Czajkowski, 4.09.2015
Światła migają szybko, kiedy mkniemy nocą drogą szybkiego ruchu.
Autokarem trzęsie na nierównościach drogi, a głowa co rusz opada
mi na ramię. Próbowałem spać w samolocie, ale nie byłem w
stanie, dlatego coraz słabiej walczę z ogarniającą mnie sennością
i ostatecznie wpadam w objęcia Morfeusza.
Oraz jej objęcia.
- Hayboeck, to znowu ty? - opiera narty o barierkę i przygląda
mi się z przechyloną głową, mocno mrużąc oczy. - Jeszcze ci się
nie znudziło...? - wywraca oczami, opierając dłonie na biodrach, a
ja podchodzę do niej bliżej, tak że mogę zliczyć wszystkie piegi
na jej nosie, które w prażącym jesiennym słońcu odcinają się
jeszcze wyraźniej od jej jasnej cery.
- Ty? Ty nigdy mi się nie znudzisz – zanurzam rękę w jej
włosach, przyciągając ją do siebie i zaciągam się jej zapachem.
Czuję jak przesuwa dłońmi po moich nagich plecach, jak wzdycha
lekko, kiedy zaczynam obsypywać ją pocałunkami, nie bacząc na
tłumy kibiców dookoła, ani na głos trenera wzywający mnie do
rozgrzewki.
Jesteśmy tylko my dwoje. Ja i Sasza.
- Chodźmy stąd – szepcze, a jej gorący oddech drażni mnie w
ucho. - Gdzieś, gdzie nikt nam nie będzie przeszkadzał – mruży
oczy i ciągnie mnie za rękę w bliżej nieokreślonym kierunku.
- Michi? Michi, wstawaj, dojechaliśmy! - ktoś szturcha mnie w
ramię, wyrywając mnie ze snu.
Przecieram oczy, niechętnie opuszczając senne marzenia. Zaraz
jednak przypominam sobie, gdzie jesteśmy i od razu z większą
energią podnoszę się z miejsca i ruszam na poszukiwanie mojego
bagażu w czeluściach ogromnego bagażnika wypakowanego po ostatni
wolny centymetr sześcienny.
Kto by pomyślał, że będę się tak cieszył z konkursu
odbywającego się w Rosji...? Kto by pomyślał, że z
niecierpliwością będę oczekiwał weekendu, kiedy nasze zawody
będą rozgrywane równolegle z letnim Grand Prix kobiet...?
Kiedy jednak wchodzę do pokoju, który dzielę z Kraftem i szybko
zajmuję łazienkę, ogarnia mnie zwątpienie. A co jeśli jej tu nie
będzie...? Co jeżeli tym razem nie uda nam się spotkać...?
Przecież...
Stoję pod prysznicem tak długo, że Stefan zaczyna się dobijać do
drzwi, bynajmniej nie dlatego, że się o mnie martwi. Wpuszczam go
po chwili do środka, ignorując jego marudzenie i wchodzę do łóżka,
nakładając na uszy słuchawki. Muzyka dudniąca cicho głośnikach
i przebijający się przez nią szum wody z łazienki usypia mnie
powoli, a myśli znów zaczynają krążyć wokół Saszy.
Od naszego ostatniego spotkania minęło pół roku, a nie było
chyba ani jednego dnia, kiedy bym o niej nie pomyślał. Usidliła
moje myśli, mimo iż oboje przecież nie włożyliśmy w naszą
relację ani grama uczuć. Mimo iż dla nas obojga, nasze spotkanie
było krótkim, nic nieznaczącym epizodem.
Epizodami, Hayboeck. Dwa to już liczba mnoga.
A jednak, wciąż nie mogę wyrzucić jej z myśli. I snów.
Jest coś niewłaściwego w tym, jak bardzo wyczekiwałem momentu, w
którym zobaczę ją ponownie. I, jeśli mam szczęście, nastąpi to
już jutro.
