Strony

Ogłoszenia drobne

W tej chwili mało się tutaj dzieje, nieco więcej dzieje się na moim Wattpadzie, ale pracuję nad tym. Oczekujcie wieści na Twitterze :)
Zakładka Aktualności zniknęła, bo była mało... aktualna. Może kiedyś wróci. Może.

niedziela, 30 października 2016

Kapryśna przyjaciółka

Patrzył pustym wzrokiem przed siebie, nie dostrzegając błyskających fleszy lamp. Obracał w ustach słowa, które miał powiedzieć, boleśnie świadom podjętej już przecież decyzji.
Koniec.
Dlaczego to słowo brzmiało tak definitywnie? Dlaczego było takie krótkie, ostre, tak… ostateczne?
Zacisnął zęby i na dany przez menadżera znak powiedział to, co miał do powiedzenia. Na sali wybuchnął harmider, pytania atakowały go z każdej strony, zewsząd dobiegały okrzyki niedowierzania, w powietrzu zawisło niewerbalne, ale wręcz namacalne „dlaczego?”
Nic z tego jednak nie docierało do jego świadomości. Wpatrzony w nią, siedzącą na końcu sali, był niczym zahipnotyzowany. Była w niej jakaś kruchość, jakby poczucie porażki przytłaczało ją niemal do samej ziemi. Brakowało jej też kolorów, była niczym wyblakła od słońca tapeta. Lecz ona przecież grzała się jedynie w świetle reflektorów.
Odwróciła wzrok, którym go świdrowała, jeszcze bardziej kurcząc się na plastikowym krzesełku. Włosy zasłoniły jej twarz, a on uświadomił sobie, że nie jest w stanie przypomnieć sobie dokładnie jej rysów. Zmarszczył brwi i przeniósł wzrok na menadżera, zadającego mu właśnie jakieś pytanie.
- Odpowiesz? - powtórzył, widząc roztargnienie na jego twarzy.
- Nie – odparł, po czym zwrócił się do dziennikarzy. - To wszystko, co mam do powiedzenia, dziękuję państwu.
Ochrona zaczęła wyganiać reporterów, a on podniósł się i ruszył w kierunku wyjścia.
Nie zdziwił się, kiedy nagle pojawiła się tuż obok drzwi z rękami zaplecionymi na piersi. Jej wzrok jak zwykle był przenikliwy, ale w spojrzeniu brakowało ognia, gasła.
- Nic mi nie powiesz? - rzuciła, mrużąc oczy, a jej głos był dziwnie schrypnięty.
- Przecież wiesz, że to przez ciebie – odpowiedział twardo, walcząc z pokusą by…
Nadal go pociągała, i to bardzo, ale…
- To przez ciebie zrezygnowałem – odpędził natrętne myśli i wspomnienia, mocno zaciskając szczęki.
- Owszem, ale pamiętaj, że to ode mnie wszystko się zaczęło.
Zniknęła, jak to tylko ona potrafiła. A on został, bijąc się z myślami.
Doskonale pamiętał ich pierwsze spotkanie.

***

Wracał z treningu z opuszczonymi ramionami, a narty boleśnie wbijały się w bark, o wiele cięższe, niż wskazywałyby na to prawa fizyki. Mgła, która była powodem szybszego zakończenia treningu powoli osiadała na powierzchni ziemi, może dlatego dopiero po chwili zauważył kobietę stojącą na środku pustego parkingu.
Ręce miała opuszczone luźno wzdłuż tułowia, a głowę zwróconą w stronę skoczni, jakby wpatrywała się w belkę, której przecież nie mogła dostrzec w gęstniejącej wciąż mgle. Stała w bezruchu niczym marmurowy posąg, dlatego niemalże podskoczył, kiedy nagle odezwała się głosem nie głośniejszym od szeptu:
- Nie możesz teraz zrezygnować.
Gdyby nie fakt, że prócz niego nie było nikogo w zasięgu wzroku, nie pomyślałby, że kobieta może mówić do niego. Przystanął zaskoczony, a ona powoli obróciła głowę, bez krępacji patrząc mu prosto w twarz.
Mimo to, nie potrafiłby powiedzieć, jakiego koloru były jej oczy.
Miała na sobie cienką sukienkę, zupełnie niepasująca do październikowej, zimnej i wilgotnej pogody. W jej spojrzeniu była jakaś przenikliwość, która nie pozwoliła mu się poruszyć, kiedy podeszła do niego bliżej, blisko. Bardzo blisko.
Gdzieś na krańcu jego świadomości pojawiło się pytanie, skąd wiedziała. Skąd wiedziała, że ma już dość pasma niekończących się porażek, które się składały na jego szumnie zwaną karierę. Skąd wiedziała, że ma już dość klepania buli, błagania o wpisywanie na listę startową jakichś nieistotnych konkursów, by tam uplasować się w połowie stawki, daleko za plecami czasami dużo młodszych od siebie zawodników.
Skąd wiedziała, że to miał być ostatni raz, kiedy miał na nogach narty.
- To dopiero początek – dotknęła jego ramienia, z wąskim uśmiechem, jakby wszystkie te myśli miał wypisane na czole. Jakby miała wgląd wprost do jego serca, do zdezorientowanego umysłu i umęczonej duszy.
- Kim jesteś? - udało mu się wydusić.
Uśmiechnęła się tajemniczo, wciąż nie odrywając wzroku od jego twarzy. Było w niej coś hipnotycznego, coś… nierealnego.
Wręcz metafizycznego.
- Twoją przyszłością – szepnęła mu zmysłowo do ucha. Jej ciepły oddech owionął mu policzek. - Twoim przeznaczeniem. Twoją szansą i twoim przekleństwem. Nieodłącznym fragmentem twojej historii.
Zamrugał gwałtownie.
Na parkingu nie było nikogo prócz niego.
Rozejrzał się zdezorientowany, pewien, że przyśniło mu się to wszystko: ta kobieta, ta rozmowa, ta świadomość, że czeka go coś wielkiego, coś… wspaniałego. Potrząsnął głową, poprawił narty na ramieniu i ruszył przed siebie.
Nie zdążył jednak ujść nawet dwóch kroków, gdy w jego uchu rozległ się szept. Dźwięk równie rzeczywisty, co i pasek torby wrzynający mu się właśnie w ramię.
- Czekam na ciebie.
„Gdzie?” - chciał zapytać, ale nie musiał.
- Na szczycie. Tam, gdzie docierają tylko najwytrwalsi.
Więcej nie słyszał tego głosu, nie widział tej kobiety. Ale nie porzucił treningów i nart, nie porzucił skoków.
Ze wszystkich sił chciał się stać najlepszym, by pewnego dnia stanąć na szczycie. By dotrzeć tam, gdzie obiecała mu spotkanie i w końcu uzyskać odpowiedź na dręczące go pytanie – kim była i czego od niego chciała.

