Strony

Ogłoszenia drobne

W tej chwili mało się tutaj dzieje, nieco więcej dzieje się na moim Wattpadzie, ale pracuję nad tym. Oczekujcie wieści na Twitterze :)
Zakładka Aktualności zniknęła, bo była mało... aktualna. Może kiedyś wróci. Może.

piątek, 23 grudnia 2016

Amnessis

Od zawsze pragnęłam mieć własnego konia. Uwielbiałam te istoty. Może i nie jeździłam jakoś fenomenalnie, ale sama możliwość przebywania wśród nich, sprawiała, że serce drgało mi radośnie. To spojrzenie mądrych oczu, lśniąca sierść i bijące od nich
Jeździć zaczęłam, gdy miałam osiem lat. Jak już mówiłam, nie byłam żadnym wielkim dżokejem, ale mogłam sobie spokojnie pogalopować w dal na Bałaganie, koniu, który pierwszy zdobył moje serce. A ja jego. Jako źrebak był strasznie niesforny.
Miałam dwanaście lat, kiedy przyszłam do ośrodka jeździeckiego, w którym byłam zapisana i oznajmiono mi, że Angela w końcu się oźrebiła. Czym prędzej pobiegłam obejrzeć owo narodzone stworzenie. Stało niepewnie na zbyt długich nóżkach w boksie matki. Brązowo-białe łaty upodabniały go nieco do młodej, łagodnej krówki, ale nic bardziej mylnego. Wierzgał i kopał, czasem jego małe, jeszcze nie podkute kopytka dosięgały nawet brzucha biednej Angeli, która prychała oburzona. Gdy przyszłam, siano było rozrzucone po całym boksie, a jedna ze sztachet nadłamana. Może była spróchniała…
- Matko! Co za bałagan! – załamała ręce pani Agnieszka, a potem zaczęliśmy tak nazywać niesfornego źrebaka i tak zostało. Co prawda byli tacy, co usiłowali przechrzcić go na Bajzla, ale konik nie reagował. Na Błagana zazwyczaj też nie.
Rósł i rósł i czynił coraz więcej szkód. Nie dawał się ujeździć, przeskakiwał ploty i wchodził w szkodę. Widać było, że ma ogromny potencjał, więc próbowano go jakoś okiełznać. Jednak wszelkie próby spełzły na niczym. Mnie zaś nie pozwalano się do niego zbliżać. Okazało się to błędem.
Ćwiczyłam skoki przez przeszkody na jednej z klaczy, gdy Bałagan nagle przeskoczył przez barierkę pastwiska i wpadł na nasz padok. Klacz wystraszyła się, ale udało mi się ją uspokoić. Bałagan krążył wokół nas i usiłował zaczepiać ją, a ona parskała niespokojnie. Poprowadziłam ją do stajni, a Bałagan szedł za nami. Usiłowałam nie zwracać na niego uwagi. Zamknęłam klacz w boksie i wyszłam na zewnątrz. Bałagan wciąż czekał. O dziwo stał spokojnie, co było rzadkim widokiem. Podeszłam do niego i pogłaskałam go po chrapach.
- Oj, Bałagan, Bałagan… Czemu robisz wokół siebie tyle zamieszania…?
Nie wiem, jakim sposobem znalazłam się na jego grzbiecie. Naprawdę nie mam pojęcia. Nawet nie pomyślałam o tym, że nie potrafię jeździć na oklep. Po prostu pojechałam.
- Monika!!! Co ty wyprawiasz?! – usłyszałam nagle za plecami, a Bałagan poniósł. Nie, nie poniósł, po prostu pogalopował. Był niesamowicie szybki.
I tak oto, z nieznanych mi powodów stałam się wybranką Bałagana. Tylko mnie pozwalała się dosiadać. Stał spokojnie, tylko gdy ja go oporządzałam. Mimo to się marnował. Nie mogłam z nim jechać na zawody. Byłam za młoda, niedoświadczona…
Ale Bałagan nie należał do mnie. Był wiernym przyjacielem, a ja zostałam prze niego wybrana. Ale należał do ośrodka. A mnie nie było stać by go odkupić.