Słyszę jeszcze jak Kraft klnie cicho, kiedy w ciemności potyka się
buty, które zostawił na środku pokoju, nim odwracam się na drugi
bok i zasypiam z nadzieją, że jutrzejszy dzień pozwoli mi
zrozumieć, czym jest tak naprawdę to uczucie, które odczuwam
względem Saszy.
***
Próbuję skupić się na rozgrzewce, jednak mój wzrok oraz myśli
co rusz uciekają w stronę normalnej skoczni, gdzie trwa właśnie
konkurs kobiet. Z tej odległości nie dociera do mnie głos spikera,
a sam zapomniałem o możliwości wykazania choćby nikłego
zainteresowania listą startową. Czy uda mi się tu spotkać Saszę,
czy też nie...?
Nie zaszkodzi czasem logicznie pomyśleć, co nie, Hayboeck...?
- Michi – Fettner szturcha mnie w ramię. - Trener cię woła.
Trzeci raz – dodaje z lekko zatroskaną miną.
- Ta, już idę. Zamyśliłem się – mówię i ruszam w kierunku
Kuttina, który nie wygląda na zadowolonego.
- Hayboeck, co się z tobą dzieje...? Wołam cię na imitację i
wołam, a ty głuchy jak pień – gani mnie, mamroczę więc jakieś
wyjaśnienia, których trener nie chce słuchać, tylko od razu każe mi przyjąć odpowiednią pozycję.
Ćwiczenie imitacji idzie nam sprawnie i ruszam do domku, by się
przebrać. Po drodze mijam grupkę żartujących z czegoś Rosjan i
zwalniam mimowolnie. Korci mnie, by zapytać ich o Saszę, jednak
rezygnuję z tego zamiaru i zmuszam się, by wrócić do normalnego
tempa.
To sprawa między mną a Saszą. Sam muszę ją odnaleźć i sam
muszę jej wytłumaczyć, że...
...że co? No co, Hayboeck?
Zamyślony idę na wyciąg i zamyślony siadam na belkę. Być może
dlatego o progu przypominam sobie w momencie lądowania. A raczej
przypomina mi o nim dość kiepska odległość, którą podaje
spiker.
Gratulacje, Hayboeck. Ze stumetrowymi skokami zapraszamy na
skocznię obok.
Ktoś przekazuje mi wskazówki trenera, zmuszam się więc, by skupić
się na skokach i choć następny, konkursowy już skok, jest
zdecydowanie lepszy, moje myśli i tak krążą z dala od tego, co
powinno być dla mnie teraz najistotniejsze. Są odległe o setki
kilometrów, gdyż tkwią w hotelowym pokoju w Soczi. Oraz w Oslo.
Tkwią w objęciach Saszy, daleko, daleko stąd, mimo iż przecież
prawdopodobnie jest tuż obok.
Tak bliska, a jednak tak bardzo odległa.
Zerkam na tabelę wyników i dostrzegam, że udało mi się
zakwalifikować do trzydziestki, nawet na całkiem niezłej pozycji.
Dlatego oddaję narty serwisantowi i rozpinam kombinezon, pod którym
zaczynam się powoli intensywnie pocić. Mam kilkanaście minut
przerwy nim ruszę ponownie na rozgrzewkę, a następnie w górę, by
oddać swój finałowy skok.
Wyplątuję się z nieprzepuszczającej powietrza pianki, łowiąc
gdzieś w oddali piski i krzyki fanek. Dzień jest naprawdę upalny
jak na wrzesień, słońce mocno grzeje mnie w plecy, kiedy obracam
się w kierunku zeskoku, by popatrzeć na ostatnie skoki pierwszej
serii.
I wtedy mój wzrok pada na nią.