***

Start w Pucharze Kontynentalnym.
Pierwsze punkty.
Pierwsze podium.
Pierwsza wygrana i awans do Pucharu Świata.
Wzmożone treningi, podwojony wysiłek, bo cel przecież już tak blisko…
Pierwsze nieudane podejście, drugie i trzecie…
Chwila zwątpienia, głowa pełna pytań. Chęć poddania się.
„Tylko najwytrwalsi”
„Czekam na ciebie”
Podniósł głowę i spojrzał raz jeszcze na majestatyczny profil skoczni. To była jego ostatnia szansa na udowodnienie, że nie trafił tu przez przypadek, że ma tu coś do zrobienia.
Że stać go na sukces.

***

Wziął głęboki oddech i mocniej zacisnął palce na belce. Wciąż nie przywyknął do emocji towarzyszących mu podczas zawodów najwyższej rangi – tłum falujący gdzieś w dole, okrzyki, śpiewy, przenikliwy dźwięk wuwuzeli. Przemoknięte od padającego śniegu flagi, głos spikera wywołujący go na rozbieg, punkty i odległości będące w tej chwili dla niego zbiorem bezwładnych liczb, nieistotne wobec czekającego go skoku.
Był tylko on, skocznia i wiatr.
I nadzieja, że to ten dzień. Ten dzień, w którym w końcu pojawi się u jego boku.
Spędzała mu sen z powiek, była impulsem, który popychał go do sięgania po coraz to ważniejsze trofea. Krok po kroku wspinał się na szczyt, gdzie obiecała na niego czekać.
Było tylko tu i teraz. Za każdym razem. A więc i dzisiaj.
Za jego plecami zapaliło się zielone światło, rzucając swój blask na tory pod jego nartami, a on szybko przeniósł wzrok na gniazdo trenerskie, gdzie sekundę później opadła chorągiewka w barwach narodowych. Odepchnął się energicznie od belki.
I poleciał.
Poleciał tak, jak nigdy dotąd.
A gdy wylądował, wiedział, że to był właśnie ten dzień.
Widok, który rozpościerał się z najwyższego stopnia podium, może nie był tak imponujący jak ze szczytu skoczni, ale bez wątpienia był niesamowicie satysfakcjonujący. Ale to nie podskakujący w rytm disco polo kibice przykuli jego uwagę. Nie mężczyźni wręczający mu nagrody, nie pełne uznania spojrzenia kolegów.
Nawet hymn rozbrzmiewający dumnie z głośników i falujące na jego cześć flagi nie wywołały na nim wrażenia.
Bo te wszystkie doznania blakły w porównaniu z elektryzującym uczuciem, które rozprzestrzeniło się nagle po jego skórze. Potrzebował ledwie sekundy, by odszukać ją w tłumie. W jej spojrzeniu nie dało się wyczytać nic konkretnego, wpatrywała się w niego w zupełnym bezruchu, obojętna na kłębiących się dookoła niej kibiców, reporterów, dziennikarzy i zawodników.
Z piersi wyrwało mu się ciche westchnienie, a na jej twarzy pojawił się cień uśmiechu. Podeszła powoli do stóp podium, niezatrzymana ani przez organizatorów, ani przez ochronę. Podeszła niespiesznie, jakby drażniąc go każdym ostrożnie stawianym krokiem.
Spojrzała na niego z dołu powłóczyście, a wiatr zawiał jej włosy na twarz. Przykucnął, by ich oczy znalazły się na tym samym poziomie i uśmiechnął się z ulgą.
- Jesteś – powiedział cicho.
- Mówiłam, że będę czekać – odgarnęła jasne włosy z czoła i uśmiechnęła się kącikiem ust.
- Dotarłem na szczyt, tak jak mówiłaś – zawahał się, szukając w jej oczach zrozumienia lecz były zimne i nieczułe, choć mimo tego chłodu, czuł bijący z niej ogień, który z chwili na chwilę zdawał się buchać coraz większym płomieniem.
- Owszem, ale czy dasz radę się na nim utrzymać? - uniosła w górę jedną brew i obróciła się na pięcie.
- Poczekaj…! - zawołał za nią, a ona zwróciła głowę w jego stronę.
A potem grupa ludzi oddzieliła go od niej i gdy odeszli, nie było już po niej śladu.

***

Nie zniknęła jak wcześniej. Gdy tylko udawało mu się stanąć na podium, mógł z jego stopni dostrzec jej sylwetkę przechadzającą się w tłumie, słyszał jej zmysłowy szept, nagie ramię ocierające się o jego bark.
Nie pytał, dlaczego nie marznie, przechadzając się zimą, w śniegu po kolana, mając na sobie jedynie zwiewną, letnią sukienkę. Nie pytał, jakim sposobem pojawia się znienacka i równie tajemniczo znika, szybciej niż mrugnięcie okiem. Nie pytał, dlaczego jest w stanie ją dostrzec jedynie ze stopni podium.
Nie pytał, bo gdy tylko znajdowała się w zasięgu jego głosu, jej spojrzenie hipnotyzowało go, a w uchu rozbrzmiewał mu cichy szept „Na wszystko przyjdzie czas. Bądź cierpliwy. Pnij się w górę”.
Nie pytał, bo bał się odpowiedzi. Była nieuchwytną tajemnicą, dalekosiężnym marzeniem, do którego dążył, które motywowało go dalszej pracy. Była niezwykle bliska, jakby była jego drugą skórą, a jednocześnie tak odległa, że czasami zdawała się być sennym marzeniem, majakiem wywołanym pokonkursową euforią.
Teraz również przechadzała się w tłumie wiwatującym na jego cześć, delikatnie muskając nagimi, bladymi palcami ramiona mijanych ludzi. Zdawali się jej nie zauważać, jakby była częścią zupełnie innej rzeczywistości. Zwinnie, acz nieśpiesznie lawirowała w tłumie, nawet na sekundę nie odrywając od niego spojrzenia. Zdawała się pilnować, że jest tam, gdzie powinien być. Jakby czuła się odpowiedzialna za jego pozycję.
A mimo to utrzymywała dystans, jaśniejąc coraz mocniej z dnia na dzień, jakby ta radosna atmosfera panująca pod skocznią dodawała jej sił. Obdzierała ją z jej eteryczności, nadając kształt, kolor i głębię. Sprawiając, że przestawał myśleć o niej jak o śnie, czy marzeniu.
Była tu. Rzeczywista jak śnieg zbierający się na jego czapce, jak chłód metalowych wiązań pod jego dłonią, jak tysiące kibiców skandujących jego imię, kiedy wybijał się z progu skoczni, lecąc po kolejne zwycięstwo.
Rzeczywista, a jednak w jakiś sposób nierealna.

