Strony

Ogłoszenia drobne

W tej chwili mało się tutaj dzieje, nieco więcej dzieje się na moim Wattpadzie, ale pracuję nad tym. Oczekujcie wieści na Twitterze :)
Zakładka Aktualności zniknęła, bo była mało... aktualna. Może kiedyś wróci. Może.

wtorek, 17 maja 2016

To nie jest miłość [3/3]

Czajkowski, 4.09.2015

Światła migają szybko, kiedy mkniemy nocą drogą szybkiego ruchu. Autokarem trzęsie na nierównościach drogi, a głowa co rusz opada mi na ramię. Próbowałem spać w samolocie, ale nie byłem w stanie, dlatego coraz słabiej walczę z ogarniającą mnie sennością i ostatecznie wpadam w objęcia Morfeusza.
Oraz jej objęcia.
- Hayboeck, to znowu ty? - opiera narty o barierkę i przygląda mi się z przechyloną głową, mocno mrużąc oczy. - Jeszcze ci się nie znudziło...? - wywraca oczami, opierając dłonie na biodrach, a ja podchodzę do niej bliżej, tak że mogę zliczyć wszystkie piegi na jej nosie, które w prażącym jesiennym słońcu odcinają się jeszcze wyraźniej od jej jasnej cery.
- Ty? Ty nigdy mi się nie znudzisz – zanurzam rękę w jej włosach, przyciągając ją do siebie i zaciągam się jej zapachem.
Czuję jak przesuwa dłońmi po moich nagich plecach, jak wzdycha lekko, kiedy zaczynam obsypywać ją pocałunkami, nie bacząc na tłumy kibiców dookoła, ani na głos trenera wzywający mnie do rozgrzewki.
Jesteśmy tylko my dwoje. Ja i Sasza.
- Chodźmy stąd – szepcze, a jej gorący oddech drażni mnie w ucho. - Gdzieś, gdzie nikt nam nie będzie przeszkadzał – mruży oczy i ciągnie mnie za rękę w bliżej nieokreślonym kierunku.
- Michi? Michi, wstawaj, dojechaliśmy! - ktoś szturcha mnie w ramię, wyrywając mnie ze snu.
Przecieram oczy, niechętnie opuszczając senne marzenia. Zaraz jednak przypominam sobie, gdzie jesteśmy i od razu z większą energią podnoszę się z miejsca i ruszam na poszukiwanie mojego bagażu w czeluściach ogromnego bagażnika wypakowanego po ostatni wolny centymetr sześcienny.
Kto by pomyślał, że będę się tak cieszył z konkursu odbywającego się w Rosji...? Kto by pomyślał, że z niecierpliwością będę oczekiwał weekendu, kiedy nasze zawody będą rozgrywane równolegle z letnim Grand Prix kobiet...?
Kiedy jednak wchodzę do pokoju, który dzielę z Kraftem i szybko zajmuję łazienkę, ogarnia mnie zwątpienie. A co jeśli jej tu nie będzie...? Co jeżeli tym razem nie uda nam się spotkać...? Przecież...
Stoję pod prysznicem tak długo, że Stefan zaczyna się dobijać do drzwi, bynajmniej nie dlatego, że się o mnie martwi. Wpuszczam go po chwili do środka, ignorując jego marudzenie i wchodzę do łóżka, nakładając na uszy słuchawki. Muzyka dudniąca cicho głośnikach i przebijający się przez nią szum wody z łazienki usypia mnie powoli, a myśli znów zaczynają krążyć wokół Saszy.
Od naszego ostatniego spotkania minęło pół roku, a nie było chyba ani jednego dnia, kiedy bym o niej nie pomyślał. Usidliła moje myśli, mimo iż oboje przecież nie włożyliśmy w naszą relację ani grama uczuć. Mimo iż dla nas obojga, nasze spotkanie było krótkim, nic nieznaczącym epizodem.
Epizodami, Hayboeck. Dwa to już liczba mnoga.
A jednak, wciąż nie mogę wyrzucić jej z myśli. I snów.
Jest coś niewłaściwego w tym, jak bardzo wyczekiwałem momentu, w którym zobaczę ją ponownie. I, jeśli mam szczęście, nastąpi to już jutro.
Słyszę jeszcze jak Kraft klnie cicho, kiedy w ciemności potyka się buty, które zostawił na środku pokoju, nim odwracam się na drugi bok i zasypiam z nadzieją, że jutrzejszy dzień pozwoli mi zrozumieć, czym jest tak naprawdę to uczucie, które odczuwam względem Saszy.

