwa zobowiązuje, prawda?
- Krzykiem i odrobiną krwi… Taką większą odrobiną. - Zmrużyłam drapieżnie oczy i ujęłam jego twarz w dłonie. - Wycisnę z ciebie ostatnie tchnienie, a ty… - Wbiłam paznokcie w jego policzki, czując, jak jego kości policzkowe trzeszczą w stawach. - A ty będziesz błagał o więcej.
- Jesteś jakimś cholernym wampirem, czy jak?! - wykrztusił, gdy nachyliłam się, by zlizać krew z jego brody. Metaliczny smak zapiekł mnie w język, a podniecenie zabuzowało w żyłach.
Uwielbiałam ten moment, kiedy się orientowali.
No, poniekąd.
- Oj, głuptasku, wampiry nie istnieją – zaśmiałam się chrapliwie, przesuwając językiem po jego żuchwie, a następnie lekko ugryzłam w dolną wargę. - Ale schlebia mi to porównanie, naprawdę. - Podniosłam palcem wskazującym jego brodę do góry, a paznokieć lekko wbił się w jego ciało. Nie potrzebowałam noża, by rozciąć jego skórę. Była dla mnie cienka niczym pergamin.
A jakiż wspaniały dźwięk wydawała, rozdzierając się i barwiąc swoje brzegi szkarłatem.
Mhm… piękno w czystej postaci.
- Czego ode mnie chcesz? - wyjąkał, a ja poczułam smród jego strachu, który wypływał z niego wraz z zimnym potem. Zaciągnęłam się nim.
O taaak. Tego właśnie mi potrzeba.
- Niczego, poza twoim strachem – szepnęłam, nachylając się do jego ucha, wbijając paznokcie lewej dłoni w skórę na jego głowie. - Krzycz. Krzycz dla mnie.
Z gardła wydarł mu się jęk, a ja poczułam ciepłą krew plamiącą moje paznokcie. Drugą ręką przesunęłam w poprzek jego warg, po brodzie, szyi, aż na mostek i zatrzymałam na wysokości serca.
- Krzycz – powtórzyłam, wbijając paznokieć w skórę, pomiędzy jednym żebrem a drugim.
Jęknął.
- Krzycz – powtórzyłam raz jeszcze, bardziej zdecydowanie, a pod paznokciem pojawiła się kropla krwi. - Krzycz! - Krew popłynęła cienkim strumieniem, a z jego piersi wyrwał się okrzyk bólu.
Zaraz potem jednak zacisnął zęby, jakby robiąc mi na złość.
Oblizałam zakrwawiony palec i mlasnęłam z dezaprobatą.
- Za mało, oj, za mało… Musisz się bardziej postarać. - Pokręciłam głową i wstałam z jego kolan.
Był oporny. Lubiłam takich. Im bardziej musiałam się namęczyć, by wycisnąć z nich strach, tym większą miałam satysfakcję. Tym lepiej smakowały owoce mojej pracy.
Czyste, pierwotne przerażenie.
Im dłużej się opierali, tym bardziej potem się bali.
A przecież właśnie o to chodziło.
Czułam, jak dyszy ciężko, korzystając z mojej chwilowej nieobecności. Niepokój wypełniał całe pomieszczenie, strach skraplał się powoli na jego skórze. Powietrze gęstniało od pęczniejącej w nim trwogi.
Bał się, choć sam dobrze nie wiedział czego.
Może i dobrze. Bo gdyby wiedział, to byłby przerażony.
Niewiedza… Niewiedza powodowała lęk.
A lęk był o wiele bardziej… atrakcyjny.
Gdy wróciłam, sprawiał wrażenie opanowanego. Podobał mi się, naprawdę… Podnosił poprzeczkę wysoko. Ale to nie ja miałam potem przez nią skakać.
To on będzie tańczył tak, jak mu zagram. Skomlał na melodię, którą wymyślę. Jęczał w rytm mojego oddechu.
Krzyczał na moje wezwanie.
Będzie krzyczał do ostatniego tchu. Póki jego serce nie stanie, gdy wycisnę już z niego wszystko, czego potrzebuję. Gdy odda mi się cały.
Calusieńki.
- Nie boję się ciebie – oznajmił twardo. Podziwiam, głos mu nawet nie zadrżał. Powieka nie drgnęła. Pot nie skapnął ze skroni.
I może faktycznie się nie bał. Było to zaskakujące, ale nie niemożliwe. Byli tacy, co opierali się dłużej. Ale, jak mówiłam – im dłużej trzymał nerwy na wodzy, tym większą lawiną zalewały mnie, gdy już dopięłam swego.