***

Czy popadł w rutynę? Po tylu zwycięstwach, każde następne mogłoby się zdawać mdłe i bezwartościowe. Ale każde było na swój sposób wyjątkowe. Każde oznaczało wąski uśmiech na jej twarzy, zmrużone oczy, a w nich ten charakterystyczny błysk.
Każde zbliżało go do celu, którym była.
A mimo to, udało jej się go zaskoczyć, kiedy tak po prostu podeszła do niego, ignorując jakiegoś faceta, wręczającego mu ogromny bukiet kwiatów i mamroczącego coś po niemiecku. Podeszła do niego, patrząc mu jak zwykle prosto w oczy i powiedziała tylko jedno słowo:
- Dziś.
A potem odwróciła się i po swojemu zniknęła.

***

Musiała na niego długo czekać. Wywiady z z kilkunastoma serwisami sportowymi, przydługa i nudna konferencja prasowa, setki rozdanych autografów i zdjęć z kibicami, dziesiątki odebranych gratulacji. Już od dawna był rozpoznawalny, ale ten konkurs okazał się apogeum tego szaleństwa. Stał się kimś. Kimś wielkim, kimś wielbionym, kimś… sławnym.
Nie zastanawiał się, gdzie jej szukać, wiedział, że sama go znajdzie, jeśli tylko tego zapragnie. Dlatego niemalże nie zdziwił się, kiedy dostrzegł ją po zapaleniu światła w swoim hotelowym pokoju.
Pokoju, który zaledwie przed minutą otworzył kluczem.
Siedziała na jego łóżku, z nogą założoną na nogę, bosa i uśmiechnięta. Nie dostrzegł ani butów, ani wierzchniego okrycia, jakby pojawiła się tam znikąd.
Nie pytał, nie dziwił się. Po prostu odwiesił kurtkę i zachęcony jej ponaglającym gestem podszedł bliżej. A ona pociągnęła go za sobą na łóżko.
- Poczekaj, co…? - wymamrotał, oszołomiony jej zapachem, jej ciepłem, jej obecnością.
Oszołomiony nią.
Emanowała jakąś dziwną energią, jej pocałunki zostawiały piekące ślady na jego twarzy, jej ciężki oddech zdawał się osadzać na jego nagiej skórze.
Ciało przy ciele. Skóra przy skórze. Dusza przy duszy.
Zniknęła materia, zniknął czas i otaczająca ich rzeczywistość. Zostali sami w niemożliwej do umiejscowienia przestrzeni.
- Już nigdy o mnie nie zapomnisz – szepnęła mu do ucha. - Już zawsze będziesz mnie pragnął.
Odsunęła się od niego. I choć była tuż na wyciągnięcie ręki, poczuł się nagle samotny i opuszczony, nie mógł znieść myśli, że coś mogłoby ich rozdzielić. Nawet jeśli byłby to metr pustego pokoju.
- Widzisz? - zmrużyła drapieżnie oczy, przysuwając swoją twarz do jego. - Beze mnie jesteś niczym.
- Kim jesteś?- wydusił z siebie, usidlony jej spojrzeniem, zapachem i samą obecnością.
Zaśmiała się gardłowo nim odpowiedziała, kreśląc nieśpiesznie palcem tylko sobie znane wzory na jego nagiej piersi.
- Różnie mnie nazywają: kapryśną przyjaciółką, muzą, celem, zgubą, marzeniem, osiągnięciem, przekleństwem, łaską… Ale na początku, zawsze obdarzają mnie jednym imieniem. Tym, które chyba najbliższe jest prawdy.
Wstała i uśmiechnęła się kącikiem ust. Okryta jedynie światłem księżyca wpadającym przez okno znowu, wyglądała tak nierzeczywiście, jakby właśnie wypadła z jakiejś baśni.
- Być może stanę się twoim przekleństwem, a być może nie. Dziś jednak jestem dla ciebie po prostu Sławą.
Zamrugał zaskoczony jej wyznaniem.
I nagle znowu stał na środku oświetlonego jasno pokoju z kluczami w dłoni i kurtką przewieszoną przez łokieć.
Po niej, jak zwykle, nie było nawet śladu.

***

Przychodziła do niego regularnie. Co weekend towarzyszyła mu na podium, uśmiechnięta, i rozpromieniona, pławiła się w blasku jego chwały. Czasem miał wrażenie, że czerpie siły z energii dopingujących go kibiców. Co weekend też miał coraz mniej czasu dla siebie. Kibice pochłaniali go niemal całości. Sport sam w sobie stał się jedynie małym wycinkiem jego kariery. Musiał nie tylko skakać, ale też pamiętać o sponsorach, reklamach, fanach, kibicach, umowach, akcjach charytatywnych…
- Zatrudnij menadżera – powiedziała pewnej nocy, idealnie wpasowana w jego ciało.
Była przy nim każdej nocy, czasem po prostu siadała koło jego łóżka i obserwowała go bez słowa. Czasem kładła się obok niego, z głową ułożoną na jego piersi i wsłuchiwała się w bicie jego serca. A czasem przenosiła go w zupełnie inny, metafizyczny wymiar.
- Zatrudnij menadżera, on się wszystkim zajmie – powtórzyła, a on kiwnął głową potakująco.
Bo czyż można było jej odmówić?

***

Każdy kolejny sezon niósł za sobą następne wygrane, następne trofea. I choć zdarzały mu się lepsze i gorsze momenty, zdecydowanie więcej było tych lepszych. Może dlatego, że nie chciał jej rozdrażnić. Nie bez powodu nazywano ją „kapryśną”. Gdy tylko coś nie szło po jej myśli, potrafiła znikać na całe tygodnie. Nawet gdy powracał na szczyt, potrafiła trzymać go na dystans przez długie dni, ledwie dając się zauważyć w tłumie.
A on zawsze robił wszystko, by do niego wróciła.
Była jak narkotyk, nie potrafił bez niej funkcjonować. Te okresy, kiedy trzymała się z dala były dla niego pasmem niekończących się treningów, doskonalenia techniki, byleby tylko nie myśleć o jej nieobecności, a zarazem był to środek do osiągnięcia celu – jej powrotu.
Był tak skupiony na niej, na sobie i swoich sukcesach oraz tych nielicznych porażkach, że nie zauważył jak bardzo oddala się od prawdziwego życia. Funkcjonował na granicy realnego świata, tylko buty mocno wpięte w wiązania trzymały go w ryzach rzeczywistości. Żył ułudą, pragnieniem spełnienia jej oczekiwań, a reszta się nie liczyła.
- Po co ci oni? - szeptała mu do ucha zmysłowo, drażniąc jego skórę gorącym oddechem, drażniąc go swym dotykiem. - Masz mnie.
Czasem zastanawiał się czy jest z nim ze względu na jego popularność wśród kibiców, czy też może jest popularny ze względu na jej obecność. Jedno było pewne – te dwie sprawy były ze sobą powiązane.

