Skoro już wlazłam z butami w tę edukację, to niech będzie.
Tym razem postaram się streścić, choć o szkole mogłabym pisać bez końca. Wbrew tytułowi, nie dlatego, że uważam ją za coś okropnego, przekornie nie będę wieszać na niej psów. Ja do szkoły bardzo lubiłam chodzić, bardzo lubiłam zdobywać wiedzę (nie mylić z "uczyć się", bo leniem jestem patentowanym i do książek zagonić mnie trudno do dziś) i zawsze miałam problem ze zrozumieniem ludzi mówiących, że "szkoła jest głupia".
Trochę pomysł na ten felieton mi się zmienił, bo zobaczyłam proponowaną listę lektur do ośmioletniej podstawówki i scyzoryk mi się w kieszeni otworzył. Taki świeżo zatemperowany, skoro już się literatury trzymamy. Dla ciekawych tutaj LINK DO LISTY LEKTUR zaproponowanych przez MEN.
Więc teraz - co ma piernik do wiatraka(siedem liter i kończy się na "K"), czyli jak się ma tytuł do wstępu i do tego, co tu przed chwilą napisałam.
To ja się skupię na języku polskim i matematyce, bo świat się zazwyczaj dzieli na dwa obozy - poloniści i matematycy, a opozycja to zło i szatani, bez kija nie tykać. I to przez szmatę najlepiej.
No, bo na co to komu? Po co jakieś głupie funkcje, logarytmy, graniiii... a pardon to rozszerzenie, cofam, to się tylko dla inżynierów liczy; ...delty-srejty, nie wiadomo co jeszcze? No po co? Przyda się to na co komuś?
Pomijając fakt, że podstawy matematyki trzeba znać, żeby pani kasjerka nas na kasie nie ocyganiła na 70 groszy (grosz do grosza i będą dwa grosze, pamiętajcie!), to geometrię też warto, zwłaszcza panowie powinni, coby swoim lubym półki na książki potrafili samodzielnie postawić, a nie wołać majstra, który muskularny, przystojny i jeszcze luba da z takim nogę do Paryża. Więc ten, geometria podstawą udanego związku, o!
A poważniej, to ja, dwa lata po maturze, logarytmów używałam raz, trygonometrii ze trzy, delty ani razu. Nie licząc robienia zadań z matmy dla sportu, oczywiście (świetny sposób na odstresowanie po uczelni, polecam!). Czy uważam, że zmarnowałam te liczne godziny przesiedziane w klasie najukochańszej pani B.? Absolutnie. Bo może ja i jestem dziwna, ale staram się patrzeć szerzej, zastanowić się, co da mi wiedza, która pozornie wydaje się bezużyteczna (nie, to nie jest lokowanie produktu). A wiecie czego uczy nas matematyka, królowa nauk jakby nie było (choć niektórzy twierdzą, że to miano należy się filozofii, więc nie będę polemizować)? MATEMATYKA UCZY LOGICZNEGO MYŚLENIA. Wszystkie przedmioty ścisłe zresztą, bo w większości opierają się na matmie (to znaczy biologia na chemii, chemia na fizyce, a fizyka na matmie, tak dla ścisłości). Uczą układać nam schemat postępowania, szukać analogii, budować rozwiązania. Bardzo przydatne w dzisiejszym świecie, by nie podążać za tłumem, a szukać własnej drogi do celu. I choć to język polski jest uważany, za ten bardziej "swobodny" przedmiot, to właśnie matematyka uczy nas szukać, drążyć i odkrywać, że można inaczej.
A jak już o tym polskim rozmawiamy... To to już w ogóle niepotrzebne! Przecież jestem Polakiem! Umiem mówić po polsku! I żaden Sienkiewicz nie jest mi do tego potrzebny! (Biedny Henio, obrywa mu się ostatnio ode mnie, może to przez ten rok sienkiewiczowski...). Wiersze? Rozbiór logiczny zdania? PO CO?!
