Strony

Ogłoszenia drobne

W tej chwili mało się tutaj dzieje, nieco więcej dzieje się na moim Wattpadzie, ale pracuję nad tym. Oczekujcie wieści na Twitterze :)
Zakładka Aktualności zniknęła, bo była mało... aktualna. Może kiedyś wróci. Może.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Michael Hayboeck. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Michael Hayboeck. Pokaż wszystkie posty

sobota, 17 sierpnia 2019

To nie jest miłość [extra bonus]


Niżny Nowogród, 31.03.2016
- Przenocujesz mnie?
Dobrze znam głos, który rozbrzmiewa w telefonie, choć od dawna go nie słyszałem. Nawet nie pytam, dlaczego miałbym to zrobić. Nie pytam, dlaczego wraca, ani czy to na stałe.
Nie pytam, gdzie była, ani co robiła. Nie pytam też, czy znalazła odpowiedź.
Rzucam jedynie krótkie:
- O której będziesz?
- Myślę, że koło północy. To problem?
Zerkam na zegarek, który pokazuje kilka minut po dziewiątej. Kalkuluję, jak daleko mam do całodobowego sklepu i czy drugi komplet pościeli jest wyprany.
- Nie, tylko muszę zrobić zakupy - odpowiadam po sekundzie wahania. - Nadal lubisz spaghetti carbonara? - upewniam się.
- Uwielbiam. - Niemal widzę, jak uśmiecha się szeroko.
Choć minęło wiele czasu, to nadal ta sama Sasza, co zawsze.
- Uważaj na siebie - dodaję cicho, a ona śmieje się cicho i rozłącza tak, jak zwykle - bez pożegnania.
Odkładam telefon i zerkam na książkę, której lekturę przerwał mi telefon. Wzdycham, wkładam między strony zakładkę i rozglądam się za kluczykami do auta.
Trochę boję się tego spotkania, bo nie wiem, czego się po nim spodziewać. Czy robić sobie nadzieję, czy to po prostu...
Czy Sasza po prostu nie chce wracać do domu. A gdzieś przecież musi. To nie pierwszy raz, kiedy będzie moim gościem. Na mojej kanapie przespała chyba więcej nocy niż w swoim łóżku. Mimo to, teraz sytuacja wygląda inaczej, bo przecież, kiedy widzieliśmy się po raz ostatni, powiedziała, że odchodzi, by dowiedzieć się, czy wróci.
Czy wróci do mnie. 
A ja nie jestem pewien, czy chcę poznać odpowiedź.
Kluczyki leżą na półce koło telewizora, tam, gdzie zawsze. Wkładam je do kieszeni i jadę do sklepu po makaron, śmietanę i wino. Półsłodkie, białe.
Jej ulubione.

***

Właśnie odcedzam makaron, kiedy rozbrzmiewa dzwonek do drzwi. Krzyczę, że otwarte, ale zanim mój głos przebrzmiewa, Sasza już zdejmuje buty w przedpokoju. Odstawiam durszlak i wychodzę z kuchni, akurat wtedy, gdy odwiesza na haczyk swój płaszcz.
Ma na sobie jasnoniebieską koszulę, której parę górnych guzików jest odpięte oraz dżinsową spódniczkę. Gruby warkocz odrzuca na plecy i uśmiecha się do mnie swoim krwistoczerwonym uśmiechem, tak samo pewna siebie, jak zawsze.
Wciąż używa tej samej szminki, zauważam mimowolnie.
- Cudownie pachnie. - Uśmiecha się lekko, stawiając swoją walizkę koło kanapy. - Pomóc ci w czymś?
- Nie trzeba, umyj ręce i możemy siadać do stołu. - Sasza znika w łazience, a ja zanoszę na stół ostatnie rzeczy i otwieram butelkę wina.
Woda cicho szumi, kiedy tępym wzrokiem wpatruję się w porzucone w przedpokoju szpilki i torebkę przewieszoną przez oparcie krzesła. Kiedy ich właścicielka podchodzi do stołu, wyrywam się z letargu i proponuję jej wino, po czym nakładam makaron i sos na oba talerze.
- Postarałeś się, Misza. - Zerka na mnie znad widelca, uważnie lustrując wzrokiem.
Nic nie odpowiadam na te słowa, dyskretnie obserwując jej twarz. Próbuję wyczytać z niej, w jakim celu przyjechała, w jakim jest nastroju. Nie chcę jej ciągnąć za język, ale wiem, że jeśli nie zapytam, sama mi tego nie powie. Nawet jeśli przyjechała porozmawiać, wyjaśnić... Nie zacznie, póki nie zapytam.
Taka już jest. To ona zawsze dyktuje warunki. Bez względu na okoliczności.
- Skąd wracasz? - pytam w końcu, uznając to za względnie bezpieczny temat.
Po czym okazuje się, że gorzej wybrać nie mogłem.
- Z Austrii. - Sasza zagryza dolną wargę, po czym upija łyk wina i podnosi na mnie wzrok. - Miałam operację w klinice w Linz - dodaje, zapewne dostrzegając moje zaciśnięte szczęki.
- Więzadła? - pytam domyślnie.
Potakuje krótkim skinieniem. Bierze jeszcze jeden łyk wina i przez chwilę przetrzymuje je w ustach, jakby zastanawiając się, czy połknąć trunek. Decyduje się na to, jednak nie przełyka kolejnych słów, które dla mnie są niczym pociski:
- Wpadłam tam na Hayboecka.
Uważnie obserwuje moją twarz, jakby bała się mojej reakcji. A ja z zaskoczeniem stwierdzam, że... jest mi to właściwie obojętne. Moja pierwsza reakcja była wygórowana, skrzywiłem się chyba jedynie z przyzwyczajenia. Teraz natomiast nie wywołuje to u mnie żadnych emocji. Ot, chyba przyzwyczaiłem się, że Hayboeck już zawsze będzie mi się plątał po życiorysie. A konkretnie po życiorysie Saszy.
Czym jest naprawdę to coś między nimi?
- Nie wiem. - Sasza wzrusza ramionami, a ja uświadamiam sobie, że ostatnie słowa powiedziałem na głos. - Tak samo, jak nadal nie wiem, czym jest to uczucie między nami, Misza. - Spogląda na mnie smutno, a ja zauważam, że się zmieniła.
Już nie jest taka... chłodna, wyrafinowana. Jest jakby... delikatniejsza. Łagodna, jakby coś, lub ktoś, wygładziło jej ostre, jak brzytwa krawędzie, na których można było się nieźle przeciąć. Niejednego delikwenta potrafiła poszatkować samym spojrzeniem. Teraz w jej oczach widać zagubienie.
- Co się tam wydarzyło, Sasza? - pytam łagodnie.
Kobieta składa sztućce i zaplata dłonie, opierając je na kolanach. Wpatruje się w nie, szukając odpowiednich słów. A może sama nie wie, czy są w ogóle takie słowa, którymi dałoby się opisać tę sytuację.
- Zepsułam Hayboecka - mówi w końcu. - Stworzyłam potwora... - śmieje się chrapliwie na te słowa. - A on zepsuł mnie. Zmiękczył mnie, Misza. Jak woda gąbkę. Jak Calgon pralkę. Jak... - Zagryza wargę i przenosi wzrok na księżyc za oknem. - Minęły dwa lata odkąd zaciągnęłam go do łóżka, licząc na przyjemną noc. Ot tak, po prostu. Bo miałam taki kaprys.
- Często miewałaś takie kaprysy - zauważam mimowolnie.
- A tobie nigdy to nie przeszkadzało - odpowiada.
- Przeszkadzało. - Kręcę głową. - Ale wiedziałem, że nie ma sensu zmieniać twojego toku myślenia. Nie zaliczasz się do ludzi, którzy liczą się z opinią innych.
Sasza była jak żywioł - dążyła do celu po trupach i nikt nie był w stanie odmienić jej wizji, zmusić do zmiany zdania. Jeśli czegoś chciała - dostawała to. Nie było od tej reguły żadnych odstępstw.
- A potem weszłam raz jeszcze do tej samej rzeki - mówi dalej, ignorując moje słowa. - Jak nigdy tego nie robię, to tym razem chciałam powtórki. Potrzebowałam jej, bo nigdy z nikim nie było mi tak dobrze, jak z nim. Nikt nie potrafił w taki sposób zająć się moim ciałem, odkryć połączeń nerwowych, których sama nie znałam.
Patrzę, jak zaciska dłonie na to wspomnienie. Jestem w stanie wyobrazić sobie te dłonie zaciskające się na prześcieradle, na oparciu łóżka, drapiące po klatce piersiowej, zostawiające zaognione ślady na skórze. Widzę to wszystko, jak na dłoni.
To wszystko, czego nigdy, z jakiegoś powodu, nie umiałem jej dać.
To było jedyne, czego nie mogłem jej dać.
Ale to wystarczyło, by nasze drogi się rozeszły. To wystarczyło, by nie była ze mną szczęśliwa. A ja... A ja nie chciałem trzymać jej w klatce moich uczuć.
- Co się stało w Linz? - pytam, bo Sasza milczy. Milczy w ten znany mi sposób, który oznacza, że nie ruszy dalej bez zachęty. Chce dawkować informacje, chce, bym o nie prosił, błagał.
A może po prostu boi się sama z siebie sięgnąć do tych wspomnień.
Kobieta wstaje i podchodzi do okna. Ja również podnoszę się z krzesła i staję dwa kroki za nią. Obserwuje deszcz spływający po oknie, nawet nie zauważyłem, kiedy zaczęło padać.
- W Linz... - Sasza zagryza wargę i wbija wzrok w okno. - W Linz zrozumiałam, że żaden z was nie da mi tego, czego potrzebuję. Było nam dobrze ze sobą z Hayboeckiem - dodaje z westchnieniem po chwili milczenia. - Miło, zmysłowo, ekscytująco. Okazał się całkiem sympatycznym gościem, naprawdę. - Uśmiecha się nieco kpiąco i zerka na mnie przez ramię. 
- Ale...? - szepczę, opierając dłonie o parapet, tak że zamykam ją w pułapce ze swoich ramion. A raczej zamknąłbym ją, gdyby Sasza dała się komukolwiek w jakikolwiek sposób poskromić.
- Ale nie był tobą, Misza. - Odwraca się i ledwie sekundę waha się, nim staje na palcach i ostrożnie całuje mnie w kącik ust. - Uświadomiłam sobie, że muszę wybrać, co jest dla mnie ważniejsze - szepcze, biorąc moją twarz w dłonie. Jej ciepły oddech wywołuje dreszcz w dole moich pleców. - Pożądanie, czy też... miłość? - Wplata palce w moje włosy, a ja czuję, jak dreszcz zmienia się w ciepło rozlewające się po całym moim ciele.
- I co wybrałaś? - pytam głosem niewiele głośniejszym od szeptu.
- Nie lubię, gdy ktoś stawia mi ultimatum. - Sasza mruży oczy o swojemu. W ten drapieżny i jakże pociągający sposób.
Kiedyś dziwiłem się, jakim sposobem mężczyźni tak łatwo poddawali się jej woli, mimo iż wiedzieli, że nie mogą liczyć tak naprawdę na nic. To Sasza dyktowała warunki, a oni bez mrugnięcia okiem się na nie zgadzali.
Kiedyś tego nie rozumiałem. Ale teraz chyba już rozumiem. Jednak w przeciwieństwie do nich, ja nie mam zamiaru się zadowalać byle czym. Potrzebuję jej w całości. Nie ma we mnie zgody na żadne półśrodki.
Nie, już nigdy więcej.
- Nie lubię, gdy stawia mi się ultimatum - powtarza Sasza, przesuwając palcem po mojej szczęce. - Nawet, gdy czyni to samo życie. Pomyślałam, że... mogę mieć i jedno, i drugie. - Przygryza wargę, a ja unoszę wysoko brew.
- Jeśli sądzisz, że zgodzę się na otwarty związek z Hayboeckiem w pakiecie, to...
Sasza śmieje się gardłowo, odchylając głowę do tyłu, po czym wtula się nagle we mnie i całuje mnie w zagłębienie szyi. Jeśli sądzi, że to mnie udobrucha to...
No cóż, to ma rację.
- Głuptas z ciebie - odpowiada. - To by było absolutnie bez sensu. Mówi się, że nie da się złapać wszystkich srok za ogon, ale... Ale ja nigdy nie lubiłam ludowych mądrości - mówi z charakterystycznym dla siebie błyskiem w oku. - Z Michim nigdy nie będzie mnie łączyło to, co z tobą, Misza. - Zaplata mi ręce na szyi i opiera się czołem o moje czoło. - Ale może zadziała to w drugą stronę, co? - Szepcze zmysłowo.
- Co masz na myśli? - pytam, czując ją wyraźnie. Wszystkimi zmysłami. Czuję jej zapach, na ustach czuję smak jej ust, moja skóra szczelnie styka się z jej. Słyszę bicie jej serca. Oddech. Krew pulsującą w żyłach.
Jest tak blisko i tak wyraźnie, jak nigdy dotąd.
- Myślę, że jest parę rzeczy... Parę rzeczy, których mogłabym cię nauczyć. Wiesz... - Mruży oczy. - Taka... instrukcja obsługi.
Patrzę jej prosto w oczy, chwilę analizując jej słowa. Kochałem ją. Kocham ją od dawna. Ale chyba nigdy wcześniej mnie tak nie pociągała, nie w takim stopniu. Być może musiałem do tego dojrzeć, może musiałem zatęsknić. Może potrzeba nam było nawet tego całego Hayboecka żebyśmy oboje to zrozumieli.
Jeśli więc ona potrafi wywołać we mnie takie odczucia... To czemu ja, z jej drobną pomocą, miałbym sobie z tym poradzić?
- Naucz mnie - odpowiadam niskim głosem, całując ją. Najpierw ostrożnie, a potem za jej niewerbalnym ponagleniem, mocniej, głębiej. I gwałtowniej. - Naucz mnie - powtarzam.
- Więc chodź. - Odsuwa się ode mnie, tworząc między nami przestrzeń. Zbyt rozległą, a jednak wypełnioną czymś, czego nie potrafię nazwać. Mam wrażenie, że powietrze między nami skrzy się.
Sasza bierze mnie za rękę i bez dalszej zwłoki prowadzi mnie do mojej własnej sypialni.
A ja uświadamiam sobie, że może to wcale nie tak, że nie potrafiłem jej czegoś dać. Może po prostu bałem się tego. Bałem się być jednym z wielu, podczas gdy na innych poziomach łączyło nas z Saszą coś zupełnie unikatowego.
Nikt jednak nie powiedział, że jedno wyklucza drugie, prawda?