A ja pławiłam się w ich strachu, otulałam krzykiem, delektowałam przerażeniem.
Chłonęłam to wszystko, co czyniło mnie silniejszą. Potężniejszą.
Żywiłam się strachem, lękiem i przerażeniem.
Sama byłam lękiem. W najbardziej dosłownym tego słowa znaczeniu.
Jakby od niechcenia przesunęłam palcem po jego gładkim, ale stosunkowo dobrze umięśnionym brzuchu. Skóra była blada, ot siedzący, biurowy tryb pracy.
Podobała mi się ta jego jasna karnacja. Ładnie kontrastowała z czarnymi włosami i ciemną oprawą brązowych oczu. Na tak jasnej skórze krew wydaje się jeszcze czerwieńsza. Jej kropelki układają się malowniczo…
Strach był spektaklem. Artystycznym arcydziełem, które malowałam raz za razem. Był wizją, którą roztaczałam przed ludźmi takimi jak on. Byli moim płótnem, moją sztalugą, moimi farbami.
Byli symfonią. Malowidłem. Opowieścią.
Strach i lęk wzniosłam do rangi sztuki. A ludzie byli idealnym materiałem twórczym.
Mój place wskazujący zatrzymał się na pasku spodni i zadrapał wrażliwą w tym miejscu skórę. Mężczyzna drgnął, mocno zaciskając szczęki, a ja zmrużyłam oczy.
Ból, czy podniecenie? Podniecenie, czy ból?
Często były jednym i tym samym.
Przycisnęłam paznokieć mocniej wyciskając z niego kroplę krwi. Przesunęłam centymetr w prawo i znów docisnęłam. I jeszcze raz. Kropla za kroplą na jego podbrzuszu powstawał tylko mnie wiadomy wzór. Kropla za kroplą. Jęk za jękiem. Uczta dla oczu. Muzyka dla uszu.
Mój własny, osobisty spektakl cierpienia.
- No dalej – zachęciłam go chrapliwym głosem. - Krzycz, skarbeńku.
- Nie – wydusił z siebie.
Hm.
Nagle, bez ostrzeżenia przeciągnęłam wszystkimi pięcioma paznokciami w poprzek jego klatki piersiowej, wydzierając z jego ust krzyk. Długi, wibrujący, wwiercający się w uszy. Krople krwi zaperliły się na zadrapaniach. Przyłożyłam palec do pierwszego i przeciągnęłam mocniej. W ślad za moim paznokciem zaczęła sączyć się strużka krwi.
Mężczyzna zacisnął mocno usta, aż stały się blade niczym papier.
Przeciągnęłam po drugim zadrapaniu.
Zduszony jęk wywołał na mojej twarzy koślawy uśmiech. O tak, powoli zbliżamy się do celu.
Trzecie nacięcie w końcu spowodowało krzyk choć stłamszony ostatkiem woli na najwyższym rejestrze. Jego echo nie przebrzmiało jeszcze do końca, a ja już pogłębiałam ślad po moim czwartym palcu. Przeciągły, chrapliwy jęk sprawił, że aż zadrżałam z rozkoszy.
Tak, o to właśnie chodzi. Więcej. Więcej.
Więcej, mój miły.
- Postaraj się – szepnęłam mu do ucha, nadgryzając jego płatek aż do krwi i przeciągnęłam paznokciem po ostatnim zadrapaniu, ukośnie przecinającym pierś i brzuch. Stróżka krwi stała się intensywniejsza, zaznaczone powyżej nacięcia krwawiły asynchronicznie tworząc na jego skórze mozaikę czerwonych plam, w której co wybitniejsi krytycy dopatrzyliby się harmonii cechującej największe arcydzieła.
Sztuka krwi i brutalności była najpiękniejszą formą artyzmu, jaki mogłam sobie wyobrazić.
Krew była moim ulubionym środkiem wyrazu. Krew okraszona krzykami i jękami. Czasem zabarwiona wielobarwnym sińcem…
O właśnie.
Kopniakiem w mostek przewróciłam go wraz z krzesłem na ziemię. Jego rozdzierający krzyk poprzedził trzask łamanej kości.
Ups.
Może nawet kilku kości. A mimo to, po tym pierwszym okrzyku, zamilkł, zagryzając policzki od środka aż do krwi. Byleby tylko nie dać mi satysfakcji…
Nie dać mi tego, czego pragnęłam.