Już tłumaczę po co. Myślę, że dużo się nie pomylę, jeśli powiem, że może zaledwie 10% Polaków poprawnie posługuje się językiem polskim. I ja w tych 10% się nie znajduję, a piszę tu do Was, wyrzucam żale, serce, duszę, wątrobę. W języku polskim, oczywiście (pomijam anglicyzmy i obcojęzyczne wtrącenia). To nie znaczy jednak, że wiem o tym języku wystarczająco dużo, by uniknąć problemów w komunikacji, a to jest nadrzędny cel nauki języka - bezproblemowa komunikacja z innymi jego użytkownikami.
Podam tutaj banalny przykład bynajmniej i przynajmniej. Mnóstwo osób traktuje je jako synonimy, a tak wcale nie jest. A takie pomyłki mogą wprowadzić problemy w komunikacji, o interpunkcji w języku pisanym ja się już wypowiadać nie będę (bo po pierwsze, to moja pięta Achillesowa, a po drugie, już się zupełnie zbulwersuję tego wieczora). A jeśli ktoś nie wie, czym się wyżej wymienione słowa różnią, to tutaj wam zaproponuję małą kryptoreklamę.
I tutaj tak mimowolnie dotknęłam drugiego aspektu nauczania języka polskiego. Chodzi mi o tę "piętę Achillesową". Wiecie doskonale, że chodzi o to, że to mój słaby punkt, a nie, że mam fetysz stóp,bo mam i to jeszcze podpadający pod nekrofilię, bo ten Grek od wielu wieków już jest martwy. Przez tę pietę właśnie. A wiecie to, bo coś tam przeczytaliście w swoim życiu, bo "tak się mówi". I skoro "tak się mówi" to wypadałoby, by ogół społeczeństwa wiedział o rzeczach, o których "się mówi". I by było to coś więcej, niż kolejny rozwód w Hollywood.
Jest takie piękne słowo kultura. Kultura właśnie stanowi o tym, że jesteśmy homo sapiens, a nie jakimiś szympansami czy orangutanami (bez obrazy dla miłośników zwierząt wszelakich). Więc chyba wypadałoby tę kulturę trochę znać, prawda? Zwłaszcza tę związaną ze swoim krajem, tę, która na rozwój naszej cywilizacji miała największy wpływ. Te wszystkie pięty, puszki i syzyfowe prace, jeśli już mam się trzymać tej mitologii. Musimy wiedzieć skąd się wywodzimy, w jaki sposób zbudowano ten świat, w którym teraz żyjemy. A budowali go nie tylko odkrywcy, matematycy i wynalazcy, ale także filozofowie i poeci. Nie można budować przyszłości - a my ponoć przyszłością tego świata jesteśmy (kto to powiedział, moi kochani, no kto?) - nie znając przeszłości.
Tutaj mogłabym płynnie przejść do znęcania się nad koniecznością poznania historii, która jak wiecie lubi się powtarzać, ale myślę, że tyle starczy na dziś marudzenia. To czego szkoła nie uczy choć powinna, to temat to na zupełnie inny pseudo-felieton. Wydaje mi się, że już wiecie co mam na myśli.
Bo szkoła nie jest zła. To nie jest kucie na pamięć bezsensownych wzorów, robienie nieprzydatnych zadań, czy czytania jakichś zmurszałych ksiąg... A tak przynajmniej powinno być.
Trzeba tylko trafić na odpowiedniego nauczyciela. Nauczyciela, który pokaże właśnie to, co próbowałam Wam tu przedstawić - że to nie o to chodzi, by umieć obliczyć miejsce zerowe funkcji kwadratowej. Chodzi o to, by umieć znaleźć rozwiązanie problemu, na podstawie setek wcześniej przeanalizowanych podobnych problemów. A jeżeli dane rozwiązanie nie jest możliwe do zastosowania, poszukać innego na podstawie danych i zdobytych informacji.
Nie chodzi o to, by wiedzieć jaki motyw widniał na zastawie w Soplicowie(Sejm Czteroletni). Chodzi o to, by umieć dostrzegać symbole, interpretować je i odpowiadać na nie w odpowiedni sposób. By wznieść naszą egzystencje na poziom wyższy niż rozmowa na temat pogody i ceny piwa w Żabce (to też nie jest lokowanie produktu). Nie każdy z nas musi być magistrem, czy też profesorem, ale każdy powinien mieć szansę rozumieć otaczający go świat. A ten opiera się na kulturze, przed której poznaniem tak bardzo się wzbraniamy.