Podobnie jak i ja wystawia twarz do słońca, oparta przedramionami o
barierki. Konkurs kobiet dobiegł już końca, stoi więc nieopodal
ubrana w krótkie szorty i mocno wydekoltowany top. Na udach widać
nierówną opaleniznę, która dodaje jej jeszcze więcej uroku.
Warkocz luźno układa się na plecach, kiedy odrzuca go z ramienia
niecierpliwym ruchem.
Nie myślę o niczym konkretnym, kiedy podchodzę bliżej i opieram
się o barierkę tuż obok niej, tak, że niemal stykamy się
ramionami. Czuję ciepło promieniujące z jej rozgrzanego ciała,
czuję znane dobrze mi perfumy i słyszę ciche westchnienie, kiedy
odzywa się, nie odrywając spojrzenia od skoczni:
- Hayboeck, to znowu ty? - przenosi na mnie wzrok, mrużąc oczy i
wydyma wargi. Wargi, które momentalnie przykuwają moją uwagę,
wywołując kolejną lawinę wspomnień. - Jeszcze ci się nie
znudziło...?
- Ty? - pytam, odrywając się od barierek i przesuwam palcem po jej
ramieniu. - Ty nigdy mi się nie nudzisz – mówię, obracając się
w jej kierunku. Stoimy twarzą w twarz, a nasze ciała dzieli
zaledwie kilka centymetrów. Mam gdzieś tłumy kibiców, kamery,
czekający mnie konkurs i całą resztę świata. W tej chwili liczy
się dla mnie tylko Sasza.
Sasza, która uśmiecha się jak zwykle kpiąco, przesuwając dłonią
po mojej nagiej i rozgrzanej słońcem piersi, kręcąc lekko głową.
Mam silne uczucie deja vu, przynajmniej do momentu, kiedy
nachyla się mojego ucha i mówi gardłowym szeptem:
- Oj, Hayboeck, Hayboeck... - czuję na szyi jej ciepły oddech i
przymykam oczy, delektując się jej obecnością. - Chyba powinieneś
już iść – jej głos ściąga mnie na ziemię, a kiedy otwieram
oczy, Saszy już nie ma.
Znika tak szybko, że nie wiem, czy przypadkiem znowu mi się nie
przyśniła. Czy nie okazała się tylko zwykłym złudzeniem,
wytworzonym przez spragniony jej widoku mózg.
Rozglądam się po tłumie kłębiącym się pod skocznią, jednak
nigdzie jej nie dostrzegam. Czy to możliwe, by zniknęła tak
szybko...?
A może to znowu była tylko moja wyobraźnia...?
***
Zaraz po konkursie ruszam na jej poszukiwania. Muszę ją odnaleźć
i wyjaśnić tę całą sytuację między nami. Inaczej oszaleję, bo
nie jestem w stanie przestać o niej myśleć. Do tego stopnia, że
koledzy z kadry zaczynają się o mnie martwić, kiedy nie reaguję
na ich zaczepki, pogrążony w myślach.
Nie udaje mi się jej odnaleźć w okolicy domku ekipy rosyjskiej,
kręcę się więc bez celu po terenie skoczni. Nogi niosą mnie
bezwiednie na wzgórze, na którym jest zbudowana. Mięśnie
palą mnie, gdy w promieniach zachodzącego powoli słońca wspinam
się po stromej, kamienistej ścieżce na szczyt. Nie zwalniam
jednak, choć czuję, jak mój oddech i tętno przyśpieszają.
Dlatego szybko osiągam swój cel i gwałtownie łapiąc powietrze,
spoglądam z góry na skocznię oraz otaczającą ją okolicę.
Słońce chowa się powoli za horyzontem, temperatura jednak wciąż
jest wysoka.
- Co z twoją kondycją, Hayboeck? Biegłeś, czy po prostu obijałeś
się przez całe lato?
Odwracam się, a Sasza zeskakuje z drzewa, lądując zgrabnie na
wysuszonej trawie. Wciąż nie mogę wydusić z siebie słowa, kiedy
podchodzi bliżej i staje obok mnie, opierając dłonie na biodrach.