***

Dziesięć lat później pojechałam w Bieszczady z przyjaciółmi i mężem. Tak, pomiędzy ujeżdżaniem Bałagana, a wakacjami w Bieszczadach znalazłam czas na to, by się zakochać i wyjść za mąż. Krzyś również był pasjonatem koni. Jego rodzice przeprowadzili się na wieś, gdy ich syn poszedł na studia.
To były wspaniałe wakacje. Adam, mój brat bliźniak, z gitarą, ukochany mąż i przyjaciółka oraz piękne góry. I konie, oczywiście. Czego chcieć więcej. Gdy znudziło nam się tułanie po polach namiotowych i obrzydło nam nieustanne mycie w strumyku, znaleźliśmy miłą agroturystykę, która prowadziła mała stajnie. Pięć uroczych koników. Jako mieszkańcy mieliśmy zniżkę. Karolina łaskawie zostawała z Adamem, który jeździć nie potrafił, a my z Krzysiem wybieraliśmy się na długie romantyczne przejażdżki. Było cudownie.
Ale zaliczam się do osób, które nie mogą wysiedzieć długo w jednym miejscu, więc pewnego dnia przy śniadaniu, zarządziłam:
- Jedziemy zwiedzać!
Towarzystwo nieco się ożywiło, gdyż im również zbrzydło wygrzewanie się na kocyku w lipcowym słońcu. Nawet w towarzystwie koni.
W przewodniku znaleźliśmy kilka atrakcji, jednak zdecydowaliśmy się na Baligród. Niby nie było tam nic specjalnego, ale coś mnie tam ciągnęło.
- O, jest tam cmentarz żydowski… Może to tam pochowano pradziadka… - mruknęła Karolina.
- Twój dziadek był Żydem? – zdziwiłam się. Nigdy mi o tym nie opowiadała.
- Pradziadek – sportowała. – Nie, nie był. Ale babcia mówiła, że pochowano go na żydowskim cmentarzu gdzieś w tych okolicach…
- Możemy poszukać. Nie mamy nic lepszego do roboty – mruknął Adam. Spakowaliśmy się, złapaliśmy jakiegoś busa i ruszyliśmy w kierunku Baligrodu. Szybkim krokiem obeszliśmy miasto, a w zasadzie miasteczko. Nie było byt wiele do zwiedzania. Karolina i Adam oddalili się w kierunku kirkutu, a ja została z Krzysiem na rynku.
- To co…? – zapytałam, ale w tym momencie zadzwonił mu telefon.
- Przepraszam, kochanie, musze odebrać… To z firmy – przyłożył telefon do ucha i oddalił się kawałek. Z doświadczenia wiedziałam, że to może trochę potrwać, więc postanowiłam się nieco przejść.
Ruszyłam przed siebie. Wkrótce nogi poniosły mnie na jakąś zarośniętą łąkę. Przeszłam przez rozwalony płot i znalazłam się na łące pełnej stokrotek. Wyjątkowo dorodnych stokrotek. Przypomniało mi się dzieciństwo. Mama każdego lata plotła mi wianki ze stokrotek. Gdy schyliłam się by sięgnąć po kwiatki coś zwróciło moją uwagę.
Na skraju łąki, kilka metrów ode mnie stał koń. Wprawnym okiem oceniłam, że to klacz. Mimo iż miała skołtunioną grzywę i ubłocone oraz zakurzone boki w jej postawie widać było, że nie jest takim sobie zwykłym koniem. Miała koło trzech lat i mocno umięśnione nogi. Podeszłam do niej zaciekawiona.
Klacz uniosła pysk i spojrzała na mnie. Pogłaskałam ją po chrapach. Parsknęła cicho i mnie uważnie obwąchała. Na czole miała biały, nieregularny znak. Coś mi przypominał. Nie zdążyłam sobie przypomnieć co, bo za plecami usłyszałam gderliwy głos:
- Ej, co tu robi?!
Obróciłam się i niemal wpadłam na chłopa opartego o wysłużone widły. Patrzył na mnie nieprzyjaźnie.
- Czego chce? – zapytał znowu napastliwie.
- Ja… - zająknęłam się. Miałam ochotę pobyć jeszcze trochę z piękną, ale zaniedbaną klaczą. Wydawała mi się znajoma… - Ja po mleko przyszłam. Krowy tu widziałam… To pańskie? – wskazałam kilka krasuli pasących się kawałek dalej.
