Od zawsze pragnęłam mieć własnego konia. Uwielbiałam te istoty.
Może i nie jeździłam jakoś fenomenalnie, ale sama możliwość
przebywania wśród nich, sprawiała, że serce drgało mi radośnie.
To spojrzenie mądrych oczu, lśniąca sierść i bijące od nich
Jeździć zaczęłam, gdy miałam osiem lat. Jak już mówiłam, nie
byłam żadnym wielkim dżokejem, ale mogłam sobie spokojnie
pogalopować w dal na Bałaganie, koniu, który pierwszy zdobył moje
serce. A ja jego. Jako źrebak był strasznie niesforny.
Miałam dwanaście lat, kiedy przyszłam do ośrodka jeździeckiego,
w którym byłam zapisana i oznajmiono mi, że Angela w końcu się
oźrebiła. Czym prędzej pobiegłam obejrzeć owo narodzone
stworzenie. Stało niepewnie na zbyt długich nóżkach w boksie
matki. Brązowo-białe łaty upodabniały go nieco do młodej,
łagodnej krówki, ale nic bardziej mylnego. Wierzgał i kopał,
czasem jego małe, jeszcze nie podkute kopytka dosięgały nawet
brzucha biednej Angeli, która prychała oburzona. Gdy przyszłam,
siano było rozrzucone po całym boksie, a jedna ze sztachet
nadłamana. Może była spróchniała…
- Matko! Co za bałagan! – załamała ręce pani Agnieszka, a potem
zaczęliśmy tak nazywać niesfornego źrebaka i tak zostało. Co
prawda byli tacy, co usiłowali przechrzcić go na Bajzla, ale konik
nie reagował. Na Błagana zazwyczaj też nie.
Rósł i rósł i czynił coraz więcej szkód. Nie dawał się
ujeździć, przeskakiwał ploty i wchodził w szkodę. Widać było,
że ma ogromny potencjał, więc próbowano go jakoś okiełznać.
Jednak wszelkie próby spełzły na niczym. Mnie zaś nie pozwalano
się do niego zbliżać. Okazało się to błędem.
Ćwiczyłam skoki przez przeszkody na jednej z klaczy, gdy Bałagan
nagle przeskoczył przez barierkę pastwiska i wpadł na nasz padok.
Klacz wystraszyła się, ale udało mi się ją uspokoić. Bałagan
krążył wokół nas i usiłował zaczepiać ją, a ona parskała
niespokojnie. Poprowadziłam ją do stajni, a Bałagan szedł za
nami. Usiłowałam nie zwracać na niego uwagi. Zamknęłam klacz w
boksie i wyszłam na zewnątrz. Bałagan wciąż czekał. O dziwo
stał spokojnie, co było rzadkim widokiem. Podeszłam do niego i
pogłaskałam go po chrapach.
- Oj, Bałagan, Bałagan… Czemu robisz wokół siebie tyle
zamieszania…?
Nie wiem, jakim sposobem znalazłam się na jego grzbiecie. Naprawdę
nie mam pojęcia. Nawet nie pomyślałam o tym, że nie potrafię
jeździć na oklep. Po prostu pojechałam.
- Monika!!! Co ty wyprawiasz?! – usłyszałam nagle za plecami, a
Bałagan poniósł. Nie, nie poniósł, po prostu pogalopował. Był
niesamowicie szybki.
I tak oto, z nieznanych mi powodów stałam się wybranką Bałagana.
Tylko mnie pozwalała się dosiadać. Stał spokojnie, tylko gdy ja
go oporządzałam. Mimo to się marnował. Nie mogłam z nim jechać
na zawody. Byłam za młoda, niedoświadczona…
Ale Bałagan nie należał do mnie. Był wiernym przyjacielem, a ja
zostałam prze niego wybrana. Ale należał do ośrodka. A mnie nie
było stać by go odkupić.
***
Dziesięć lat później pojechałam w Bieszczady z przyjaciółmi i
mężem. Tak, pomiędzy ujeżdżaniem Bałagana, a wakacjami w
Bieszczadach znalazłam czas na to, by się zakochać i wyjść za
mąż. Krzyś również był pasjonatem koni. Jego rodzice
przeprowadzili się na wieś, gdy ich syn poszedł na studia.