***

Próbuję skupić się na rozgrzewce, jednak mój wzrok oraz myśli co rusz uciekają w stronę normalnej skoczni, gdzie trwa właśnie konkurs kobiet. Z tej odległości nie dociera do mnie głos spikera, a sam zapomniałem o możliwości wykazania choćby nikłego zainteresowania listą startową. Czy uda mi się tu spotkać Saszę, czy też nie...?
Nie zaszkodzi czasem logicznie pomyśleć, co nie, Hayboeck...?
- Michi – Fettner szturcha mnie w ramię. - Trener cię woła. Trzeci raz – dodaje z lekko zatroskaną miną.
- Ta, już idę. Zamyśliłem się – mówię i ruszam w kierunku Kuttina, który nie wygląda na zadowolonego.
- Hayboeck, co się z tobą dzieje...? Wołam cię na imitację i wołam, a ty głuchy jak pień – gani mnie, mamroczę więc jakieś wyjaśnienia, których trener nie chce słuchać, tylko od razu każe mi przyjąć odpowiednią pozycję.
Ćwiczenie imitacji idzie nam sprawnie i ruszam do domku, by się przebrać. Po drodze mijam grupkę żartujących z czegoś Rosjan i zwalniam mimowolnie. Korci mnie, by zapytać ich o Saszę, jednak rezygnuję z tego zamiaru i zmuszam się, by wrócić do normalnego tempa.
To sprawa między mną a Saszą. Sam muszę ją odnaleźć i sam muszę jej wytłumaczyć, że...
...że co? No co, Hayboeck?
Zamyślony idę na wyciąg i zamyślony siadam na belkę. Być może dlatego o progu przypominam sobie w momencie lądowania. A raczej przypomina mi o nim dość kiepska odległość, którą podaje spiker.
Gratulacje, Hayboeck. Ze stumetrowymi skokami zapraszamy na skocznię obok.
Ktoś przekazuje mi wskazówki trenera, zmuszam się więc, by skupić się na skokach i choć następny, konkursowy już skok, jest zdecydowanie lepszy, moje myśli i tak krążą z dala od tego, co powinno być dla mnie teraz najistotniejsze. Są odległe o setki kilometrów, gdyż tkwią w hotelowym pokoju w Soczi. Oraz w Oslo. Tkwią w objęciach Saszy, daleko, daleko stąd, mimo iż przecież prawdopodobnie jest tuż obok.
Tak bliska, a jednak tak bardzo odległa.
Zerkam na tabelę wyników i dostrzegam, że udało mi się zakwalifikować do trzydziestki, nawet na całkiem niezłej pozycji. Dlatego oddaję narty serwisantowi i rozpinam kombinezon, pod którym zaczynam się powoli intensywnie pocić. Mam kilkanaście minut przerwy nim ruszę ponownie na rozgrzewkę, a następnie w górę, by oddać swój finałowy skok.
Wyplątuję się z nieprzepuszczającej powietrza pianki, łowiąc gdzieś w oddali piski i krzyki fanek. Dzień jest naprawdę upalny jak na wrzesień, słońce mocno grzeje mnie w plecy, kiedy obracam się w kierunku zeskoku, by popatrzeć na ostatnie skoki pierwszej serii.
I wtedy mój wzrok pada na nią.
Podobnie jak i ja wystawia twarz do słońca, oparta przedramionami o barierki. Konkurs kobiet dobiegł już końca, stoi więc nieopodal ubrana w krótkie szorty i mocno wydekoltowany top. Na udach widać nierówną opaleniznę, która dodaje jej jeszcze więcej uroku. Warkocz luźno układa się na plecach, kiedy odrzuca go z ramienia niecierpliwym ruchem.
Nie myślę o niczym konkretnym, kiedy podchodzę bliżej i opieram się o barierkę tuż obok niej, tak, że niemal stykamy się ramionami. Czuję ciepło promieniujące z jej rozgrzanego ciała, czuję znane dobrze mi perfumy i słyszę ciche westchnienie, kiedy odzywa się, nie odrywając spojrzenia od skoczni:
- Hayboeck, to znowu ty? - przenosi na mnie wzrok, mrużąc oczy i wydyma wargi. Wargi, które momentalnie przykuwają moją uwagę, wywołując kolejną lawinę wspomnień. - Jeszcze ci się nie znudziło...?
- Ty? - pytam, odrywając się od barierek i przesuwam palcem po jej ramieniu. - Ty nigdy mi się nie nudzisz – mówię, obracając się w jej kierunku. Stoimy twarzą w twarz, a nasze ciała dzieli zaledwie kilka centymetrów. Mam gdzieś tłumy kibiców, kamery, czekający mnie konkurs i całą resztę świata. W tej chwili liczy się dla mnie tylko Sasza.
Sasza, która uśmiecha się jak zwykle kpiąco, przesuwając dłonią po mojej nagiej i rozgrzanej słońcem piersi, kręcąc lekko głową. Mam silne uczucie deja vu, przynajmniej do momentu, kiedy nachyla się mojego ucha i mówi gardłowym szeptem:
- Oj, Hayboeck, Hayboeck... - czuję na szyi jej ciepły oddech i przymykam oczy, delektując się jej obecnością. - Chyba powinieneś już iść – jej głos ściąga mnie na ziemię, a kiedy otwieram oczy, Saszy już nie ma.
Znika tak szybko, że nie wiem, czy przypadkiem znowu mi się nie przyśniła. Czy nie okazała się tylko zwykłym złudzeniem, wytworzonym przez spragniony jej widoku mózg.
Rozglądam się po tłumie kłębiącym się pod skocznią, jednak nigdzie jej nie dostrzegam. Czy to możliwe, by zniknęła tak szybko...?
A może to znowu była tylko moja wyobraźnia...?