***

Kieruje moimi dłońmi, prowadzi mnie sobie tylko znanymi szlakami. Uczę się jej. Centymetr po centymetrze. Pocałunek za pocałunkiem. Oddech za oddechem. 
A każdy kolejny jest głębszy, gwałtowniejszy, bardziej pośpieszny. Nasze ruchy stają się coraz bardziej niecierpliwe, by odkryć więcej. Mocniej. Głębiej.
Dokładniej.
Daleko nam do ideału, to fakt. Ale zależy nam na sobie, więc będziemy próbować. Te próby wszak ciężko zaliczyć na poczet nieprzyjemnych.
- Połóż się - szepcze mi Sasza do ucha, zębami przytrzymując jego płatek.
Popycha mnie lekko na plecy na łóżko. Unoszę się na łokciach i w ciemności panującej w sypialni próbuję dostrzec zarys jej sylwetki. Bardziej słyszę, niż czuję materiał zsuwający się z jej ciała na dywan, cichy szelest ostatnich opadających ubrań. Zasłon. Murów.
Materac lekko skrzypi i ugina się pod jej ciężarem, gdy wsuwa się na miejsce obok mnie. Czuję żar bijący z jej nagiego ciała, którym przylega do mnie ostrożnie, jakby nie chcąc być zbyt natrętną.
Hayboeck naprawdę ją zmiękczył, myślę, ale prędko odsuwam tę myśl od siebie. Nie wpuszczę nigdy tego Austriaka do mojej sypialni.
Przesuwa chłodną dłonią po mojej piersi - od mostka aż po pępek, powodując krótki dreszcz. Zatrzymuje się, lekko błądząc na linii bokserek, a ja wiem, że czas na mój ruch. Za dobrą monetę biorę, że nie musi niczego mówić, nie musi nic mi podpowiadać. W jakiś sposób wiem, czego ode mnie oczekuje.
Może te pół roku rozłąki nauczyło mnie jej słuchać? Odczytywać mowę jej ciała? Może wcześniej znałem ją tak dobrze, że aż za dobrze?
Teraz muszę nauczyć się jej od nowa. Muszę nauczyć się jej z uwzględnieniem tych sfer, do których wcześniej nie miałem dostępu.
Całuję ją lekko - najpierw w usta, potem w szczękę i szyję. W obojczyk.
I między piersiami.
Prowadzi moją dłoń, przesuwa swoimi palcami po moim kręgosłupie, jakby namawiając mnie do odwzorowania tego ruchu. Podążam za jej dyskretnymi wskazówkami coraz niżej i niżej. Czuję, jak jej klatka piersiowa unosi się w coraz głębszych oddechach.
Przesuwam palcem wskazującym wzdłuż pachwiny, powodując lekkie, lecz nagłe napięcie w całym jej ciele.
- Dobrze - chwali mnie z lekkim uśmiechem w kąciku swoich krwistoczerwonych ust, po czym nagle przetacza się i siada na mnie okrakiem i nachyla się do mnie, osłaniając nasze twarze kotarą swoich jasnych włosów. - Coś się zmieniło, Misza - szepcze, muskając wargami moją twarz, mocniej zaciskając uda na moich biodrach.
- Oboje się zmieniliśmy, Sasza - odpowiadam zgodnie z prawdą, przesuwając dłońmi wzdłuż jej boków, na biodra, a potem na pośladki i ściskam je lekko. - Dojrzeliśmy do siebie.
W odpowiedzi jeszcze mocniej zaciska uda na moich biodrach, a dłonie na moich ramionach.
Po czym nagle zsuwa się ze mnie, bez ostrzeżenia.
- Chodź - mówi, kiwając na mnie palcem. - Chcę cię zobaczyć w całości - dodaje, a po ledwie zauważalnym w mroku pokoju ruchu poznaję, że ściąga bieliznę. 
Sekundę później, od tyłu oświetla ją światło z łazienki. Ona widzi mnie doskonale, ja - zaledwie jej zarys. Światło perfekcyjnie uwydatnia jej sylwetkę, poza, którą przyjmuje jest zresztą zapewne tak dobrana, by eksponować ją jak najlepiej. Co lepsze, wiem, że Sasza robi to całkowicie nieświadomie.
Podnoszę się z łóżka i podchodzę do niej powoli. Przesuwa dłońmi po moim ciele i przyciąga do siebie jeszcze bliżej, ciągnąc za gumkę bokserek. Nachylam się i zaczynam znaczyć pocałunkami całe jej ciało. Sasza odchyla głowę do tyłu, jakby ułatwiając mi zadanie, a jej dłonie błądzące po moich plecach są idealną informacją zwrotną. To jak gra w "ciepło-zimno" - jej dotyk kieruje mnie tam, gdzie mam szansę sprawić jej największą przyjemność. 
Instruujemy się nawzajem, czy to dotykiem, czy też zadowolonymi westchnieniami, gubiąc ostatnie zahamowania, ostatnie bariery. Moje usta i dłonie badają każdy centymetr jej ciała, zapuszczam się dalej i głębiej, podążając ścieżką jej przyśpieszonych oddechów. Poddaje się mojemu dotykowi, oddaje kontrolę.
Ale to ona ma i tak ostatnie słowo.
- Chodź - powtarza, ponownie układając się na skołtunionej wcześniej przez nas pościeli.
Czuję żar buchający z jej ciała, gdy przyklękam i całuję wewnętrzną stronę jej kolana. Widzę, jak pracują jej mięśnie brzucha, gdy posuwam się coraz wyżej, jak zagryza wargę, gdy całuję ją biodro, błądząc dłonią po drugim udzie. Coraz bliżej i bliżej.
- Chodź - powtarza chrapliwie, nie pozostawiając miejsca na wątpliwości, co do kontekstu tego przyzwolenia.
A ja korzystam z niego skwapliwie choć bez pośpiechu.
- Nie śpiesz się - szepcze mi do ucha, unosząc się na łokciach i przyciąga mnie jeszcze bliżej siebie, o ile to w ogóle możliwe. W końcu nie ma już nic, co by nas dzieliło. Nic, co ułatwiałoby stwierdzenie, gdzie kończy się jeden byt, a gdzie zaczyna drugi.
Obserwuję, jak zaciska palce na pościeli, jak jej pierś unosi się w głęboki oddechu. Ściska mnie udami ponaglająco, jakby chciała poczuć mnie jeszcze bardziej.
Przenikamy się nawzajem, wśród przyśpieszonych oddechów i krwi buzujących w żyłach. Dajemy sobie wzajemnie to, czego dotąd nie potrafiliśmy wspólnie osiągnąć. 
Jak widać, potrzebowaliśmy tylko odrobiny treningu. I nieco czasu.
Zatraceni w nauce nie zauważamy upływu czasu, świt zastaje więc nas nagle. Sasza wtula się we mnie i mruży oczy w słońcu wpadającym przez szparę pomiędzy roletami.
- Misza... - szepcze zmysłowo mi do ucha.
- No? - pytam, ciekaw, co tym razem wymyśli. Nie ukrywam, z nią nie da się nudzić. W żadnej kwestii.
- Idź zgaś światło w łazience - odpowiada z zadziornym uśmiechem i przewraca się na plecy, a ja wstaję, by wykonać jej polecenie. 
Czuję, jak mnie obserwuje. Pstrykam kontakt, opieram się o ścianę i spoglądam na nią z drugiego końca pokoju.
- Zrobiłaś to tylko po to, by pogapić się na moje pośladki, prawda? - pytam domyślnie.
Sasza zagryza wargę, a ja zauważam, że szminka już dawno powinna jej się rozmazać. Hm, chyba nie bez powodu od zawsze wydawała majątek na kosmetyki.
- Ten widok też jest niczego sobie - odpowiada zadziornie, mrużąc oczy.
- I vice versa. - Nie pozostaję je dłużny, a ona w odpowiedzi zachęcająco odwodzi nieco nogę. - Ale nieco zgłodniałem - dodaję przekornie.
Podnosi się do siadu i zakłada nogę na nogę, jednak wspiera się na opartych z tyłu rękach, eksponując swoje jędrne piersi. 
- Nadal przegrywasz z jedzeniem - informuję ją nieco złośliwie, zastanawiając się, co też ona najlepszego ze mną zrobiła.
Myślę, że Sasza tak po prostu działała na ludzi. Na facetów. Ja nie jestem wyjątkiem.
Choć pod innymi względami jestem wyjątkowy. A przynajmniej taką mam nadzieję.
- W sumie masz rację - odpowiada i wstaje. - Zróbmy śniadanie - zgadza się, otwierając drzwi od sypialni i boso kieruje się do kuchni.
Po tym, jak szuka czegoś, nachylając się do najniższej półki w zamrażarce poznaję, że nie zgodziła się tak łatwo bez powodu. Ma plan.
Jak zwykle.
- Sasza? - pytam, opierając się o szafkę i obserwuję, jak krząta się po pomieszczeniu. - Myślisz... myślisz, że nam się uda? - kończę nieco niepewnie.
Odrywa wzrok od czytanej właśnie etykiety jakiegoś sera i zerka na mnie z ukosa. Jej nagość na środku oświetlonej kuchni jest tak nierealna, a jednak tak bardzo prawdziwa.
- Misza, kochanie - odpowiada miękko - już nam się udało.
Podchodzi do mnie i zaplata ręce na moim karku, po czym całuje delikatnie.
- Ale, bardzo cię proszę, nie próbuj mi się oświadczać, dobrze? - prosi. - To naprawdę nie są moje klimaty.
- Chcę cię mieć na wyłączność - odpowiadam, być może nieco egoistycznie, a być może nieco zapobiegawczo.
- I masz - obiecuje. - Na zawsze.
Potakuję, a Sasza wtula głowę w moje ramię.
Ja jednak muszę zadać to pytanie.
- A co z Hayboeckiem?
Sasza odsuwa się ode mnie i wraca do przygotowywania śniadanie.
- Zjedzmy. A potem pokaże ci jeszcze kilka... sztuczek. - Mruży zalotnie oczy, jakby moje pytanie w ogóle nie padło.
- Sasza, mówię poważnie. Nie chcę, by nagle... pojawił się między nami. Znowu - dodaję gorzko.
Sasza wzdycha ciężko i z lekkim ociąganiem odwraca się do mnie.
- Hayboeck to przeszłość i on sam dobrze o tym wie. Powiedziałam mu to już w Linz... Że nie zależnie, czy uda mi się z tobą, Misza, na pewno nie uda mi się z nim. Choć, jak mówiłam, całkiem miły z niego facet. - Wzrusza ramionami. - Postawiłam sprawę jasno.
- Jesteś pewna, że nie będzie liczył na jakieś... friends with benefits? - pytam ostrożnie.
- W jego przypadku to było sex with benefits - prycha Sasza. - Ucięłam tę relację, możesz być spokojny.
- Co on na to? - Może nie powinienem drążyć tematu, ale to robię. Chcę mieć pewność, że jesteśmy już na prostej razem z Saszą.
Gdyby parę lat temu ktoś mi powiedział, że będę w takiej sytuacji z moją nieco rozwiązłą przyjaciółką z dzieciństwa, to bym nie uwierzył. A jednak.
- Michi... - Sasza wydyma usta. - Zrozumiał.
- Po prostu?
- Po prostu. Dobrze wiesz, że to wszystko zawdzięczamy tak naprawdę jemu - odpowiada. - To nie była miłość, tamto między nami. Ale pomogło mi to ją znaleźć. I zawsze będę mu za to wdzięczna.
Nic nie odpowiadam na te słowa, tylko podchodzę do niej i mocno całuję. Sasza zaplata mi ręce na karku i oddaje pocałunek, mnie jednak to nie wystarcza.
Stworzyła potwora. Naprawdę jest w tym dobra.
- Mieliśmy jeść śniadanie - zauważa między pocałunkami.
- Chrzanić śniadanie - odpowiadam, sadzając ją na blacie. - Uważaj na nóż.
- Nie można karmić się miłością, jakby romantycznie to nie brzmiało! - protestuje, ale coraz słabiej, podczas gdy ja schodzę pocałunkami coraz niżej, przezornie zrzucając wszystko z blatu do zlewu.
- Najwyżej umrzemy z głodu - odpowiadam niefrasobliwie i nie mówię już nic więcej.
Sasza też nic nie mówi. 
W tej chwili nie mamy sobie już nic więcej do powiedzenia.