***

- Nie.
- Co powiedziałeś? - zapytała niskim głosem, mrużąc mocno oczy.
- Nie – powtórzył. - Jestem zmęczony tym wszystkim.
Klika konkursów dzień, po dniu. Nie wiedział, jak dawał sobie z tym radę w poprzednich latach, ale ostatnio wszystko go męczyło. Miał dość kibiców, miał dość dziennikarzy, konferencji, pytań, nagród, konkursów, rywali.
Nawet skoków miał dość.
- Mam dość, rozumiesz? – powtórzył, bo nadal milczała z wydętymi ustami i rękami zaplecionymi na piersi.
- Mnie też masz dość? - zapytała groźnym szeptem.
Chwilę mierzyli się wzrokiem. Przez moment chciał skłamać, chciał ja udobruchać, chciał by było jak wcześniej.
Ale nie było. Zacisnął więc zęby i odpowiedział krótko:
- Tak.
Nim przebrzmiało echo tego słowa, jej już nie było.

***

Wiedział, że odmowa jej się nie spodoba. Wiedział, że być może jej już więcej nie zobaczy.
A mimo to momentami dostrzegał ją w tłumie. Ignorowała go, nawet nie spojrzała w jego kierunku, jednak wiedział, że tam jest. Jest i czeka, aż się złamie, aż przyjdzie błagać ją o wybaczenie.
On jednak nie miał takiego zamiaru. Podjął już decyzję.
Dlatego, kiedy tego dnia zszedł z podium, odszukał swojego menadżera i powiedział mu:
- Skończyłem z tym.
I pozostało mu przygotować przemówienie na konferencję prasową kończącą jego sportową karierę.

***

Minęło trzynaście miesięcy odkąd ogłosił swoją decyzję. Przez te trzynaście miesięcy odpoczął, odciął się od tego wszystkiego, zaszył na drugim końcu świata.
A potem zaczął tęsknić. Najpierw za skokami, bo nic nie było w stanie zastąpić tego zastrzyku adrenaliny, kiedy sunął wzdłuż rozbiegu, kiedy wybijał się z progu; szumu wiatru w uszach, drobinek lodu na policzkach, chłodu bijącego od śniegu podczas lądowania; rozgrzanych, naprężonych z wysiłku mięśni.
Potem zatęsknił za kolegami z drużyny. Mimo iż odciął się od nich w pewnym momencie, tworzyli zgrany zespół, razem sięgali po najwyższe laury, wspierali w trudnych chwilach. Brakowało mu tej atmosfery panującej na skoczni, bo mimo rywalizacji, zawsze mógł liczyć na dobre słowo ze strony swoich rywali.
Skoki zawsze były sportem, w którym zawodnicy zachowywali się wobec siebie w porządku.
W pewnym momencie zaczął nawet tęsknić za kibicami i całym tym medialnym szumem, który przecież był głównym powodem jego odejścia. Tuż obok tak zwanego "wypalenia", bo przecież wygrał niemal wszystko, co było do wygrania.
Lecz dotąd nie pomyślał, żeby zacząć wygrywać dla siebie.
I, choć bardzo nie chciał się do tego przyznać nawet przed samym sobą, za nią również tęsknił.
Cały czas. I to od momentu, w którym zniknęła.
"Już nigdy o mnie nie zapomnisz. Już zawsze będziesz mnie pragnął" - powiedziała mu.
Nie mógł o niej zapomnieć. Nie umiał przestać jej pragnąć. Udawał przed sobą, że wcale tak nie jest, ale to wcale nie było proste. Zwłaszcza, że czasami, podczas bezsennych nocy, kiedy przewracał się z boku na bok, nie mogąc znaleźć wygodnej pozycji, czasami zdawało mi się, że słyszy jej cichy szept. Tak cichy, że gubił się w szumie wiatru za oknem, gubił się pomiędzy skrzypnięciami podłogi, tykaniem zegara i buczeniem lodówki.
A jednak...
"Jeszcze do mnie wrócisz"

***

Pojawił się na skoczni po raz pierwszy od pięciu lat. W roli obserwatora oczywiście, wręcz kibica. Dziwnie było stać po drugiej stronie barierek, potrącany prze fanów, zupełnie nieświadomych jego tożsamości.
Zmienił się przez ten czas. Nie był już wychudzonym do granic przyzwoitości facecikiem, owiniętym stale cienką gąbką, głową opatulona kaskiem, twarzą zasłoniętą w połowie goglami i nartami na ramieniu. Był wysportowanym, ale zdrowo odżywionym facetem w szarym płaszczu i grubej, wełnianej czapce. Szybko można przywyknąć do wysokich, tropikalnych temperatur...
Czuł się zupełnie anonimowy, tym bardziej odczuł kłującą go w sercu tęsknotę. Ponownie - za skokami, za kolegami, za kibicami i...
I przede wszystkim za nią.

***

Trybuny tętniące muzyką. Morze flag falujących w jej rytm.
Głos spikera.
Uniesiona ręka z chorągiewką. Zielone światło.
Szum nart sunących po torach. Odbicie. Wypracowana sylwetka.
Doping kibiców, docierający jakby zza mgły. Wzrok wbity daleko, gdzieś na linii HS.
Lądowanie. Aplauz kibiców.
Głos spikera podający odległość. Dłoń uniesiona w geście triumfu.
Wygrana.