To były wspaniałe wakacje. Adam, mój brat bliźniak, z gitarą,
ukochany mąż i przyjaciółka oraz piękne góry. I konie,
oczywiście. Czego chcieć więcej. Gdy znudziło nam się tułanie
po polach namiotowych i obrzydło nam nieustanne mycie w strumyku,
znaleźliśmy miłą agroturystykę, która prowadziła mała
stajnie. Pięć uroczych koników. Jako mieszkańcy mieliśmy zniżkę.
Karolina łaskawie zostawała z Adamem, który jeździć nie
potrafił, a my z Krzysiem wybieraliśmy się na długie romantyczne
przejażdżki. Było cudownie.
Ale zaliczam się do osób, które nie mogą wysiedzieć długo w
jednym miejscu, więc pewnego dnia przy śniadaniu, zarządziłam:
- Jedziemy zwiedzać!
Towarzystwo nieco się ożywiło, gdyż im również zbrzydło
wygrzewanie się na kocyku w lipcowym słońcu. Nawet w towarzystwie
koni.
W przewodniku znaleźliśmy kilka atrakcji, jednak zdecydowaliśmy
się na Baligród. Niby nie było tam nic specjalnego, ale coś mnie
tam ciągnęło.
- O, jest tam cmentarz żydowski… Może to tam pochowano
pradziadka… - mruknęła Karolina.
- Twój dziadek był Żydem? – zdziwiłam się. Nigdy mi o tym nie
opowiadała.
- Pradziadek – sportowała. – Nie, nie był. Ale babcia mówiła,
że pochowano go na żydowskim cmentarzu gdzieś w tych okolicach…
- Możemy poszukać. Nie mamy nic lepszego do roboty – mruknął
Adam. Spakowaliśmy się, złapaliśmy jakiegoś busa i ruszyliśmy w
kierunku Baligrodu. Szybkim krokiem obeszliśmy miasto, a w zasadzie
miasteczko. Nie było byt wiele do zwiedzania. Karolina i Adam
oddalili się w kierunku kirkutu, a ja została z Krzysiem na rynku.
- To co…? – zapytałam, ale w tym momencie zadzwonił mu telefon.
- Przepraszam, kochanie, musze odebrać… To z firmy – przyłożył
telefon do ucha i oddalił się kawałek. Z doświadczenia
wiedziałam, że to może trochę potrwać, więc postanowiłam się
nieco przejść.
Ruszyłam przed siebie. Wkrótce nogi poniosły mnie na jakąś
zarośniętą łąkę. Przeszłam przez rozwalony płot i znalazłam
się na łące pełnej stokrotek. Wyjątkowo dorodnych stokrotek.
Przypomniało mi się dzieciństwo. Mama każdego lata plotła mi
wianki ze stokrotek. Gdy schyliłam się by sięgnąć po kwiatki coś
zwróciło moją uwagę.
Na skraju łąki, kilka metrów ode mnie stał koń. Wprawnym okiem
oceniłam, że to klacz. Mimo iż miała skołtunioną grzywę i
ubłocone oraz zakurzone boki w jej postawie widać było, że nie
jest takim sobie zwykłym koniem. Miała koło trzech lat i mocno
umięśnione nogi. Podeszłam do niej zaciekawiona.
Klacz uniosła pysk i spojrzała na mnie. Pogłaskałam ją po
chrapach. Parsknęła cicho i mnie uważnie obwąchała. Na czole
miała biały, nieregularny znak. Coś mi przypominał. Nie zdążyłam
sobie przypomnieć co, bo za plecami usłyszałam gderliwy głos:
- Ej, co tu robi?!
Obróciłam się i niemal wpadłam na chłopa opartego o wysłużone
widły. Patrzył na mnie nieprzyjaźnie.
- Czego chce? – zapytał znowu napastliwie.
- Ja… - zająknęłam się. Miałam ochotę pobyć jeszcze trochę
z piękną, ale zaniedbaną klaczą. Wydawała mi się znajoma… -
Ja po mleko przyszłam. Krowy tu widziałam… To pańskie? –
wskazałam kilka krasuli pasących się kawałek dalej.
- Nie, Stefaniakowej… Znowu w szkodę wlazły… Hej, Amnessis,
zostaw, nie wolno! – chłop doskoczył do konia i szarpnął za
powróz, którym ten był przywiązany do pachołka wbitego w ziemię.