A jak wygląda taki nauczyciel? Nauczyciel z pasją? Towysoki, przystojny brunet, lat trzydzieści osoba, która inspiruje swoich uczniów. Pokazuje im więcej niż musi, siedzi po godzinach upewniając się, że każdy zrozumiał wymagane treści. Który sprawia, że aż chce się uczyć, że dostrzegamy sens w tym, co robimy.
Ja miałam takich nauczycieli, mowa tu zwłaszcza o wspomnianej już przeze mnie pani B. (pozdrawiam gorąco!). Pani B. była moją wychowawczynią przez 6 lat (gimnazjum + liceum), nauczycielką matematyki na podstawie oraz rozszerzeniu i nadal jest najukochańszą osobą na świecie, bo cały czas dopytuje się co tam u nas słychać (i nadal krzyczy na nas, że z nas takie baranki boże, co się dają łatwo zamanipulować). Traktowała nas jak własne dzieci(fakt, że kumplowaliśmy się z jej synem nie miał nic do rzeczy), wychowywała na "na ludzi", uczyła samodzielnie myśleć (To wasza sala, a wy daliście się z niej tak po prostu wyciepnąć? Wracać mi tam zaraz, pan S. niech idzie ze swoją klasą do katakumb! vel. Mikołajki 2009). Im byliśmy starsi, tym bardziej przyjacielski stosunek do nas miała. Czego pani dyrektor nie widzi, tego sercu nie żal. Wymagała od nas więcej niż musiała, bo wiedziała, że może. A raczej wiedziała, czego nie może - zmarnować naszego potencjału.
I nie chodzi o to, że byliśmy jakimiś geniuszami, nie. Chodzi o ten potencjał, który posiada każdy młody człowiek - zdolność do nauki i rozwijania swojej wiedzy w tempie, którego nie będzie już mieć nigdy później. Chciałabym mieć dziś takie możliwości pojmowania, jakie miałam jeszcze 5-6 lat temu, wierzcie mi.
Miała zwyczaj, że zimą, w klasie maturalnej, zabierała maturzystów do swojego domku w górach i przez dwa tygodnie rozwiązywała z nimi zadania maturalne. Wyglądało to tak, że po śniadaniu połowa grupy zostawała w kuchni i liczyła, a połowa szla na narty/spacer. A po obiedzie następowała zamiana. No i sympatyczne wieczorki przy herbatce i jej życiowe porady dotyczące wszelakich sfer życia. Tydzień przed maturą, rozszerzeniowcy siedzieli u niej od rana do nocy, robiąc zadania, a to zaprocentowało (jej syn aż się komuś żalił, że przez nas nie miał obiadu przez tydzień, a takiego bałaganu to on od lat w domu nie widział - bo mama nie gotuje i nie sprząta, tylko zadania z nami liczy od tygodnia). Zaprocentowało takimi wynikami na maturze, że 70-80% to była nasza klasowa średnia.
Ale to nie o wyniki przecież chodzi.
Chodzi o to, że pani B. poświęcała swój wolny czas, hektolitry herbaty, święty spokój swojego męża oraz psa i żołądek własnego syna, bylebyśmy tylko z tych 6 lat nauki wyciągnęli jak najwięcej.
I wyciągnęliśmy, zaufajcie mi.
I tak na podsumowanie wrócę do tej reformy szkolnictwa.
Nieważne, czy będą te gimnazja, czy nie. Nieważne, jaka będzie podstawa programowa, czy będzie ten Tadek w podstawówce i "Igrzyska Śmierci" jako uzupełnienie, czy też nie.
Jeśli uczeń - nawet najbardziej krnąbrny i nastawiony na NIE - trafi na nauczyciela z pasją, prawdziwą PASJĄ, to wyniesie z tych 12 (13) lat edukacji więcej, niż MEN przewiduje. I tym lepiej dla niego!
A jeśli nie...
Jeśli nie, to już mu nic nie pomoże, chyba że sam zbierze się w sobie i na własną rękę będzie się rozwijał.
I już na samiutki koniec, zacytuję Wam mojego tatę:
...a Wy zróbcie z tym cytatem co chcecie. W końcu szkoła uczy nas wyłapywać aluzje, prawda?