- Nie, Stefaniakowej… Znowu w szkodę wlazły… Hej, Amnessis, zostaw, nie wolno! – chłop doskoczył do konia i szarpnął za powróz, którym ten był przywiązany do pachołka wbitego w ziemię. Aż się wzdrygnęłam. Przecież klacz tylko dopominała się o odrobinę pieszczoty….
Zaraz, zaraz… Amnessis…?
- To pana koń? – zapytałam z nagłym zainteresowaniem.
- Noooo… tak. Choć w sumie… Ja go ten… To klacz jest – wyjaśnił mętnie.
„Wiem” – pomyślałam.
- To w końcu pana, czy nie?
- Nooo… - chłop wyraźnie się wahał. – Ja pani powiem, bo pani będzie wiedzieć o co w tym chodzi…
Oparł się mocniej o widły i zaczął opowieść:
- Jakieś dwa lata temu przyjechał tu taki facet samochodem z taką fikuśną przyczepką. Garnitur, krawat i te sprawy. Wystrojony jak do kościoła, a pachniał jak cała perfumeria. Przychodzi do mnie i się pyta, czy mam pole. Mam, mówię. Jak to, nie mieć pola? A duże?, pyta. Ja mówię, że takie średnie. Myślałem, że kupić chce, więc chwalić zacząłem, nawet nie przesadzając za bardzo…
Słuchałam z uwagą opowieści, głaszcząc bezwiednie po chrapach klacz, która ufnie przylgnęła do mojego ramienia. Coś mi świtało. Amnessis… Słyszałam coś o koniu o tym imieniu… Tylko co?
- …ale facet nie chciał pola tylko zaczął się pytać czy na koniach się znam. Ano znam się, mówię. I facet zaproponował mi taki interes: Zostawi mi konia, zapłaci za opiekę, a jeśli za dwa lata się po nią nie zgłosi, to klacz jest moja. No i przyprowadził ją i ja ją mam… - wskazał na klacz, która nagle ode mnie odskoczyła jak oparzona. – No, żeby mi to było ostatni raz! Pani wybaczy, ona lubi ludzi zaczepiać…
Nie zwróciłam na to uwagi, zamyślona.
- A… ten facet… Jak on się nazywał, pewnie pan nie pamięta…? – zagaiłam.
- Oczywiście, że pamiętam! – oburzył się chłop. – Było coś od rzepaku… O, wiem! Rzepicki!
Nazwisko uderzyło mnie jak obuchem.
- Rze-rze-rzepicki? – wyjąkałam, machinalnie głaskając klacz, która znowu do mnie podeszła.
- No, tak, a co?
- Ile pan chce za tą klacz? – zapytałam nagle bezbarwnym głosem.
- Ja… co?! – wykrzyknął. – A czym ja będę pole orał?!
- Kupi pan sobie nowego. Ile?
Chłop podrapał się po głowie.
- Eee… Pięć tysięcy?
Skinęłam głową.
- Zaraz wrócę. Pewnie dał panu jakieś papiery na tego konia?
- No… Taka gruba teka. Mam ją w szufladzie.
- To teczkę też poproszę. Pójdę do bankomatu i zaraz wracam.
Zostawiłam klacz razem z nieco zdezorientowanym chłopem i ruszyłam z powrotem do miasteczka. Moich znajomy i męża nie było. Postanowiłam, że poszukam ich później. Przez kwadrans szukałam bankomatu, w końcu jakiś udało mi się znaleźć. Wyglądał tak archaicznie, że obawiałam się, że pożre mi kartę, ale na szczęście udało mi się wypłacić pieniądze bez problemu.
Wróciłam do chłopa, który stał przy klaczy z teczką. I niepewną miną.
- Bo wie pani… - zaczął gdy tylko podeszłam. – Ja nie wiem, czy ten koń do mnie należy…
- Kiedy Rzepicki u pana był? – spytałam.
- W kwietniu, dwa lata temu.
- Teraz mamy lipiec. Dwa lata minęły. Koń jest pana. A zaraz mój – wyciągnęłam w jego stronę plik banknotów.
Facetowi zaświeciły się oczy.
- Mówi pani mój… No, dobra. Klacz jest pani. Czemu pani tka na niej zależy?
Uśmiechnęłam się.
- Zawsze chciałam mieć konia.
Siadłam z klaczą na rynku i czekałam na resztę. Przyszli po pół godzinie.
- No, jesteś wreszcie! Wszędzie cię szukaliśmy! – zawołał z lekkim wyrzutem Krzyś. – A… Co to? – zapytał mało inteligentnie, wskazując na Amnessis.