- Lubię patrzeć na skocznię z tej perspektywy. Jest coś
uspakajającego w tym widoku, prawda? – mówi cicho, a ja obserwuję
jej profil, patrząc jak w ostatnich promieniach słońca jej piegi
wyjątkowo wyraźnie odbijają się od jasnej – zbyt jasnej jak na
panującą pogodę – cery.
- Musimy porozmawiać – mówię w końcu, kiedy milczymy tak długo, kontemplując wspaniały widok, że słońce całkowicie chowa się za linią horyzontu, a
temperatura nareszcie zaczyna spadać.
- O czym? - zwraca się w moim kierunku, mrużąc swoje oczy o barwie
lodu.
I, choć to zupełnie bez sensu, przyciągam ją gwałtownie do
siebie i całuję z pasją, wkładając w ten pocałunek wszystkie
kłębiące się we mnie, niezidentyfikowane uczucia. Czuję jej
rozgrzane ciało i intensywny zapach perfum, słyszę ciche wstchnienie, które wyrywa się z jej piersi. Krótko mówiąc - odczuwam ją każdym
zmysłem.
Wygląda na to, że jest narkotykiem, od którego się nie wiadomo jak i kiedy uzależniłem.
- Hmm... - mruczy, odsuwając się ode mnie. - Wydawało mi się, że
chciałeś ze mną porozmawiać, a tu taka niespodzianka... znowu – mruży
oczy i zaplata mi ręce na karku.
- Tęskniłem za tobą – mówię,
przesuwając dłońmi wzdłuż
jej talii, choć brzmi to
głupio i niemalże dziecinnie. Ale taka jest prawda.Tęskniłem za nią tak bardzo, że niemal sprawiło mi to fizyczny ból. - Wkradłaś
się do mojego serca i je zupełnie opanowałaś. Przez te pół roku
nie było dnia, żebym
o tobie nie myślał... - w moich słowach jest coraz więcej
pewności, a Sasza kręci głową z coraz bardziej kpiącym
uśmiechem.
- Oj,
Hayboeck, Hayboeck... - szepcze mi prosto do ucha, a jej usta
delikatnie muskają mój policzek. - Tylko nie mów mi, że się
zakochałeś... Bo przecież masz swoją Larę, prawda...?
Zaciskam szczękę, słysząc te słowa.
Lara.
- Nie mam – prostuję w końcu krótko. - Już nie jesteśmy razem.
- Czyżby się dowiedziała o naszym małym sekrecie...? - Sasza
odsuwa się ode mnie na długość ramion i czujnie mi się
przygląda. W jej wzroku jest jakby... niepokój?
- Nie. To była moja decyzja. Nie byłbym wobec niej w porządku,
skoro moje myśli wciąż krążyły wokół kogoś innego... –
tłumaczę, przesuwając palcem po jej odsłoniętym ramieniu, na
którym natychmiast pojawia się gęsia skórka.
Ja też potrafię na ciebie wpłynąć, prawda...?
- Myślę, że spanie ze mną w Oslo
było bardziej nie w porządku wobec niej, ale jak widać masz nieco
inne priorytety – mówi
wyjątkowo chłodno, zaplatając ręce na piersi i robi krok do tyłu,
nagle bardzo wycofana i jakby daleka. - Czego ode mnie chcesz,
Hayboeck?
To bardzo dobre pytanie. Bardzo dobre.
Przyglądam się jej w zapadających dookoła nas ciemnościach,
kiedy wbija we mnie zimne spojrzenie swoich oczu. Przyglądam się,
zastanawiając się jak bardzo bezsensowne jest to, co teraz powiem.
Coś, czego zupełnie nie przemyślałem, ale to jedyna w miarę
zwięzła myśl dotycząca mnie i Saszy.