***

Zaraz po konkursie ruszam na jej poszukiwania. Muszę ją odnaleźć i wyjaśnić tę całą sytuację między nami. Inaczej oszaleję, bo nie jestem w stanie przestać o niej myśleć. Do tego stopnia, że koledzy z kadry zaczynają się o mnie martwić, kiedy nie reaguję na ich zaczepki, pogrążony w myślach.
Nie udaje mi się jej odnaleźć w okolicy domku ekipy rosyjskiej, kręcę się więc bez celu po terenie skoczni. Nogi niosą mnie bezwiednie na wzgórze, na którym jest zbudowana. Mięśnie palą mnie, gdy w promieniach zachodzącego powoli słońca wspinam się po stromej, kamienistej ścieżce na szczyt. Nie zwalniam jednak, choć czuję, jak mój oddech i tętno przyśpieszają. Dlatego szybko osiągam swój cel i gwałtownie łapiąc powietrze, spoglądam z góry na skocznię oraz otaczającą ją okolicę. Słońce chowa się powoli za horyzontem, temperatura jednak wciąż jest wysoka.
- Co z twoją kondycją, Hayboeck? Biegłeś, czy po prostu obijałeś się przez całe lato?
Odwracam się, a Sasza zeskakuje z drzewa, lądując zgrabnie na wysuszonej trawie. Wciąż nie mogę wydusić z siebie słowa, kiedy podchodzi bliżej i staje obok mnie, opierając dłonie na biodrach.
- Lubię patrzeć na skocznię z tej perspektywy. Jest coś uspakajającego w tym widoku, prawda? – mówi cicho, a ja obserwuję jej profil, patrząc jak w ostatnich promieniach słońca jej piegi wyjątkowo wyraźnie odbijają się od jasnej – zbyt jasnej jak na panującą pogodę – cery.
- Musimy porozmawiać – mówię w końcu, kiedy milczymy tak długo, kontemplując wspaniały widok, że słońce całkowicie chowa się za linią horyzontu, a temperatura nareszcie zaczyna spadać.
- O czym? - zwraca się w moim kierunku, mrużąc swoje oczy o barwie lodu.
I, choć to zupełnie bez sensu, przyciągam ją gwałtownie do siebie i całuję z pasją, wkładając w ten pocałunek wszystkie kłębiące się we mnie, niezidentyfikowane uczucia. Czuję jej rozgrzane ciało i intensywny zapach perfum, słyszę ciche wstchnienie, które wyrywa się z jej piersi. Krótko mówiąc - odczuwam ją każdym zmysłem.
Wygląda na to, że jest narkotykiem, od którego się nie wiadomo jak i kiedy uzależniłem.
- Hmm... - mruczy, odsuwając się ode mnie. - Wydawało mi się, że chciałeś ze mną porozmawiać, a tu taka niespodzianka... znowu – mruży oczy i zaplata mi ręce na karku.
- Tęskniłem za tobą – mówię, przesuwając dłońmi wzdłuż jej talii, choć brzmi to głupio i niemalże dziecinnie. Ale taka jest prawda.Tęskniłem za nią tak bardzo, że niemal sprawiło mi to fizyczny ból. - Wkradłaś się do mojego serca i je zupełnie opanowałaś. Przez te pół roku nie było dnia, żebym o tobie nie myślał... - w moich słowach jest coraz więcej pewności, a Sasza kręci głową z coraz bardziej kpiącym uśmiechem.
- Oj, Hayboeck, Hayboeck... - szepcze mi prosto do ucha, a jej usta delikatnie muskają mój policzek. - Tylko nie mów mi, że się zakochałeś... Bo przecież masz swoją Larę, prawda...?
Zaciskam szczękę, słysząc te słowa.
Lara.
- Nie mam – prostuję w końcu krótko. - Już nie jesteśmy razem.
- Czyżby się dowiedziała o naszym małym sekrecie...? - Sasza odsuwa się ode mnie na długość ramion i czujnie mi się przygląda. W jej wzroku jest jakby... niepokój?
- Nie. To była moja decyzja. Nie byłbym wobec niej w porządku, skoro moje myśli wciąż krążyły wokół kogoś innego... – tłumaczę, przesuwając palcem po jej odsłoniętym ramieniu, na którym natychmiast pojawia się gęsia skórka.
Ja też potrafię na ciebie wpłynąć, prawda...?
- Myślę, że spanie ze mną w Oslo było bardziej nie w porządku wobec niej, ale jak widać masz nieco inne priorytety – mówi wyjątkowo chłodno, zaplatając ręce na piersi i robi krok do tyłu, nagle bardzo wycofana i jakby daleka. - Czego ode mnie chcesz, Hayboeck?
To bardzo dobre pytanie. Bardzo dobre.
Przyglądam się jej w zapadających dookoła nas ciemnościach, kiedy wbija we mnie zimne spojrzenie swoich oczu. Przyglądam się, zastanawiając się jak bardzo bezsensowne jest to, co teraz powiem. Coś, czego zupełnie nie przemyślałem, ale to jedyna w miarę zwięzła myśl dotycząca mnie i Saszy.
- Czego chcę? Chcę zrozumieć dlaczego nie mogę przestać o tobie myśleć. Chcę wiedzieć, jak wrócić do równowagi, po tym co się wydarzyło między nami. Jak mijać cię spokojnie na skoczni, bez wspominania tych dwóch nocy, bez zastawiania się, czy to, co nas łączy, to coś więcej niż tylkozwykłe pożądanie – wyrzucam z siebie, a twarz Saszy pozostaje kamienna niczym posąg. - Chcę pamiętać o tobie i chcę cię zapomnieć. Chcę wierzyć, że odszedłem od Lary z konkretnego powodu. Chcę wierzyć, że dla ciebie też jestem takim powodem. Chcę... - zamieram w pół słowa, bo mimo wszystko boję się jej reakcji.
No dalej, przecież dobrze wiesz, o co ci chodzi.
- No co, Hayboeck? - Sasza unosi brew, a z jej twarzy nie jestem w stanie nic wyczytać.
- Chcę ci powiedzieć, że się w tobie zakochałem – wyrzucam z siebie szybko i zdecydowanie mniej pewnie.
- Zakochałeś? - unosi brew jeszcze wyżej, o ile to możliwe, a w jej głosie słychać politowanie. - Hayboeck, przespałeś się ze mną. Dwa razy, dla ścisłości. Było miło, momentami nawet bardzo miło, muszę przyznać – mówi, a na jej twarz na sekundę wypływa coś na kształt zadziornego uśmiechu, nim ponownie wkłada kamienną maskę – ale to wszystko. To trochę mało, żeby mówić o miłości, nie sądzisz...?
Wiem, że ma rację. Jak można kochać osobę, o której się nic nie wie? Której się nie zna, nie licząc dokładnej topografii jej ciała...? Którą spotyka się raz na kilka miesięcy i to przelotnie, w przerwie między jednymi zawodami a drugimi?
Z którą łączy nas tylko silny pociąg fizyczny...?
A jednak... A jednak nie potrafię inaczej nazwać tego uczucia, które kłębi się we mnie, za każdym razem, gdy ją widzę. Lub gdy o niej myślę. I śnię.
- Owszem, za mało – zgadzam się z nią ostatecznie. - Ale jeśli tylko...
- Nie, Hayboeck – przerywa mi gwałtownie. - Tu nie ma żadnego „ale”. To nie jest miłość. Kochasz nie mnie, a moje ciało. Bo wiem, jak sprawić ci przyjemność. Choć, nie ukrywam, tobie też to dobrze wychodzi – wtrąca – ale to wciąż nie jest miłość. Nie czuj się oszukany – dodaje łagodniej – przecież niczego ci nie obiecywałam. Niczego, poza kilkoma chwilami fizycznej przyjemności.
Przyglądam się jej uważnie, czekając, aż wybuchnie śmiechem, a potem popchnie mnie na trawę, ściągając ze mnie podkoszulek. Tak jak setki razy w mojej wyobraźni. Sasza jednak mówi poważnie, a mnie zimny pot zaczyna spływać po plecach.
Miłość? Czas dorosnąć, bo chyba pomyliłeś bajki, Hayboeck.
Nie mogę jednak zrozumieć, dlaczego...
- Coś się zmieniło, prawda? - pytam, unosząc wzrok. Jedynym źródłem światła są gwiazdy i księżyc, który właśnie wyłania się zza chmur. Robię krok w jej stronę, licząc się się nie cofnie.
I nie robi tego. Podchodzę więc bliżej i zakładam jej za ucho kosmyk włosów, który wysunął się z nienagannego jak zawsze warkocza. Sasza śledzi uważnie moje ruchy, po czym wzdycha ciężko i łagodnym, ale zdecydowanym gestem odsuwa moją rękę od swojej twarzy.
A ja dostrzegam ten jeden, niewielki szczegół.
Podnoszę jej dłoń bliżej oczu, a skromny, ale bardzo ładny diament skrzy się, jakby szyderczo, w blasku księżyca. Klnę cicho pod nosem, a Sasza gwałtownie cofa rękę i chowa ją za siebie.
- Maksimoczkin, prawda...? - zaciskam pięść, próbując opanować ogarniające mnie uczucie frustracji, choć przecież Sasza ma rację – niczego sobie nie obiecywaliśmy.
Bo to przecież nie jest miłość. To miała być tylko jedna noc. Nic więcej.
Jakim więc sposobem ta jedna noc zmieniła się w dwie, a one z kolei w uczucie, które ryczało teraz ze wściekłości w mojej piersi...?
- Sam mi to zasugerowałeś – przypomina mi Sasza, a ja mogę jedynie besztać się w myślach. - I miałeś rację. Za długo wmawiałam sobie, że nie potrafię go pokochać, bo za dobrze go znam. Chyba powinnam ci za to podziękować – mówi, robiąc jeszcze jeden krok do tyłu.
- Kochasz go? - powtarzam za nią jak echo. - Przecież mówiłaś...
- Wiem co mówiłam, Hayboeck – odpowiada nagle gniewnie. - Nie udawaj, że mnie znasz. Nie wmawiaj sobie, że mnie kochasz albo, co gorsza, że ja coś do ciebie czuję – kręci głową, cofając się coraz bardziej i bardziej, stając się tylko zarysem sylwetki w otaczającej nas ciemności. - Skończ z twarzą to, co tak naprawdę skończyło się tamtego ranka w Soczi.
- Sasza, poczekaj...! - wołam ją, jednak odpowiada mi tylko szum wiatru, a dziewczyna rozpływa się w ciemności jak cień. - SASZA...!
Wołam ją jeszcze parę razy, jednak w końcu godzę się z faktem, że stoję na wzgórzu sam.
Sam w otoczeniu wzmagającego się wiatru, za towarzystwo mając jedynie swoje rozbiegane myśli.