Trochę pomysł na ten felieton mi się zmienił, bo zobaczyłam proponowaną listę lektur do ośmioletniej podstawówki i scyzoryk mi się w kieszeni otworzył. Taki świeżo zatemperowany, skoro już się literatury trzymamy. Dla ciekawych tutaj LINK DO LISTY LEKTUR zaproponowanych przez MEN.
Więc teraz - co ma piernik do wiatraka
To ja się skupię na języku polskim i matematyce, bo świat się zazwyczaj dzieli na dwa obozy - poloniści i matematycy, a opozycja to zło i szatani, bez kija nie tykać. I to przez szmatę najlepiej.
No, bo na co to komu? Po co jakieś głupie funkcje, logarytmy, graniiii... a pardon to rozszerzenie, cofam, to się tylko dla inżynierów liczy; ...delty-srejty, nie wiadomo co jeszcze? No po co? Przyda się to na co komuś?
Pomijając fakt, że podstawy matematyki trzeba znać, żeby pani kasjerka nas na kasie nie ocyganiła na 70 groszy (grosz do grosza i będą dwa grosze, pamiętajcie!), to geometrię też warto, zwłaszcza panowie powinni, coby swoim lubym półki na książki potrafili samodzielnie postawić, a nie wołać majstra, który muskularny, przystojny i jeszcze luba da z takim nogę do Paryża. Więc ten, geometria podstawą udanego związku, o!
A poważniej, to ja, dwa lata po maturze, logarytmów używałam raz, trygonometrii ze trzy, delty ani razu. Nie licząc robienia zadań z matmy dla sportu, oczywiście (świetny sposób na odstresowanie po uczelni, polecam!). Czy uważam, że zmarnowałam te liczne godziny przesiedziane w klasie najukochańszej pani B.? Absolutnie. Bo może ja i jestem dziwna, ale staram się patrzeć szerzej, zastanowić się, co da mi wiedza, która pozornie wydaje się bezużyteczna (nie, to nie jest lokowanie produktu). A wiecie czego uczy nas matematyka, królowa nauk jakby nie było (choć niektórzy twierdzą, że to miano należy się filozofii, więc nie będę polemizować)? MATEMATYKA UCZY LOGICZNEGO MYŚLENIA. Wszystkie przedmioty ścisłe zresztą, bo w większości opierają się na matmie (to znaczy biologia na chemii, chemia na fizyce, a fizyka na matmie, tak dla ścisłości). Uczą układać nam schemat postępowania, szukać analogii, budować rozwiązania. Bardzo przydatne w dzisiejszym świecie, by nie podążać za tłumem, a szukać własnej drogi do celu. I choć to język polski jest uważany, za ten bardziej "swobodny" przedmiot, to właśnie matematyka uczy nas szukać, drążyć i odkrywać, że można inaczej.
A jak już o tym polskim rozmawiamy... To to już w ogóle niepotrzebne! Przecież jestem Polakiem! Umiem mówić po polsku! I żaden Sienkiewicz nie jest mi do tego potrzebny! (Biedny Henio, obrywa mu się ostatnio ode mnie, może to przez ten rok sienkiewiczowski...). Wiersze? Rozbiór logiczny zdania? PO CO?!
Już tłumaczę po co. Myślę, że dużo się nie pomylę, jeśli powiem, że może zaledwie 10% Polaków poprawnie posługuje się językiem polskim. I ja w tych 10% się nie znajduję, a piszę tu do Was, wyrzucam żale, serce, duszę, wątrobę. W języku polskim, oczywiście (pomijam anglicyzmy i obcojęzyczne wtrącenia). To nie znaczy jednak, że wiem o tym języku wystarczająco dużo, by uniknąć problemów w komunikacji, a to jest nadrzędny cel nauki języka - bezproblemowa komunikacja z innymi jego użytkownikami.
Podam tutaj banalny przykład bynajmniej i przynajmniej. Mnóstwo osób traktuje je jako synonimy, a tak wcale nie jest. A takie pomyłki mogą wprowadzić problemy w komunikacji, o interpunkcji w języku pisanym ja się już wypowiadać nie będę (bo po pierwsze, to moja pięta Achillesowa, a po drugie, już się zupełnie zbulwersuję tego wieczora). A jeśli ktoś nie wie, czym się wyżej wymienione słowa różnią, to tutaj wam zaproponuję małą kryptoreklamę.