- Czego chcę? Chcę zrozumieć dlaczego nie mogę przestać o tobie
myśleć. Chcę wiedzieć, jak wrócić do równowagi, po tym co się
wydarzyło między nami. Jak mijać cię spokojnie na skoczni, bez
wspominania tych dwóch nocy, bez zastawiania się, czy to, co nas
łączy, to coś więcej niż tylkozwykłe pożądanie – wyrzucam z
siebie, a twarz Saszy pozostaje kamienna niczym posąg. - Chcę
pamiętać o tobie i chcę cię zapomnieć. Chcę wierzyć, że
odszedłem od Lary z konkretnego powodu. Chcę wierzyć, że dla
ciebie też jestem takim powodem. Chcę... - zamieram w pół słowa,
bo mimo wszystko boję się jej reakcji.
No dalej, przecież dobrze wiesz, o co ci chodzi.
- No co, Hayboeck? - Sasza unosi brew, a z jej twarzy nie jestem w stanie nic wyczytać.
- Chcę ci powiedzieć, że się w tobie zakochałem – wyrzucam z
siebie szybko i zdecydowanie mniej pewnie.
- Zakochałeś?
- unosi brew jeszcze wyżej, o ile to możliwe, a w jej głosie
słychać politowanie. - Hayboeck, przespałeś się ze mną. Dwa
razy, dla ścisłości. Było miło, momentami nawet bardzo miło,
muszę przyznać – mówi, a na jej twarz na sekundę wypływa coś na kształt
zadziornego uśmiechu, nim ponownie wkłada kamienną maskę – ale to wszystko. To trochę mało, żeby
mówić o miłości, nie sądzisz...?
Wiem,
że ma rację. Jak można kochać osobę, o której się nic nie wie?
Której się nie zna, nie licząc dokładnej topografii jej ciała...?
Którą spotyka się raz na kilka miesięcy i to przelotnie, w
przerwie między jednymi zawodami a drugimi?
Z którą łączy nas tylko silny pociąg fizyczny...?
A jednak... A jednak nie potrafię inaczej nazwać tego uczucia,
które kłębi się we mnie, za każdym razem, gdy ją widzę. Lub
gdy o niej myślę. I śnię.
- Owszem,
za mało – zgadzam się z nią ostatecznie. - Ale jeśli tylko...
- Nie, Hayboeck – przerywa mi
gwałtownie. - Tu nie ma żadnego „ale”. To nie jest miłość.
Kochasz nie mnie, a moje ciało. Bo
wiem, jak sprawić ci przyjemność. Choć, nie ukrywam, tobie też
to dobrze wychodzi – wtrąca – ale to wciąż nie jest miłość.
Nie czuj się oszukany – dodaje łagodniej – przecież niczego ci
nie obiecywałam. Niczego, poza kilkoma chwilami fizycznej przyjemności.
Przyglądam się jej uważnie, czekając, aż wybuchnie śmiechem, a
potem popchnie mnie na trawę, ściągając ze mnie podkoszulek. Tak
jak setki razy w mojej wyobraźni. Sasza jednak mówi poważnie, a
mnie zimny pot zaczyna spływać po plecach.
Miłość? Czas dorosnąć, bo chyba pomyliłeś bajki, Hayboeck.
Nie mogę jednak zrozumieć, dlaczego...
- Coś się zmieniło, prawda? -
pytam, unosząc wzrok. Jedynym źródłem światła
są gwiazdy
i księżyc, który właśnie wyłania się zza chmur. Robię
krok w jej stronę, licząc się się nie cofnie.
I nie robi tego. Podchodzę więc bliżej i zakładam jej za ucho
kosmyk włosów, który wysunął się z nienagannego jak zawsze
warkocza. Sasza śledzi uważnie moje ruchy, po czym wzdycha ciężko
i łagodnym, ale zdecydowanym gestem odsuwa moją rękę od swojej
twarzy.