Aż się wzdrygnęłam. Przecież klacz tylko dopominała się o
odrobinę pieszczoty….
Zaraz, zaraz… Amnessis…?
- To pana koń? – zapytałam z nagłym zainteresowaniem.
- Noooo… tak. Choć w sumie… Ja go ten… To klacz jest –
wyjaśnił mętnie.
„Wiem” – pomyślałam.
- To w końcu pana, czy nie?
- Nooo… - chłop wyraźnie się wahał. – Ja pani powiem, bo pani
będzie wiedzieć o co w tym chodzi…
Oparł się mocniej o widły i zaczął opowieść:
- Jakieś dwa lata temu przyjechał tu taki facet samochodem z taką
fikuśną przyczepką. Garnitur, krawat i te sprawy. Wystrojony jak
do kościoła, a pachniał jak cała perfumeria. Przychodzi do mnie i
się pyta, czy mam pole. Mam, mówię. Jak to, nie mieć pola? A
duże?, pyta. Ja mówię, że takie średnie. Myślałem, że kupić
chce, więc chwalić zacząłem, nawet nie przesadzając za bardzo…
Słuchałam z uwagą opowieści, głaszcząc bezwiednie po chrapach
klacz, która ufnie przylgnęła do mojego ramienia. Coś mi świtało.
Amnessis… Słyszałam coś o koniu o tym imieniu… Tylko co?
- …ale facet nie chciał pola tylko zaczął się pytać czy na
koniach się znam. Ano znam się, mówię. I facet zaproponował mi
taki interes: Zostawi mi konia, zapłaci za opiekę, a jeśli za dwa
lata się po nią nie zgłosi, to klacz jest moja. No i przyprowadził
ją i ja ją mam… - wskazał na klacz, która nagle ode mnie
odskoczyła jak oparzona. – No, żeby mi to było ostatni raz! Pani
wybaczy, ona lubi ludzi zaczepiać…
Nie zwróciłam na to uwagi, zamyślona.
- A… ten facet… Jak on się nazywał, pewnie pan nie pamięta…?
– zagaiłam.
- Oczywiście, że pamiętam! – oburzył się chłop. – Było coś
od rzepaku… O, wiem! Rzepicki!
Nazwisko uderzyło mnie jak obuchem.
- Rze-rze-rzepicki? – wyjąkałam, machinalnie głaskając klacz,
która znowu do mnie podeszła.
- No, tak, a co?
- Ile pan chce za tą klacz? – zapytałam nagle bezbarwnym głosem.
- Ja… co?! – wykrzyknął. – A czym ja będę pole orał?!
- Kupi pan sobie nowego. Ile?
Chłop podrapał się po głowie.
- Eee… Pięć tysięcy?
Skinęłam głową.
- Zaraz wrócę. Pewnie dał panu jakieś papiery na tego konia?
- No… Taka gruba teka. Mam ją w szufladzie.
- To teczkę też poproszę. Pójdę do bankomatu i zaraz wracam.
Zostawiłam klacz razem z nieco zdezorientowanym chłopem i ruszyłam
z powrotem do miasteczka. Moich znajomy i męża nie było.
Postanowiłam, że poszukam ich później. Przez kwadrans szukałam
bankomatu, w końcu jakiś udało mi się znaleźć. Wyglądał tak
archaicznie, że obawiałam się, że pożre mi kartę, ale na
szczęście udało mi się wypłacić pieniądze bez problemu.
Wróciłam do chłopa, który stał przy klaczy z teczką. I niepewną
miną.
- Bo wie pani… - zaczął gdy tylko podeszłam. – Ja nie wiem,
czy ten koń do mnie należy…
- Kiedy Rzepicki u pana był? – spytałam.
- W kwietniu, dwa lata temu.
- Teraz mamy lipiec. Dwa lata minęły. Koń jest pana. A zaraz mój
– wyciągnęłam w jego stronę plik banknotów.
Facetowi zaświeciły się oczy.
- Mówi pani mój… No, dobra. Klacz jest pani. Czemu pani tka na
niej zależy?
Uśmiechnęłam się.
- Zawsze chciałam mieć konia.
Siadłam z klaczą na rynku i czekałam na resztę. Przyszli po pół
godzinie.
- No, jesteś wreszcie! Wszędzie cię szukaliśmy! – zawołał z
lekkim wyrzutem Krzyś. – A… Co to? – zapytał mało
inteligentnie, wskazując na Amnessis.