***

Kilka tygodni później na komodzie znajduję otwartą kopertę zaadresowaną do Saszy. Obok leży list, bez wątpienia skreślony jej ręką.

Hayboeck,
pewnie domyśliłeś się sam, że znaleźliśmy z Miszą ten kawałek układanki, którego nam brakowało. Jestem ci winna przeprosiny za rozbudzenie w tobie pożądania, któremu nie pozwoliłam Ci dać ujścia, mimo iż bardzo się staraliśmy. Ale przede wszystkim muszę ci podziękować, bo choć to, co nas łączyło nie miało nic wspólnego z miłością, to dzięki temu udało mi się ją znaleźć.
Dziękuję i przepraszam,
Sasza

Na odwrocie kartki jest tylko kilka słów.

Nie masz za co przepraszać. Niczego nie żałuję i niczego nie żądam. Oboje tego potrzebowaliśmy. 
Szczęścia,
Michi
PS: Uważajcie na łokcie w wannach.
M.

- Mówiłam ci. - Sasza pojawia się się moimi plecami jak duch. - Jakimś cudem udało mi się zasłużyć na happy end, Misza.
- Zasłużyć? - Unoszę wysoko brwi. - Przecież ty zawsze dostajesz to, czego chcesz.
- Na tę jedną rzecz musiałam jednak trochę zapracować - odpowiada i całuje mnie w policzek. - Ale opłaciło mi się.
- I to jak - zgadzam się z nią.
Bo na prawdziwą miłość warto czekać. Nawet jeśli idzie do nas najbardziej okrężną z możliwych dróg. 
Obejmuję Saszę ramieniem i raz jeszcze przebiegam list wzrokiem. Jednej rzeczy tylko nie rozumiem.
- Sasza? O co chodziło mu z tymi łokciami? - pytam.
Kobieta uśmiecha się szelmowsko.
- Chodź do łazienki, to ci pokażę.

__________
Tego bonusa miało nie być. Ale skoro już Michaił wyszedł tu taki poszkodowany, to postanowiłam go "wykończyć" do końca. Nie jestem pewna czy takiego zakończenia oczekiwaliście. Chyba większość jednak kibicowała Michiemu, nie? Może jednak zakończenie otwarte było lepsze, trzeba wiedzieć, kiedy zejść ze sceny.
Może więc nie powinnam, ale dręczył mnie, więc napisałam. Oto i on.
...męczył mnie od bardzo dawna swoją drogą, bo poprzedni bonus powstał ze trzy lata temu (niemal dokładnie!), ale skoro już zaczęłam, to postanowiłam skończyć i zostawić Saszę w spokoju. Ktoś tam się dopominał, więc macie. A co Wam będę żałować, nie?
Co powstanie następne? Nie mam bladego pojęcia!
PS: Wiem, formatowanie się rozjechało, przepraszam :<

[Wszelka zbieżność nazwisk, imion i podobizn jest (nie)przypadkowa. Nie zmienia to faktu, że przedstawione tu osoby nie mają ŻADNEGO odzwierciedlenia w rzeczywistości i nie należy ich w żaden sposób utożsamiać z prawdziwymi osobami]

wtorek, 5 lipca 2016

To nie jest miłość [bonus]

Czajkowski, 4.09.2015

Znowu tkwię w jego objęciach. I jest mi tam wyjątkowo dobrze. Za dobrze. Bo to przecież nie tak miało wyglądać. To miała być jedna, krótka, szalona noc. Niewielkie szaleństwo popełnione na fali radosnej atmosfery Igrzysk.
A co z tego wyszło? Długa i namiętna noc w Soczi z powtórką w Oslo i nieustająco nawracające uczucie, że to wciąż za mało. Cóż, nie da się ukryć, że Hayboeck w pewnych kwestiach okazał się równie utalentowany co i na skoczni. O ile nie bardziej...
Kiedy jednak zaczyna mówić o tym, jak bardzo za mną tęsknił oraz o tym, że zerwał ze swoją dziewczyną, bo nie mógł przestać o mnie myśleć...
O nie, Hayboeck. Tylko nie mów mi, że...
- Czego ode mnie chcesz, Hayboeck? - pytam chłodno, zaplatając ręce na piersi i budując między nami dystans. Nie podoba mi się kierunek, w którym zmierza ta rozmowa, zwłaszcza, że widzę wszystkie uczucia wypisane na jego twarzy. Do cholery, widziałam je już rano, ale wciąż po cichu liczę, że po prostu skradnę mu jeszcze jeden namiętny pocałunek i zakończę to, co już jakiś czas temu wymknęło mi się spod kontroli. Zakończę i wrócę do Miszy, przy którego boku jest przecież moje miejsce. Bo można igrać z namiętnością, ale uczucia to już inna sprawa.
Tu nie ma miejsca na uczucia, jasne, Hayboeck?
Cały mój misterny plan oraz ostatnie złudzenia padają, kiedy Austriak w końcu wyrzuca z siebie jednym tchem:
- Chcę ci powiedzieć, że się w tobie zakochałem.
No pięknie.
- Zakochałeś? - wkładam w to słowo tak wiele politowania, na ile mnie obecnie stać. Zakochanie to coś, na co nie powinniśmy sobie w tej chwili pozwalać. Zwłaszcza ja.
Zerwał dla ciebie z dziewczyną...
Szybko uciszam podstępny głosik w mojej głowie, pilnując by mój głos pozostał zimny i opanowany, kiedy mówię dalej:
- Hayboeck, przespałeś się ze mną. Dwa razy, dla ścisłości. Było miło, momentami nawet bardzo miło, muszę przyznać – wtrącam, nie mogąc powstrzymać wąskiego uśmiechu, kiedy wspominam nasze wspólnie spędzone chwile, które na zawsze już zostaną w mojej pamięci. Szybko jednak nakazuję sobie wrócić do rzeczywistości. - Ale to wszystko. To trochę za mało, żeby mówić o miłości, nie sądzisz...? - pytam retorycznie, licząc, że sam zrezygnuje z tematu i oboje rozejdziemy się w swoje strony.
...a ty będziesz udawać, że wcale nie tęsknisz za jego dotykiem, co...?
Właśnie. Dotykiem. Niczym więcej.
- Owszem, za mało – przyznaje mi rację, ale jakby opornie. Nie zamierza mi jednak niczego ułatwiać (na miłość boską, on nadal się łudzi....!), kiedy dodaje – Ale jeśli tylko...
- Nie, Hayboeck – przerywam mu gwałtownie, nim zacznie mi udowadniać, że możemy coś zmienić.
...bo boisz się, że uda mu się cię przekonać?
To nie była miłość. I nie będzie, bo kocham przecież Miszę, tak samo jak on kocha mnie. Nawet jeśli w naszej relacji brak tego ognia, który sprawia, że ciągnie mnie do Hayboecka jak ćmę do świecy. Który powstrzymuje mnie przed powiedzeniem mu zdecydowanie "odejdź, to koniec", bo wiem, że jednak będzie mi go w jakiś irracjonalny sposób brakować.
Że pozostanie po nim niewielka, naprawdę malutka dziura, której Misza w żaden sposób nie będzie w stanie wypełnić.
- Tu nie ma żadnego „ale” - mówię stanowczo, próbując przekonać nie tylko jego, ale i siebie. - To nie jest miłość. Kochasz nie mnie, a moje ciało. Bo wiem, jak sprawić ci przyjemność. Choć, nie ukrywam, tobie też to dobrze wychodzi – wtrącam, a w mojej głowie pojawia się wspomnienie jego palców błądzących po mojej skórze, co sprawia, że przez chwilę mam ochotę rzucić wszystkie moje postanowienia w cholerę i pociągnąć go za sobą w najbliższe krzaki. – Ale to wciąż nie jest miłość. Nie czuj się oszukany, przecież niczego ci nie obiecywałam. Niczego, poza kilkoma chwilami fizycznej przyjemności.
Hayboeck przygląda mi się, jakby z nadzieją, a ja wkładam wszystkie siły w to, by utrzymać niewzruszony wyraz twarzy. Ciągnie mnie jednak do niego w sposób, nad którym ledwie panuję. A jego do mnie jeszcze silniej, co znacznie to wszystko komplikuje.
- Coś się zmieniło, prawda...? - pyta niespodziewanie, robiąc krok w moją stronę.
A ja się nie odsuwam, uświadamiając sobie właśnie jak wiele się zmieniło od czasu, kiedy widzieliśmy się po raz ostatni. Gdyby nie ten jeden, jedyny szczegół, wszystko byłoby prostsze. Mogłabym go dalej zwodzić, czekając aż obojgu nam się znudzi swoje towarzystwo i ta znajomość stanie się po prostu historią.
I zdaje się, że nadal go zwodzę, bo pozwalam mu zbliżyć się jeszcze bardziej, pozwalam odgarnąć z twarzy włosy i dotknąć mojego policzka. Pozwalam mu na to, nim delikatnym, ale zdecydowanym ruchem odsuwam jego dłoń od mojej skóry. Odsuwam ją, bo wiem, że potem o wiele ciężej będzie mi zrezygnować z jego dotyku.
Hayboeck jednak ujmuje moją dłoń i zbliża do oczu, przyglądając się z uwagą mojemu pierścionkowi, który skrzy się w blasku księżyca wyjątkowo wyraźnie. Przygląda mu się bez słowa, coraz mocniej zaciskając szczękę. Wyrywam rękę, bo nieświadomie zaciska nie niej swoje palce, sprawiając mi ból i chowam ją za siebie, a ten gest zbiega się w czasie z wymamrotanym cicho przez niego przekleństwem.
- Maksimoczkin, prawda...? - pyta retorycznie, nieudolnie maskując swoją wściekłość.
Być może gniew to dobry sposób na zerwanie naszej niezdrowej relacji. Relacji, która miała być pozbawiona uczuć, która miała się opierać jedynie na cielesnych (ale za to jakich...!) doznaniach.
Właśnie. Miała.
- Sam mi to zasugerowałeś – mówię, bo taka jest prawda. W Oslo uświadomiłam sobie, że warto spróbować. I choć Misza nie może mnie zmienić, to ja przecież mogę spróbować zmienić się dla niego. - I miałeś rację. Za długo wmawiałam sobie, że nie potrafię go pokochać, bo za dobrze go znam. Chyba powinnam ci za to podziękować – dodaję, robiąc krok do tyłu, by moje ciało nie mogło zacząć ponownie przeczyć moim słowom.
- Kochasz go? – pyta z niedowierzaniem. - Przecież mówiłaś...
- Wiem co mówiłam, Hayboeck – odpowiadam gniewnie, czując jak sytuacja wymyka mi się spod kontroli. Trzeba było do niego nie podchodzić, głupia. - Nie udawaj, że mnie znasz. Nie wmawiaj sobie, że mnie kochasz albo, co gorsza, że ja coś do ciebie czuję. Skończ z twarzą to, co tak naprawdę skończyło się tamtego ranka w Soczi.
Cofam się coraz bardziej i bardziej, patrząc jak sylwetka Hayboecka zaciera się na tle czarnego nieba. Słyszę jak woła mnie raz po raz, jednak choć korci mnie by odpowiedzieć, by wrócić i raz jeszcze poczuć ciepło jego ciała, odwracam się i odchodzę w kierunku hotelu.
Odchodzę, czując, że to nie tak miało być. Nie miało być tego dziwnego uczucia pustki, tego żalu, tej chęci by kolejne "żegnaj" okazało się jednak zwykłym "do zobaczenia". Z trudem przypominam sobie, co mną powodowało, kiedy świdrowałam go swoim spojrzeniem wtedy w Soczi. Mam wrażenie, jakby było to całe wieki temu.