***

Konkurs następnego ranka idzie mi wybitnie źle. Od dawna nie zdarzyło mi się nie wejść do drugiej serii, prawdę powiedziawszy do samego konkursu dostałem się tylko dlatego, że z powodu wiatru zostały odwołane kwalifikacje. Wzrok trenera mówi mi wszystko, choć sam zdaję sobie sprawę ze swojej dzisiejszej dyspozycji. A raczej jej braku.
Skup się! Nie myśl o niej tyle, Hayboeck. Było, ale się skończyło, jasne?
Podchodzę do dość zatłoczonego o tej porze pomieszczenia z cateringiem, by wziąć sobie coś do jedzenia. W najdalszym kącie dostrzegam półmisek z owocami, podchodzę więc do niego, przeciskając się przez tłum i sięgam po pomarańczę. W tym samym momencie ktoś zaciska palce na leżącym obok jabłku, a ja dostrzegam pierścionek, który wywołał u mnie wczoraj tak wiele emocji.
I nie dał spać w nocy.
Ani nie pozwolił mi dziś skupić się na moich skokach.
Unoszę głowę i nasze spojrzenia się krzyżują. Zdaje się być zaskoczona moim widokiem, jakby nie poznała mnie od razu, być może z powodu podkrążonych oczu i dwudniowego zarostu na twarzy.
- Wyglądasz okropnie, Hayboeck – stwierdza bezlitośnie i zagryza wargę, flirtując ze mną jak gdyby nigdy nic. Bierze jabłko i zaczyna czyścić je rąbkiem koszulki, odsłaniając fragment bladego brzucha, co natychmiast przyciąga moją uwagę i powoduje falę wspomnień.
- Robisz to specjalnie, prawda...? - pytam, odkładając pomarańczę na miejsce i przenoszę wzrok z powrotem na jej twarz.
Mruży oczy i opiera się biodrem o ścianę, wbijając zęby w soczysty owoc. Sam nie wiem kiedy pokonuję dzielący nas stolik i podchodzę do niej, nieomalże przypierając ją do ściany. Odkłada jabłko na stół i opiera dłonie na mojej klatce piersiowej, odsuwając mnie minimalnie od siebie.
- Nie rób tego, Hayboeck – mówi cichym, niskim głosem, a w jej głosie słyszę jakby błagalną nutę.
Podejrzewam jednak, że tylko mi się wydaje.
Przyciągam ją do siebie, nie dbając o to, że ktoś z anonimowego tłumu kręcącego się nieopodal pewnie się nam przygląda, a już najmniej martwiąc się tym, że pewnie zaraz pojawi się tu Maksimoczkin, szukający swojej narzeczonej.
...w stosunku do Saszy to określenie brzmi naprawdę dziwnie.
Dziewczyna nie wzbrania się przed pocałunkiem, wręcz wplata palce w moje włosy i przylega do mnie jeszcze ściślej. Całuję ją w szyję i zaczynam szukać za jej plecami drzwi do pomieszczenia gospodarczego, jednak w tym momencie Sasza odpycha mnie gwałtownie. Na tyle gwałtownie, że wpadam na stolik z owocami, strącając z półmiska pomrańczę, która upada na posadzkę z nieprzyjemnym plaśnięciem.
- Mówiłam, żebyś tego nie robił – cedzi przez zęby tonem tak lodowatym, że mimo panującego upału robi mi się nagle bardzo zimno.
- Jakoś nie zauważyłem, byś była niezadowolona – zauważam, robiąc ponownie krok w jej stronę. - Rzekłbym nawet, że ci się podobało... Bardzo podobało. Bo on tak na ciebie nie działa, prawda? - szepczę jej do ucha, czując jak jej oddech momentalnie przyśpiesza.
- Nie – odpowiada cicho. - Ale to jedyne, co jesteś mi w stanie zaproponować. W przeciwieństwie do Miszy – odsuwa się ode mnie na kilka kroków i mierzy mnie zimnym spojrzeniem swoich niebieskich oczu. - Kocha mnie i nie mam zamiaru go ranić. Zostaw mnie więc w spokoju, Hayboeck.
- Ja? Ciebie? - kpię. - Chcesz może, żeby przypomnieć ci Oslo? Konkurs, na który przyjechałem z dziewczyną...?
- ...którą rzuciłeś, bo ubzdurałeś sobie, że mnie kochasz – Sasza zaplata ręce na piersi i dalej patrzy na mnie twardo. - Nie próbuj mi wmawiać, że to moja wina. To ty do mnie przyszedłeś. Ja cię do niczego nie zmuszałam. Gdybyś nie chciał, to nie spotkalibyśmy się ani w Oslo, ani nawet w Soczi.
Stoi kilka kroków przede mną, obca jak jeszcze nigdy. Tak obca, jak jest w rzeczywistości. W końcu dociera do mnie, jak mało ją znam, jak bardzo dałem się omamić pierwotnym instynktom, nie dostrzegając jej wad. Lub choćby tego, że nasza znajomość powinna zakończyć się już dawno, dawno temu.
A wręcz nigdy nie powinna się zacząć.
- Żałuję, że się wróciłem, wtedy, w Oslo – mówię w końcu, głosem równie chłodnym co i jej. - Żałuję, że cię wtedy zawołałem. Żałuję... - mówię, jednak w mojej głowie nie pojawia się żadna sensowna myśl.
- ...żałujesz, że mnie poznałeś, co? - podsuwa Sasza, przekrzywiając głowę i patrząc mi hardo prosto w oczy.
Czy w jej głosie naprawdę słychać zawód...?
Długo waham się na odpowiedzią, nim rzucam krótko:
- Tak.
Odwraca głowę, jakby uciekając przede mną wzrokiem, a z jej piersi wydobywa się lekkie westchnienie. Przez chwilę mam wrażenie, że bardzo zraniły ją moje słowa, wyciągam więc do niej rękę, kiedy moje spojrzenie pada na mężczyznę przepychającego się przez tłum w naszym kierunku. Sasza również go dostrzega i robi krok w jego stronę, odsuwając się ode mnie jeszcze bardziej.
- Sasza? Ja iskal tebja...* - Maksimoczkin obrzuca uważnym spojrzeniem mnie i moją wyciągnietą rękę, którą opuszczam teraz bezsilnie. Widzę jak mocno zaciska szczęki, jakby powstrzymując się od komentarza.
- Da, ja tolko idu* – podnosi ze stolika nadgryzione jabłko i podchodzi do Rosjanina. Ten obejmuje ją zdecydowanym gestem w pasie i mocno przygarnia do siebie.
Wychodzą z pomieszczenia, nie zaszczycając mnie nawet spojrzeniem. Mam jednak wrażenie, że tuż za progiem dziewczyna odsuwa od siebie jego rękę, ale być może to znowu tylko moja wyobraźnia. Czas pogodzić się z faktem, że ten rozdział mojego życia jest naprawdę zamknięty.
Wzdycham i kucam by podnieść zrzuconą pomarańczę. Jest mocno obita, a skórka pęknięta i nachodzi mnie dziwna refleksja, że chyba czuję się teraz trochę jak ten owoc. Ale czy...
Ale czy żałuję...?
Jeśli tak, to tylko jednej rzeczy: że ostatnie słowa, które z nią zamieniłem były jednym, wielkim kłamstwem.
Bo być może to nie była miłość.
Ale przecież mogła się nią stać.
__________
*Sasza, ja iskal tebja (rus.) - Sasza, szukałem cię; Da, ja tolko idu (rus.) - Tak, właśnie idę.
No i ostatnia część, na osłodę początku tygodnia. Nie jestem z niej do końca zadowolona, ale trudno. I troszeczkę namieszałam z tymi konkursami, bo musiałam dopasować je do fabuły, ale starałam się trzymać rzeczywistości na tyle, na ile to było możliwe.
Ja już po maturkach, więc mogę powrócić do tworzenia Odchodzę oraz innych, dziwnych tworów mojej wyobraźni. Mam dla Was w zanadrzu już kolejny skokowy jednopart, ale po głowie chodzi mi jeszcze bonus do historii Michiego i Saszy. Bo część z Was liczyła chyba na happy end, prawda? Cóż, tego nie mogę obiecać, ale dajcie znać, czy jesteście zainteresowani wyżej wspomnianym bonusem ;).
Meh, polubiłam to opowiadanko, choć było mocno spontaniczne. Wyewoluowało z jednego zdania w nieomalże dwudziestostronnicowy twór. Było dość ciekawą przygodą, bo pierwszy raz pisałam coś, co można określić jako opowiadanie o zabarwieniu erotycznym. Było to niemałe wyzwanie, muszę przyznać. Mam nadzieję, że nikt nie poczuł się zdegustowany lub zdemoralizowany, co? :P
To chyba tyle w kwestii "To nie jest miłość". Dajcie znać, co z bonusem i trzymajcie się ciepło. Miłego tygodnia! 
[Wszelka zbieżność nazwisk, imion i podobizn jest (nie)przypadkowa. Nie zmienia to faktu, że przedstawione tu osoby nie mają ŻADNEGO odzwierciedlenia w rzeczywistości i nie należy ich w żaden sposób utożsamiać z prawdziwymi osobami]

