Poniższy tekst jest dodatkiem do historii "Odchodzę, bo kocham". Choć zdradza pewne wydarzenia opisane w epilogu tamtejszej opowieści, można go czytać, nie znając całości tekstu jako osobne opowiadanie. Jeśli jednak jesteś czytelnikiem "Odchodzę" i nie czytałeś jeszcze epilogu, rekomenduję wcześniejsze zapoznanie się z nim.
Miłej lektury!
__________
Wracam
z nocnej zmiany, zamyślona jak zawsze. Myślę o tym, co zwykle. O
tym jak uciekam przed samą sobą i wyrzutami sumienia. Jak wiele
kilometrów pokonałam, próbując zapomnieć o tym, o czym nie chcę
zapomnieć.
Jest
wcześnie rano, ledwo świta, a most przerzucony nad rzeką Hudson
pogrążony jest w gęstej mgle. Dlatego dopiero w ostatniej chwili
dostrzegam postać wspinającą się na barierkę.
Samobójcy
zawsze mnie intrygowali. Zawsze zadziwiało mnie, w jak różnych
miejscach leży ta granica, zza której już się nie wraca.
Z
bliska widzę, że to młody mężczyzna. Z bliska widzę też, że
nie skoczy, nie prędko w każdym razie. Doświadczenie robi swoje.
-
Rzeka to naprawdę kiepski pomysł – mówię, stając tak, by go
nie przestraszyć. - Z tej wysokości, nie dość, że najpierw
pogruchocze ci kości, to potem ciało nadyma się jak najeżka i
przybiera sinofioletowy odcień. Nic miłego, naprawdę.
Mężczyzna
odrywa wzrok od leniwie płynącej rzeki, która jest ledwo widoczna
we mgle. Patrzy na mnie zaskoczony, jego młoda twarz poorana jest
bruzdami zmarszczek, które nie są na pewno spowodowane wiekiem.
Sama znajduje ich na swojej twarzy coraz więcej każdego dnia.
Uśmiecham się smutno na tę myśl.
-
Nie rób tego dziś, poniedziałki to naprawdę pracowity dzień dla
grabarzy.
-
Dlaczego mi to mówisz? - odzywa się końcu i ostrożnie schodzi z
barierki. - Przecież mnie nie znasz, nie wiesz, dlaczego chcę
skoczyć.
-
Chciałeś – poprawiam go. - I właśnie dlatego ci to mówię. Bo
cię nie znam. I jestem ciekawa twojej historii, a nie opowiesz mi
jej dryfując z prądem.
Na
pełnej boleści twarzy mężczyzny pojawia się coś na kształt
uśmiechu.
-
Jason. – Wyciąga do mnie rękę.
-
Alicja – odpowiadam, ściskając ją.
-
Zdaje się, że jestem ci winien kawę, Alicjo – mówi, nie
puszczając mojej dłoni. - Choć za podarowanie jeszcze jednego dnia
życia, chyba należy ci się więcej.
-
Jutro też będę tędy przechodzić – uprzedzam go. - Więc może
to nie będzie tylko jeden dzień. Ale możemy zacząć od kawy. –
Uśmiecham się i idziemy poszukać miejsca, które zaoferuje nam
kawę o godzinie piątej trzydzieści rano.
***
-
Miałem narzeczoną, wkrótce mieliśmy się pobrać – mówi,
powoli mieszając kawę zakupioną na stacji benzynowej. - Miałem
też dobrą pracę i nic więcej nie potrzebowałem do szczęścia. Z
rodziny nie został mi nikt, ale moja narzeczona wynagradzała mi to
w stu procentach, bo kochałem ją nade wszystko.
Słońce
dopiero wyłania się zza wieżowców, a my siedzimy na mokrej ławce
na jakimś zaśmieconym skwerku.
-
Brzmi jak bajka – mruczę cicho, popijając kawę. - Ale nie na
darmo przez całkiem długi okres mojego życia byłam psychologiem,
by wiedzieć, że coś tu nie gra.
-
Byłaś psychologiem? - pyta zaskoczony, wyrywając się na chwilę
ze swoich ponurych myśli.
-
Mam wrażenie, jakby to było w innym życiu. – Uśmiecham się
krótko. - Więc miałeś narzeczoną, dobrą pracę i byłeś
szczęśliwy. To chyba nie powód, by rzucać się z mostu?