- Koń. Klacz. Amnessis.
- Coś mi mówi to imię… - mruknęła Karolina.
- Właśnie dlatego ją kupiłam. To koń Rzepickiego.
- Cooo?! – zawołali chóralnie.
Sprawa Rzepickiego była głośna. Był sławnym trenerem koni.
Nieźle się na nich wzbogacił. Na hodowli, zawodach… Dwa lata
temu zwrócono uwagę na jednego z jego źrebaków. Wróżono mu
sukcesy na torach. Niestety Rzepicki wplątał się w jakieś
nieczyste interesy i groziło mu więzienie. Zmył się nagle, ale go
złapali i zamknęli na pięć lat za korupcję. Już wiemy, gdzie
się wcześniej podziewał…
- Więc to… To jest sławna Amnessis? – zapytał Krzyś po
chwili.
- Na to wygląda… - mruknęłam.
- Ale co ty zamierzasz z nią zrobić…? – zastanawiał się Adam.
- Teraz czy w najbliższej przyszłości?
- Tyś chyba zgłupiała! – wybuchnęła Karolina. – Gdzie ty ją
będziesz trzymać?! Kto ją będzie trenował?! I jak ty chcesz ją
przetransportować do naszej agroturystyki?!
- Pojadę na niej – odparłam spokojnie.
Karo zamurowało.
- A rodzice Krzysia mieszkają na wsi. Z tego co wiem mają tam jakąś
stajnię… - Krzyś pokiwał głową, potwierdzając moje słowa. –
A trenera się znajdzie. Wierz mi będzie wielu chętnych.
- Jak to na niej pojedziesz?! – Karolinę wreszcie odblokowało.
- Normalnie. Na oklep.
- Była ujeżdżana?
Wzruszyłam ramionami. Karolina pacnęła się w czoło.
- Wariatka.
Popukałam się w czoło.
- Kupiłam konia wyścigowego za pięć tysięcy. Każdy by oszalał.
- Ile?!
W odpowiedzi jedynie westchnęłam.
- Dobra, łapcie PKS i wyproście u gospodarzy jeden boks.
Przygotujcie jakieś marchewki, jabłka i akcesoria do pielęgnacji.
Trzeba ją wyczyścić…
- Nie dasz rady na niej przejechać – Adam liczył chwilę coś w
głowie – 15 kilometrów.
- Dam. Jakby co to zadzwonię.
- Jak chcesz… - mruknęła zrezygnowana Karolina. Jedynie Krzyś
się nie odzywał.
- Kochanie? – spytałam.
- Uważaj na siebie – powiedział jedynie, całując mnie w czoło.
Autobus właśnie podjechał, więc pełni wahania wsiedli do niego.
- Dam radę, nie martwcie się! – zawołałam jeszcze nim drzwi z
głośnym zgrzytem się zamknęły i zostałam sama z Amnessis.
- No i co, kochana? Dasz się dosiąść? – zwróciłam się do
niej, patrząc w mądre ciemne oczy.
Podeszłam do niej i ostrożnie wsiadałam. Nawet nie drgnęła.
Pogłaskałam ją po szyi. Na mojej dłoni pozostał brunatny ślad.
- A, fe! Co oni z tobą zrobili, skarbie?
Amnessis w odpowiedzi lekko napięła mięśni.
- Teraz zobaczymy czego cię nauczyli – popędziłam ją od razu do
lekkiego kłusa. Posłusznie ruszyła. Kopyta cicho stukały po
asfalcie.
Droga była pusta. Czułam jak powoli przyspiesza. Spowolniłam ją
nie co, lękając się, że zbyt szybko się zmęczy, ona jednak
nadal usiłowała przejść w galop.
- Hej, gdzie ci się tak śpieszy? – zagadnęłam. W odpowiedzi
znów wydłużyła krok.
„No, dobra…” – pomyślałam i pogoniłam ja do galopu.
Radośnie zarżała i wyrwała do przodu jak procy. Musiałam
mocniej ścisnąć ją nogami, ażeby nie spaść.
Po paru kilometrach zatrzymałam ją na poboczu, by poskubała trochę
trawy. O dziwo, nie wyglądała na zmęczoną.