Ale spokojnie – teraz też się dobrze bawiłam.
- Jesteś uroczy, próbując mi się opierać, wiesz? - zapytałam słodko, ściskając jego policzki w dłoni. Krwawiła w wielu miejscach, siniała to tu, to tam. Ale mnie nadal było za mało. - Ale ja nie lubię, gdy ktoś przeciąga strunę… zanadto.
Wyprostowałam się i oparłam stopę na jego mostku. Zaczęłam powoli dociskać. Oddychał ciężko przez nozdrza, coraz płycej, coraz szybciej, coraz bardziej rozpaczliwie, a ja dociskałam nogę coraz mocniej. W klatce piersiowej zaczął formować mu się jęk, który chwilę później przerodził się w krzyk, gdy wycisnęłam go z jego piersi.
- Doooooość…! - wył, a ja wciąż dociskałam but do jego mostka. Stawy trzeszczały, pękały chrząstkozrosty, żebra wyginały się niebezpiecznie w nienaturalnie ostre łuki. Niemal czułam, jak jego płuca pęcznieją, ściskane przez wzrastające w klatce ciśnienie. Jak serce przyśpiesza, jakby chcąc się wyrwać z przyciasnej piersi.
- Nie słyszę – zaśpiewałam słodko.
Pękło pierwsze żebro.
- Doooooość! - zawołał głośniej pomiędzy jednym spazmem a drugim.
- Słucham? - Pękło drugie żebro. - Wybacz, trzask łamanych kości cię zagłusza, misiaczku.
- DOŚĆ! - zawył, a ja odjęłam nogę z jego piersi, jak gdyby nigdy nic.
Rozkaszlał się spazmatycznie, gwałtownie łapiąc powietrze i plując krwią na swój brzuch. Mozaika zmieniła się w czerwono-czerwoną abstrakcję.
Ładne.
- O, jednak potrafisz krzyczeć. - Uśmiechnęłam się. - No dobrze, to zobaczmy, jak nam pójdzie, gdy zejdziemy niżej. - Dodałam z drapieżnym, może nawet nieco lubieżnym uśmiechem, po czym kopniakiem złamałam krzesło w pół, by mieć do niego lepszy dostęp.
Mężczyźnie byli o wiele lepszym materiałem dla mnie, od bardzo dawna nie gościłam u siebie żadnej kobiety. Mężczyźni zawsze zgrywali twardzieli, co czyniło tę zabawę o wiele przyjemniejszą i przewrotną.
Zgrywali twardzieli, dopóki ich męskość nie była zagrożona.
Czuły punkt. Każdy z nas go ma.
A u mężczyzny można go znaleźć bez żadnego problemu.
- Nie…
Zdaje się, że zorientował się do czego zmierzam, kiedy płynnym ruchem pozbawiłam go paska od spodni. Właściwie pasek był jak najbardziej na miejscu.
Ach, tyle możliwości. Tyle dróg do wyboru.
Tyle… różnych scenariuszy.
- Oj, tak. Ale, wiesz co? - Przekrzywiłam głowę, udając zastanowienie. - Dam ci wybór. Sam zadecydujesz, co będę robić.
- I tak zrobisz, co zechcesz. - Splunął krwią z pogardą, w akcie buńczucznej odwagi. Plwocina padła na moje buty.
- Widzę, że zaczynasz rozumieć… Ale będzie zabawniej, gdy będziesz wybierał mniejsze zło. Dla ciebie mniejsze zło, a dla mnie zabawa wciąż taka sama. - Strzeliłam z pasa. - Gotowy?
Nie odpowiedział.
Przeciągnęłam końcówką pasa po jego ciele. Od szyi aż po krocze.
- Pierś, czy…? - Strzeliłam z lekka pasem w pachwinę, chybiając o centymetry. Byli tacy, co już dawno mieli opróżnione pęcherze, ale ten szczęśliwie nie zaliczał się do tej grupy. Nie lubiłam tego skutku ubocznego bólu. I strachu.
- Pierś, czy…? - Strzeliłam mocniej. I bliżej. - Za trzecim razem pasek sięgnie celu, więc radzę ci odpowiedzieć.
- Pierś – wydusił przez zaciśnięte zęby.
Uśmiechnęłam się i odrzuciłam na bok pas. Siadłam okrakiem na jego udach, nachyliłam się nad jego brzuchem i przeciągnęłam językiem po skórze – od biodra, niemalże od pachwiny – po skosie przez pępek i sutek… który ugryzłam mocno.
Aż do krwi.