***

Bawią mnie niezmiernie jego rzucane ukradkowo spojrzenia, przez które nieomal potyka się o własne nogi. Bawi mnie, jak stara się oderwać ode mnie wzrok, choć przecież jest to walka z góry spisana na straty.
Nawet w tym idiotycznym, ludowym stroju masz na mnie ochotę, co nie?
Nie muszę pozować do zdjęć, ani przyjmować medali, mam więc czas, by go odrobinę poobserwować. A ta obserwacja wypada bardzo pomyślnie. Jest młody, wysportowany, sławny i przystojny. I, co najważniejsze, zainteresowany.
A ja, zamiast samodzielnie walczyć o medale, jestem uziemiona przez cholerne, zerwane więzadło. W ciągu ostatnich miesięcy zostałam ekspertem w dziedzinie uszkodzenia ACLa. To logiczne, że potrzebuję rozrywki.
Jest coś uroczego, a wręcz pociągającego, w jego jakby nieśmiałych spojrzeniach. Jest jeszcze bardziej uroczy, gdy w końcu do mnie podchodzi i mówi:
- Hallo, ich... ich will sich begrüßen...*
Boże, co to za piekielny język...?
Kręcę głową i mówię, że nie rozumiem, szybko jednak przechodzę na angielski. Hayboeck dalej plącze się między językami, plecie trzy po trzy i ogółem nie wywiera zbyt dobrego wrażenia. Jednak nie flirtuję z nim po to, by z nim rozmawiać, prawda...?
Hayboeck, przestań pierdolić i bądź mężczyzną...
Skoczek w końcu łapie twardszy grunt pod stopami i odzyskuje coś na kształt pewności siebie. I to zaczyna mi się podobać. Zdaje się, że początkowo nie do końca trafnie go oceniłam.
...czy to pierdolenie możemy jeszcze przedyskutować...?
Ostatecznie nie idziemy na piwo, jak mi zasugerował, tylko prowadzę go do pubu należącego do mojej przyjaciółki. Ciężko nie zauważyć spojrzenia, którym obrzuca mnie skoczek, kiedy pomaga mi ściągnąć kurtkę.
Tak, pomaga mi ściągnąć kurtkę. Niczym prawdziwy gentleman. Ciekawe, czy przy płaceniu też jest taki uprzejmy...?
- Dwa razy wódka, Tanja – mówię, siadając przy barze, a Hayboeck dosiada się do mnie. Moja przyjaciółka obrzuca go uważnym spojrzeniem, jednak nic nie mówi, bez słowa rozlewając alkohol do dwóch kieliszków. Spełniamy toast, a wścibskie spojrzenie Hayboecka, upewnia mnie, że dwa odpięte guziki przy mojej koszuli są zdecydowanie wystarczające.
Zamawiam jeszcze jedną kolejkę, tym razem jednak nie omija mnie komentarz Tanji.
- Nie wlewaj w niego tyle, bo nie będziesz mieć z niego żadnego pożytku – mówi, puszczając mi oko i nalewając jedynie połowę kieliszka.
- Już ty się o niego tak nie martw, chcę się tylko trochę zabawić – wzruszam ramionami, mam jednak na uwadze, że Hayboeck zaproponował mi przecież piwo.
- Ja już znam to twoje "zabawić się" – mruczy jeszcze Tanja pod nosem, po czym oddala się, by obsłużyć innych klientów.
Chwilę później wyciągam Hayboecka na parkiet, a kiedy widzę, że w końcu zaczyna się rozluźniać, proponuję mu jeszcze jednego drinka. Dopiero wtedy skoczek zaczyna się zachowywać tak, jak na takiego przystojniaka przystało.
Czyli po prostu regularnie na mnie leci.
I to na tyle intensywnie, że czas przenieść naszą znajomość na grunt nieco bardziej prywatny. Kameralny. Intymny, powiedziałabym.
Nie mija wiele czasu, nim pociągam go za sobą na hotelowe łóżko, jeszcze mniej nim pozbywamy się odzieży i skupiamy się w stu procentach na sobie, jako główne narzędzie poznawcze wybierając zmysł dotyku.
Jego dłonie z wprawą błądzą po mojej skórze, trafiając na najwrażliwsze miejsca. Z godziny na godzinę w nasze gesty wkrada się coraz więcej drapieżności, jakby naszym ciałom wciąż było mało tej bliskości. W pewnym momencie z piersi wyrywa mi się głośny jęk, gdy skoczek nieświadomie łapie mnie za wciąż nie do końca zagojone kolano, nie zwraca jednak na to uwagi, biorąc go pewnie za krzyk ekstazy.
I wcale tak bardzo się nie myli.
Lecz choć noce o tej porze roku są długie, ta i tak zdaje się nam jakby za krótka. Ranek dopada nas znienacka i choć udaje man się skraść sobie wzajemnie jeszcze parę godzin, w końcu nadchodzi ten moment, w którym muszę schylić się po porzuconą na podłodze poprzedniego wieczora kurtkę. Czuję na sobie wzrok Hayboecka, który obserwuje mnie bez słowa, leżąc w wciąż jeszcze rozgrzanej naszymi ciałami pościeli. Kładę dłoń na klamce i rzucam szybkie, bezbarwne:
- No, to cześć.
- Zobaczymy się kiedyś jeszcze? - pyta nagle.
- Tu nasze drogi się rozchodzą, Hayboeck – kręcę głową. - Było miło, ale to wszystko. Chyba nie liczyłeś na nic więcej, co? - upewniam się, choć przecież oboje jesteśmy dorośli i wiemy, że takie noce nie znaczą zupełnie nic.
- Nie – odpowiada. - I tak dostałem więcej, niż oczekiwałem.
- Więc żegnaj – otwieram drzwi i wychodzę, ze świadomością, że nie spotkamy się prawdopodobnie nigdy więcej. Nawet jeśli... to on i tak nie będzie pamiętał twarzy nieomalże anonimowej Rosjanki, dla której stracił na parę godzin głowę po udanym konkursie na Igrzyskach.
Nie rzucam mu więc ostatniego spojrzenia i gdy tylko zamykam za sobą drzwi, Michael Hayboeck niemal zupełnie znika z mojej głowy.