- Koń. Klacz. Amnessis.
- Coś mi mówi to imię… - mruknęła Karolina.
- Właśnie dlatego ją kupiłam. To koń Rzepickiego.
- Cooo?! – zawołali chóralnie.
Sprawa Rzepickiego była głośna. Był sławnym trenerem koni. Nieźle się na nich wzbogacił. Na hodowli, zawodach… Dwa lata temu zwrócono uwagę na jednego z jego źrebaków. Wróżono mu sukcesy na torach. Niestety Rzepicki wplątał się w jakieś nieczyste interesy i groziło mu więzienie. Zmył się nagle, ale go złapali i zamknęli na pięć lat za korupcję. Już wiemy, gdzie się wcześniej podziewał…
- Więc to… To jest sławna Amnessis? – zapytał Krzyś po chwili.
- Na to wygląda… - mruknęłam.
- Ale co ty zamierzasz z nią zrobić…? – zastanawiał się Adam.
- Teraz czy w najbliższej przyszłości?
- Tyś chyba zgłupiała! – wybuchnęła Karolina. – Gdzie ty ją będziesz trzymać?! Kto ją będzie trenował?! I jak ty chcesz ją przetransportować do naszej agroturystyki?!
- Pojadę na niej – odparłam spokojnie.
Karo zamurowało.
- A rodzice Krzysia mieszkają na wsi. Z tego co wiem mają tam jakąś stajnię… - Krzyś pokiwał głową, potwierdzając moje słowa. – A trenera się znajdzie. Wierz mi będzie wielu chętnych.
- Jak to na niej pojedziesz?! – Karolinę wreszcie odblokowało.
- Normalnie. Na oklep.
- Była ujeżdżana?
Wzruszyłam ramionami. Karolina pacnęła się w czoło.
- Wariatka.
Popukałam się w czoło.
- Kupiłam konia wyścigowego za pięć tysięcy. Każdy by oszalał.
- Ile?!
W odpowiedzi jedynie westchnęłam.
- Dobra, łapcie PKS i wyproście u gospodarzy jeden boks. Przygotujcie jakieś marchewki, jabłka i akcesoria do pielęgnacji. Trzeba ją wyczyścić…
- Nie dasz rady na niej przejechać – Adam liczył chwilę coś w głowie – 15 kilometrów.
- Dam. Jakby co to zadzwonię.
- Jak chcesz… - mruknęła zrezygnowana Karolina. Jedynie Krzyś się nie odzywał.
- Kochanie? – spytałam.
- Uważaj na siebie – powiedział jedynie, całując mnie w czoło. Autobus właśnie podjechał, więc pełni wahania wsiedli do niego.
- Dam radę, nie martwcie się! – zawołałam jeszcze nim drzwi z głośnym zgrzytem się zamknęły i zostałam sama z Amnessis.
- No i co, kochana? Dasz się dosiąść? – zwróciłam się do niej, patrząc w mądre ciemne oczy.
Podeszłam do niej i ostrożnie wsiadałam. Nawet nie drgnęła. Pogłaskałam ją po szyi. Na mojej dłoni pozostał brunatny ślad.
- A, fe! Co oni z tobą zrobili, skarbie?
Amnessis w odpowiedzi lekko napięła mięśni.
- Teraz zobaczymy czego cię nauczyli – popędziłam ją od razu do lekkiego kłusa. Posłusznie ruszyła. Kopyta cicho stukały po asfalcie.
Droga była pusta. Czułam jak powoli przyspiesza. Spowolniłam ją nie co, lękając się, że zbyt szybko się zmęczy, ona jednak nadal usiłowała przejść w galop.
- Hej, gdzie ci się tak śpieszy? – zagadnęłam. W odpowiedzi znów wydłużyła krok.
„No, dobra…” – pomyślałam i pogoniłam ja do galopu. Radośnie zarżała i wyrwała do przodu jak procy. Musiałam mocniej ścisnąć ją nogami, ażeby nie spaść.
Po paru kilometrach zatrzymałam ją na poboczu, by poskubała trochę trawy. O dziwo, nie wyglądała na zmęczoną.
- Jesteś fenomenalna – pochwiałam ją, a ona zarżała, jakby dziękując. Wsiadłam znów na nią i pojechałyśmy dalej spokojnym kłusem. Amnessis rwała się do galopu, ale jej an to nie pozwoliłam. Byłyśmy już niedaleko, nigdzie mi się nie spieszyło…
- Spokojnie, zdążymy – mruknęłam uspokajająco, a klacz przestała się rwać do przodu i kłusowała dalej spokojnie szosą.