***

Zrezygnował z tego wszystkiego, odciął się od tego świata, jednak nie było dnia, kiedy nie zastanawiałby się, czy postąpił słusznie. Może trzeba było połknąć gorzką pigułkę, raz jeszcze przyznać jej rację, robić to, co do niego należało. Skakać. Wygrywać. Trwać na szczycie. Triumfować.
By ona mogła pławić się w jego blasku i spijać całą śmietankę. Popychała go coraz dalej i dalej, aż nie pozostało mu nic z radości skakania, aż został maszyną do wygrywania, raz za razem.
Stał na opustoszałych trybunach i wpatrywał się pustym wzrokiem w szczyt wzgórza, tam gdzie powinna znajdować się belka, którą jednak ciężko było dostrzec w zapadających ciemnościach. Stał, czując wzbierającą w sercu tęsknotę. Czując jak jego serce bije coraz szybciej, dokładnie tak, jak zwykło to czynić przed konkursem, by tuż przed skokiem powrócić do normalnego, powolnego rytmu.
Gdyby nie jej jasna sukienka, nie dostrzegłby jej, przechadzającą się powoli po zeskoku. Zmartwiał, obserwując jej delikatne, niemal taneczne ruchy, po czym bez wahania przesadził barierkę jednym susem i ostrożnie podszedł do niej. Idąc po skrzypiącym śniegu zwolnił jeszcze bardziej, nie chcąc jej spłoszyć.
Z bliska dostrzegł, jak blada się stała. Z pełnej energii, barwnej dziewczyny, stała się cieniem samej siebie. Był bliski stwierdzenia, że stała się tak eteryczna, że niemalże przeźroczysta. Jakby rozpaczliwie próbowała uczepić się tej rzeczywistości.
Zdawała się go nie zauważać, mimo iż była na wyciągnięcie ręki, jakby tkwiła w swoim własnym świecie. Wahał się. Zawołać ją? Odejść?
Chrząknął.
Przystanęła, przekrzywiając głowę z zaciekawieniem, jakby zastanawiała się co to za dźwięk, jednak nie obróciła się w jego stronę.
- Sława...? - zaryzykował i zawołał ją cicho po imieniu. Tym imieniem, którym mu się przedstawiła dawno, dawno temu.
Zamarła, po czym odwróciła się powoli, bardzo powoli.
Podniosła na niego swoje spojrzenie i...
Rozejrzał się. Zeskok był pusty.

***

To miejsce przyciągało go jak magnes. Od tamtego konkursu, dzień w dzień przychodził pod skocznię, wpatrywał się kilka minut w pusty zeskok i wracał do domu. Czasem trafił mu się jakiś trening, śledził więc dwa, może trzy skoki, nim obracał się na pięcie i odchodził, nie mogąc dłużej znieść tej destrukcyjnej tęsknoty.
Nawet nie zauważył, że stopniowo zmieniał swoją dietę, zmieniał zestaw codziennych ćwiczeń. Nie zauważył, że jego spojrzenie coraz częściej spoczywało na drzwiach do piwnicy, gdzie od pięciu lat kurzyły się jego narty i reszta sprzętu. Że wieczorami przetaczał między palcami klucz do nich.
Że częściej niż wcześniej, przeglądał swoje dotychczasowe trofea ze smutnym uśmiechem na ustach.
Wystarczyło wykonać jeden telefon. Tylko jeden, nic więcej.
Jeden telefon, by jej ulec.

***

- Wracasz?
Głos jego byłego menadżera był pełen niedowierzania. Kto by mu się zresztą dziwił?
- Nie, raczej nie. Nie wiem. Może - odparł chaotycznie.
- Powiedziałeś mi przed chwilą, że chcesz wrócić do treningów i skoczyć na przebudowanym mamucie. Czy jest w jakiś język, w którym nie oznacza to powrotu?
- To tylko jeden skok, góra dwa - bronił się.
- To kilka miesięcy treningu, setki oddanych skoków, nim ktokolwiek wpuści cię na belkę tego kolosa. Nie ma próbowania, stary. Albo wracasz na stałe, albo nie mamy o czym rozmawiać - głos menadżera był twardy, ale rzeczowy.
- Oddzwonię - rzucił krótko do słuchawki i rozłączył się.
Nie chciał wracać, nie zniósłby tego wszystkiego po raz kolejny. Zresztą, wątpił, by był w stanie ponownie stanąć na szczycie po takiej przerwie. Nawet dla niej.
A jeżeli nie miał być najlepszy, to po co miał wracać?
Owszem tęsknił za sławą. I za tą spersonifikowaną i za tym zwykłym zainteresowaniem kibiców. Zresztą, kto wie? Może tak naprawdę były jednym? To jednak nie był jeszcze powód, by wrócić tak do końca.
Mimo to...
Mimo to, zdecydował się zaryzykować.

***

Wiedział, że nie powinien tego robić. Jego ciało nie było przygotowane na takie obciążenia, nawet skok na normalnej skoczni groził mu w tej chwili kontuzją. Brakowało mu fizycznego przygotowania, brakowało podstawowego treningu.
Czy w ogóle pamiętał jak się zakłada narty? W którym momencie powinien się odbić? Czy to jak jazda na rowerze, której się przecież nie zapomina?
Nie było to rozsądne, nie było to nawet bezpieczne.
A mimo to, postanowił to zrobić.
By coś sobie udowodnić? By na dobre pożegnać się z tym sportem?
Czy może po to, by jednak do niego wrócić? By znów znaleźć się w blasku reflektorów, by ponownie stać się dla niej kimś, kogo mogłaby obdarzyć swoim zainteresowaniem. By znów patrzyła na niego, stojąc u stóp podium, z tym zagadkowym uśmiechem tańczącym na ustach.
Wziął głęboki oddech i dopiął zamek kombinezonu. Schylił się, by ułożyć narty na stopniach, a kiedy uniósł głowę, ona już tam była.
Siedziała jak gdyby nigdy nic na końcu belki, zostawiając mu miejsce ponad torami. Siedziała w tej śmiesznie letniej sukience, siedziała bosa, siedziała tak samo eteryczna i nierzeczywista jak ostatnio. A jednak, bez wątpienia prawdziwa.
Uśmiechnęła się do niego i poklepała miejsce obok siebie. Dopiął szybko narty, machinalnie sprawdzając wiązania i dołączył do niej.
- Wygrałam - powiedziała.
- Nie powiedziałem jeszcze, że wrócę - odparł.
- Nie wrócisz - odpowiedziała krótko.
Nie pytał, nie chciał wiedzieć, skąd czerpała tę wiedzę. Wolał, by pozostała dla niego zagadką.
- Zostaniesz ze mną? - zapytał jeszcze, mocniej zaciskając palce na belce.
- Już nigdy cię nie opuszczę - pocałowała go delikatnie w policzek i uśmiechnęła się zachęcająco. - Czekam na dole.
Czuł ciepło w sercu, mimo iż nie było jej już przy nim. Próbował wypatrzeć ją na arenie skoczni, jednak nie potrafił. Wiedział jednak, że tam jest, że będzie przy nim podczas skoku.
Zawsze była przy nim, tak naprawdę. Stała się nieodzownym fragmentem jego historii.
Już na zawsze.
Wziął jeszcze jeden głęboki oddech i odepchnął się od belki.