I tutaj tak mimowolnie dotknęłam drugiego aspektu nauczania języka polskiego. Chodzi mi o tę "piętę Achillesową". Wiecie doskonale, że chodzi o to, że to mój słaby punkt, a nie, że mam fetysz stóp,
![]() |
| Źródło |
Tutaj mogłabym płynnie przejść do znęcania się nad koniecznością poznania historii, która jak wiecie lubi się powtarzać, ale myślę, że tyle starczy na dziś marudzenia. To czego szkoła nie uczy choć powinna, to temat to na zupełnie inny pseudo-felieton. Wydaje mi się, że już wiecie co mam na myśli.
Bo szkoła nie jest zła. To nie jest kucie na pamięć bezsensownych wzorów, robienie nieprzydatnych zadań, czy czytania jakichś zmurszałych ksiąg... A tak przynajmniej powinno być.
Trzeba tylko trafić na odpowiedniego nauczyciela. Nauczyciela, który pokaże właśnie to, co próbowałam Wam tu przedstawić - że to nie o to chodzi, by umieć obliczyć miejsce zerowe funkcji kwadratowej. Chodzi o to, by umieć znaleźć rozwiązanie problemu, na podstawie setek wcześniej przeanalizowanych podobnych problemów. A jeżeli dane rozwiązanie nie jest możliwe do zastosowania, poszukać innego na podstawie danych i zdobytych informacji.
Nie chodzi o to, by wiedzieć jaki motyw widniał na zastawie w Soplicowie
A jak wygląda taki nauczyciel? Nauczyciel z pasją? To
Ja miałam takich nauczycieli, mowa tu zwłaszcza o wspomnianej już przeze mnie pani B. (pozdrawiam gorąco!). Pani B. była moją wychowawczynią przez 6 lat (gimnazjum + liceum), nauczycielką matematyki na podstawie oraz rozszerzeniu i nadal jest najukochańszą osobą na świecie, bo cały czas dopytuje się co tam u nas słychać (i nadal krzyczy na nas, że z nas takie baranki boże, co się dają łatwo zamanipulować). Traktowała nas jak własne dzieci
I nie chodzi o to, że byliśmy jakimiś geniuszami, nie. Chodzi o ten potencjał, który posiada każdy młody człowiek - zdolność do nauki i rozwijania swojej wiedzy w tempie, którego nie będzie już mieć nigdy później. Chciałabym mieć dziś takie możliwości pojmowania, jakie miałam jeszcze 5-6 lat temu, wierzcie mi.
Miała zwyczaj, że zimą, w klasie maturalnej, zabierała maturzystów do swojego domku w górach i przez dwa tygodnie rozwiązywała z nimi zadania maturalne. Wyglądało to tak, że po śniadaniu połowa grupy zostawała w kuchni i liczyła, a połowa szla na narty/spacer. A po obiedzie następowała zamiana. No i sympatyczne wieczorki przy herbatce i jej życiowe porady dotyczące wszelakich sfer życia. Tydzień przed maturą, rozszerzeniowcy siedzieli u niej od rana do nocy, robiąc zadania, a to zaprocentowało (jej syn aż się komuś żalił, że przez nas nie miał obiadu przez tydzień, a takiego bałaganu to on od lat w domu nie widział - bo mama nie gotuje i nie sprząta, tylko zadania z nami liczy od tygodnia). Zaprocentowało takimi wynikami na maturze, że 70-80% to była nasza klasowa średnia.
Ale to nie o wyniki przecież chodzi.
Chodzi o to, że pani B. poświęcała swój wolny czas, hektolitry herbaty, święty spokój swojego męża oraz psa i żołądek własnego syna, bylebyśmy tylko z tych 6 lat nauki wyciągnęli jak najwięcej.
I wyciągnęliśmy, zaufajcie mi.
I tak na podsumowanie wrócę do tej reformy szkolnictwa.
Nieważne, czy będą te gimnazja, czy nie. Nieważne, jaka będzie podstawa programowa, czy będzie ten Tadek w podstawówce i "Igrzyska Śmierci" jako uzupełnienie, czy też nie.