***

- Niesamowite! – wykrzyknął Marek, nasz gospodarz. – Do było… fantastyczne!
- Nie była zmęczona? – zapytał Krzyś. – Po tylu kilometrach?
- Nadal nie jest – odparłam lekko urażona.
- Ta finezja, ten krok…! – ekscytował się dalej Marek, prowadząc przeszczęśliwą Amnessis do stajni. Była w centrum zainteresowania i podobało jej się to.
Na ostatnim odcinku nie mogłam się powstrzymać i pozwoliłam Amnessis „dać z siebie wszystko”. Wiedziałam, że będą patrzeć. Nie mogłam się powstrzymać przed tym popisem…
W stajni Amnessis została nakarmiona i napojona. Potem wraz z Krzysiem i Karoliną zaczęłam ją czyścić. Marek nadal wychwalał ja pod niebiosa, a Adam przyglądał się temu z bezpiecznej odległości.
Po paru minutach porządnego szorowania udało się odkryć jej maść. Amnessis była koniem karym. Intensywnie czarna sierść lśniła w popołudniowym słońcu. Wyczesałam jej aksamitną grzywę i raz jeszcze spojrzałam w mądre oczy. Białe znamię w kształcie plamy mleka, jej znak rozpoznawczy nadawało jej nieco zawadiacki wygląd.
- Będziesz ją trenować? – zapytał ktoś.
- Nie pozwolę jej się zmarnować.
- Jak ją przewieziesz do Warszawy? Musimy wcześniej wracać…?
- Zaraz zabierzemy ją na łąkę…
- Może spać w boksie razem z Pegazem…
Moi przyjaciele rozmawiali za moimi plecami, ale ja widziałam tylko czarne oczy Amnessis. Nareszcie moje marzenie się spełniło. Miałam własnego konia. I to nie byle jakiego konia.
Byłam właścicielką Amnessis.
__________
A więc był taki okres w moim życiu, kiedy próbowałam swoich sił w hippice. Nie udało mi się tego hobby rozwinąć, nad czym mocno ubolewam, bo sprawiało mi to przyjemność. 
Nie od dziś wiadomo, że moją (wcale nie taką) skrytą miłością są Bieszczady, a w połączeniu tych dwóch czynników powstało opowiadanie, które w pierwotnej (absolutnie nie nadającej się do publikacji) wersji nosiło jakże kreatywny tytuł "Koń z Baligrodu". Jakiś czas później zostało definitywnie zredagowane i w takiej wersji jaka widnieje powyżej funkcjonuje do dziś. Funduję Wam przekrój przez różne etapy mojej twórczości, ten oceniłabym na początek liceum, a więc już jakieś cztery lata minęły ;).
O Bieszczadach będzie jeszcze nie raz, o koniach raczej już nie.
A szkoda.
PS: Następny jednopart będzie skokowy, obiecuję!
PS2: Jeszcze szybciutko: WESOŁYCH ŚWIĄT!

czwartek, 1 grudnia 2016

MYŚL #2: Szkoła to ZŁO!