A ja dostrzegam ten jeden, niewielki szczegół.
Podnoszę
jej dłoń bliżej oczu, a skromny,
ale bardzo ładny diament skrzy się, jakby szyderczo, w blasku
księżyca. Klnę cicho pod nosem, a Sasza gwałtownie cofa rękę
i chowa ją za siebie.
- Maksimoczkin, prawda...? - zaciskam pięść, próbując opanować
ogarniające mnie uczucie frustracji, choć przecież Sasza ma rację
– niczego sobie nie obiecywaliśmy.
Bo to przecież nie jest miłość. To miała być tylko jedna noc.
Nic więcej.
Jakim więc sposobem ta jedna noc zmieniła się w dwie, a one z
kolei w uczucie, które ryczało teraz ze wściekłości w mojej
piersi...?
- Sam mi to zasugerowałeś –
przypomina mi Sasza, a ja mogę jedynie besztać się w myślach. - I
miałeś rację. Za długo wmawiałam sobie, że nie potrafię go
pokochać, bo za dobrze go znam. Chyba powinnam ci za to podziękować
– mówi, robiąc jeszcze jeden krok do tyłu.
- Kochasz go? - powtarzam za nią jak echo. - Przecież mówiłaś...
- Wiem co mówiłam, Hayboeck – odpowiada nagle gniewnie. - Nie
udawaj, że mnie znasz. Nie wmawiaj sobie, że mnie kochasz albo, co
gorsza, że ja coś do ciebie czuję – kręci głową, cofając się
coraz bardziej i bardziej, stając się tylko zarysem sylwetki w
otaczającej nas ciemności. - Skończ z twarzą to, co tak naprawdę
skończyło się tamtego ranka w Soczi.
- Sasza, poczekaj...! - wołam ją, jednak odpowiada mi tylko szum
wiatru, a dziewczyna rozpływa się w ciemności jak cień. -
SASZA...!
Wołam ją jeszcze parę razy, jednak w końcu godzę się z faktem,
że stoję na wzgórzu sam.
Sam w otoczeniu wzmagającego się wiatru, za towarzystwo mając
jedynie swoje rozbiegane myśli.
***
Konkurs następnego ranka idzie mi wybitnie źle. Od dawna nie
zdarzyło mi się nie wejść do drugiej serii, prawdę powiedziawszy
do samego konkursu dostałem się tylko dlatego, że z powodu wiatru
zostały odwołane kwalifikacje. Wzrok trenera mówi mi wszystko,
choć sam zdaję sobie sprawę ze swojej dzisiejszej dyspozycji. A
raczej jej braku.
Skup się! Nie myśl o niej tyle, Hayboeck. Było, ale się skończyło, jasne?
Podchodzę do dość zatłoczonego o tej porze pomieszczenia z cateringiem, by wziąć sobie coś do
jedzenia. W najdalszym kącie dostrzegam półmisek z owocami,
podchodzę więc do niego, przeciskając się przez tłum i sięgam po pomarańczę. W tym samym
momencie ktoś zaciska palce na leżącym obok jabłku, a ja
dostrzegam pierścionek, który wywołał u mnie wczoraj tak wiele
emocji.
I nie dał spać w nocy.
Ani nie pozwolił mi dziś skupić się na moich skokach.
Unoszę głowę i nasze spojrzenia się krzyżują. Zdaje się być
zaskoczona moim widokiem, jakby nie poznała mnie od razu, być może
z powodu podkrążonych oczu i dwudniowego zarostu na twarzy.
- Wyglądasz okropnie, Hayboeck – stwierdza bezlitośnie i zagryza
wargę, flirtując ze mną jak gdyby nigdy nic. Bierze jabłko i
zaczyna czyścić je rąbkiem koszulki, odsłaniając fragment
bladego brzucha, co natychmiast przyciąga moją uwagę i powoduje
falę wspomnień.