poniedziałek, 2 maja 2016

To nie jest miłość [2/3]

Oslo, 14.03.2015

Trwa seria próbna do konkursu mieszanego*. Czekam na górze na swój skok, obserwując jednocześnie na ekranie, jak na belce siada właśnie Daniela. Moja koleżanka z drużyny ląduje daleko, tak że po jej skoku utrzymujemy prowadzenie. Mam nadzieję, że w konkursie pójdzie nam równie dobrze.
Kilka minut później ja sam siadam na belce, jako ostatni z zawodników. Uśmiecham się, widząc jak na dole kibice powoli wypełniają trybuny swoim gwarem i wielobarwnymi flagami. To właśnie jest to, co kocham w tym sporcie.
Odpycham się energicznie na znak trenera i parę sekund później szybuję w powietrzu wysoko nad śnieżnobiałym zeskokiem. Widzę linię wyznaczającą rozmiar skoczni i tuż przed nią składam się do lądowania. Dotykam śniegu, chwiejąc się przy tym lekko i podjeżdżam do bandy. Nawet nie patrzę na odległość – to nie jest ważne. Ważne jest to, że ten skok był dobry, a nawet bardzo dobry. Oby udało się mi go powtórzyć w konkursie.
- Nieźle, stary! - Kraft klepie mnie po plecach, kiedy schodzę z areny skoczni. Nie załapał się do dzisiejszego składu, a naszą mieszaną drużynę tworzę wraz z Gregorem, Danielą i Evą.
- Brawo, kochanie – słyszę nagle, kiedy Lara podchodzi do mnie od tyłu i całuje w policzek.
- Przyjechałaś – uśmiecham się na jej widok i porywam ją w objęcia.
- Obiecałam, że będę ci kibicować – wspina się na palce i delikatnie całuje. - Cały czas trzymałam kciuki.
Obejmuję ją mocniej i oddaję pocałunek, a obok nas Kraft wywraca oczami.
- Jak już skończycie wymieniać płyny ustrojowe, to porywam twoją dziewczynę na kawę, Hayboeck – mówi.
- Bo? - pytam podejrzliwie.
- Po pierwsze, żeby cię nie rozpraszała – Stefan mruga do mnie porozumiewawczo. - Po drugie, i tak musisz zaraz się ogarniać do konkursu. I, po trzecie...
- ...mamy do załatwienia z Kraftem jedną sprawę – Lara uśmiecha się tajemniczo. - Zobaczysz po konkursie, słonko.
- Czyli mnie zostawiacie? - pytam, a moja dziewczyna ze śmiechem całuje mnie w policzek i idzie za Kraftem, machając mi przez ramię.
Wzdycham ciężko, ale wiem, że w jego towarzystwie nic jej nie grozi. Mój kumpel dobrze się nią zaopiekuje, a ta ich tajemnicza sprawa to pewnie spóźniony prezent urodzinowy, który obiecali mi dostarczyć z dwutygodniowym poślizgiem.
Idę się przebrać i dać serwisantowi narty do nasmarowania, a następnie staję z Danielą koło bandy, by obserwować pierwszą grupę skoczkiń, które będą oddawać za chwilę swoje konkursowe skoki. Po drodze przybijamy piątkę z Gregorem, który już rusza na górę, po czym skupiamy wzrok na skoczni, by kibicować Evie, która skacze jako pierwsza w naszej drużynie.
Konkurs zaczyna się punktualnie i spiker zapowiada pierwszą zawodniczkę z Finlandii. Z średnim zainteresowaniem słucham głosu komentatora, zwłaszcza, że mimo iż mówi po angielsku, jego wyraźny norweski akcent uniemożliwia mi zrozumienie w pełni jego wypowiedzi. Dociera jednak do mnie komunikat:
- And now, bib number two, contestant from Russia, Oleksandra Nikolajewicz....
Odrywam wzrok od tłumu, w którym próbowałem wypatrzeć Larę z Kraftem i zaskoczony wbijam wzrok w próg skoczni, z której właśnie wybija się wspomniana zawodniczka.
Nikolajewicz...?
Obserwuję jej spokojny, choć nieco krótki lot, zastanawiając się, dlaczego to nazwisko wydaje mi się znajome. Zdaje się, że był taki rosyjski pisarz, ale...
Dziewczyna dojeżdża do bandy, składa narty i ściąga kask, a ja w tym momencie sobie przypominam.
Ją, jej niebieskie oczy i piegi na nosie. Oraz tamtą noc w Soczi.
W każdym, najmniejszym szczególe.
Kiedy podchodzi bliżej, przerzucając przez ramię gruby warkocz, nie mam już żadnych wątpliwości.
- Sasza...? - wołam ją, totalnie zaskoczony jej obecnością.
Dziewczyna zatrzymuje się, szukając zapewne źródła głosu i jej wzrok pada na mnie. Podchodzę bliżej, ponownie wymawiając jej imię.
- My się znamy...? - marszczy brwi, jakby zaskoczona moim widokiem.
- Tak, przecież... - milknę w pół słowa.
...przecież spaliśmy ze sobą rok temu.
Czy tylko w mojej głowie brzmi to tak głupio...?
Na jej twarzy pojawia się cień ironicznego uśmiechu, co uświadamia mi, że chyba jednak mnie rozpoznała.
Że jednak mnie pamięta.
Czemu więc udaje, że jest inaczej...?
- Chyba musiałeś mnie z kimś pomylić, przykro mi – kręci głową i zakłada narty na ramię.
- Nie, poczekaj...! - łapię ją za łokieć i napotykam wrogie spojrzenie Maksimoczkina.
- Jakiś problem? - pyta po angielsku, podchodząc z groźnie zmrużonymi oczyma i obejmuje Saszę ramieniem.
- Wszystko w porządku, Misza – uspokaja go dziewczyna, wysuwając się spod jego ręki. - To zwykła pomyłka. Chodź, przecież musisz zaraz iść na górę...
 Odchodzą w stronę boksów, rozmawiając cicho po rosyjsku. Odprowadzam ją spojrzeniem, obserwując jak kołysze biodrami w rytm kroków. Odrywam od niej wzrok dopiero, kiedy Daniela szturcha mnie, wskazując siadającą na belkę Evę. W tym samym momencie dołącza do nas Lara, która ponownie całuje mnie w policzek i wspólnie oglądamy konkurs do czasu, gdy musimy wybierać się już z Danielą na górę.
A ja cały czas mam przed oczami inną skocznię, inne miasto i inną dziewczynę.
Dziewczynę, z którą łączy mnie tylko jedna wspólnie spędzona noc.