Jego krzyk zabrzmiał echem, powodując moją jeszcze większą ekscytację. Wyssałam krew sączącą się z rany, rozkoszując się słodkim smakiem przerażenia, którym była przesycona.
Musieli się bać. Strach musiał krążyć w ich żyłach, inaczej krew miała paskudny, żelazisty posmak.
A ja nie byłam pieprzonym wampirem.
...które zresztą są mitem.
- Dobrze. - Otarłam usta wierzchem dłoni i przesunęłam się wyżej. Specjalnie drażniłam go, choć nie bawiły mnie takie zabawy. Innych może tak. Robiłam to tylko dlatego, że gdy odczuwali przyjemność – odruch, nad którym nie mogli zapanować – zaczynali odczuwać względem siebie obrzydzenie. Pokrętna, pierwotna wersja syndromu sztokholmskiego.
A torturowanie ich psychiki było równie przyjemne, jak dręczenie ich w sposób cielesny.
A może nawet bardziej.
Jęk, który z siebie wydał potwierdził moją teorię – był czymś w połowie drogi między jękiem bólu i jękiem rozkoszy, okraszony stęknięciem z gatunku pogardy dla samego siebie i własnych, pierwotnych ludzkich popędów.
- Dobrze - powtórzyłam. - Runda druga: spodnie albo pierś. Ta druga – uściśliłam.
Dyszał ciężko, a ja mocniej ścisnęłam udami jego biodra, ponaglając go do odpowiedzi. Jego oddech jeszcze mocniej przyśpieszył.
- Podpowiem ci: druga będzie bardziej bolała od pierwszej – uprzedziłam go lojalnie.
- Pierś – wydusił ponownie, mocno zaciskają zęby.
- No weź. – Wywróciłam oczami. - Kiepski interes zrobiłeś, spodnie były białą kartą, nic byś na tym nie stracił… Ale teraz już za późno. - Przyłożyłam paznokieć do jego skóry tuż nad linią bokserek, tam gdzie skóra była najbardziej delikatna i docisnęłam.
Zdusił jęk, a ja pociągnęłam palec do góry tworząc krwawą linię krzyżującą się z tą, stworzoną przed chwilą moim językiem. Dotarłam do brodawki i otoczyłam ją palcem, podważając ją niczym kapsel na butelce piwa.
Krzyk rozdarł ciszę i trwał, i trwał, jeszcze długo po tym, jak odpadła od ciała i upadła na posadzkę z cichym plaśnięciem. Wsadziłam palec w ranę, trafiając paznokciem idealnie między żebra. Gdzieś pod nim czułam serce bijące tak szybko, że wydawało się iż drży.
- Dość, DOŚĆ! - próbował mnie powstrzymać. - Spodnie, spodnie, SPODNIE!
- Nic z tego, kochanieńki – odparłam, śmiejąc się perliście i napawałam się jego przerażeniem. I bólem. Oraz cierpieniem. - W tej rundzie nie ma pustych kart… Masz do wyboru twoje piękne oczęta… - Przesunęłam zakrwawionymi opuszkami prawej ręki po jego powiekach. - Albo to, co kryje się pod szmatkami naszego drogiego Calvina. - Uśmiechnęłam się, sugestywnie ściskając go udami.
Nie zastanawiał się długo.
- Oczy.
Pokręciłam głową z dezaprobatą.
- Ech, faceci. Do ostatniej kropli krwi będziecie bronić tego, co ponoć czyni was mężczyznami? To takie… - Zastanowiłam się. - Tchórzliwe. Musicie mieć strasznie niską samoocenę, jako płeć, jeśli definiuje was jedynie zawartość bokserek… Ale dobrze, twój wybór, skarbeńku. - Wzruszyłam ramionami i nachyliłam się nad jego twarzą.
- Będę ostatnim, co zobaczysz – wymruczałam, opierając się na łokciach i przesunęłam językiem po jego policzku, zlizując krew i pot, jedno przesiąknięte strachem bardziej od drugiego.
A mój apetyt rósł i rósł.
Zamknął oczy, a ja uśmiechnęłam się drapieżnie. Delikatnie chwyciłam zębami za rzęsy i pociągnęłam.
Krzyknął, a ja wyciągnęłam z ust kępkę włosów i obejrzałam je uważnie.
- Hm, chyba zostawię sobie na pamiątkę.