Skoro już wlazłam z butami w tę edukację, to niech będzie.
Czy ta myśl będzie o likwidacji gimnazjów...?
Chyba tak.
Tym razem postaram się streścić, choć o szkole mogłabym pisać bez końca. Wbrew tytułowi, nie dlatego, że uważam ją za coś okropnego, przekornie nie będę wieszać na niej psów. Ja do szkoły bardzo lubiłam chodzić, bardzo lubiłam zdobywać wiedzę (nie mylić z "uczyć się", bo leniem jestem patentowanym i do książek zagonić mnie trudno do dziś) i zawsze miałam problem ze zrozumieniem ludzi mówiących, że "szkoła jest głupia".

Trochę pomysł na ten felieton mi się zmienił, bo zobaczyłam proponowaną listę lektur do ośmioletniej podstawówki i scyzoryk mi się w kieszeni otworzył. Taki świeżo zatemperowany, skoro już się literatury trzymamy. Dla ciekawych tutaj LINK DO LISTY LEKTUR zaproponowanych przez MEN.
Więc teraz - co ma piernik do wiatraka (siedem liter i kończy się na "K"), czyli jak się ma tytuł do wstępu i do tego, co tu przed chwilą napisałam.

To ja się skupię na języku polskim i matematyce, bo świat się zazwyczaj dzieli na dwa obozy - poloniści i matematycy, a opozycja to zło i szatani, bez kija nie tykać. I to przez szmatę najlepiej.
No, bo na co to komu? Po co jakieś głupie funkcje, logarytmy, graniiii... a pardon to rozszerzenie, cofam, to się tylko dla inżynierów liczy; ...delty-srejty, nie wiadomo co jeszcze? No po co? Przyda się to na co komuś?
Pomijając fakt, że podstawy matematyki trzeba znać, żeby pani kasjerka nas na kasie nie ocyganiła na 70 groszy (grosz do grosza i będą dwa grosze, pamiętajcie!), to geometrię też warto, zwłaszcza panowie powinni, coby swoim lubym półki na książki potrafili samodzielnie postawić, a nie wołać majstra, który muskularny, przystojny i jeszcze luba da z takim nogę do Paryża. Więc ten, geometria podstawą udanego związku, o!
A poważniej, to ja, dwa lata po maturze, logarytmów używałam raz, trygonometrii ze trzy, delty ani razu. Nie licząc robienia zadań z matmy dla sportu, oczywiście (świetny sposób na odstresowanie po uczelni, polecam!). Czy uważam, że zmarnowałam te liczne godziny przesiedziane w klasie najukochańszej pani B.? Absolutnie. Bo może ja i jestem dziwna, ale staram się patrzeć szerzej, zastanowić się, co da mi wiedza, która pozornie wydaje się bezużyteczna (nie, to nie jest lokowanie produktu). A wiecie czego uczy nas matematyka, królowa nauk jakby nie było (choć niektórzy twierdzą, że to miano należy się filozofii, więc nie będę polemizować)? MATEMATYKA UCZY LOGICZNEGO MYŚLENIA. Wszystkie przedmioty ścisłe zresztą, bo w większości opierają się na matmie (to znaczy biologia na chemii, chemia na fizyce, a fizyka na matmie, tak dla ścisłości). Uczą układać nam schemat postępowania, szukać analogii, budować rozwiązania. Bardzo przydatne w dzisiejszym świecie, by nie podążać za tłumem, a szukać własnej drogi do celu. I choć to język polski jest uważany, za ten bardziej "swobodny" przedmiot, to właśnie matematyka uczy nas szukać, drążyć i odkrywać, że można inaczej.