-
Oprócz narzeczonej i pracy okazało niedawno, że mam jeszcze jedną
rzecz. Raka trzustki – mówi, wyrzucając plastikową łyżeczkę
do kosza, ale nie trafia. - Takie drobiazgi, strasznie demotywują,
nie sądzisz? - wzdycha i wstaje, by ją podnieść.
-
Nie ma nic gorszego – zgadzam się. - Ile...? - pytam krótko.
-
Tydzień temu lekarz mówił o sześciu, może ośmiu miesiącach –
wzdycha. - Trochę mnie to załamało, ale starałem się z tym jakoś
pogodzić. Nie ja pierwszy i nie ostatni. Chciałem, przeżyć te
miesiące najlepiej, jak się da. Poszedłem więc do szefa,
powiedziałem, że rezygnuję z pracy, bo za zaoszczędzone pieniądze
miałem zamiar spędzić ten czas z moją narzeczoną. Przygotowałem
wszystko, gotów spełnić każdą jej najmniejszą zachciankę,
chcąc spędzić z nią każdą minutę, która mi pozostała.
-
Co więc poszło nie tak? - pytam, choć domyślam się finału tej
historii.
-
Była wszystkim, co mi pozostało i tylko myśl o niej nie pozwalała
mi się załamać. Być może było to egoistyczne z mojej strony,
ale chciałem móc nazywać ją moją żoną, budzić się obok niej
każdego z tych nielicznych poranków, które mogliśmy spędzić
wspólnie. Ale kiedy jej o tym powiedziałem, prawie dokładnie w
takich słowach... Wystraszyła się. I uciekła, mówiąc, że nie
może wyjść za śmiertelnie chorego faceta, że nie chce za parę
miesięcy zostać wdową. Zostawiła mnie. Z niczym. Zostawiła mnie
samego, bez pracy, bez ukochanej, ale za to z wyrokiem śmierci na
karku. Osoba, której najbardziej ufałem, na której wsparcie
najbardziej liczyłem... Po prostu mnie zostawiła.
Wzdycham
ciężko, bo te słowa brzmią aż za bardzo znajomo.
-
Kobiety to jednak suki – stwierdzam bezlitośnie, wypijając
ostatni łyk kawy.
-
I kto to mówi? - Jason spogląda na mnie zaskoczony, jednak na jego
twarzy dostrzegam ślad rozbawienia.
-
Wierz mi, doskonale wiem, o czym mówię – dodaję kwaśno, a kiedy
patrzy na mnie z wyczekiwaniem, biorę głęboki oddech i zaczynam
mówić. - Kiedyś zakochałam się w pewnym facecie. Żonatym. I
dzieciatym, na dodatek. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to,
że on też się we mnie zakochał. Choć zakochał, to chyba
nieodpowiednie słowo. To, co nas łączyło, ciężko opisać
jakimikolwiek słowami. Kochał mnie, po prostu. Ja jego też
zresztą. Więc kiedy zrobiło się zbyt niebezpiecznie, wyjechałam.
Po roku jednak musiałam wrócić, bo tego wymagała ode mnie moja
praca. Pracowałam w nieco innym środowisku, ale on wciąż był w
pobliżu. A ja odkryłam, że tak naprawdę nic się nie zmieniło. I
cały cyrk zaczął się od nowa. – Milknę na chwilę, bo od
bardzo dawna nie tęskniłam za Klemensem tak mocno, jak w tym
momencie.
-
Jego żona się dowiedziała, co? - zgaduje Jason.
-
Chciałbyś, żeby to było takie proste – wzdycham. - Próbowałam
o nim zapomnieć. Robiłam naprawdę wszystko, by nie popełniać
wciąż tych samych błędów. Trzymałam się od niego na dystans i
próbowałam być szczęśliwa z innym mężczyzną. Z mężczyzną,
który chyba naprawdę szczerze mnie kochał. I szczerze mi ufał,
mimo iż mówiłam mu, by tego nie robi, mimo iż ostrzegałam go, że
nie dam rady pokochać go tak mocno, jak on tego pragnie. On jednak
mi nie wierzył, nie wierzył mi, że mogę go zranić. W pewnym
momencie sama chyba trochę w to uwierzyłam. Ale to było o wiele za
mało. Uświadomiłam to sobie akurat w tym samym momencie, kiedy
stwierdził, że już nic nie stoi nam na przeszkodzie i postanowił
mi się oświadczyć.