Nachyliłam się ponownie, tym razem do drugiego oka. Tym razem był przygotowany, więc wyrwanie rzęs nie spowodowałoby jego krzyku. Ugryzłam go w brew, krew spłynęła po skroni, gdy szarpnął się w spazmie bólu. Przesunęłam palcem po ranie i oblizałam opuszkę. Mężczyzna dyszał ciężko, a ja uniosłam brew.
- Chcesz mi coś powiedzieć, skarbeńku?
- Dlaczego to robisz? - zapytał wyjątkowo spokojnie. - Po co to wszystko?
- Jestem strachem. Jestem lękiem. Jestem przerażeniem. A ty… - Oblizałam wargi. - Jesteś moim pokarmem.
- Jesteś świrnięta!
- Nie. - Powolnie pokręciłam głową. - Jestem… nienasycona. Potrzebuję więcej… Więc krzycz! - Bez ostrzeżenia wcisnęłam palcami jego gałki oczne w głąb czaszki.
Jego krzyki ogrzewały mnie niczym płomienie ogniska. Pławiłam się w nich, czerpałam z nich siłę…
Żywiłam się. Zbierałam moc.
Po przebudzeniu to było właśnie to, czego potrzebowałam. Po wiekach uśpienia nie wzbudzałam sama z siebie strachu, musiałam uciekać się do klasycznych metod – tortur, bicia, bólu. Lubiłam je, ale tęskniłam za czasami, gdy ludzie siwieli w jednej sekundzie, gdy tylko na mnie spojrzeli.
Ale wszystko to było przede mną. Jeszcze paru takich przystojniaczków doprowadzonych na skraj śmiertelnego przerażenia i w końcu wrócę do formy. A wtedy…
A wtedy dopiero zacznie się zabawa.
Krzyk urwał się nagle, a ja przeniosłam wzrok na mojego dzisiejszego gościa. Przez chwilę zmartwiłam się, że stracił przytomność, co byłoby kłopotliwe, albo co gorsza umarł, co byłoby jeszcze gorsze, bo dopiero zaczynałam się rozkręcać.
- Wystarczy. - Usłyszałam głęboki spokojny głos.
Zamrugałam i zobaczyłam, że siedzę na podłodze, opierając dłonie o resztki połamanego krzesła. Obróciłam się i spojrzałam na moją ofiarę poprawiającą mankiety czarnej marynarki, którą ściągnęłam z niego jeszcze przed początkiem naszej małej zabawy.
Mężczyzna był kompletnie ubrany, a na jego ciele nie było nawet draśnięcia. Dopiero gdy podniósł głowę, zapinając podniesiony przed chwilą z ziemi pasek, zauważyłam, że postarzał się znacznie, teraz dobiegał czterdziestki.
A gdy spojrzałam w jego oczy…
- Dobra robota, Fobos. - Uśmiechnął się do mnie i nachylił się, by podać mi rękę. - Doskonale ci poszło.
Prychnęłam jak kotka.
- Jesteś beznadziejnym starszym bratem, Dejmosie. Wiesz, jak dobrze się bawiłam? A ty wszystko popsułeś! – syknęłam i wstałam odtrącając jego rękę. - Co ty tu do cholery robisz? - Zaplotłam ręce na piersi.
- Sprawdzam, jak sobie radzisz po przebudzeniu… Swoją drogą, nie musisz dziękować – dodał jakby od niechcenia, kontrolując stan swoich paznokci. Były oczywiście idealne.
- To… to ty mnie obudziłeś? - zdziwiłam się, zapominając, że jestem na niego wściekła.
- Owszem, bo jesteś mi potrzebna.
- Nabrałeś mnie! Pozwoliłeś mi się torturować z myślą, że jesteś zwykłym człowiekiem! Nawet cię nie bolało! - rzuciłam mu w twarz z wyrzutem.
- Cóż, lekko łaskotało. - Uśmiechnął się złośliwie. - Ale teraz przynajmniej wiem, że nadal masz to coś. I przy okazji co nieco się wzmocniłaś, więc wszystko idzie po mojej myśli.
- Po twojej myśli? Czyli co konkretnie? Czego ty ode mnie chcesz, Dejmosie? - spytałam podejrzliwie.
- Żebyś robiła to, co umiesz najlepiej, Fobos. - Uśmiechnął się szeroko. - Żebyś zalała świat przerażeniem i lękiem. Oraz trwogą.
- To akurat twoja działka – zwróciłam mu uwagę, ale też się uśmiechnęłam.
Może i przerwał mi zabawę, zresztą, jak się okazało, wyimaginowaną, ale w zamian zaproponował o wiele huczniejszą imprezę.
Hm, chyba jednak jesteśmy całkiem dobranym rodzeństwem.