***

Ten wypadek odbił się głośnym echem nie tylko w sportowym świecie. Mówiono o niesubordynacji, wszedł przecież na teren skoczni bez niczyjej wiedzy. Mówiono o braku rozsądku, bo przecież był zupełnie nieprzygotowany do tego nielegalnego skoku na mamuciej skoczni. Mówiono nawet o próbie samobójczej sfrustrowanego zawodnika, który nie mógł znieść, że przestał obracać się w blasku reflektorów. Szybko zdementowano te plotki, niesmak jednak pozostał.
Faktem jednak było, że przez długie miesiące był na ustach wszystkich ludzi związanych z tym sportem. Długo debatowano, czemu posunął się do tak nierozważnego kroku. Bez wątpienia zapytanoby go o jego motywację, on jednak nigdy nie obudził się ze śpiączki.
Ale, gdyby miał szansę przemówić, odpowiedź byłaby jedna.
Sława.
__________
Albo wyszło mi coś fajnego, albo wręcz przeciwnie. Pozostawiam to do oceny Wam.
Dla ciekawych - pomysł powstał, kiedy o godzinie 6:45 próbowałam się doprowadzić do porządku w łazience przed wyjazdem na zajęcia. No i pojawiło się takie coś.
Fanfick nietypowy, bo nie opowiada o konkretnym bohaterze, choć mam wrażenie, że przewinęło się tu kilka motywów, które mogłyby sugerować poszczególne osoby. Nie ukrywam, że nie pisało się go łatwo.
A przy pisaniu towarzyszył mi Kuba Jurzyk, mimo iż tekstem ta piosenka nijak nie pasuje. Ale pisało się przy tym dobrze, polecam!
Tyle ode mnie :*

6 komentarzy:

  1. O kurde.
    Zabiłaś mnie.
    To jest cudowne.
    Nie.
    To jest boskie. Genialne. Nie z tej ziemi. Zjawiskowe. Fenomenalne. Takie... Piękne.
    Nie wiem co mam jeszcze napisać bo odebrało mi mowę...
    Świetne! I oby więcej takich historii ;)
    Pozdrawiam.
    Ola
    (W wolnej chwili zapraszam do Mary i na jej rodzinne święta)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej, nie wiem co powiedzieć - użyłaś wobec mnie tyle miłych przymiotników <3
      Do Mary oczywiście zajrzę, o to się nie martw ;)