-
Uciekłaś, prawda? Pewnie bez pożegnania – domyśla się Jason.
Kiwam
głową powoli.
-
Do tej pory uciekam. Uciekam, bo nie chciałam mówić mu „nie”,
ale jednocześnie nie byłabym w stanie powiedzieć mu „tak”.
-
Bo wciąż kochałaś tamtego pierwszego gościa.
-
Bo wciąż go kochałam – powtarzam cicho.
-
Narozrabiałaś – kwituje krótko moją historię Jason. - Ile już
uciekasz?
-
Ponad cztery lata - mówię cicho. - Nigdzie nie potrafię dłużej
zagrzać miejsca, bo w końcu moje wyrzuty sumienia mnie doganiają.
I wspomnienia, bo wciąż za nimi tęsknię. Za jednym i za drugim.
Oraz za swoimi przyjaciółmi, których zostawiłam bez słowa. I
rodziną, która tylko od czasu do czasu dostaje ode mnie lakoniczne
pocztówki z najodleglejszych zakątków świata.
Milczymy
wspólnie, każde zatopione w swoich myślach, a mgła opatulająca
budzące się do życia miasto, zaczyna się powoli skraplać w
postaci drobnej mżawki. Kawa na dnie kubka jest już zimna,
wyrzucam więcej resztkę, do której nakapał drobny deszcz.
-
Co by się stało, gdybyś wróciła? - pyta nagle Jason, wyrywając
mnie z zamyślenia.
Wzruszam
ramionami.
-
Rodzice by się ucieszyli, choć pewnie srogo się na mnie zawiedli;
przyjaciółka by mnie zabiła, bo ciężko mi sobie wyobrazić, że
mi wybaczy tak długie milczenie.
-
A oni? - drąży mężczyzna, a ja wzdycham cicho.
-
Nie wiem. Nie mam pojęcia, co się z nimi działo po moim wyjeździe.
Mam nadzieję, że ułożyli sobie życie.
-
A ty? Będziesz umiała poukładać swoje?
-
Kiedyś na pewno - odpowiadam, nie pokładając w tych słowach ani
odrobiny wiary.
Milczymy
kolejną chwilę, a w parku pojawiają się pierwsi zaspani
spacerowicze.
-
Będziesz jutro na moście? - pyta Jason, bawiąc się swoimi
palcami.
-
A ty?
Zagryza
wargę.
-
Dziś sobie jeszcze poradzę, ale najgorsze są noce. Nie ma nic
straszniejszego, niż samotne oczekiwanie w ciemności na śmierć.
Czuję, jak się skrada, osacza mnie i nad ranem jedyna myśl ,jaka
krąży mi po głowie to, by dopaść ją, zanim mnie pochłonie.
Dostrzegam
ogromne cierpienie w jego oczach, kiedy mówi te słowa. Ściskam
mocno jego rękę i patrzę na niego ciepło.
-
Będę tam o piątej trzydzieści. Możesz się spóźnić, ale nie
przyjdź za wcześnie - ostrzegam go i wstaję z ławki. - Dziękuję
za kawę. Powodzenia w dzisiejszej walce z demonami.
Odchodzę,
oglądając się co rusz za siebie i zastanawiam się, jak niewiele
czasem trzeba, by uratować kogoś przed nim samym.
***
Pojawia
się na moście o piątej piętnaście, kiedy marznę tam już od
dobrego kwadransa. Początkowo mnie nie zauważa, dopiero kiedy wołam
go po imieniu unosi głowę.
-
Miałaś tu być o w pół do - zauważa.
-
Nie chciałam ryzykować - mówię prosto i wyciągam jego
kierunku kubek z kawą. - Zresztą zainwestowałam w ciebie dwa
dolary, nie chciałbym, żeby się zmarnowały.
Uśmiecha
się lekko, odbierając kubek i bierze łyk.
-
Ta jest lepsza, niż wczoraj.