niedziela, 14 lipca 2019

Sara, Gosia i dzieciaki z Kamienicy

Ten post miał się pojawić jakiś tydzień temu, ale niestety nie wyszło, bo akurat wyjeżdżałam na wakacje.

I w sumie od wakacji się zaczęło. Pamiętacie ostatni felieton? To jest, MYŚL #4? Napisałam go we współpracy z Szur. I Szur mniej więcej w tym samym momencie wpadła na pomysł KOLEJNEGO opowiadania. Takiego bardzo, bardzo na luzie. Totalnie bez żadnego planu, ot, co nam ślina na język przyniesie. (Oczywiście pewne przemyślenia i plany zostały poczynione, pełen spontan tutaj nigdy nie zaistnieje!)

No i tak powstała Kamienica. Jak to się stało? No nie wiem. Szur coś szarpały te dzieciaki, SOS (Syndrom Ochrony Sierotek) i te sprawy. Potem wpadłyśmy na to, by przybrało to formę bloga podróżniczego. No i jakoś tak to wyewoluowało w tę formę, której pierwsze objawy możecie podziwiać w podstawionym niżej linku. Tym razem - tylko na Wattpadzie. Jakoś ta forma bardziej pasuje nam do tej platformy. Tak dla odmiany. Coby się nie znudziło, nie?

Dość istotna informacja w kontekście nieco odmiennej of dotychczasowej formy. Rozdziały "tytułowane" to notki z bloga prowadzonego przez Sarę i Gosię, czyli nasze bohaterki. Natomiast te numerowane, to rozdziały nazywane przez nas "fabularnymi" - czyli co się tak naprawdę działo i jak to wyglądało w rzeczywistości widziane oczami naszych bohaterek (dla dociekliwych - kursywą pisane są przemyślenia Sary).

Tyle chyba nudnawego wstępu. Historia powstania tej opowieści nie jest jakoś specjalnie porywająca. Twór lekki i zabawny. A przynajmniej taką mamy nadzieję. Więcej szczegółów - poniżej.



Tytuł: Sara, Gosia i dzieciaki z Kamienicy
Bohaterowie: Sara, Gosia, Michał, Marcel i dwudziestka dzieciaków
Czas akcji: ok. 2019-2020 
Czas trwania: lipiec 2019 - nadal
Status: w trakcie
Liczba rozdziałów:  6
Planowana liczba rozdziałów: ???
Opis: 
Ten blog pozwoli Wam zajrzeć przez okno Kamienicy Lepsze Jutro i zobaczyć codzienne życie naszych podopiecznych. Celem naszej fundacji jest danie dzieciom z rodzin z problemami miejsca, w którym mogą poczuć ciepło i miłość. Gdzie mogą rozwijać swoje pasje, doświadczyć wszystkiego tego, czego wcześniej poskąpił im los. Próbujemy naprawić to, co zostało popsute, na miarę naszych skromnych możliwości.
Fundacja "Kamienica Lepsze Jutro" jest organizacją non-profit, finansowaną (niestety pośmiertnie) przez irlandzkiego miliardera oraz ludzi dobrej woli.
Dlatego też wszystkich darczyńców oraz innych sympatyków Kamienicy zapraszamy do zajrzenia przez okno, którym, mamy nadzieję, stanie się ten blog.