***

Po konkursie, który nie poszedł do końca po naszej myśli, szybko przebieram się i ruszam pod boks Rosjan. Sam dobrze nie wiem, po co tam idę. Muszę jednak z nią porozmawiać, muszę się dowiedzieć co tutaj robi.
Skacze, kretynie. Tak jak i ty.
Znajduję ją na tyłach boksów, kiedy rozciąga się na barierkach. Widzę jak pod przylegającymi spodniami napina mięśnie ud, a mojej głowie nagle pojawia się wspomnienie tych nóg zaciskających się wokół moich bioder.
- Wiem, że gapisz się na mój tyłek, Hayboeck.
Sasza obraca się i bierze się pod boki, odgarniając z twarzy kosmyki włosów, które wysunęły się z warkocza. Patrzy na mnie, jak zwykle prowokująco, a mnie nachodzi myśl, że puchowej kurtce i czapce wygląda równie seksownie co i tamtego wieczoru w Soczi.
- Dlaczego udawałaś, że mnie nie znasz? - pytam, nie pozwalając moim myślom za bardzo się zagalopować.
- Bo cię nie znam, Hayboeck. Tak jak i ty nie znasz mnie – odpowiada, podchodząc bliżej. - Nic nas nie łączy, Michi.
- Nic, prócz tej jednej nocy – poprawiam ją.
- Nic, prócz tej jednej nocy – powtarza jak echo, przesuwając palcem wskazującym wzdłuż linii mojej szczęki i staje na palcach, tak że nasze twarze znajdują się teraz na jednej wysokości.
I usta.
- Jestem tu z dziewczyną – potrząsam głową i odsuwam się na bezpieczną odległość.
Bezpieczną, czyli taką by nie czuć jej perfum. Tych samych, co wtedy, w Soczi.
- Szkoda – wydyma usta, opierając prawą rękę na biodrze.
- Gdybym wiedział, że tu będziesz, to... - urywam w pół słowa, bo właśnie sobie uświadamiam, co chciałem powiedzieć.
Sasza uśmiecha się ironicznie, jakby doskonale wiedziała, o czym pomyślałem. Bo pewnie wie. Wie, jak ciężko mi oderwać od niej myśli, jak ciężko mi zapomnieć o tamtej nocy.
Mimo iż powinienem. Choćby ze względu na Larę.
- Sasza, my skorko budem** – z boksu wychyla się Michaił i obrzuca nas uważnym spojrzeniem.
- Da, ja uzhe idu** – rzuca przez ramię, a kiedy Rosjanin zamyka drzwi, odwraca się z powrotem w moim kierunku.
- Czemu mi nie powiedziałaś, że skaczesz? - pytam z wyrzutem, bo to to pytanie dręczyło mnie najbardziej.
Sasza podchodzi do mnie znów bliżej i opiera dłonie na moich ramionach, przypierając mnie lekko do barierek.
- A coś by to zmieniło? - pyta niskim głosem, mrużąc lekko oczy.
- Tak! Gdybym wiedział, że mogę cię spotkać na skoczni to zachowałbym się o wiele rozsądniej – odpowiadam nieco wzburzony, czując jak metal wbija mi się w plecy.
- Doprawdy...? - unosi lekko brew. - Tak rozsądnie jak teraz, hm? - kpi, a ja szybko cofam ręce, które nie wiadomo jak znalazły się nagle na jej talii.
- Przestań – odsuwam się od niej, co kwituje jeszcze bardziej ironicznym uśmiechem. - Dlaczego to robisz?
- Bo to nic nie znaczy – wzrusza ramionami. - Dla mnie to też była chwila, jedna noc. Nic więcej. Skąd miałam wiedzieć, że po wyleczeniu kontuzji załapię się do kadry? Skąd miałam wiedzieć, że wpadnę na ciebie, a ty znowu zaczniesz rozbierać mnie wzrokiem...? No, Hayboeck, powiedz mi, skąd miałam wiedzieć...? - pyta zadziornie, a ja ze zdumieniem odkrywam, że znów tkwi w moich objęciach.
Jak, Hayboeck? Jak?!
Wspina się na place i wsuwa dłoń w moje włosy, z twarzą zaledwie kilka centymetrów od mojej. Przysuwam usta do jej szyi, kiedy nagle mówi:
- Twoja dziewczyna się na nas gapi.
Odskakuję od niej jak oparzony i rozglądam się nerwowo w poszukiwaniu Lary, jednak nie mogę jej nigdzie dostrzec. Dopiero cichy śmiech Saszy uświadamia mi, że brzydko ze mnie zadrwiła.
- To nie jest zabawne – mówię twardo, zaplatając ręce na piersi.
- Jest – przekrzywia głowę, przyglądając mi się z uwagą. - Musisz ją bardzo kochać, skoroś taki wierny – dodaje, a ja nie jestem pewien czy dalej drwi, czy mówi serio.
Raczej to pierwsze, głąbie.
- Sasza! - koło nas ponownie pojawia się Maksimoczkin i lustruje mnie uważnym spojrzeniem. - Davaj, my zhdem tebja**.
- Muszę iść – robi krok w tył. - Do zobaczenia, Hayboeck! - mruży filuternie oczy i dołącza do swojego kolegi.
- Oby nie! - wołam za nią.
- Przyznaj, że byś chciał! – odkrzykuje przez ramię, puszczając mi oko.
A ja niestety nie mogę zaprzeczyć, że rzeczywiście bym chciał.