Jeśli uczeń - nawet najbardziej krnąbrny i nastawiony na NIE - trafi na nauczyciela z pasją, prawdziwą PASJĄ, to wyniesie z tych 12 (13) lat edukacji więcej, niż MEN przewiduje. I tym lepiej dla niego!
A jeśli nie...
Jeśli nie, to już mu nic nie pomoże, chyba że sam zbierze się w sobie i na własną rękę będzie się rozwijał.
I już na samiutki koniec, zacytuję Wam mojego tatę:
Głupim społeczeństwem łatwiej się rządzi.
...a Wy zróbcie z tym cytatem co chcecie. W końcu szkoła uczy nas wyłapywać aluzje, prawda?

Przeczytałam to w szkole. A szkoła to zło 😂
OdpowiedzUsuńBardzo trafne spostrzeżenia! Skorzystałam tez z linka i sprawdziłam te leltury i... Ręce się załamują. Igrzyska śmierci. Serio? Tak trudno zrozumieć, że po taką książke sięga się z przyjemności, dla samego siebie. Takie książki trzeba lubić a nie każdy je lubi (patrz: ja).
Krzyżacy na uzupełnienie? (Popukanie się w głowę) Krzyżacy to książka obowiązkowa do cholery! Może nie każdy ją przeczyta ale przynajmniej powinien spróbować! Bałam się tej lektury. Ale przemogłam się i rzecz niesłychana: spodobała mi się! Nie lubię historii i książek tego typu ale Krzyżacy... To jest mega *_* Poza tym Krzyżacy opowiadają dzieje Polski, które każdy Polak powinien znać. Każdy w różnym stopniu jedni trochę lepiej, drudzy trochę gorzej ale żyć w kraju którego histoii się nie zna? Trochę słabo :/
Polskie książki (takie jest moje zdanie) a przynajmniej te najważniejsze, najpopularniejsze powinno się mieć obowiązkowo! A Hobbit, Igrzyska śmierci? Po co to komu? Jeśli ktoś lubi fanstastyke (to fantastyka jest tak? Nie czytałam, nie interesuję się tym, nie moje klimaty) to niech czyta dla siebie! W wolnym czasie w ramach odpoczynku czy jak kto woli, a nie pod przymusem szkoły.
Nie wiem czy rozumiesz co chcę powiedzieć (nie za bardzo wychodzi mi dzisiaj ubieranie w zdania). Ale każdy ma inne zdanie. Moje jest takie.
Święte słowa o matematyce. Ona uczy logicznego myślenia. Faktem jest że niektóre zadania przydają się w życiu a większość idzie w zapomnienie. Podstawy matematyki (i innego przedmiotu) każdy powinien znać. (Coś za dużo tego ,,powinni" dziś piszę xd) Nie wiadomo czy kiedyś w życiu nie będziemy tego potrzebować?
Matematyka ponoć łączy się z polskim. Ktoś kto rozumie rozkład zdania zrozumie jakieś działania matematyczne. Zachodzi tu pewna analogia i w moim przypadku tak jest. Nie mam problemi ani z polskim ani z matematyką. Może to zasługa nauki (te przedmioty lubię) ale też to jest duży sukces nauczycieli, którzy wpajali nam do głowy az nie zrozumiemy. Bo to trzeba umieć, ale przede wszystkim rozumieć. W końcu jesteśmy homo sapiens, prawda?
Co do słów:
,,To nie jest kucie na pamięć bezsensownych wzorów, robienie nieprzydatnych zadań" to niestety się nie zgodzę. Jestem na rozszerzeniu z polskiego, geografii i angielskiego i sami nauczyciele mówią: byle przeżyć pierwszy rok, po którym odchodzą nam inne przedmioty (fizyka, chemia, biologia...). Nauczyć się raz i zapomnieć, skupić się na swoich rozszerzeniach. Ale co trzeba się pomęczyć nad tą roczną nauką!