Z dodatkowych informacji:
Notek informacyjnych będzie jeszcze parę. Robię jakieś porządki, czy coś w moich opowiadaniach. A właściwie to robię wszystko, byleby się nie brać za pracę magisterską. Typowo. Śledźcie co się dzieje, bo się dzieje. Oj, dzieje.

piątek, 5 lipca 2019

Enklawa - 100 lat po Potopie

Na samym wstępie zaznaczam: NIE ZAPOMNIAŁYŚMY O "KSIĘŻNICZKACH"!
Żeby to było jasne. Księżniczki są, mają się dobrze, nie umarły. Za to urodził się nam nowy pomysł. Pomysł w tematyce post-apo.

Oczywiście mówię w liczbie mnogiej, bo jest to nasz kolejny wspólny twór, stworzony wraz z Szurniętą. Jak do tego doszło, nie wiem. Okej, wiem. A mianowicie tak:
Miałyśmy drobny przestój w Księżniczkach. Spadki weny, drobne różnice zdań, brak czasu i takie tam typowe weno-przeszkadzacze. Bywa, takie życie. I tak sobie siedziałyśmy i myślałyśmy, jak naszą wenę popchnąć do przodu.

Najlepszy sposób na metafizyczne szturchnięcie bogini Natchnienia? 
Wymyślić coś nowego!
Zatem zaproponowałam opowiadanie o światach równoległych. Szur stanowczo odmówiła, twierdząc, że to za dużo na jej jakże wybujałą wyobraźnię. Za dużo fizyki i kombinowania, no po prostu - nie. Pomysł zatem przygarnęłam na własne potrzeby i kiedyś - nie wiem, kiedy - powstanie z tego opowiadanie o tytule Parallel. Z dużym naciskiem na "kiedyś".

Ponieważ pierwszy pomysł został odrzucony, kilka minut później powstał pomysł numer dwa. 
Nielegalne walki. 
No dobra, ale skąd, po co i dlaczego? 
Okej, żeby przetrwać, zarobić na życie. 
Fantastycznie, ale dlaczego akurat tak? W jakim świecie?
Segregacja klasowa, niższa kasta, takie tam typowe sytuacje.
Fajnie. Czyli post-apo?
Post-apo. Po Potopie.
Na jakiej podstawie ta segregacja? Umiejętności? Znak zodiaku? Grupa krwi? Zawód rodziców?
Nieeee... Genotyp.
A, spoko. Tego jeszcze nie grali.

No. Tak to mniej więcej z początku wyglądało. W mega skrócie. A że rudzi zazwyczaj są społecznie poszkodowani, to tutaj dostali specjalne miejsce. Tak na przekór wszystkim.
Myślę, że tyle na początek wstępu Wam wystarczy. Reszty dowiecie się z pierwszych rozdziałów, które są już dostępne. 
Enklawa dorobiła się swojego własnego bloga, ale równolegle jest publikowana również na Wattpadzie. Trzeba iść z duchem czasu, jak już wspominałam.
No to łapcie informacje techniczne i zapraszamy wraz z Szur do lektury. Tam, gdzie Wam wygodniej :).



Tytuł: Enklawa - 100 lat po Potopie
oraz
Bohaterowie: Aida, Ciara, Owen, Cicero, Aurora
Czas akcji: 100 PoP.
Czas trwania: maj 2019 - nadal
Status: w trakcie
Liczba rozdziałów:  2 + prolog
Planowana liczba rozdziałów: ???

Opis: 
Gdy fale Potopu zalały Ziemię ludzki gatunek nie utonął. Ale... czy nadal pozostaliśmy ludźmi?

Kto dał nam prawo o decydowaniu o wartości ludzkiego życia? Gdzie się podziało nasze człowieczeństwo?