***

Stukam palcami w blat recepcji, ale kobieta siedząca za biurkiem nie jest mi w stanie powiedzieć, na którym piętrze zakwaterowana jest reprezentacja Rosji. Ściskam mocniej trzymane w dłoniach rękawiczki, nakazując sobie spokój.
Wracam do holu, zastanawiając się, czy iść na jadalnię i nie poszukać jej tam, ale wiem, że siedzi tam Kraft, który od razu by to zauważył i zaczął dopytywać o jej tożsamość.
A poza tym mogłaby znowu udawać, że mnie nie zna.
A Stefan wszystko wypaplał by Larze. W końcu to jego kumpela ze szkoły.
Mój problem rozwiązuje się, gdy dostrzegam Maksimoczkina wychodzącego z jadalni. Podchodzę do niego, mimo iż odnoszę wrażenie, że chyba mnie nie lubi.
- Cześć, mam sprawę – zwracam się do niego po angielsku.
- Tak...? - pyta przeciągle.
- Wiesz gdzie znajdę Saszę? - pytam, mocniej ściskając rękawiczki.
- A czego od niej chcesz? - odpowiada pytaniem na pytanie, niezbyt przyjaznym tonem.
- Chcę jej oddać rękawiczki – mówię, rozwierając dłoń. - Zostawiła je pod skocznią po południu.
- Daj, to jej zaniosę – wyciąga po nie rękę, jednak cofam je poza jego zasięg.
- Wolałbym to zrobić osobiście, muszę jej jeszcze coś przekazać – tłumaczę, ciężko się zastanawiając, czemu, do cholery, po prostu nie dałem mu tych rękawiczek.
Bo szukasz guza, matole...?
Michaił mierzy mnie chwilę wzrokiem, nim odpowiada:
- Pokój sześćset siedem.
- Dzięki – kiwam głową i kieruję się do windy.
Jedzie powoli, dając mi czas na zastanowienie, dlaczego w sumie do niej idę. Dlaczego podniosłem z ziemi jej rękawiczki, tuż przed tym, jak Stefan i Lara dopadli mnie, śpiewając „Zum Geburstag viel Gluck” i wręczając ogromny bezowy tort, który zjedliśmy wspólnie z resztą kadry, nie dbając o wagę przed jutrzejszym konkursem indywidualnym.
Przyszliby chwilę wcześniej, a zobaczyliby mnie z Saszą.
Winda zatrzymuje się na szóstym piętrze i ruszam korytarzem w poszukiwaniu odpowiedniego pokoju. Znajduję go dosyć szybko i staję niezdecydowany przed drzwiami. Zastanawiam się, czy nie zawrócić i nie zostawić rękawiczek na recepcji, ale w końcu mimo obaw pukam energicznie.
Otwiera niemal natychmiast, jakby tylko na to czekała. Mimowolnie obrzucam ją uważnym spojrzeniem, nim przenoszę wzrok na jej twarz, gdzie gości jej nieśmiertelny, lekko kpiący uśmieszek.
- Hayboeck – mruży oczy. - A ponoć jesteś tu z dziewczyną – unosi brew i nonszalancko opiera się biodrem o framugę.
- Przyniosłem ci rękawiczki – mówię, ignorując jej słowa. Ze wszystkich sił staram się nie skupiać na niej wzroku. Mimo to widzę, jak wewnętrznie śmieje się z moich nieudolnych prób. - Zostawiłaś je koło barierek.
- Wiem – odpowiada beztrosko. - Ale mogłeś je przecież oddać Miszy. Albo zostawić na recpcji.
Czyżby zrobiła to specjalnie...?
- Pomyślałem, że oddam ci je osobiście – odpowiadam krótko, unosząc wzrok.
Błąd. Czy ta bluzka musi mieć tak głębokie wcięcie...?
- Pewnie po to, by ze mną osobiście porozmawiać, co? - kpi, mocno akcentując słowo „osobiście” i zagryza wargę, wysuwając jedną nogę do przodu. Mimowolnie opuszczam wzrok.
...i czy to normalne nosić w zimie AŻ TAK skąpe spodenki?
- Jestem tu z dziewczyną – cedzę przez zęby. Muszę powiedzieć to głośno, aby móc oderwać od niej wzrok. Oraz by skupić myśli na czymś innym, niż uczuciu gorąca pełznącym powoli od moich stóp ku głowie.
- Ach, no tak – wywraca oczami. - To jak, Hayboeck? Wchodzisz, czy wracasz do siebie? - pyta, świdrując mnie wzrokiem.
W jej oczach o barwie lodu jest naprawdę coś hipnotycznego. Łapię się na tym, że zaczynam liczyć piegi na jej nosie, że myślę o tym, by zanurzyć rękę w jej włosach, by...
Kuźwa, Hayboeck!
Im bardziej próbuję oderwać swoje myśli od Saszy, tym gorzej mi to wychodzi. Ona sama stoi przede mną z ironicznym uśmiechem, którym prowokuje mnie coraz bardziej i bardziej.
Powinienem powiedzieć „nie” i wrócić do swojego pokoju cztery piętra niżej.
Powinienem. Ale nie potrafię.
Otwieram już usta, kiedy Sasza nagle traci cierpliwość.
- Nie, to nie – wzrusza ramionami i zatrzaskuje mi drzwi przed nosem.
Wzdycham z nagłą ulgą, czując jak gorąco pełznące w górę mojego ciała powoli wraca z powrotem do stóp. Było tak blisko.
Za blisko.
Ruszam powoli korytarzem, zastanawiając się, co ja, do cholery, wyprawiam.
To była tylko jedna noc. I poranek.
Nic ponadto.
A mimo to idę coraz wolniej i wolniej. Coś ciągnie mnie z powrotem, choć wiem, że nie powinienem. Bo przecież jest Lara. Dziewczyna, którą kocham. Nie mogę jednak wyrzucić z głowy tych kilku godzin spędzonych wtedy z Saszą. Całe moje ciało zaczyna nagle odczuwać tęsknotę za tamtymi chwilami, za nią. I choć bardzo się staram, to nie jestem w stanie się temu przeciwstawić.
Spoglądam na swoje ręce, kurczowo zaciskające się na rękawiczkach Saszy. I to one są chyba ostatecznym impulsem, który sprawia, że w połowie drogi do siebie obracam się na pięcie i wracam pod jej pokój.
Unoszę rękę by zapukać, jednak w tym momencie drzwi otwierają się i staje w nich Sasza ubrana jedynie w cienki aksamitny szlafrok. Zauważa mój wzrok, który momentalnie kieruje się tam, gdzie nie powinien i kręci głową z kpiącym uśmiechem na ustach.
- Oj, Hayboeck, Hayboeck... - wzdycha, mierzwiąc sobie lekko włosy i opiera się łokciem o framugę drzwi. - Jesteś cholernie przewidywalny.
- Ja... - milknę w pół słowa, bo naprawdę nie wiem, co ja tu robię.
- Wiem. Przyszedłeś osobiście oddać mi rękawiczki – ironizuje, robiąc krok w tył, żebym mógł wejść do środka. - Przypomnij mi potem, żebym ci rano osobiście podziękowała – dodaje z tym dobrze mi znanym zadziornym błyskiem w oku, kiedy zamyka za nami drzwi.
 Resztki mojego zdrowego rozsądku znikają, gdy zaledwie chwilę później jej szlafrok opada na podłogę.