***

 Kilkanaście razy sprawdzam sprzęt i kombinezon, nerwowo poprawiam gogle. To moje pierwsze zawody od... w sumie nie pamiętam od kiedy. Najpierw kiepska forma, potem zerwane więzadło, operacja i długa rehabilitacja. W końcu jednak mam szansę wziąć udział w zawodach.
Wiem, że Misza czeka na mnie na dole, mimo iż powinien iść właśnie na rozgrzewkę, obiecał mi jednak, że będzie trzymał za mnie kciuki. Kiedy więc nadchodzi moja kolej, po raz ostatni sprawdzam zamki w kombinezonie, poprawiam rękawiczki, niemal odruchowo dotykam wiązań i zaciskam palce na metalowej belce, oczekując na znak od trenera.
Chwilę później jadę w dół rozbiegu z charakterystycznym szumem nart trących o tory lodowe, napinając mięśnie ud w gotowości do skoku. Wybijam się i ponownie ogarnia mnie to uczucie wolności, za którym tak tęskniłam. Wiatr tańczy w moich włosach, które pęd powietrza wysnuwa spod kasku. Wyciągam z tego skoku jak najwięcej, nie chcąc tak szybko opuszczać przestworzy. Grawitacja jest jednak nieubłagana i ostatecznie ściąga mnie na ziemię, dziesięć metrów przed punktem konstrukcyjnym.
Schodzę z areny skoczni i rozglądam się w poszukiwaniu Miszy, odrzucając na plecy warkocz, kiedy nagle słyszę czyjś głos wymawiający moje imię.
Wymawiający moje imię z dość charakterystycznym, zachodnim akcentem.
Obracam się i mój wzrok pada na wysokiego blondyna w kurtce z logo reprezentacji Austrii. Powtarza raz jeszcze moje imię, robiąc krok w moją stronę. Marszczę brwi, mimo iż rozpoznaję go niemal natychmiast. Bardziej dziwi mnie fakt, że on pamięta mnie.
- My się znamy...?
- Tak, przecież... - milknie gwałtownie, a ja nie mogę powstrzymać ironicznego uśmiechu, który chyba mnie zdradza.
No co, Hayboeck?
...przecież przespałaś się ze mną rok temu?
...przecież spędziliśmy całą noc, ucząc się na pamięć swoich ciał?
...no?
- Chyba musiałeś mnie z kimś pomylić, przykro mi – uśmiecham się wąsko, zakładając narty na ramię.
Było miło, ale się skończyło, Hayboeck. Co było w Soczi, zostaje w Soczi.
- Nie, poczekaj...! - łapie mnie za ramię, akurat w momencie, gdy obok nas pojawia się Michaił.
W końcu.
- Jakiś problem...? - pyta szorstko Austriaka, obejmując mnie zdecydowanym gestem, wyrażającym niebywałą czułość, choć mnie wydaje się on jakby nieco zbyt władczy. Dlatego wysuwam się z jego objęć, choć zapewniają mi względne bezpieczeństwo i wysyłają Hayboeckowi jasny sygnał – że do tego tematu nie ma sensu już wracać.
- Wszystko w porządku, Misza – uspokajam przyjaciela. - To zwykła pomyłka. Chodź, przecież musisz już iść na górę... - przypominam mu i ciągnę go za sobą w kierunku szatni, czując na sobie wzrok Michaela.
- Czego on od ciebie chciał...? - pyta gniewnie Misza, przechodząc ponownie na nasz ojczysty język.
- Spokojnie, przecież mówię, że z kimś mnie pomylił... - kłamię, by nie musieć wdawać się w szczegóły naszej relacji z Hayboeckiem. O ile można to nazwać relacją.
- Nie lubię, gdy ktoś cię zaczepia – Misza marszczy brwi, ponownie obejmując mnie ramieniem.
- A ja ci przypominam, że nie jestem twoją własnością...! - syczę, mrużąc oczy i odsuwając się od niego.
- Sasza, proszę... - Misza łagodnieje od razu. - Przecież wiesz, że po prostu się o ciebie martwię...
- Nie musisz – odpowiadam nieco zbyt szorstko. - Idź lepiej na wyciąg, bo się spóźnisz.
Mój przyjaciel chce chyba coś jeszcze powiedzieć, jednak wzdycha tylko ciężko i słucha mojej rady. Po skoku Denisa jasnym się staje, że nie mamy co liczyć na drugą serię, więc przebieram się w dres i idę się trochę porozciągać. Ze słuchawkami na uszach nawet nie zauważam, kiedy mija mi cały konkurs, wracam więc w okolice boksu, by wykonać jeszcze parę ćwiczeń rozluźniających. Zawieszam słuchawki na szyi i opierając stopę na blaszanej barierce otaczającej arenę skoczni robię kilka skłonów.
W momencie, w którym zmieniam nogę, wyczuwam jego wzrok spoczywający najpewniej na moich pośladkach. Wzdycham ciężko, mówiąc:
- Wiem, że gapisz się na mój tyłek, Hayboeck – obracam się, biorąc się pod boki i jednocześnie lustrując go wzrokiem.
Niewiele się zmienił. Trochę inna fryzura, nieco wyraźniej zarysowane mięśnie i... i jakiś dziwny błysk w oku. Mam wrażenie, że dziś nie wpadłoby mu do głowy zapraszać mnie na piwo.
- Dlaczego udawałaś, że mnie nie znasz...?
- Bo cię nie znam, Hayboeck. Tak jak i ty nie znasz mnie – mówię, podchodząc bliżej. Z tej odległości czuję zapach jego wody kolońskiej i siłą rzeczy wspominam naszą wspólną noc w Soczi. Niemalże czuję jego dłonie błądzące po moim ciele, palce wplątane we włosy, usta składające pocałunki na każdym centymetrze kwadratowym mojej skóry...
- Nic nas nie łączy – dodaję, wracając na ziemię, jednak się nie cofam.
- Nic, prócz tej jednej nocy – prostuje.
- Nic, prócz tej jednej nocy – powtarzam za nim, jeszcze bardziej zmniejszając odległość między nami i przesuwając palcem po jego klatce piersiowej.
Droczenie się z nim w ten sposób sprawia mi jakąś dziką przyjemność. Czuję ciepło rozchodzące się po moim ciele, a wspomnienia, które zdawało mi się już dawno wyrzuciłam z pamięci, natrętnie napływają przed moje oczy.
A może by tak...?
A może by jednak wejść raz jeszcze do tej samej rzeki...?
- Jestem tu z dziewczyną – Hayboeck nagle się reflektuje, robiąc dwa kroki w tył, w momencie, kiedy nasze usta dzielą zaledwie milimetry.
O, a to ciekawe.
- Szkoda – wzdycham, opierając rękę na biodrze.
- Gdybym wiedział, że tu będziesz, to... - Hayboeck urywa w pół słowa, a ja nie potrafię nie uśmiechnąć się drwiąco. Doskonale wiem, jak ogromny mam na niego wpływ i mam zamiar to wykorzystać.
- Sasza, zaraz odjeżdżamy – z domku wychyla się Misza i obrzuca nas uważnym spojrzeniem. W jego wzroku pojawia się coś twardego, a mnie z niewiadomego powodu robi się przykro.
- Tak, już idę – odpowiadam i mój przyjaciel znika, przyjrzawszy się nam raz jeszcze ze zmarszczonymi brwiami.
Oj, Misza, Misza... Przecież wiesz, że mnie nie zmienisz.
Odwracam się do Hayboecka i droczę się z nim jeszcze chwilę, jednak gdzieś z tyłu głowy mam wspomnienie twarzy Miszy i nie dostarcza mi to tyle ekscytacji co zazwyczaj. Ciężko jednak nie zauważyć, że Hayboeck ma duże problemy z trzymaniem rąk przy sobie. Przyciągam go więc do siebie i zaciągam się jego zapachem, który jest nieco inny od tego, który zapamiętałam z Soczi. Lepszy, zdecydowanie lepszy.
Niemal czuję jego usta na swojej szyi, kiedy postanawiam podroczyć się z nim jeszcze bardziej.
- Twoja dziewczyna się na nas gapi – rzucam mimochodem, ciekawa jego reakcji.
Tak jak się spodziewałam, odskakuje ode mnie jak oparzony, a ja nie mogę się powstrzymać i zaczynam się śmiać.
- To nie jest zabawne – obrusza się, a ja nie przestaję się z niego naśmiewać.
Chwilę później Misza woła mnie nieznoszącym sprzeciwu głosem, żegnam więc Hayboecka słowami:
- Do zobaczenia, Hayboeck!
- Oby nie! - woła za mną.
- Przyznaj, że byś chciał! - odpowiadam mu, mrużąc zalotnie oczy i puszczam mu oko.
Odchodzę kołysząc biodrami, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że wciąż gapi się na mój tyłek. Tak samo jak wiem, że chciałby.
Ale tak niewinna i naiwna istota jak Hayboeck nie byłaby w stanie zdradzić swojej dziewczyny...
...prawda?
- Sasza, zejdź na ziemię – mruczy gniewnie Misza, pakując do bagażnika moje narty. - Naprawdę musiałaś...?
- A czy ty musisz zmieniać mnie na siłę? - pytam ostro. - Jestem dorosła, Misza, nie musisz się o mnie troszczyć.
- Po prostu chcę dla ciebie jak najlepiej – mówi ciszej, co irytuje mnie jeszcze bardziej.
- Dla mnie? Czy może raczej dla ciebie, co? - mrużę oczy, a Misza odwraca wzrok. - Jesteś dla mnie bardzo ważny, Misza. Ale proszę cię, nie wmawiaj sobie, że potrafisz zmienić mnie w kogoś kim nigdy nie byłam i nie będę. Nie wmawiaj sobie, że jestem lepsza niż w rzeczywistości. Wiesz jaka jestem i zaufaj mi – to się nie zmieni.