-
Znalazłam całodobową kawiarnię - wyjaśniam i pociągam łyk ze
swojego kubka. - Jak się spało?
-
Lepiej. Lżej było mi z myślą, że dziś znowu cię spotkam.
Zerkam
na niego z ukosa. W jego słowach nie ma nic romantycznego - to tylko
wołanie o pomoc samotnego, przerażonego człowieka.
Ale
w moich następnych słowach nie ma litości, mówię po prostu to,
co wydaje mi się najlepszym rozwiązaniem.
-
Może potrzebny ci ktoś, dzięki komu nie będziesz samotny?
-
Kogo miałbym skazać na opiekę nad umierającym facetem, skoro
nawet kobieta, którą kochałem się na to nie zdecydowała?
-
Najwyraźniej cię nie kochała. A poza tym nie mówię o opiece,
mówię o życiu. O życiu z facetem, który nie ma nic do stracenia,
bo zostało mu niewiele czasu na spełnienie swoich marzeń. To musi
być bardzo ekscytujące życie - zauważyłam, licząc, że
wywołam jego zainteresowanie.
Przygląda
mi się z zaskoczeniem, kiedy jak gdyby nigdy nic popijam kawę. Nie
wiem, co dokładnie mu sugeruję, nie wiem, co dokładnie mam na
myśli. Nie wiem nawet skąd taki pomysł wziął się w mojej
głowie, ale choć szalony, wiem, że ma szansę się udać.
-
Znamy się tylko jeden dzień - odpowiada cicho.
-
I oboje mamy niewiele do stracenia. - Wzruszam ramionami. - Ty nie
będziesz samotny, a ja... - waham się. - A ja w końcu będę
mieć jakiś cel.
-
Jaki cel?
-
Sprawić, by jeden człowiek przez kilka miesięcy nie umierał, a
żył.
***
W
ciągu paru następnych dni umawiamy się na moście w nieco
późniejszych godzinach. Spędzamy wspólnie całe dnie, próbując
nowych potraw (zdecydowanie nie jestem fanką kuchni tajskiej!),
odwiedzając muzea, chodząc na mecze i zawody (Jason usiłował
wytłumaczyć mi zasady baseballa, ale poddał się po dwóch
godzinach, twierdząc, że jestem przypadkiem beznadziejnym) lub po
prostu siedząc na ławce i rozmawiając na różne tematy.
-
Wiesz, że psy nie rozróżniają kolorów? - rzucam nagle,
obserwując tęgą paniusię ubraną w różowy płaszcz, prowadzącą
na smyczy wypielęgnowanego pudla. - Słyszą za to infradźwięki.
-
Jak sądzisz, w jakim stopniu ta informacja jest dla mnie użyteczna?
- śmieje się Jason, próbując opanować cieknące mu po ręce lody
śmietankowe.
-
Absolutnie bezużyteczna, mówię ci to tylko po to, żebyś myślał,
że jestem mądra. - Pokazuję mu język i podaję mokrą chusteczkę.
- Mam ochotę zrobić dziś coś szalonego.
-
To znaczy? Coś szalonego w stylu, wepchnięcia tej pani i jej pieska
do sadzawki? Czy może raczej obrabowanie banku?
Wywracam
oczami.
-
Hultaj z ciebie! Miałam na myśli coś miłego. Coś jak...
prawienie komplementów randomowym ludziom na ulicy.
-
Po co? - dziwi się Jason.
-
Nie doceniamy siły uśmiechu, bądź jednego miłego słowa. Czasem
to wystarczy, by odmienić czyjeś życie – odpowiadam.
-
Tak, jak ty moje - dodaje ciszej, spoglądając na mnie z powagą.
-
To co ty na to? - pytam z entuzjazmem, ale mężczyzna kręci głową,
-
Mam inny pomysł. A raczej prośbę. Choć nie wiem, czy wolno mi o
to prosić.
Patrzę
na niego pytająco, gestem prosząc go, by kontynuował. Jason wstaje
z ławki i zaczyna przechadzać się w tę i z powrotem.
-
Dużo myślałem, o tym, co mi powiedziałaś. O tym, żebym żył. I
owszem, odżyłem, ale... ale brakuje mi czegoś, wiesz?