- Robisz to specjalnie, prawda...? - pytam, odkładając pomarańczę
na miejsce i przenoszę wzrok z powrotem na jej twarz.
Mruży oczy i opiera się biodrem o ścianę, wbijając zęby w
soczysty owoc. Sam nie wiem kiedy pokonuję dzielący nas stolik i
podchodzę do niej, nieomalże przypierając ją do ściany. Odkłada
jabłko na stół i opiera dłonie na mojej klatce piersiowej,
odsuwając mnie minimalnie od siebie.
- Nie rób tego, Hayboeck – mówi cichym, niskim głosem, a w jej
głosie słyszę jakby błagalną nutę.
Podejrzewam jednak, że tylko mi się wydaje.
Przyciągam ją do siebie, nie dbając o to, że ktoś z anonimowego tłumu kręcącego się nieopodal pewnie się nam przygląda, a już najmniej martwiąc się tym, że pewnie zaraz
pojawi się tu Maksimoczkin, szukający swojej narzeczonej.
...w stosunku do Saszy to określenie brzmi naprawdę dziwnie.
Dziewczyna nie wzbrania się przed pocałunkiem, wręcz wplata palce
w moje włosy i przylega do mnie jeszcze ściślej. Całuję ją w
szyję i zaczynam szukać za jej plecami drzwi do
pomieszczenia gospodarczego, jednak w tym momencie Sasza odpycha mnie
gwałtownie. Na tyle gwałtownie, że wpadam na stolik z owocami, strącając z półmiska pomrańczę, która upada na posadzkę z nieprzyjemnym plaśnięciem.
- Mówiłam, żebyś tego nie robił – cedzi przez zęby tonem tak
lodowatym, że mimo panującego upału robi mi się nagle bardzo zimno.
- Jakoś nie zauważyłem, byś była niezadowolona – zauważam,
robiąc ponownie krok w jej stronę. - Rzekłbym nawet, że ci się
podobało... Bardzo podobało. Bo on tak na ciebie nie działa, prawda? - szepczę jej do
ucha, czując jak jej oddech momentalnie przyśpiesza.
- Nie – odpowiada cicho. - Ale to jedyne, co jesteś mi w stanie
zaproponować. W przeciwieństwie do Miszy – odsuwa się ode
mnie na kilka kroków i mierzy mnie zimnym spojrzeniem swoich
niebieskich oczu. - Kocha mnie i nie mam zamiaru go ranić. Zostaw
mnie więc w spokoju, Hayboeck.
- Ja? Ciebie? - kpię. - Chcesz może, żeby przypomnieć ci Oslo?
Konkurs, na który przyjechałem z dziewczyną...?
- ...którą rzuciłeś, bo ubzdurałeś sobie, że mnie kochasz –
Sasza zaplata ręce na piersi i dalej patrzy na mnie twardo. - Nie
próbuj mi wmawiać, że to moja wina. To ty do mnie przyszedłeś. Ja cię do niczego nie zmuszałam. Gdybyś nie chciał, to nie spotkalibyśmy się ani w Oslo, ani nawet w Soczi.
Stoi kilka kroków przede mną, obca jak jeszcze nigdy. Tak obca, jak
jest w rzeczywistości. W końcu dociera do mnie, jak mało ją znam,
jak bardzo dałem się omamić pierwotnym instynktom, nie
dostrzegając jej wad. Lub choćby tego, że nasza znajomość
powinna zakończyć się już dawno, dawno temu.
A wręcz nigdy nie powinna się zacząć.
- Żałuję, że się wróciłem, wtedy, w Oslo – mówię w końcu,
głosem równie chłodnym co i jej. - Żałuję, że cię wtedy
zawołałem. Żałuję... - mówię, jednak w mojej głowie nie
pojawia się żadna sensowna myśl.
- ...żałujesz, że mnie poznałeś, co? - podsuwa Sasza,
przekrzywiając głowę i patrząc mi hardo prosto w oczy.