      Usuń
  2. Ja już się na temat tego tekstu wstępnie wypowiadałam. Niestety, nie przypadł mi on do gustu – przynajmniej wykonanie.
    Sam pomysł był dobry, ale metafora, jak dla mnie, słaba. Gdyby może dziewczyna nie nazywała się Sława, to spojrzałabym na to inaczej. Na co dzień otaczam się metaforami na najwyższym poziomie, więc tak bezpośrednie wyłożenie sensu tekstu do mnie nie przemawia. Samo opowiadanie (szkic, czy jakkolwiek to nazwać) nie jest napisane źle stylistycznie, choć w bardzo dużym skrócie przedstawia zamysł.
    „Brakowało jej też kolorów, była niczym wyblakła od słońca tapeta. Lecz ona przecież grzała się jedynie w świetle reflektorów.” – „Być niczym tapeta” to raczej mało poetyckie porównanie. Przywodzi mi na myśl błyszczące tapety z lat dziewięćdziesiątych. Jedną taką mam pokoju (cóż, jeszcze je produkują) i zapewniam Cię, że nic w tym podniosłego.
    „Bez krępacji” to kolokwializm. A przecież można napisać „bez skrępowania”.
    „Mimo to, nie potrafiłby powiedzieć, jakiego koloru były jej oczy.
    Miała na sobie cienką sukienkę, zupełnie niepasująca do październikowej, zimnej i wilgotnej pogody. W jej spojrzeniu była jakaś przenikliwość, która nie pozwoliła mu się poruszyć, kiedy podeszła do niego bliżej, blisko. Bardzo blisko.” – Sława jest kreowana na postać nierzeczywistą od samego początku. Wszelkie zaprzeczenia są bezcelowe. Nieodpowiedni strój, niemożność dookreślenia jej walorów fizycznych – to znaczy, że jest tylko literackim tworem, narzędziem. W przeciwnym wypadku byłaby zwykłą wariatką, a fabuła zakrawałaby na absurd.
    Pomijam literówkę. ;)
    „Gdzieś na krańcu jego świadomości pojawiło się pytanie, skąd wiedziała. Skąd wiedziała, że ma już dość pasma niekończących się porażek, które się składały na jego szumnie zwaną karierę. Skąd wiedziała, że ma już dość klepania buli, błagania o wpisywanie na listę startową jakichś nieistotnych konkursów, by tam uplasować się w połowie stawki, daleko za plecami czasami dużo młodszych od siebie zawodników.” – „Klepanie buli” powinno było chociaż zostać wzięte w cudzysłów albo być wyróżnione kursywą, ponieważ jest stylistyczną pomyłką. Poza tym fragment potwierdza moją teorię o literackim tworze, bo Sława zna myśli głównego bohatera, nie zamieniwszy z nim ani pół słowa.
    „- To dopiero początek – dotknęła jego ramienia, z wąskim uśmiechem, jakby wszystkie te myśli miał wypisane na czole. Jakby miała wgląd wprost do jego serca, do zdezorientowanego umysłu i umęczonej duszy.” – Pominę brak pauz/półpauz, tu jest błąd w zapisie dialogu, polegający na niepostawieniu kropki po wypowiedzi. Dalsza część – już od „(...) dotknęła jego ramienia...” – jest opisem czynności towarzyszących, nie odnosi się do tonu lub sposobu wypowiadania.
    Cały poniższy fragment jest po prostu tak bezpośrednio wytłumaczoną metaforą. Sama się rozszyfrowałaś.
    „Tylko najwytrwalsi”
    „Czekam na ciebie” – Niestety, nie mam (chwilowo) francuskich cudzysłowów, ale chyba wiesz, że sama postawiłaś tu polskie. Nie ma kropek. Czemu?
    Kolejna cząstka (ta z zaznaniem w końcu sławy) byłaby bardzo dobra, gdyby nie fragment o disco polo. Wiem, że miało być zabawnie, ale zamiast tego wychodzi... autoparodia. Niestety, niezamierzone mieszanie stylu podniosłego z takimi wtrąceniami burzy efekt końcowy. Wychodzi dobry żart, nie dobry tekst.
    „- Dotarłem na szczyt, tak jak mówiłaś – zawahał się, szukając w jej oczach zrozumienia lecz były zimne i nieczułe (…).” – Brak przecinka przed „lecz”. Gdybym się bardziej przyłożyła, znalazłabym pewnie o wiele więcej błędów, ale część pomijam, bo to nie jest aż tak istotne. Choć interpunkcja miewa kluczowe znaczenie.
    „Nie pytał, dlaczego nie marznie, przechadzając się zimą, w śniegu po kolana, mając na sobie jedynie zwiewną, letnią sukienkę. Nie pytał, jakim sposobem pojawia się znienacka i równie tajemniczo znika, szybciej niż mrugnięcie okiem. Nie pytał, dlaczego jest w stanie ją dostrzec jedynie ze stopni podium.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie pytał, bo gdy tylko znajdowała się w zasięgu jego głosu, jej spojrzenie hipnotyzowało go, a w uchu rozbrzmiewał mu cichy szept „Na wszystko przyjdzie czas. Bądź cierpliwy. Pnij się w górę”.” – Rozumiem, że Główny Bohater (nadajmy mu takie miano) jest omamiony sławą, ale mieszasz tu dwa poziomy odczytania: albo dla niego to zjawisko jest normalne, albo wydaje mu się całkowicie z kosmosu. Tyle że przy drugiej opcji nie ma szans na omamienie. Według mnie to jest niepoprawne.
      „Nie pytał, bo bał się odpowiedzi. Była nieuchwytną tajemnicą, dalekosiężnym marzeniem, do którego dążył, które motywowało go dalszej pracy. Była niezwykle bliska, jakby była jego drugą skórą, a jednocześnie tak odległa, że czasami zdawała się być sennym marzeniem, majakiem wywołanym pokonkursową euforią.” – Samotłumaczenie po raz kolejny. Nic do odkrycia, czytelnik ma wszystko podane na tacy.
      „A mimo to utrzymywała dystans, jaśniejąc coraz mocniej z dnia na dzień, jakby ta radosna atmosfera panująca pod skocznią dodawała jej sił. Obdzierała ją z jej eteryczności, nadając kształt, kolor i głębię. Sprawiając, że przestawał myśleć o niej jak o śnie, czy marzeniu.
      Była tu. Rzeczywista jak śnieg zbierający się na jego czapce, jak chłód metalowych wiązań pod jego dłonią, jak tysiące kibiców skandujących jego imię, kiedy wybijał się z progu skoczni, lecąc po kolejne zwycięstwo.
      Rzeczywista, a jednak w jakiś sposób nierealna.” – To z kolei jest dobry fragment, nadal trochę słabo zawoalowany, ale już lepsze niż trywialne wcześniejsze.
      „Ciało przy ciele. Skóra przy skórze. Dusza przy duszy.
      Zniknęła materia, zniknął czas i otaczająca ich rzeczywistość. Zostali sami w niemożliwej do umiejscowienia przestrzeni.” – Nielogiczne i niekonsekwentne. Po pierwsze, skoro Sława jest tworem literackim, na jaki ją kreujesz, ba! – określasz ją mianem „eterycznej” (zaczynała tracić tę cechę kilka akapitów wcześniej) – to nie może mieć duszy. Kreujesz ją na istotę bezduszną, a cielesną tylko z pozoru, więc skąd nagle w tej erotyce cielesne doznania? Zwłaszcza że za chwilę znajdują się w nieistniejącej, metafizycznej przestrzeni, punkcie nierzeczywistym, sam więc akt seksualny może być tylko doznaniem metafizycznym. Bo nie dzieje się naprawdę.
      „Różnie mnie nazywają: kapryśną przyjaciółką, muzą, celem, zgubą, marzeniem, osiągnięciem, przekleństwem, łaską… Ale na początku, zawsze obdarzają mnie jednym imieniem. Tym, które chyba najbliższe jest prawdy.” – Niestety, już sam tytuł sugeruje, kim jest ta bohaterka. Jej zwłoka w wyjaśnieniach niczemu nie służy. A bohater też powinien od razu połączył fakty. Wszak tylko o sławie mówi się jako o „kapryśnej przyjaciółce”.
      „Okryta jedynie światłem księżyca wpadającym przez okno znowu, wyglądała tak nierzeczywiście, jakby właśnie wypadła z jakiejś baśni.” – „Wypadła z baśni” – stylistyczny niewypał. Kompletny.
      Pojawia się motyw „znikania” Sławy. To kolejna niekonsekwencja. Chcesz przez to powiedzieć, że bohater był popularny tylko w weekendy konkursowe? Po raz kolejny – mieszanie poziomów odczytania.
      Tak samo dziwny i niedopasowany stylistycznie jest fragment o zatrudnianiu menedżera. Nie jesteśmy nijak wprowadzeni do sytuacji, więc wydaje nam się, że oni milczeli, a ona wyskoczyła z tym menadżerem jak Filip z konopi. I ok, tyle że nie ujednoliciłaś poziomu zagłębienia metafory, więc... teoretycznie powinien się zdziwić. Skoro zdziwił go nieodpowiedni ubiór, to co dopiero taki wyrwany z kontekstu rozkaz. → „Była przy nim każdej nocy, czasem po prostu siadała koło jego łóżka i obserwowała go bez słowa. Czasem kładła się obok niego, z głową ułożoną na jego piersi i wsłuchiwała się w bicie jego serca. A czasem przenosiła go w zupełnie inny, metafizyczny wymiar.” – Ta niekonsekwencja jest tu widoczna jak na dłoni. Dla mnie to się nie trzyma kupy. (Poza tym, masz dwa razy „noc”).