-
Chciałeś powiedzieć: kogoś - mówię domyślnie, a Jason kiwa
głową i sięga do kieszeni. Zerkam ciekawie, kiedy na wyciągniętej
dłoni prezentuje mi dwie złote obrączki.
-
Wszystko miałem przygotowane. Małą altankę i urzędnika, który
miał nam udzielić ślubu, obrączki, bilety do Paryża na podróż
poślubną, a w mojej szafie wisi garnitur i krawat... Wszystko
zaplanowane, co do minuty. I wszystko na nic.
Zamykam
jego dłoń z obrączkami, z lekkim niedowierzaniem w oczach.
Zaprzyjaźniałam się z nim, w tych ostatnich dniach okazał się
bardzo sympatycznym człowiekiem, z którym wiele mnie łączyło.
Stał mi się bliski - on jako pierwszy od paru lat, stał się kimś
względnie stałym w moim życiu. Jeśli jednak chciał mnie
prosić...
-
Nie mogę zastąpić ci narzeczonej - mówię łagodnie, wciąż
trzymając go za rękę. - Nie proś mnie o to, Jason. To nie będzie
to samo.
-
Nie mam takiego zamiaru - uspokaja mnie. - Chcę tylko, żebyś
poleciała ze mną do Paryża. Wiem, że nie chcesz wracać do
Europy, ale to tylko kilka dni. Wszystko jest przygotowane i miało
przepaść, ale jeśli nadal pragniesz przeżywać ze mną moje
szalone, choć krótkie życie to... to możesz czuć się zaproszona
– proponuje a lekką niepewnością w głosie.
Uśmiecham
się, słysząc te słowa.
-
Z chęcią, nigdy nie byłam w Paryżu.
-
Nie boisz się, że to za blisko? - Jason zerka na mnie spod rzęs.
Zdążyłam
się podzielić z nim moimi obawami przed powrotem do Europy, która
teraz wydawała mi się strasznie ciasna i mała. Jakbym w każdej
chwili mogła wpaść na jakiś relikt mojej przeszłości, przed
którą tak bardzo pragnęłam uciec.
Śmieję
się cicho.
-
W Europie odległości mierzy się nieco inaczej niż w Stanach –
wyjaśniam mu. - Co prawda z Paryża do Polski, czy do Słowenii jest
bliżej, niż z jednego stanu do drugiego, ale to zupełnie inny
rodzaj podróży. Spokojnie, poradzę sobie z tym – zapewniłam go,
mocno ściskając jego dłoń w pokrzepiającym geście.
-
Nie chcę, żebyś jechała tam ze mną z litości.
-
Nie robię dla ciebie nic z litości, Jason – upomniałam go. -
Pamiętaj: żyjemy, nie umieramy.
***
Paryż
zimą ma swój urok. Mimo iż przez pierwszy dzień nie wychodzimy z
hotelu, bo Jason źle zniósł podróż samolotem i musiał
natychmiast przyjąć dużą dawkę leków.
Siedzę
przy jego łóżku, podając mu wodę i następną z miliona
tabletek, bez słowa patrząc, jak przymyka oczy, wykończony
podróżą.
-
Idź na spacer, poradzę sobie – mówi słabo, uchylając powieki.
-
Nidzie bez ciebie nie pójdę. - Kręcę głową.
-
Nie chcę, byś przeze mnie siedziała w czterech ścianach przez
cały wyjazd. Skoro już tu jesteśmy... - Krzywi się z bólu.
-
Ciii - uciszam go i kładę mu nowy kompres na głowę. - Zdrzemnij
się, Jason. Musisz odpocząć.
-
A ty?
Uśmiecham
się lekko, doceniając to, jak bardzo troszczy się o mnie, mimo
swojego kiepskiego samopoczucia.
-
Też się prześpię, to była męcząca podróż – odpowiadam
zgodnie z prawdą.
-
Jesteś pewna?
-
Tak. - Kiwam głową. - Cały czas tutaj będę, gdybyś tylko mnie
potrzebował.
Idę
na chwilę do łazienki, by przebrać się w dres i po chwili wracam
do pokoju. Wtedy z wielkim zażenowaniem odrywam, że przecież w tym
pokoju jest jedno łóżko - małżeńskie. Miałam zgłosić to na
recepcji zaraz po przyjeździe, ale zły stan Jasona sprawił, że
zupełnie mi to wypadło z głowy.