Odwracam się na pięcie i wsiadam do busa. Przez całą drogę nie poruszamy tego tematu, mimo iż siedzimy obok siebie, ramię w ramię. Kiedy wracam do pokoju, natychmiast kieruję swoje kroki do wanny i spędzam tam bardzo długi czas, rezygnując nawet z kolacji. Nagle leżący obok na półeczce telefon zaczyna wibrować, sięgam więc po niego i odczytuję wiadomość od Miszy.
"Idzie do Ciebie z rękawiczkami. Tylko błagam, nie otwieraj mu w samym ręczniku, okej?"
Uśmiecham się, bo pewnie gdyby nie jego wiadomość, to tak właśnie bym zrobiła.
...a Hayboeck pewnie by nie marudził zanadto.
Odpisuję szybko "okej, dzięki :)" i wychodzę z wanny, szybko ubierając pierwsze rzeczy, które wpadną mi w rękę. W momencie, w którym szukam jakichś butów koło drzwi, rozlega się energiczne pukanie.
- Hayboeck – otwieram z figlarnym uśmiechem, rezygnując z poszukiwania butów. - A ponoć jesteś tu z dziewczyną – kpię, opierając się biodrem o framugę.
Widzę, jak jego wzrok błądzi po moim ciele. Walczy z tym, ględząc coś bzdurnie o zgubionych przeze mnie rękawiczkach, które nawet pokazuje mi pomiędzy jednym zdaniem a drugim, jednak jest to z góry przegrana walka.
Wolałabym, żebyś używał teraz języka do czegoś innego, niż bezsensowne gadanie...
- Jestem tu z dziewczyną – mówi nagle przez zaciśnięte zęby; ciężko stwierdzić, czy mówi bardziej do mnie, czy do siebie.
- Ach, no tak – wywracam oczami. - To jak, Hayboeck? Wchodzisz, czy wracasz do siebie? - pytam, świdrując go wzrokiem.
Waha się. Naprawdę się waha czy zdradzić dziś swoją dziewczynę. Naprawdę jest gotów poświęcić swój związek dla kilku godzin przyjemności ze mną.
Brawo, Sasza. Robi się z ciebie prawdziwa femme fatale.
Ale waha się o jedną chwilę za długo.
- Nie, to nie – wzruszam ramionami i zamykam mu drzwi przed nosem, bo zaczynam trochę marznąć w przeciągu, który powstał przy otwartych drzwiach.
Jaaasne, po prostu boisz się, że on naprawdę coś do ciebie czuje...
Zamknij się.
Zrzucam ubranie i zakładam szlafrok, po czym sięgam po gazetę i rzucam się na łóżko. Zastanawiam się, czy nie pójść do Miszy i go nie przeprosić za dzisiaj, bo bardzo nie lubię, gdy coś jest między nami nie tak. Znam go do dziecka i powierzyłabym mu własne życie. Wiem jednak, że nie jestem odpowiednią dziewczyną dla niego – nawet jeżeli on uważa inaczej.
Ostatecznie moje rozmyślania przerywa pukanie do drzwi, chowam więc gazetę do szuflady i otwieram drzwi, a widok Hayboecka, stojącego tam z moimi rękawiczkami w dłoniach, nie zaskakuje mnie ani trochę. W głębi serca wiedziałam, że wróci.
W głębi serca tego właśnie pragnęłaś, dodaje jakiś złośliwy głosik w mojej głowie, który natychmiast uciszam.
- Oj, Hayboeck, Hayboeck... Jesteś cholernie przewidywalny – wzdycham, przeczesując od niechcenia włosy, udając że nie zauważam, jak jego wzrok penetruje głębokie wcięcie mojego szlafroka.
Wpuszczam go do środka, a w jego wzroku pojawia się lekka panika, jakby chciał jeszcze zawrócić, wiem jednak, że już nie będzie w stanie spojrzeć swojej dziewczynie w oczy.
Trzeba się było trzymać ode mnie z daleka, Hayboeck.
Wiem, że za chwilę Misza zacznie dobijać się do drzwi, ciągnę więc Hayboecka do łazienki, zrzucając po drodze szlafrok. Spędzamy tam tak dużo czasu, że gdy postanawiamy powrócić do klasycznych sposobów, jest już późna noc i wiem, że do rana już nikt nam nie będzie przeszkadzać.
Również Hayboeck nie zadaje już żadnych głupich pytań, przynajmniej do czasu, gdy słońce powoli zaczyna wkradać się do pokoju poprzez szparę między zasłonami, a ja uświadamiam sobie, że tej nocy nie zmrużyłam nawet na chwilę oka.
Nie, żeby mi to choćby w najmniejszym stopniu przeszkadzało...
- Opowiedz mi coś o sobie – zaskakuje mnie nagłą prośbą, nie przestając gładzić mojej skóry jedną ręką, a na place drugiej nawija pasmo moich włosów.
Wzdycham ciężko patrząc na niego z ukosa i cierpliwie tłumaczę mu, dlaczego takie pytania nie mają najmniejszego sensu.
Bo przecież już za chwilę rozejdziemy się każde do swoich spraw i najlepiej by było, gdybyśmy się już więcej nie spotkali. Może zdarzy się nam przelotny uśmiech rzucony gdzieś, kiedyś na skoczni, zupełnie niezrozumiały dla postronnych osób. Staniemy się dla siebie drobna tajemnicą skrywaną przed światem na dnie serca, słodko-gorzkim wspomnieniem, grzejącym w długie zimowe wieczory, a jednocześnie boleśnie przypominający o tym, co się dzieje, gdy przestajemy panować nad sobą, dając się ponieść chwili i targającym sercem namiętnościom.
- Naprawdę nie chcę, by to się tak po prostu skończyło – Hayboeck nie daje jednak za wygraną. W głębi serca ja również tego nie chcę, ale doskonale wiem, że tak będzie lepiej.
Dla wszystkich.
- A twoja dziewczyna? - ściągam go tym pytaniem na ziemię, jednocześnie kładąc się w poprzek jego klatki piersiowej, co przynosi wręcz odwrotny efekt.
- A twój chłopak?
Zaskakuje mnie tym pytaniem, dopiero po chwili orientuję się, że chodzi mu o Miszę. Postronny obserwator rzeczywiście mógłby wziąć nas za parę. Tak jednak przecież nie jest... Choć przecież by mogło.
Mogłoby, gdyby tylko pociągał mnie choć w jednym procencie tak, jak Austriak gładzący teraz sugestywnie moje biodra; gdyby potrafiła dostrzec w nim kogoś więcej, niż tylko zaufanego przyjaciela z dzieciństwa.
Gdybym tylko...
Gdybym tylko dała nam szansę.
- Może powinnaś spróbować...? - Hayboeck jakby czyta mi w myślach. Jego słowa docierają do mnie z opóźnieniem, bowiem jego dłonie robią wszystko, by mnie rozproszyć. Mam jednak świadomość tego, która jest godzina i wiem, że nie możemy pozwolić sobie na nic więcej ponad te drobne, pożegnalne pieszczoty.
- Czyżbyś próbował zagłuszyć swoje wyrzuty sumienia...? - pytam, nachylając się, by go pocałować, a przypomnienie mu po raz kolejny o dziewczynie wcale nie sprawia, że ten pocałunek traci cokolwiek na swojej namiętności.
Przerywa nam jednak telefon, a ja już po pierwszych taktach piosenki rozpoznaje, że to Misza. Odbieram niecierpliwie, a Hayboeck nie przestaje drażnić moich receptorów czuciowych, czy to dłońmi, czy to pocałunkami, docierającymi w coraz to wrażliwsze miejsca mojego ciała.
- Tak? - rzucam do słuchawki, starając się zachować normalny ton głosu.
- Trener cię szuka, nie było cię wczoraj na odprawie – zauważa Misha, a w jego głosie wyczuwam chłód.
- Wzięłam prysznic i natychmiast poszłam do łóżka – tylko odrobinę mijam się z prawdą.
- Sama? Czy może z tym Austriakiem...? - niemalże czuję jak zaciska mocno szczękę i całą siłą woli powstrzymuję jęk, bo Hayboeck ewidentnie nudzi się podczas naszej konwersacji i z każdą chwilą robi się coraz bardziej pewny siebie.
- Za dziesięć minut do niego przyjdę, muszę się ogarnąć – mówię, unikając odpowiedzi na to niewygodne pytanie.
- Nie wątpię – rzuca z przekąsem i rozłącza się niespodziewanie.
Hayboeck odrywa usta od mojej skóry, gdy odkładam telefon na stolik i patrzy na mnie pytająco, choć przecież na pewno wie, co zaraz powiem.
- Trener mnie szuka.
- Więc mnie wyrzucasz? - upewnia się, a ja bez słowa rozluźniam uścisk, w którym go nieświadomie zamknęłam i przetaczam się na drugą stronę łóżka.
Przyglądam się w milczeniu, jak między ręcznikami szuka swoich bokserek, jak zapina pasek, nie spuszczając ze mnie swojego uważnego wzroku, jak wyjątkowo powoli zakłada T-shirt z logo reprezentacji, jakby chcąc spędzić w moim towarzystwie tych dodatkowych kilka sekund.
Już z ręką na klamce przywołuje mnie jeszcze na chwilę, a ja odpowiadam na jeszcze jedno bzdurne pytanie, nie mogąc sobie darować odrobiny złośliwości i całuję go po raz ostatni, tak że obojgu nam zapiera dech w piersiach. Wiem jednak, że nasz wspólny czas właśnie dobiegł końca, że czeka na mnie trener, zdecydowanie trudniejsza rozmowa z Miszą oraz długie tygodnie, których będę potrzebować, by na dobre pozbyć się wspomnienia dotyku jego dłoni.
- Idź już, Hayboeck – mówię, a do mojego głosu wkrada się niechciany żal, że to już koniec.
Ale przecież i tak ta noc była niespodziewanym prezentem od losu, którego żadne z nas się nie spodziewało. Prezentem, którego nie powinniśmy byli przyjmować, gdyż zadał nam więcej bólu, niż przyjemności.
Lecz gdyby ktoś mnie pytał o zdanie – nie powiedziałbym, że żałuję.