      Usuń
    2. „Funkcjonował na granicy realnego świata, tylko buty mocno wpięte w wiązania trzymały go w ryzach rzeczywistości. Żył ułudą, pragnieniem spełnienia jej oczekiwań, a reszta się nie liczyła.” – Pierwsze zdanie jest bardzo dobre. Drugie nie. Po co tłumaczyć? Po co ta dosłowność? Piszesz w stylistyce realistycznej czy chcesz tu jakąś metaforę i zagadkę?
      Fragment z „Po co ci oni?” bardzo sztuczny.
      Zmęczenie sławą przychodzi nagle i nie ma dla czytelnika żadnych podstaw w zachowaniu bohatera. Wszystko jest fajnie i nagle ŁUPS! – cuda wianki, skoczek jest zmęczony, a Sława zła.
      Zgadzam się natomiast z fragmentem o tęsknocie za popularnością/Sławą. Byłby nawet jeszcze lepszy, gdybyś wniosków o narkotyku nie wysunęła wcześniej. Podsumowanie tamtego stanu dopiero w tym punkcie przyniosłoby o wiele bardziej zaskakujący efekt.
      Trochę też nie rozumiem rozdzielania kibiców od sławy/Sławy – skoro symbolizuje ona to, co ma w imieniu, to chyba kibice stanowią jej część, prawda? Tutaj znowu metafora nam się rozkleja.
      Kolejna scena z pustymi zeskokiem i trybunami też jest dobra. Bardzo dwuznaczna, w oczywisty dość sposób.
      W końcówce Sława mówi, że „nigdy go nie opuści” – nie wiem, na ile jest to alegoria faktu, że popularność jest czymś, co nigdy nie znika (co nie jest prawdą) czy może zapowiedzią nadchodzącego wypadku (skoro Sława znała myśli bohatera, mogła znać też jego przyszłość). Koniec końców śpiączka zapewniła mu wieczną sławę. Bo przeszedł do historii jako legenda. Takie trochę ironiczne życiowo „exegi monumentum”.

      Sama powiedziałaś, że tekst nie mówi o żadnym skoczku, raczej o skoczku jako pojęciu. Ja jednak dostrzegam cienie niektórych sylwetek: Morgensterna, Schlierenzauera, Ahonnena, Nieminena, a nawet Małysza, który przecież tuż przed swoimi największymi sukcesami chciał rzucić skoki. A gdyby nie on, skoki w Polsce umarłyby śmiercią naturalną! Myślę, że jest to znamienne – każdy z nich ma bowiem w swoim życiorysie jakiś wątek „dramatyczny” lub choćby wątek powrotu do tamtego życia. Jak wiemy od wczoraj, Schlieri ma wrócić. Co z tego będzie – tylko czas pokaże.
      Podsumuję: sporo tu niekonsekwencji. A może się czepiałam, bo tekst mi się nie spodobał. Już po tytule wiedziałam, co będzie w środku; przynajmniej się domyślałam. Jest parę usterek technicznych i językowych, ale pod tym względem nie jest tragicznie. Wszystko, co chciałam, chyba już napisałam.
      Być może gdyby to historia o związku skoczka z kapryśną, zwodniczą kobietą, z chęcią bym się dokopywała. A tak nie miałam gdzie kopać. Wszystko, co chciałam odkryć, przeczytałam bezpośrednio w tekście.

      Musisz mi wybaczyć, ale tym razem nie. :( Mam nadzieję, że nie jesteś jakaś zła? Bo wiesz, przecież, że bardzo Cię loffkam i bynajmniej nie uważam, że źle piszesz, ale ja też mam mnóstwo złych tekstów. A nawet same złe.
      Wkrótce przyjdę jeszcze gdzie indziej. :D

      Usuń
    3. Ojej, to dziwnie zabrzmi, ale to miło dostać w końcu prawdziwego „hejta”. Cudzysłów, bo to przecież konstruktywny „hejt” ;).
      Zaboleć zabolało, no bo jednak trochę emocjonalnie się wiążę z każdym swoim dziełem (lub dzieUem), niezależnie od tego, jak na nie psioczę.
      Na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć tylko dwie rzeczy – pierwsze primo (swoją drogą, czy ten zwrot jest w ogóle poprawny…?) ten tekst był pisany totalnie na gorąco i w ogóle go nie przemyślałam. Może kiedyś napiszę go „na spokojnie”, może. A drugie primo – popełniłam błąd, nadając mu roboczy tytuł, bo te z natury lubią przylegać na stałe, a ten konkretny niestety nie jest najlepszy – jak sama zauważyłaś oczywisty, oklepany i jakiś taki w ogóle bleh.
      (zaraz pojadę sobie bardziej niż Ty mnie, moment, stop).
      Z założenia tekst miał balansować na granicy fikcji i rzeczywistości. I nawet by to wyszło, gdybym sama wiedziała, gdzie ta granica leży. Ale nie sprecyzowałam sobie tego dokładnie stąd taki efekt dość… kiepski.
      Co do zapisu dialogu – mam tę przypadłość, że traktuję te zasady mocno wybiórczo, bo przez długi czas ich po prostu nie znałam i robiłam to na ślepo. Ale teraz już wiem, i staram się je sukcesywnie wprowadzać do moich tekstów ;). Cudzysłowy mi nie wchodzą na Blogspocie, nie wiem czemu, a interpunkcja to moja pięta Achillesowa, ale to już wiesz, ech. Kiedy mogę przyjść na korepetycje?
      Co do tej eteryczności Sławy – idea była taka, że im sławniejszy stawał się Skoczek, tym bardziej rzeczywista stawała się Sława, stawała się namacalna. Ale, jak widać, nie wyszło. Tak to jest, jak się piszę „na chybcika”.
      Nie umiem utrzymać jednego stylu. Niestety. Przerasta to moje wątłe zdolności literackie :<.
      W zamierzeniu, Sława miała się „żywić” zainteresowaniem kibiców, czerpać z nich siłę, urealniać się dzięki ich dopingowi. Ale – znowu się powtórzę – co nagle,t o po diable. Tak samo jak fragment z menadżerem i zmęczeniem skakaniem. Skracałam, bo mi się tekst wydłużał. Chciałam rzucać tylko pojedyncze, niemalże wyrwane z kontekstu sceny, ale zdaje się, że trochę przesadziłam.
      Dobrze, że parę dobrych fragmentów w tym tekście znalazłaś, bo osobiście nie uważam go za aż tak totalny niewypał. Tylko mocno niedopracowany.
      Cienie sylwetek wyszły nieco niezamierzenie, pewnie sugerowałam się podświadomie.
      Cóż, o ile Cię znam, najbardziej ubodła Cię ta dosłowność. A ja niestety w zamierzeniu miałam dosłowną, niczym niezawoalowaną metaforę, personifikację sławy. I tyle. Trochę mnie przeceniasz, to że umiem się u Ciebie dokopać różnych rzecz, nie znaczy jeszcze, że umiem je u siebie samej „zakopać”.
      I Twoje teksty wcale nie są złe, ej!
      Rany wojenne już wylizałam, więc spokojnie mogę Cię dalej uwielbiać! :D
      Przybądź w wolnym czasie, bo chyba tylko u Ciebie mogę liczyć na taką szczerość. Bardzo merytoryczną na dodatek, bo i Katka czasem lubi po mnie pojechać ;)
      Buziaczek!

      Usuń