A jak już o tym polskim rozmawiamy... To to już w ogóle niepotrzebne! Przecież jestem Polakiem! Umiem mówić po polsku! I żaden Sienkiewicz nie jest mi do tego potrzebny! (Biedny Henio, obrywa mu się ostatnio ode mnie, może to przez ten rok sienkiewiczowski...). Wiersze? Rozbiór logiczny zdania? PO CO?!
Już tłumaczę po co. Myślę, że dużo się nie pomylę, jeśli powiem, że może zaledwie 10% Polaków poprawnie posługuje się językiem polskim. I ja w tych 10% się nie znajduję, a piszę tu do Was, wyrzucam żale, serce, duszę, wątrobę. W języku polskim, oczywiście (pomijam anglicyzmy i obcojęzyczne wtrącenia). To nie znaczy jednak, że wiem o tym języku wystarczająco dużo, by uniknąć problemów w komunikacji, a to jest nadrzędny cel nauki języka - bezproblemowa komunikacja z innymi jego użytkownikami.
Podam tutaj banalny przykład bynajmniej i przynajmniej. Mnóstwo osób traktuje je jako synonimy, a tak wcale nie jest. A takie pomyłki mogą wprowadzić problemy w komunikacji, o interpunkcji w języku pisanym ja się już wypowiadać nie będę (bo po pierwsze, to moja pięta Achillesowa, a po drugie, już się zupełnie zbulwersuję tego wieczora). A jeśli ktoś nie wie, czym się wyżej wymienione słowa różnią, to tutaj wam zaproponuję małą kryptoreklamę.
I tutaj tak mimowolnie dotknęłam drugiego aspektu nauczania języka polskiego. Chodzi mi o tę "piętę Achillesową". Wiecie doskonale, że chodzi o to, że to mój słaby punkt, a nie, że mam fetysz stóp, bo mam i to jeszcze podpadający pod nekrofilię, bo ten Grek od wielu wieków już jest martwy. Przez tę pietę właśnie. A wiecie to, bo coś tam przeczytaliście w swoim życiu, bo "tak się mówi". I skoro "tak się mówi" to wypadałoby, by ogół społeczeństwa wiedział o rzeczach, o których "się mówi". I by było to coś więcej, niż kolejny rozwód w Hollywood.
Źródło
Jest takie piękne słowo kultura. Kultura właśnie stanowi o tym, że jesteśmy homo sapiens, a nie jakimiś szympansami czy orangutanami (bez obrazy dla miłośników zwierząt wszelakich). Więc chyba wypadałoby tę kulturę trochę znać, prawda? Zwłaszcza tę związaną ze swoim krajem, tę, która na rozwój naszej cywilizacji miała największy wpływ. Te wszystkie pięty, puszki i syzyfowe prace, jeśli już mam się trzymać tej mitologii. Musimy wiedzieć skąd się wywodzimy, w jaki sposób zbudowano ten świat, w którym teraz żyjemy. A budowali go nie tylko odkrywcy, matematycy i wynalazcy, ale także filozofowie i poeci. Nie można budować przyszłości - a my ponoć przyszłością tego świata jesteśmy (kto to powiedział, moi kochani, no kto?) - nie znając przeszłości.

Tutaj mogłabym płynnie przejść do znęcania się nad koniecznością poznania historii, która jak wiecie lubi się powtarzać, ale myślę, że tyle starczy na dziś marudzenia. To czego szkoła nie uczy choć powinna, to temat to na zupełnie inny pseudo-felieton. Wydaje mi się, że już wiecie co mam na myśli.

Bo szkoła nie jest zła. To nie jest kucie na pamięć bezsensownych wzorów, robienie nieprzydatnych zadań, czy czytania jakichś zmurszałych ksiąg... A tak przynajmniej powinno być.
Trzeba tylko trafić na odpowiedniego nauczyciela. Nauczyciela, który pokaże właśnie to, co próbowałam Wam tu przedstawić - że to nie o to chodzi, by umieć obliczyć miejsce zerowe funkcji kwadratowej. Chodzi o to, by umieć znaleźć rozwiązanie problemu, na podstawie setek wcześniej przeanalizowanych podobnych problemów. A jeżeli dane rozwiązanie nie jest możliwe do zastosowania, poszukać innego na podstawie danych i zdobytych informacji.
Nie chodzi o to, by wiedzieć jaki motyw widniał na zastawie w Soplicowie (Sejm Czteroletni). Chodzi o to, by umieć dostrzegać symbole, interpretować je i odpowiadać na nie w odpowiedni sposób. By wznieść naszą egzystencje na poziom wyższy niż rozmowa na temat pogody i ceny piwa w Żabce (to też nie jest lokowanie produktu). Nie każdy z nas musi być magistrem, czy też profesorem, ale każdy powinien mieć szansę rozumieć otaczający go świat. A ten opiera się na kulturze, przed której poznaniem tak bardzo się wzbraniamy.