Zastanawiam
się, czy robić zamieszanie ze wstawianiem drugiego łóżka, bo o
przeprowadzce do innego pokoju nie może być na razie mowy, ale
stwierdzam, że chwilowo nie będzie to konieczne.
-
Nie chce cię martwić, ale muszę do ciebie dołączyć - informuje
Jasona, wsuwając się pod kołdrę z drugiej strony łóżka.
-
Nie ma problemu, dawno nie spałem z żadną kobietą - mamrocze
cicho, nawet nie otwierając oczu.
Kładę
się na plecach i przymykam oczy, kiedy nagle czuję, że Jason
bierze mnie ostrożnie za rękę spoczywającą na powierzchni
kołdry.
-
Dziękuję, Ala.
-
Za co? - Zwracam głowę w jego stronę.
-
Za to, że jesteś – mówi, patrząc mi prosto w oczy. - To wbrew
pozorom bardzo dużo.
-
Ja też ci dziękuję - odpowiadam. - Za to, że w tamten
poniedziałek, nie przyszedłeś tam kilka minut wcześniej.
-
Dlaczego?
-
Bo być może wtedy nie byłoby nas tutaj – szepczę.
Ściska
moją dłoń i w ten sposób zapadamy w niespokojny sen.
***
Bagietki
w Paryżu smakują jakoś inaczej. Bardziej francusko i bardziej
parysko.
A
jeszcze lepiej smakują jedzone w obecności Jasona, który czuje się
już lepiej i wręcz tryska energią.
-
Wjeżdżanie na wieżę Eiffla o tej porze roku to szaleństwo –
stwierdzam, odrywając kolejny kawałek bagietki. Od rana kłócimy
się, czy nie powinniśmy odpuścić tej atrakcji. Ja jestem na nie,
Jason - na tak.
-
Być w Paryżu i nie zobaczyć wieży Eiffla? No co ty! - woła
oburzony.
-
Właśnie, zobaczyć – zwracam mu uwagę. - Nie musimy się tam
wspinać.
-
Jest winda – przypomina mi z niewinną miną.
-
Ale to metalowa, ażurowa konstrukcja, która jest teraz oblodzona i
wieje tam pewnie, jak w oku tornada – grymasiłam dalej.
-
W oku tornada panuje cisza, ciekawostka numer trzydzieści osiem z
twojego repertuaru - wytyka mi.
-
Nie łap mnie za słówka! - oburzam się. - To głupi pomysł.
-
Szalony – poprawia mnie.
-
Właśnie.
-
Na takie przecież liczyłaś, prawda? - dodaje z szelmowskim
uśmiechem.
Wzdycham,
czując się pokonana.
-
Dobra, ale tylko na chwilę. Żadnych kolacji w restauracji na górze
za miliony euro – zastrzegam. - Wchodzimy, robimy „och” i „ach”
i schodzimy, jasne?
-
Jestem w stanie się zgodzić na taki kompromis. Jedz szybciej te
bagietkę – dodaje nagle, w trzech kęsach kończąc swoją i
zaczyna zbierać swoje rzeczy.
-
Czemu? - Zamieram z ręką w połowie drogi do ust.
-
O dziesiątej mamy rejs Sekwaną. - Znacząco stuka w zegarek.
-
Oszalałeś z tymi atrakcjami! - wykrzykuję.
-
Wymusiłaś na mnie cały dzień w Luwrze!
-
A wiesz, że Mona Lisa...
-
Tak,wiem – ucina, dobrze wiedząc, którą moją sztandarową
ciekawostką pragnę go uraczyć. - Chodź, naprawdę nie mamy
czasu.
Rzucam
na talerz ostatnie kęsy bagietki, Jason zostawia suty napiwek i
wyciąga mnie z bistro na ośnieżony chodnik, obejmując ramieniem,
bym nie poślizgnęła się w swoich mało stabilnych butach.
Promocja w paryskim sklepie, to jednak promocja w paryskim sklepie,
prawda?
-
Kocham się z tobą droczyć - wyznaje mi nagle.
-
To masz szczęście, bo jestem idealną partnerką do słownych
przepychanek – odpowiadam z uśmiechem.