 ***

- Sasza...?
- Mhm...? - mruczy, leniwie zataczając palcem kółka na mojej piersi.
- Opowiedz mi coś o sobie – mówię, zakręcając na palcu kosmyk jej włosów.
- Po co? - spogląda na mnie z ukosa, a ja po raz kolejny w ciągu paru godzin zastanawiam się, jak można mieć aż tak niebieskie oczy. - Przecież za chwilę zadzwoni twoja dziewczyna, pytając gdzie jesteś. Szybko wymyślisz jakieś wiarygodne kłamstwo, ubierzesz się i wrócisz do siebie. Po południu poszukasz mnie wzrokiem na skoczni, a ja będę udawać, że cię nie widzę i nie zobaczymy się przez kolejnych parę miesięcy. Wpadniemy na siebie za rok, a może i za dwa, a ta jedna noc będzie niczym innym jak przyjemnym, choć nieco być może wstydliwym wspomnieniem z czasów szalonej młodości – mówi, jakby snując naszą niezbyt bajkową przyszłość. - Po co chcesz drążyć ranę, która miała być jedynie szybko znikającym draśnięciem...?
- Bo... - zastanawiam się, co odrzec na jej słowa. Słowa, które są jak najbardziej prawdziwe. A jednak jakaś część mnie, nie chce by się tak stało. Jakaś część mnie będzie tęsknić za Saszą, nieważne jak wiele czasu minie. - Bo chcę, żeby to było coś więcej niż tylko...
- ...niż tylko jedna wspólnie spędzona noc? - uśmiecha się kpiąco i całuje mnie w zagłębieniu nad obojczykiem.
- Zasadniczo, to dwie – poprawiam ją, przesuwając dłonią po jej nagich plecach.
- No patrz, to już recydywa – unosi brew i uśmiecha się asymetrycznie.
- Naprawdę nie chcę, żeby to się tak po prostu skończyło – mówię, choć przecież nie powinienem. Coś jednak ciągnie mnie do tej dziewczyny, mimo iż przecież żadna wspólna przyszłość nie ma szans w tym przypadku zaistnieć.
- A twoja dziewczyna? - mruczy cicho, kładąc się w poprzek mojej klatki piersiowej.
- A twój chłopak? - odpowiadam pytaniem na pytanie.
Sasza unosi się gwałtownie, boleśnie wbijając mi łokcie w żebra.
- Chłopak...? - marszczy brwi, nie zważając na grymas na mojej twarzy. - Jeśli masz na myśli Miszę, to łączy nas po prostu wieloletnia przyjaźń.
- Wydaje mi się, że on liczy na coś więcej... - zauważam, próbując chyba nieco zagłuszyć swoje wyrzuty sumienia.
- Wiem – Sasza wzrusza ramionami, siadając okrakiem na moim brzuchu, a ja opieram dłonie na jej biodrach. - Ale znam go od dziecka, mieszkaliśmy na tej samej ulicy, bawiliśmy się na tym samym podwórku. Jako dzieci kąpaliśmy się nago w basenie, ssaliśmy wspólnie jednego lizaka. Nie jestem w stanie spojrzeć na niego inaczej niż na brata, którego tak naprawdę nigdy nie miałam – tłumaczy, odchylając z zadowoleniem głowę do tyłu, gdy moje dłonie błądzą leniwie po jej ciele.
- Może powinnaś spróbować...? - sugeruję.
- Czyżbyś próbował zagłuszyć swoje wyrzuty sumienia...? - pyta jak zwykle celnie, zbliżając swoją twarz do mojej.
- Tylko odrobinę – odpowiadam i przyciągam ją do siebie, zachłannie całując.
W tym momencie dzwoni jednak telefon. Nim po niego sięga, dostrzegam tylko ciąg rosyjskich liter, jednak zdjęcie Maksimoczkina pod spodem od razu mi wszystko wyjaśnia.
- Da? - pyta niecierpliwie, a ja próbuję ją rozproszyć, całując w szyję.
Mam wrażenie, że tej nocy złożyłem pocałunek na każdym centymetrze kwadratowym jej ciała.
Rozmawia chwilę po rosyjsku, zupełnie niewzruszona moimi pocałunkami, ani dłońmi krążącymi po jej skórze. W końcu kończy połączenie i wzdycha ciężko.
- Trener mnie szuka – mówi w końcu.
- Więc mnie wyrzucasz...? - pytam, a ona bez słowa uwalnia mnie z mocnego uścisku swoich ud. Nie pozostaje mi nic innego, jak wygrzebać się z jej pościeli i ruszyć na poszukiwanie swoich ubrań, rozrzuconych po całym pokoju.
Obserwuje mnie bez słowa, leżąc na wznak na pościeli. Kiedy zapinam spodnie, kusi mnie by podejść do niej i raz jeszcze zanurzyć dłoń w jej gęstych włosach, raz jeszcze pocałować ją tak, byśmy oboje stracili dech w piersiach.
Ale mogę tylko obrócić się, by podnieść z ziemi T-shirt z napisem „team Austria” i wciągnąć go szybko na siebie.
Koniec tego, Hayboeck.
Przedłużam mimowolnie moment wyjścia, w końcu jednak muszę podejść do drzwi i nacisnąć klamkę. W ostatnim jednak momencie odwracam się jeszcze, spoglądając na nią pewnie po raz ostatni.
- Sasza? Mogę mieć jeszcze jedno pytanie...?
Kiwa w milczeniu głową, unosząc się lekko na łokciach.
- Czemu mówisz do mnie „Hayboeck”...? - pytam, choć to przecież zupełnie nieistotne.
- Bo po pierwsze, nie wypiłeś ze mną strzemiennego – odpowiada bez namysłu i podchodzi do mnie. - A po drugie... - zarzuca mi ręce na szyję i dodaje niskim, zmysłowym głosem - ...przecież właśnie to pociąga cię najbardziej. Co nie, Hayboeck? - mruży zadziornie oczy i całuje mnie namiętnie, ten jeden, ostatni raz.
Odsuwa się ode mnie dopiero wtedy, gdy w mojej kieszeni rozbrzmiewa dzwonek telefonu.
- Idź już, Hayboeck – mówi, cofając się o krok. Żal, który słyszę w jej głosie jest chyba tylko wytworem mojej wyobraźni. - Dziewczyna cię szuka.
A ja naciskam klamkę i zamykam za sobą drzwi.
Drzwi oraz rozdział mojego życia zatytułowany „Sasza”.
___________
*na potrzeby opowiadania pierwszy konkurs indywidualny w Oslo, został zamieniony na konkurs drużyn mieszanych.
**Sasza, my skorko budem (rus.) - Sasza, zaraz jedziemy; Da, ja uzhe idu (rus.) - Tak, już idę; Davaj, my zhdem tebja (rus.) - Chodź, czekamy na ciebie
Z okazji weekendu majowego - część druga. Dziękuję za niewielki - ale zawsze! - odzew pod pierwszą częścią. Część trzecia się pisze, będzie prawdopodobnie w połowie maja.
Niestety mam drobne problemy techniczne z akapitami, ale postaram się je jeszcze jakoś ogarnąć w wolnym czasie, bo mnie irytują (ta niewielka doza perfekcjonizmu w moim charakterze, meh...). 
Mam nadzieję, że nie przywiązaliście się za bardzo do tych bohaterów, bo i tak napisałam więcej niż miałam. Ale ja nie potrafię pisać krótko, nawet jednopartów, które okazują się trzypartami.
Tyle, maturzystom powodzenia na maturach, studentom na zbliżającej się coraz bardziej sesji i bloggerom tony weny!
[Wszelka zbieżność nazwisk, imion i podobizn jest (nie)przypadkowa. Nie zmienia to faktu, że przedstawione tu osoby nie mają ŻADNEGO odzwierciedlenia w rzeczywistości i nie należy ich w żaden sposób utożsamiać z prawdziwymi osobami]