A jak wygląda taki nauczyciel? Nauczyciel z pasją? To wysoki, przystojny brunet, lat trzydzieści osoba, która inspiruje swoich uczniów. Pokazuje im więcej niż musi, siedzi po godzinach upewniając się, że każdy zrozumiał wymagane treści. Który sprawia, że aż chce się uczyć, że dostrzegamy sens w tym, co robimy.
Ja miałam takich nauczycieli, mowa tu zwłaszcza o wspomnianej już przeze mnie pani B. (pozdrawiam gorąco!). Pani B. była moją wychowawczynią przez 6 lat (gimnazjum + liceum), nauczycielką matematyki na podstawie oraz rozszerzeniu i nadal jest najukochańszą osobą na świecie, bo cały czas dopytuje się co tam u nas słychać (i nadal krzyczy na nas, że z nas takie baranki boże, co się dają łatwo zamanipulować). Traktowała nas jak własne dzieci (fakt, że kumplowaliśmy się z jej synem nie miał nic do rzeczy), wychowywała na "na ludzi", uczyła samodzielnie myśleć (To wasza sala, a wy daliście się z niej tak po prostu wyciepnąć? Wracać mi tam zaraz, pan S. niech idzie ze swoją klasą do katakumb! vel. Mikołajki 2009). Im byliśmy starsi, tym bardziej przyjacielski stosunek do nas miała. Czego pani dyrektor nie widzi, tego sercu nie żal. Wymagała od nas więcej niż musiała, bo wiedziała, że może. A raczej wiedziała, czego nie może - zmarnować naszego potencjału.
I nie chodzi o to, że byliśmy jakimiś geniuszami, nie. Chodzi o ten potencjał, który posiada każdy młody człowiek - zdolność do nauki i rozwijania swojej wiedzy w tempie, którego nie będzie już mieć nigdy później. Chciałabym mieć dziś takie możliwości pojmowania, jakie miałam jeszcze 5-6 lat temu, wierzcie mi.
Miała zwyczaj, że zimą, w klasie maturalnej, zabierała maturzystów do swojego domku w górach i przez dwa tygodnie rozwiązywała z nimi zadania maturalne. Wyglądało to tak, że po śniadaniu połowa grupy zostawała w kuchni i liczyła, a połowa szla na narty/spacer. A po obiedzie następowała zamiana. No i sympatyczne wieczorki przy herbatce i jej życiowe porady dotyczące wszelakich sfer życia. Tydzień przed maturą, rozszerzeniowcy siedzieli u niej od rana do nocy, robiąc zadania, a to zaprocentowało (jej syn aż się komuś żalił, że przez nas nie miał obiadu przez tydzień, a takiego bałaganu to on od lat w domu nie widział - bo mama nie gotuje i nie sprząta, tylko zadania z nami liczy od tygodnia). Zaprocentowało takimi wynikami na maturze, że 70-80% to była nasza klasowa średnia.
Ale to nie o wyniki przecież chodzi.
Chodzi o to, że pani B. poświęcała swój wolny czas, hektolitry herbaty, święty spokój swojego męża oraz psa i żołądek własnego syna, bylebyśmy tylko z tych 6 lat nauki wyciągnęli jak najwięcej.
I wyciągnęliśmy, zaufajcie mi.

I tak na podsumowanie wrócę do tej reformy szkolnictwa.
Nieważne, czy będą te gimnazja, czy nie. Nieważne, jaka będzie podstawa programowa, czy będzie ten Tadek w podstawówce i "Igrzyska Śmierci" jako uzupełnienie, czy też nie.
Jeśli uczeń - nawet najbardziej krnąbrny i nastawiony na NIE - trafi na nauczyciela z pasją, prawdziwą PASJĄ, to wyniesie z tych 12 (13) lat edukacji więcej, niż MEN przewiduje. I tym lepiej dla niego!
A jeśli nie...
Jeśli nie, to już mu nic nie pomoże, chyba że sam zbierze się w sobie i na własną rękę będzie się rozwijał.
I już na samiutki koniec, zacytuję Wam mojego tatę:

Głupim społeczeństwem łatwiej się rządzi.

...a Wy zróbcie z tym cytatem co chcecie. W końcu szkoła uczy nas wyłapywać aluzje, prawda?