W moim przypadku trafiłam na słabego nauczyciela z fizyki i nie da się inaczej uczyć niż ,,wykuć, zdać, zapomnieć". Nauczyciel naucza według schematu. Robi różne prezentacje, nie dyktuje notatek (chociażby z tych trudniejszych tematów powinien!). Mówi inaczej niż jest w książce, zadania daje do domu, których nawet wujek Google nie jest w stanie znaleźć. Nie tłumaczy tylko po prostu: tu dodajcie, tam odejmijcie, niutony się nie skracają (zrobiliśmy nawet takiego mema 😂). Dla niego wszystko jest jasne (w końcu to studiował i jakoś musiał się znaleźć w tej szkole) a dla nas to czarna magia. Nie obchodzi go los uczniów. Gdyby nie zdjęcia i relacje innych klas na temat sprawdzianu zapewne nie byłoby żadnej pozytywnej oceny. Gdyby nie powiedział które zadania będą na kartkówce i gdyby nie ,,kucie na pamięć" byłoby krucho z ocenami. A każdemu zależy by mieć je jak najlepsze.
Zazdroszczę Ci takiej nauczycielki! Serio zapraszała do swojego domu? Toż to prawdziwy nauczyciel z powołania!
W gimnazjum miałam taką a w liceum? Ech... Szkoda gadać.
Kolejny bardzo fajny ,,felieton" ;)
Mój komentarz wyglądałby inaczej gdyby znów się nie usunął. :/ już chciałam to rzucić i zapomnieć o komentarzu ale nie wypada. Wiem że komentarze są ważne więc taki bez składu i ładu ale jest :)
Pozdrawiam!
Ola
(Na onepart-stefan-kraft.blogspot.com są już dostępne zapowiedzi dwóch opowiadań. A już jutro nowy rozdział :) )
cóż, ja z lekturami miałam tak, że np. "Tajemniczy ogród" przeczytam dużo wcześniej niż omawialiśmy i mi się podobał. A "W pustyni i w puszczy" mimo iż mi się spodobał, to nie mogłam się przymusić, żeby do szkoły przeczytać. Słowo lektura jakoś odstrasza, brr.
UsuńI też zastanówmy się jakie wartości chcemy promować. Nie mówię, że "Igrzyska" ich nie mają, ale myślę, że znajdą się inne książki, które lepiej oddadzą obraz antyutopii, poświęcenia, symbolu etc.
"Hobbit" jest akurat bardziej książką przygodową i osobiście bardzo go lubię, a ponad to Tolkien bardzo ładnie zakamuflował tam pewne odniesienia. Podobnie jak w 'Narnii" jest dużo odniesień do Biblii i tu chociażby analiza porównawcza byłaby wskazana - a "Narnia" wyleciała do dodatkowych, o ile dobrze pamiętam.
"Krzyżacy" byli super! Myślę, że "Potop" też Ci się spodoba w takim razie, o ile jeszcze nie czytałaś, ja w ogóle bardzo Sienkiewicza lubię.
(i tak, tak, zrozumiałam ;D)
Matematyka <3 Tęsknię za nią szczerze! Tak naprawdę w polskim systemie nauczania brakuje podejścia holistycznego, całościowego - wszystkie przedmioty się tak naprawdę ze sobą łączą i rozgraniczanie ich nie jest do końca właściwe. W Skandynawii bodajże panuje taki system, że są np. zajęcia z prowadzenia kawiarni - odrobina ekonomi, administracji, matematyki połączona w jakąś taką życiową naukę.
Co do tego kucia to już tłumaczę - chodziło mi o to, że nawet jeżeli coś teoretycznie jest nam "niepotrzebne" to nie należy tego ignorować. Nam też mówili, żeby skupić się na tym, co zdajemy na maturze. Moja wspomniana pani B. wprost nam powiedziała: "Dziewczyny, skoro wy matmy na rozszerzeniu nie zdajecie, to wyśpicie się w piątek i nie przychodźcie na 2 pierwsze lekcje, bo my tylko zadania maturalne robić będziemy. Napiszcie tylko sprawdzian z prawdopodobieństwa przyzwoicie i tyle". Z fizyki, przyznaję się, niewiele już pamiętam. Ale nigdy nie powiem, że uczenie się jej nic mi nie dało - zawsze coś się z tego wynosi, choćby taką bzdurę, żeby nie wkładać widelca do kontaktu ;)
Ba! Ostatnio ją odwiedziliśmy, bo nadal mamy z nią świetny kontakt!
Ech, usuwające się komentarze to ZŁO!. Do onepartów zajrzę i abrdzo Ci dziękuję za opinię! Muah! :*