Z dodatkowych informacji: 
Okej, notek informacyjnych będzie teraz dużo, bo będę się porządkować. Szukajcie na Wattpadzie nowości-nie-nowości, na Twitterze wszystko ogłaszam wszem i wobec. Co się wykluje, to się wykluje, mój wen wszedł w stan, w którym totalnie nad nim nie panuję, więc nie mam pojęcia, co i gdzie się opublikuje w następnej kolejności. O terminie nie wspominając.
Więc bądźcie czujni i obserwujcie mnie na Twitterze.

niedziela, 31 marca 2019

Misja "Albatros"

Muszę się przyznać Wam do rzeczy strasznej i karygodnej: przekonałam się do Wattpada. Serio. To okropne, ale prawdziwe.
Blogspot na zawsze w moim sercu i bez wątpienia będę tutaj nadal publikować, bo ma pewne cechy, których nie ma Wattpad, ale w drugą stronę działa to tak samo. Przewaga Wattpada jest jedna: jest teraz o wiele bardziej popularny, zatem przysparza większej ilości czytelników.
Cóż, trzeba iść z duchem czasu, prawda?

Ale dziś nie o tym, choć ten wstęp jest tutaj nie bez powodu. Mianowicie, jakiś czas temu popełniłam opowiadanie, którego tytuł widnieje powyżej. Popełniłam je w Wordzie, a potem wrzuciłam na Wattpada, nie chcąc tworzyć nowego bloga. Zdrada, okropna zdrada! Co prawda nie uczyniłam tego po raz pierwszy, ale... 
Ale Misja "Albatros" jest historią poniekąd wyjątkową.
Wyjątkowa jest z dwóch, może nawet trzech powodów. Pierwszy - jest opowiadaniem napisanym ciągiem od A do Z, które skończyłam, wraz z dwoma bonusami bez żadnego marudzenia i przeciągania. Pisałam je jakieś dwa miesiące, co biorąc pod uwagę objętość, jest całkiem niezłym wynikiem.
Drugi - jest opowiadaniem stosunkowo patriotycznym, na pomysł wpadłam dosłownie 11. listopada, a pisać zaczęłam jakieś 3 dni później. Ponadto jest związane z moją pasją - żeglarstwem.
O trzeci, chyba najważniejszy - jest swego rodzaju preqelem do Księżniczek (niezorientowanych w temacie odsyłam TUTAJ), co samo w sobie jest wow.

Jeśli chodzi o genezę - już wspominałam. Naszły mnie patriotyczne myśli i sobie pomyślałam, jakby to było, gdyby wybuchła kolejna wojna. Co bym wtedy zrobiła? Jakie moje talenty mogłabym wykorzystać. A że lubię żeglować i idzie mi to całkiem nieźle... No i tak wyszło. A że Szur zauważyła, że czas akcji w sumie zgadza nam się z terminem III Wojny Światowej w Księżniczkach, to potem samo mi się jakoś tak w tym kierunku to potoczyło. Aby nie było wątpliwości - nawiązań nie ma absolutnie żadnych, ale w naszych głowach traktujemy to jako prequel, Wy nie musicie.
Okej, to trochę danych technicznych:





Tytuł: Misja "Albatros"
Bohaterowie: Zuzanna German, Zofia Kwiecińska, Piotr Romanowski, Feliks Dusz, Remigiusz Zawada
Czas akcji: 2020-2022
Czas trwania: listopad 2018 - luty 2019
Status: zakończone
Liczba rozdziałów:  57 + prolog + epilog + 2 bonusy
Opis: 

Rok 2020. Polska ponownie staje w obliczu wojny. Zuzanna, dwudziestopięcioletnia studentka turystyki zgodnie z przewidywaniem dostaje wezwanie na komisję wojskową, jednak nie do końca w takiej roli, o jakiej wszyscy myśleli. Na długie miesiące zostaje rozdzielona ze swoją rodziną i przyjaciółką, poznaje jednak wielu nowych ludzi, z którymi łączyć zaczynają ją silne więzi.
Nie to jest teraz jednak istotne. Teraz najważniejsze dla Zuzy jest przetrwać i jak najlepiej wykorzystać swój talent do walki za swoją Ojczyznę.



Z dodatkowych informacji: 
Okej, trochę ruchu w interesie. Postanowiłam, że powinniście wiedzieć o Misji "Albatros" co nieco. Ponad to, dużo się publikuje na Wattpadzie. To samo, co tutaj, ale może chcecie sobie odświeżyć w nieco innej formie. Tak, czy siak, zapraszam: https://www.wattpad.com/user/ElusivE_ArtisT.
Prócz tego, nowy rozdział na Na skrzydłach, a już wkrótce  - to nie priamaprilisowy żart! - nowy rozdział Linos!