***

Droga do hotelu przez las jest długa, jednak okazuje się idealna, bym mogła uporządkować pewne sprawy. I wspomnienia, zarówno te stare, jak i te, które miały bezpośredni wpływ na to, kim jestem teraz, w tym momencie.
W końcu, wiele się wydarzyło, prawda...?
Sześć miesięcy to sporo czasu. Czasu, który poświęciłam na treningi, spędzanie czasu z Mishą i odbudowywaniu naszej relacji, która przez lata straciła na intensywności. Zdążyłam zapomnieć, jak przyjemnie było siedzieć z nim na drzewie i obrywać czereśnie, uciekając potem przed wściekłym właścicielem. Jak ścierał kciukiem słodki sok z mojego podbródka, wkładając to tak wiele czułości, że gdybym była inną dziewczyną, pewnie natychmiast poczułabym motyle w brzuchu.
Ale byłam Oleksandrą Nikolajewicz i nie wiedziałam czym są prawdziwe uczucia. Nie pamiętałam uśmiechu mamy, ani kojącego głosu ojca, śpiewającego kołysanki. Zawsze były tylko opiekunki, niańki, prywatni nauczyciele – osoby równie obce, co i ludzie, którzy nosili dumne miano mojej rodziny zastępczej. Jedyną, tak naprawdę bliską mi osobą był Michaił. To on pokazywał mi prawdziwe życie poza murami willi, w której mieszkałam od piątego roku życia, kiedy to zostałam odebrana mojej patologicznej rodzinie i tak naprawdę sprzedana – bo po tylu latach byłam w stanie dostrzec związek przyczynowo-skutkowy i domyślić się, jaką cenę zapłacono, bym trafiła do tej konkretnej rodziny –  i sprzedana jednemu z najbogatszych oligarchów w okręgu nowogrodzkim.
Misza nigdy nie powiedział mi złego słowa, choć czasem przydałoby mi się mocne trzepnięcie w ucho. Myślę jednak, że był we mnie zanadto zapatrzony, by zwrócić mi uwagę, że moje zachowanie nie jest właściwe. Robiłam co chciałam, a jedyną moją prawdziwą pasją były skoki – sport drogi, ale hojność moich "rodziców" była odwrotnie proporcjonalna do miłości mi okazywanej.
Skoki, które oczywiście pokazał mi Misza...
Zawsze powtarzałam, że nie jest w stanie mnie zmienić – byłam, jaka byłam i nie mogłam nic na to poradzić. On jednak kochał mnie mimo to; mimo to, że takich scen, jak te z Hayboeckim, w przeciągu naszej wieloletniej znajomości oglądał setki. Kochał mnie i wierzył, że jego cierpliwość w końcu zostanie wynagrodzona.
Paradoksalnie, to Hayboeck uświadomił mi, że choć Michaił nie jest w stanie zmienić mnie, to jednak ja jestem w stanie się zmienić dla niego. Jeśli tylko postaram się wystarczająco mocno.
Nie było łatwo, ale starałam się ze wszystkich sił, a Misza to docenił. I wspierał mnie przez cały czas. Było wspólne jeżdżenie na treningi, były wieczory filmowe z górą popcornu i wspominaniem dziecięcych lat, kiedy wszystko było prostsze; były wyprawy rowerowe za miasto, pikniki na kraciastym kocu i patrzenie w gwiazdy niemal do samego ranka.
Były też pocałunki, które choć dla mnie były puste i zupełnie pozbawione znanych mi emocji, Miszę jednak zdawały się uszczęśliwiać. A pragnęłam jego szczęścia, jak niczego innego. Bo zasłużył na nie, jak mało kto.
I choć wciąż nie potrafiłam wykrzesać z siebie choćby iskry, choćby cienia namiętności, choć brakowało tego ognia, w którym spalałam się powoli przez te wszystkie lata, byłam gotowa powiedzieć, że go kocham.
Byłam gotowa przyznać się sama przed sobą, że już wiem, czym jest miłość.
Byłam gotowa powiedzieć "tak", gdy Misza zapytał, czy zostanę jego żoną, choć te słowa brzmiały dziwnie surrealistycznie w moich uszach.
Byłam gotowa przyjąć nietani pierścionek zaręczynowy, który wsunął mi na palec serdeczny.
Byłam gotowa zerwać z życiem, które prowadziłam do tej pory, zapomnieć o tych wszystkich błędach, które popełniłam, o nocach, które wyrzucałam z pamięci zaraz następnego ranka.
A teraz Hayboeck z butami wtarabania się ponownie do mojego życia, które zaczynało właśnie nosić znamiona uporządkowania. Spotkanie na wzgórzu kosztowało mi zbyt wiele, dlatego następnego rana długo waham się, nim decyduję się pójść na skocznię, by kibicować Miszy w trakcie konkursu. Ostatecznie jednak postanawiam trzymać się blisko niego i unikać Hayboecka ze wszystkich sił.
- Jesteś głodna? - pyta Misza z uśmiechem, kiedy nagle głośno burczy mi w brzuchu.
- Chyba tak. Pójdę do domku z cateringiem, przenieść ci coś? - pytam troskliwie, przytrzymując mu narty, kiedy mocuje się z zapięciem kasku.
- Nie, zaraz do ciebie dołączę, muszę tylko odnieść narty do boksu. Poczekaj tam na mnie, dobrze? - całuje mnie w czoło i odchodzi, a ja kieruję swoje kroki do pomieszczenia, z którego dobiegają smakowite zapachy, podążam jednak na sam jego koniec, gdzie stoi ogromny półmisek z owocami.
Zauważam go dopiero, kiedy sięga po pomarańczę, leżącą obok zielonego jabłuszka, na które mam ochotę. Nasze spojrzenia się krzyżują, a ja dopiero w świetle dnia dostrzegam jak bardzo niechlujny jest jego wygląd.
- Wyglądasz okropnie, Hayboeck – wyrywa mi się mimowolnie. Natychmiast zagryzam wargę, powstrzymując się przed następnym komentarzem. Biorę jabłko i zaczynam czyścić je rąbkiem koszulki, by zająć czymś ręce i móc choć na chwilę oderwać od niego wzrok.
Powinnam odejść stamtąd czym prędzej, ale moje mięśnie nie chcę mnie słuchać; wiem, że próba wykonania jakiegokolwiek ruchu poprowadziłaby mnie prosto w jego ramiona.
- Robisz to specjalnie, prawda?
Unoszę wzrok, opierając się biodrem o ścianę, by ukryć drżenie mięśni, które próbują mi się wyrwać spod kontroli. Wgryzam się w jabłko, by zająć czymś usta, moje wysiłki jednak okazują się bezowocne, kiedy Hayboeck podchodzi bliżej, obierając mi możliwość ucieczki.
- Nie rób tego, Hayboeck – błagam go, starając się by mój głos brzmiał pewnie, a nie błagalnie. Odkładam jabłko i opieram mu dłonie na piersi, starając się zachować miedzy nami dystans, ale jego szybko bijące serce tuż pod moimi palcami, skutecznie odbiera mi zdolność jasnego myślenia.
Wszystkie zbudowane przeze mnie bariery, mury i zasady padają w momencie, w którym Hayboeck przyciąga mnie do siebie i zachłannie całuje. W jego ruchach jest jakaś wygłodniała drapieżność, a moje ciało odpowiada na nie gwałtownie, stęsknione za doznaniami, których Misza, mimo najszerszych chęci, nie był mi w stanie zapewnić.
Rozsądek wraca w momencie, gdy skoczek próbuje odciąć nas od anonimowej widowni drzwiami do pomieszczenia gospodarczego. Przypomina mi to, o wszystkich złamanych zasadach i odpycham go od siebie gwałtownie, przerażona tym, co się właśnie wydarzyło.
Przerażona tym, jak bardzo mi się to podobało.
- Mówiłam ci, żebyś tego nie robił – cedzę, nie mogąc się zdecydować, czy bardziej jestem wściekła na siebie, czy na niego.
- Jakoś nie zauważyłem, byś była niezadowolona – zauważa, robiąc ponownie krok w moją stronę. Czuję jak momentalnie mój puls i oddech przyśpieszają; jest to odruch, z którym nie jestem w stanie walczyć. I co? Jak to jest wpaść we własne sidła, Nikolajewicz...? - Rzekłbym nawet, że ci się podobało... Bardzo podobało. Bo on tak na ciebie nie działa, prawda? - szepcze mi do ucha, nawet nie zdając sobie sprawy, jak celna jest to uwaga.
Muszę użyć całej swojej silnej woli, by nie poddać się temu uczuciu i odsunąć się od niego, mimo iż całe moje ciało pragnie przylgnąć do niego jeszcze mocniej.
- Nie, ale to jedyne, co jesteś mi w stanie zaproponować. W przeciwieństwie do Miszy – mierzę go zimnym spojrzeniem, w myśli powtarzając sobie, że nie mogę zawieść Michaiła. Nie teraz, kiedy w końcu wszystko zmierza w odpowiednim kierunku. - Kocha mnie i nie mam zamiaru go ranić. Zostaw mnie więc w spokoju, Hayboeck – mówię stanowczo, zaplatając ręce na piersi, by nie móc wyciągnąć ich w jego kierunku.
Mierzymy się wzrokiem przez dłuższą chwilę, a w jego oczach widzę, jak bardzo go właśnie ranię. Dostrzegam, że on naprawdę wierzył, że między nami naprawdę może powstać coś, co byłoby czymś więcej, niż tylko kilkoma wspólnie spędzonymi nocami, gwałtownymi pocałunkami i nocnymi fantazjami, do których żadne z nas nigdy by się nie przyznało.
Nikt nie kazał ci się we mnie zakochać, Hayboeck.
Ale i mnie nikt nie uprzedził, że można się uzależnić od czyjegoś dotyku.
Bo to, co mnie łączy z Hayboeckiem, to na pewno nie jest miłość. A jednak nie potrafię znieść myśli, że już nigdy nie miałabym poczuć jego dłoni błądzących po najintymniejszych zakamarkach mojego ciała.
- ...żałujesz, że mnie poznałeś, co? - pytam w końcu, patrząc mu hardo w oczy i nieomalże udaje mi się wmówić sobie samej, że jego "tak" wcale mnie nie dotknęło.
Ta siła, która nas ciągnie do siebie jednak nie słabnie i Michi wyciąga do mnie rękę, jakby chciał mi wynagrodzić ból, który własnie mi sprawił – wiem, że dostrzegł ten błysk zawodu, który musiał pojawić się na sekundę w moich oczach.
I jestem bliska chwycenia go za tę dłoń, gdyby nie głos Miszy, który natychmiast sprowadza mnie na ziemię.
- Sasza, szukałem cię – mówi poprzez zaciśnięte zęby, uważnie lustrując nas spojrzeniemzmuszając Hayboecka do opuszczenia dłoni.
- Tak, już idę – biorę nadgryzione jabłko i, nie patrząc na Hayboecka, podchodzę do Miszy i pozwalam mu się objąć.
Bez słowa wychodzimy z pomieszczenia; chyba oboje straciliśmy ochotę na posiłek. Tuż za drzwiami wysuwam się z jego objęć, bo ciążą mi niczym poczucie winy, a Misza chyba to dostrzega, bo gdy tylko docieramy do mniej zatłoczonego miejsca, chwyta mnie za ramiona – nieco za mocno jak na mój gust – i pyta, mrużąc gniewnie oczy:
- Czego ten szwabski gnojek znowu od ciebie chciał? - jego wzrok jest wyprany z wszelkich uczuć, tak, że nie jestem pewna, czy naprawdę jest na mnie zły.
Podejrzewam, że nie; że całą winą obarcza Hayboecka. Jak zwykle, zbyt mocno mi ufa.
- Misza... ja... - długo waham się co powiedzieć, nim w końcu udaje mi się znaleźć właściwe słowa. - Przez całe życie dbałeś o mnie w sposób, na który nie zasługiwałam. Przez całe życie byłeś przy mnie, choć pewnie nieraz raniłam cię głębiejniż jestem to sobie w stanie wyobrazić – nawet nie wiem kiedy na mojej twarzy pojawiają się łzy. Nie jestem pewna, ale chyba dużo nie się pomylę, jeśli powiem, że ostatni raz płakałam, mając może z osiem lat. - A jednak trwałeś przy mnie z uporem wartym lepszej sprawy. A jednak udało ci się pokazać mi, czym tak naprawdę jest miłość. I naprawdę ciężko powiedzieć mi, jak bardzo ci za to dziękuję, i jak bardzo chciałabym cię obdarzyć takim samy uczuciem, ale...
Misza nie daje mi dokończyć i całuje mnie tak gwałtownie, że wręcz sprawia mi ból. Wplata palce w moje włosy i całym ciałem przyciska do drzewa, pod którym stanęliśmy, a ja nie mogę nadziwić się, jak bardzo wyprowadzony z równowagi musi być, że posuwa się do czegoś takiego.
Ja jednak nie potrafię wykrzesać z siebie choćby iskry, by odpowiedzieć na ten pocałunek, choć w połowie tak, jak powinnam. Jak chcę.
- Misza, ja... - biorę głęboki oddech, kiedy wypuszcza mnie po chwili z objęć i pozwala zaczerpnąć tchu.
Widząc moje zagubienie i przerażenie, jego rysy natychmiast łagodnieją. Dostrzega łzy na moich policzkach i ściera je delikatnym ruchem kciuka – takim samym, jakim w dzieciństwie ścierał mi z brody sok z czereśni.
- Przepraszam – mówi, łagodnie ujmując moją twarz w dłonie.
- Misza, ja... - próbuję znowu, ale ucisza mnie kładąc mi palec na ustach.
- Nic nie mów. Ja rozumiem – przez jego twarz przebiega jakiś cień, ale znika równie szybko jak się pojawił. - Wiem, że mnie kochasz, nie musisz mi tego w żaden sposób udowadniać. Ale wiem też, że tak naprawdę nie jesteś ze mną szczęśliwa... nawet jeśli sama o tym nie wiesz – dodaje, chwytając mnie za ręce, kiedy próbuje zaprzeczyć. - Dlatego myślę, że lepiej będzie, jeśli nie będę cię próbował na siłę zatrzymywać. Chcesz mnie uszczęśliwić, bo twoim zdaniem zasługuje na to bardziej od ciebie, ale sama nie jesteś szczęśliwa. To nie ma szans się udać – mówi cicho, unosząc do oczu moją dłoń, na której lśni pierścionek.
- Jeśli coś kochasz, puść to wolno. Kiedy do Ciebie wróci, jest Twoje. Jeśli nie, nigdy Twoje nie było** - przypomina mi się cytat, który doskonale oddaje naszą sytuację. Ostrożnie wyswobadzam rękę z jego dłoni i ściągam pierścionek zaręczynowy. Nie stawia oporu, jakby sam dawał mi znać, że to nie jest jego miejsce. Wkładam go do ręki Miszy i ostrożnie zaciskam na nim jego palce. - Zdaje się, że są rysy, których nie da się w żaden sposób wygładzić.
Wzdycham i ostrożnie całuję go w policzek. Następnie obracam się i nie oglądając się za siebie odchodzę, by dać sobie szansę na powrót, gdy już będę w stanie powiedzieć, czy to była miłość, czy też nie.