- Jesteś fenomenalna – pochwiałam ją, a ona zarżała, jakby
dziękując. Wsiadłam znów na nią i pojechałyśmy dalej spokojnym
kłusem. Amnessis rwała się do galopu, ale jej an to nie
pozwoliłam. Byłyśmy już niedaleko, nigdzie mi się nie spieszyło…
- Spokojnie, zdążymy – mruknęłam uspokajająco, a klacz
przestała się rwać do przodu i kłusowała dalej spokojnie szosą.
***
- Niesamowite! – wykrzyknął Marek, nasz gospodarz. – Do było…
fantastyczne!
- Nie była zmęczona? – zapytał Krzyś. – Po tylu kilometrach?
- Nadal nie jest – odparłam lekko urażona.
- Ta finezja, ten krok…! – ekscytował się dalej Marek,
prowadząc przeszczęśliwą Amnessis do stajni. Była w centrum
zainteresowania i podobało jej się to.
Na ostatnim odcinku nie mogłam się powstrzymać i pozwoliłam
Amnessis „dać z siebie wszystko”. Wiedziałam, że będą
patrzeć. Nie mogłam się powstrzymać przed tym popisem…
W stajni Amnessis została nakarmiona i napojona. Potem wraz z Krzysiem
i Karoliną zaczęłam ją czyścić. Marek nadal wychwalał ja pod
niebiosa, a Adam przyglądał się temu z bezpiecznej odległości.
Po paru minutach porządnego szorowania udało się odkryć jej maść.
Amnessis była koniem karym. Intensywnie czarna sierść lśniła w
popołudniowym słońcu. Wyczesałam jej aksamitną grzywę i raz
jeszcze spojrzałam w mądre oczy. Białe znamię w kształcie plamy
mleka, jej znak rozpoznawczy nadawało jej nieco zawadiacki wygląd.
- Będziesz ją trenować? – zapytał ktoś.
- Nie pozwolę jej się zmarnować.
- Jak ją przewieziesz do Warszawy? Musimy wcześniej wracać…?
- Zaraz zabierzemy ją na łąkę…
- Może spać w boksie razem z Pegazem…
Moi przyjaciele rozmawiali za moimi plecami, ale ja widziałam tylko
czarne oczy Amnessis. Nareszcie moje marzenie się spełniło. Miałam
własnego konia. I to nie byle jakiego konia.
Byłam właścicielką Amnessis.
__________
A więc był taki okres w moim życiu, kiedy próbowałam swoich sił w hippice. Nie udało mi się tego hobby rozwinąć, nad czym mocno ubolewam, bo sprawiało mi to przyjemność.
Nie od dziś wiadomo, że moją (wcale nie taką) skrytą miłością są Bieszczady, a w połączeniu tych dwóch czynników powstało opowiadanie, które w pierwotnej (absolutnie nie nadającej się do publikacji) wersji nosiło jakże kreatywny tytuł "Koń z Baligrodu". Jakiś czas później zostało definitywnie zredagowane i w takiej wersji jaka widnieje powyżej funkcjonuje do dziś. Funduję Wam przekrój przez różne etapy mojej twórczości, ten oceniłabym na początek liceum, a więc już jakieś cztery lata minęły ;).
O Bieszczadach będzie jeszcze nie raz, o koniach raczej już nie.
A szkoda.
PS: Następny jednopart będzie skokowy, obiecuję!
PS2: Jeszcze szybciutko: WESOŁYCH ŚWIĄT!
PS2: Jeszcze szybciutko: WESOŁYCH ŚWIĄT!
Krótko... :/
OdpowiedzUsuńKolejne nietypowe opowiadanie. Przywykłam do tego, że twoje dzieła są... Inne? :)
Co nie znaczy że nie wyszło. Po prostu nie pasujesz mi do takich opowiadań.
Bieszczady. Nie byłam ale mam nadzieję że dzięki opisom w twoich opowiadaniach, będę chciała tam kiedykolwiek pojechać.
Co mogę więcej powiedzieć? Na święta takie spokojne opowiadanie pasuje i jest magicznie :)
Wesołych swiąt!
Ola
A do jakich Ci pasuję? XD
UsuńFunduję Wam tu przekrój przez różne etapy mojej twórczości, więc efekt może być różny ;).
Bieszczady polecam! Z całego serduszka!
Wesołych! :*
http://m.interia.pl/kobieta/news,nId,2339829
OdpowiedzUsuńSerio super sprawa.