Czy w jej głosie naprawdę słychać zawód...?
Długo waham się na odpowiedzią, nim rzucam krótko:
- Tak.
Odwraca głowę, jakby uciekając przede mną wzrokiem, a z jej piersi wydobywa się lekkie westchnienie. Przez chwilę mam wrażenie, że bardzo zraniły ją moje słowa, wyciągam więc do niej rękę, kiedy moje spojrzenie pada na mężczyznę przepychającego się przez tłum w naszym kierunku. Sasza również go dostrzega i robi krok w jego stronę, odsuwając się ode mnie jeszcze bardziej.
- Sasza? Ja iskal tebja...* - Maksimoczkin obrzuca uważnym spojrzeniem mnie i moją wyciągnietą rękę, którą opuszczam teraz bezsilnie. Widzę jak mocno zaciska szczęki, jakby
powstrzymując się od komentarza.
- Da, ja tolko idu* – podnosi ze stolika nadgryzione jabłko i podchodzi do
Rosjanina. Ten obejmuje ją zdecydowanym gestem w pasie i mocno
przygarnia do siebie.
Wychodzą z pomieszczenia, nie zaszczycając mnie nawet spojrzeniem.
Mam jednak wrażenie, że tuż za progiem dziewczyna odsuwa od siebie
jego rękę, ale być może to znowu tylko moja wyobraźnia. Czas
pogodzić się z faktem, że ten rozdział mojego życia jest
naprawdę zamknięty.
Wzdycham i kucam by podnieść zrzuconą pomarańczę. Jest mocno obita, a skórka pęknięta i nachodzi mnie dziwna refleksja, że chyba czuję się teraz trochę jak ten owoc. Ale czy...
Ale czy żałuję...?
Jeśli tak, to tylko jednej rzeczy: że ostatnie słowa, które z nią zamieniłem
były jednym, wielkim kłamstwem.
Bo być może to nie była miłość.
Ale przecież mogła się nią stać.
__________
*Sasza, ja iskal tebja (rus.) - Sasza, szukałem cię; Da, ja tolko idu (rus.) - Tak, właśnie idę.
No i ostatnia część, na osłodę początku tygodnia. Nie jestem z niej do końca zadowolona, ale trudno. I troszeczkę namieszałam z tymi konkursami, bo musiałam dopasować je do fabuły, ale starałam się trzymać rzeczywistości na tyle, na ile to było możliwe.
Ja już po maturkach, więc mogę powrócić do tworzenia Odchodzę oraz innych, dziwnych tworów mojej wyobraźni. Mam dla Was w zanadrzu już kolejny skokowy jednopart, ale po głowie chodzi mi jeszcze bonus do historii Michiego i Saszy. Bo część z Was liczyła chyba na happy end, prawda? Cóż, tego nie mogę obiecać, ale dajcie znać, czy jesteście zainteresowani wyżej wspomnianym bonusem ;).
Meh, polubiłam to opowiadanko, choć było mocno spontaniczne. Wyewoluowało z jednego zdania w nieomalże dwudziestostronnicowy twór. Było dość ciekawą przygodą, bo pierwszy raz pisałam coś, co można określić jako opowiadanie o zabarwieniu erotycznym. Było to niemałe wyzwanie, muszę przyznać. Mam nadzieję, że nikt nie poczuł się zdegustowany lub zdemoralizowany, co? :P
To chyba tyle w kwestii "To nie jest miłość". Dajcie znać, co z bonusem i trzymajcie się ciepło. Miłego tygodnia!
[Wszelka zbieżność nazwisk, imion i podobizn jest (nie)przypadkowa. Nie zmienia to faktu, że przedstawione tu osoby nie mają ŻADNEGO odzwierciedlenia w rzeczywistości i nie należy ich w żaden sposób utożsamiać z prawdziwymi osobami]