***

- Kawa dla pani – kelnerka stawia przede mną pękatą filiżankę, a ja zaciągam się jej zapachem. Oplatam dłońmi naczynie, czerpiąc z niego ciepło, bo dzień jest deszczowy i ludzie na ulicy, którą obserwuję przez okno kawiarni, idą szybko, kryjąc się pod ociekającymi wodą parasolami.
Przymykam oczy, czekając aż kawa nieco przestygnie i machinalnie gładzę kolano, wyczuwając pod materiałem sukienki wciąż jeszcze nie do końca zagojone szwy.
Tak, sukienki.
Ostatnimi czasy noszę je zdecydowanie za często.
Ostatnimi czasy, czyli odkąd postanowiłam odejść od Miszy, by sprawdzić, czy dam radę do niego wrócić.
Od tego czasu minęło pół roku, które spędziłam z dala od niego, od skoczni oraz "rodzinnego" domu. Moje wojaże jednak nie skończyły się najlepiej i w efekcie znalazłam się tutaj - w Linz.
Obserwowanie ludzi zawsze sprawiało mi przyjemność. Lubiłam odgadywać ich historie, wiedząc, że pewnie i tak mijam się z prawdą – patrząc na mnie, nikt nie spodziewa się historii, która tak naprawdę kryje się za moją ponoć ładną twarzą, zadziornymi uśmiechami i dość swawolnym trybem życia.
Zapatrzona w okno, nie od razu zauważam, że ktoś się do mnie dosiada.
- Jak to możliwe, że w tej mokrej sukience wyglądasz jeszcze seksowniej, niż kiedy nie masz na sobie zupełnie niczego...? - gwałtownie odwracam głowę i mój wzrok pada na twarz Hayboecka, która nie zdradza żadnych emocji, poza zainteresowaniem, z którym kontempluje moją sylwetkę.
- Wyobraźnia, Hayboeck – rzucam cierpko. - Więcej przyjemności sprawia ci rozbieranie mnie wzrokiem, niż patrzenie na gotowe.
- Zasadniczo, samo patrzenie to trochę mało – posyła mi zawadiacki uśmiech i kładzie dłoń na kolanie.
Cholera, Hayboeck, zawsze musisz trafić w TO kolano...?
- Co się stało z tym wstydliwym Hayboeckiem z Soczi, którego musiałam spić, żeby zaciągnąć go do łóżka...? - pytam retorycznie, wywracając oczami. - A teraz poważnie, co ty tutaj robisz, Hayboeck? - pytam, nie pozwalając się ponieść emocjom.
Byłoby o wiele łatwiej, gdyby zostawił moje udo w spokoju...
- Mieszkam – odpowiada z rozbrajającą prostotą. - A ty co tu robisz? Bo chyba się za mną nie stęskniłaś, co? - pyta drwiąco.
Boże, stworzyłam potwora.
- Przyjechałam napić się kawy po wiedeńsku, w tej jednej, konkretnej kawiarni – sarkam, dosypując cukru do kawy, której temperatura jest już zbliżona do tej tolerowanej przeze mnie. Następnie podciągam sukienkę i pokazuję mu szwy na kolanie, skryte nieco pod jego dłonią. - A tak na poważnie: zdaje się, że moje więzadła mnie wybitnie nie lubią.
Przejeżdża ostrożnie palcem po gojącej się ranie, a ja staram się nie zadrżeć pod jego dotykiem.
Cholera, co się z tobą dzieje, dziewczyno...?
Zdaje się, że Hayboeck ma na mnie zły wpływ. Tak, jak ja na niego.
- Więc nie przyjechałaś tu, by znowu zaciągnąć mnie do łóżka...? - podnosi na mnie wzrok, a w jego spojrzeniu dostrzegam coś... coś, czego nie potrafię prawidłowo nazwać.
- Tym razem nie potrzebowałabym wódki – odpowiadam cierpko i zasłaniam kolano, zrzucając jednocześnie jego dłoń. - W Oslo sam do mnie przyszedłeś – przypominam mu.
- Owszem, jednak mimo wszystko nie potrafię nazwać tego błędem – zaplata ręce i przenosi wzrok na okno. Chwilę obserwuje ludzi uciekających przed strugami deszczu, nim ponownie przenosi na mnie spojrzenie. - A ty? Naprawdę żałujesz?
- Nie – nie potrafię go okłamać, choć powinnam. Choć z drugiej strony... - Nigdy nie żałowałam.
Przenoszę wzrok na dłoń. Dopóki nie ściągnęłam pierścionka od Miszy, nie dostrzegałam, jak bardzo surrealistycznie wyglądał na moim palcu.
- To jak? Zostałaś panią Maksimoczkin...? - pyta, podążając wzrokiem za moim spojrzeniem.
Unoszę głowę i nie mogę sobie darować tej drobnej kpiny.
- Nic nie zmądrzałaś, Hayboeck. Spójrz raz jeszcze na moją dłoń i sprawdź, czy magicznym sposobem nie pojawiła się na niej nagle obrączka – drwię, podsuwając mu ją pod nos.
Ogląda ją z uwagą, po czym chwyta ją w obie ręce i przysuwa się do mnie ponad stolikiem.
- Nie. Zniknął za to twój pierścionek zaręczynowy – spogląda mi prosto w oczy; jest na tyle blisko, że dostrzegam drobne zmarszczki które tworzą się w kącikach jego oczu.
Starzejesz się, kochany.
- Co oznacza, że już nie jesteś zaręczona... - dodaje w zamyśleniu, jakby machinalnie gładząc moją dłoń. - Zatrzymałaś się w hotelu? - pyta niespodziewanie.
- Tak, a czemu py-... - nie udaje mi się skończyć pytania; Hayboeck po prostu wstaje, nie wypuszczając mojej dłoni, rzuca na stolik dwadzieścia euro za kawę, której nawet nie zdążyłam się napić i wyciąga mnie z kawiarni wprost na szalejącą ulewę.
- Co ty robisz? - wołam zaskoczona, osłaniając twarz przed strugami wody, próbując przekrzyczeć deszcz walący w bruk pod naszymi nogami.
- Sprawdzam czy założyłaś dziś bieliznę – odpowiada, mierząc mnie wzrokiem. - Zdaje się, że niestety tak.
Rzeczywiście – cienka sukienka natychmiast przylega do mojego ciała, zdradzając wszystkie szczegóły mojego ubioru. Jestem tak zaskoczona jego gestem, że odzywam się dopiero po kilku minutach szybkiego marszu ulicami Linz.
- Hayboeck, czy ty właśnie próbujesz zaciągnąć mnie do łóżka...? - pytam z niedowierzaniem, kiedy pociąga mnie do jednego z budynków, który mijamy.
Zamyka za mną drzwi, przyciska do ściany w przedpokoju i z zadziornym uśmiechem – zaledwie kilka centymetrów od moich ust – mówi:
- Ty jesteś wolna, ja jestem wolny i na dodatek jesteśmy przypadkiem w tym samym mieście, a to nie zdarza się często – przesuwa nosem wzdłuż linii mojej szczęki. - Do tej pory wszystkie nasze spotkanie kończyły się w ten sposób, wiec nie chciałbym ci psuć statystyki – całuje mnie tuż za uchem, zsuwając jednocześnie jedno z ramiączek mojej sukienki.
- O ile pamiętam, już ostatnio udało się nam popsuć tę statystykę – mruczę, wplatając mu palce we włosy i zaciągając się jego lekko deszczowym zapachem.
- Tamtego razu nie liczę, byłaś wtedy zaręczona – odrywa usta od mojego obojczyka, by spojrzeć mi w oczy. - To jak? Mogę ściągnąć już z ciebie tę sukienkę, żebyś nie pomoczyła mi łóżka...?
- Znowu łóżko...? - wywracam oczami, wysuwając się z jego objęć. - Jesteś monotematyczny, Hayboeck – droczę się z nim, trzymając go na dystans, a jednocześnie pozbawiam go koszulki.
- Jeśli nie chcesz popaść w rutynę, mogę jeszcze zaproponować łazienkę – zsuwa drugie ramiączko i pomaga lepiącej się do ciała sukience opaść na ziemię. - I tak jesteśmy już mokrzy.
- Łazienka była w Oslo – przypominam mu, znów figlarnie wymykając się jego ramionom.
- Pamiętam, stłukłem sobie łokieć w tej wannie – krzywi się. - Ja jednak nie mam tu takich luksusów, więc myślę, że prysznic będzie jakimś urozmaiceniem, zgoda...?
Udaję, że się namyślam, Haybeock jednak traci cierpliwość i po prostu zanosi mnie wprost do kabiny i po chwili dołącza do mnie, nie dając na siebie zbyt długo czekać.
Nie da się ukryć – to zdecydowanie wygodniejsze od wanny.
I ciekawsze od łóżka, w którym i tak, koniec końców, lądujemy.
- I co my teraz z tym zrobimy...? - pytam, kiedy słońce powoli zagląda przez okno sypialni, z głową na jego piersi, a Michi zatacza kciukiem leniwe kółka na moich nagich plecach. Pościel leży skołtuniona w nogach łóżka, ubrania rozrzucone na podłodze, a my jesteśmy wtuleni w siebie i jest nam po prostu ze sobą dobrze.
- A co, źle ci? - całuje mnie w czoło. - Bo ja mógłbym się budzić tak co dzień rano... - tym razem całuje mnie w nos.
- To zabrzmiało prawie jak propozycja małżeństwa – uśmiecham się krzywo, a Hayboeck zaczyna się śmiać.
- Broń Boże! Byłabyś okropną żoną! - całuje mnie raz jeszcze, mocno przyciskając do materaca, aż tracę dech w piersi. Odpycham go lekko, a Michi opada na drugą połowę łóżka.
- Poważnie pytam, chcę wiedzieć na czym stoję, Hayboeck – powtarzam raz jeszcze, a skoczek unosi się na łokciu, by spojrzeć mi w twarz.
- Teraz dam ci koszulę, a ja ubiorę jakieś gacie, żebyśmy mogli zjeść spokojnie śniadanie, bez stresu, gdy ktoś zadzwoni do drzwi. Potem pójdziemy smażyć jajecznicę, bo moja lodówka świeci pustkami i to jedyne, co mogę ci teraz zaproponować – Hayboeck siada na brzegu łóżka i rozgląda się w poszukiwaniu ubrania. - Potem pewnie wrócimy tutaj, wstaniemy ponownie  za parę godzin, żeby zamówić jakąś pizzę na obiad i...
- I co, Hayboeck? - pytam kwaśno, wkładając na siebie podaną przez niego niebieską koszulę. Sięga mi niemal do pół uda. Zapinam dwa guziki i zaplatam ręce na piersi. - Ile tak można? Dzień? Dwa? Tydzień...?
- Zjedzmy śniadanie – prosi cicho i idę za nim do kuchni, gdzie sprawnie przygotowuje jajecznicę z podwiędniętym szczypiorkiem, który odkrywa w lodówce. Ja sama parzę kawę zgodnie z jego instrukcjami i stajemy przy wyspie, niemal się przy tym do siebie nie odzywając, zajęci jedzeniem.
- Popełniłem błąd, dając ci tę koszulę – stwierdza nagle, pociągając łyk kawy i lustrując mnie od stóp do głów.
- Bo...? - spoglądam na niego podejrzliwie, kiedy podchodzi i nachyla się nade mną.
- Bo chyba nie dam ci teraz w spokoju dopić kawy – całuje mnie w szyję. - I to już drugi raz w ciągu kilku godzin...
- Hayboeck, czy tobie naprawdę wszystko kojarzy się teraz z seksem...? - wywracam oczami, ale dalej pozwalam mu się całować.
- Mhm... nie – odpowiada z zastosowaniem, odrywając się ode mnie na chwilę. - Niektóre rzeczy kojarzą mi się z tobą, ale... to niemal na jedno wychodzi – patrzy na mnie z koślawym uśmiechem. Ścieram mu ten irytujący uśmieszek pocałunkiem, a Hayboeck przyciska mnie do lodówki, wsuwając ręce między poły koszuli.
- Musimy coś z tym zrobić, Hayboeck – przerywam mu, a Austriak wzdycha ciężko.
- Wiem, ale naprawdę... - urywa.
Doskonale wiem, o co mu chodzi. Nic nas nie łączy, naprawdę nic. Tak właściwie, nawet nie zdarzyło nam się porozmawiać, a jednak...
A jednak nie potrafimy o sobie zapomnieć.
- Myślisz, że kiedyś nam po prostu przejdzie na siebie ochota...? - pyta Hayboeck, jakby nieco żałośnie.
- Może jak będziemy mieli po siedemdziesiąt lat... - mruczę pod nosem, a Michi uśmiecha się lekko.
- No, wtedy to po prostu braknie nam sił - śmieje się, sadzając mnie na blacie, a ja oplatam go nogami.
- Mów za siebie – dźgam go w pierś i znów popadam na chwilę w zamyślenie, opierając brodę na jego ramieniu.
- A jakby tak... - odzywa się nagle Michi. - A jakby tak nic nie zmieniać...?
Wzdycham ciężko.
- Hayboeck, proszę cię...
- Nie, posłuchaj chwile – łapie mnie za ramiona i spogląda prosto w oczy. - Pytałaś, ile to może potrwać – dzień, dwa czy pięć. I może to tu tkwi rozwiązanie. Nigdy nie spędziliśmy ze sobą więcej niż kilka godzin, więc może... Może po pewnym czasie się nam znudzi...? Może rzeczywiście popadniemy w rutynę i stwierdzimy, że mamy siebie po prostu dość...?
Patrzę na niego osłupiała, bo jego propozycja jest tak idiotyczna, że...
- Hayboeck – odzywam się powoli. - Ten pomysł jest tak cholernie beznadziejny, że chyba może się udać – mówię i nagle zaczynam się śmiać. Tak po prostu, bez powodu.
Hayboeck dołącza do mnie i nagle całuje mnie – ani namiętnie, ani drapieżnie, ani gwałtownie. Tak po prostu delikatnie, jakby nieśmiało.
Jakby z uczuciem...?
- Myślisz, że jak już się uporamy z tymi wszystkimi łóżkowymi sprawami...
- ...i łazienkowymi – wtrącam.
- ...i łazienkowymi, to sądzisz, że moglibyśmy się zaprzyjaźnić...?
Patrzę na niego zaskoczona, po czym stukam się palcem w czoło.
- Ale ty jesteś głupi, Hayboeck - mówię, jednak uświadamiam sobie, że choć go nie znam, to wydaje się całkiem sensownym facetem.
- Naprawdę zaczynam cię lubić – całuje mnie szybko i uśmiecha się szelmowsko. - To co? Próbujemy się do siebie zniechęcić...?
- Mhm – kiwam głową i obejmuję go mocniej. - Ale musimy się pośpieszyć, bo za trzy dni mam samolot do Moskwy – zastrzegam, ale Hayboeck już mnie nie słucha i zamyka mi usta kolejnym pocałunkiem, po czym bierze mnie na ręce i zanosi do łóżka, gubiąc po drodze ściągniętą wcześniej ze mnie koszulę.
I zdaje się, że jest dla nas nadzieja, bo to naprawdę zaczyna się robić już nudne.
__________
*Hallo, ich... ich will sich begrüßen (niem.) - Cześć, ja... ja chciałem się przywitać
** Mały Książę, Antoine de Saint-Exupery
Za to tłumaczenie powyżej nie odpowiadam, niemiecki nigdy nie był moją mocną stroną, zresztą nie jest to tłumaczenie dosłowne. A o "Małego Księcia" nie pytajcie, bo ja nawet nie lubię tej książki.
W końcu dotarłam z bonusem, z którego... nie jestem do końca zadowolona. Zwłaszcza z samej końcówki. Zakończenie nadal otwarte, bo mój mózg wzbrania się przed połączeniem Saszy i Michiego w trwałym związku, bo to po prostu kłóci się z frywolną naturą tej dziewczyny.  Ale pomyślałam, że napisanie tej historii widzianej jej oczami będzie ciekawym doświadczeniem, a że zdradziłam trochę więcej, niż w Hayboeckowej wersji - to chyba tylko możecie zaliczyć na plus :). O dziwo, trudniej pisało mi się z perspektywy Saszy, być może dlatego, że okazała się bardziej skomplikowaną wewnętrznie osobą, niż mogłoby się wydawać postronnym obserwatorom takim jak Michi, a to przez jego spojrzenie ją najpierw poznałam. Cóż, bohaterowie potrafią zaskoczyć swojego twórcę, to wiadomo nie od dziś.
To na razie koniec skokowych jednopartów. Jakieś nieskokowe być może się tu pojawią, a na razie skupiam się na moich dłuższych projektach, które zostały trochę zaniedbane. Nie znaczy to jednak, że nic tu się nie pojawi, więc pozostańcie czujni!
Miłych wakacji! E_A
PS: Wiecie, że skoki już niedługo? :D
PS2: Czekam oczywiście na Wasze wrażenia, skargi, wnioski oraz zażalenia ;).
[Wszelka zbieżność nazwisk, imion i podobizn jest (nie)przypadkowa. Nie zmienia to faktu, że przedstawione tu osoby nie mają ŻADNEGO odzwierciedlenia w rzeczywistości i nie należy ich w żaden sposób utożsamiać z prawdziwymi osobami]