Trzyma
mnie w objęciach, chroniąc mnie przed mrozem, kiedy czkamy na barkę
na przystani. Rozciera moje ramiona, marudząc, że powinnam się
cieplej ubierać, a ja odpowiadam, że to jego zdrowie jest
priorytetem.
-
Mnie i tak nic już nie pomoże. - Jason stwierdza ponuro. Czasem ma
takie momenty, kiedy widmo wiszącej nad nim śmierci przejmuje nad
nim kontrolę na minutę lub dwie.
-
Ale dla mnie to więcej czasu spędzonego z tobą - odpowiadam, a
nasze spojrzenia się krzyżują. Dostrzegam w jego oczach jakiś
dziwny błysk, nim jednak udaje mu się przerodzić w coś
konkretnego, słyszymy radosne „bonjour!” i łamaną
angielszczyzną jesteśmy proszeni na pokład.
***
Dwie
butelki wina na dwie osoby to o jedną butelkę za dużo. Chyba że
jest się we Francji, to wtedy to dwie butelki za dużo.
-
Nie rozumiem tego fenomenu francuskiego wina – mówię, dopijając
drugą lampkę i zagryzając ją trzecim rodzajem sera.
Siedzimy
na podłodze naszym pokoju, rezygnując z kolacji w restauracji na
dole. Zbytnio zamarzłam na wieży Eiffla i nie mam najmniejszego
zamiaru opuszczać kokonu, który utworzyłam wokół siebie z
kołdry.
-
Myślę, że to coś, co potrafią docenić jedynie koneserzy -
zgadza się ze mną Jason, odkorkowując drugą butelkę i dolewając
mi wina. - Wysublimowany smak niedostępny dla przeciętego
obywatela.
-
Wole być chyba przeciętnym obywatelem i płacić za wino pięć
dolarów, a nie pięćdziesiąt. - Krzywię się, robiąc łyk. –
Boże, to jest jeszcze gorsze.
-
Już otworzyłem, musisz wypić. - Jason nie może mi za bardzo
pomóc, bo ograniczają go leki.
-
Możemy wylać przez okno – proponuję, wzruszając ramionami.
-
Nie, nie możemy. Czy ty jesteś już pijana?
-
Skąd, tylko trochę wstawiona – oburzam się. - Zresztą po takim
winie to nie grzech.
-
Ale błagam, nie zaśnij mi tu teraz – prosi. - Nie mam siły
wciągnąć cię do łóżka, nie mówiąc o odebraniu ci tej kołdry.
Znów zapomnieliśmy poprosić o drugi komplet – wzdycha ciężko,
wyginając się do tyłu i odstawia butelki z winem do kąta.
-
Faktycznie, ale na kołdrę nie licz. Mogę cię co najwyżej wpuścić
do mojego kokonu - informuję go, wrzucając do ust ostatni rodzaj
sera. - O, ten jest nawet zjadliwy. Jak się zatka nos, to prawie
wcale nie śmierdzi.
Jason
śmieje się wesoło z moich machinacji z serem, po czym odsuwa
naczynia porozstawiane między nami i siada obok mnie, luzując
krawat i odpinając dwa górne guziki koszuli.
Bardzo
podoba mi się, że mimo wszystkich niedogodności podroży stara się
zachować swój stary styl ubierania. Marynarka wisi na oparciu
krzesła, a spodnie potraciły zaprasowane kanty, ten nieco
niechlujny wygląd nadal mu jednak pasuje.
-
Podobało ci się dzisiaj?
-
Prócz tego, że zamarzłam na tym żelaznym okropieństwie? - Nie
mogę sobie darować lekkiego przytyku. - Owszem, było bardzo miło.
-
Właśnie obraziłaś jeden z siedmiu współczesnych cudów świata.
-
Ciekawostka numer siedemnaście, szybko się uczysz. - Wychylam nos
zza kokonu i zerkam na niego z ukosa. - A tobie się podobało?
-
Owszem, ale nie mogę się doczekać Luwru – oznajmia, ku mojemu
zdziwieniu.
-
Mówiłeś, że nie cierpisz chodzić po muzeach!
-
Nie tyczy się to chodzenia po nich z tobą, sypiącą ciekawostkami,
jak z rękawa – mówi, poprawiając mi rozczochrane włosy, a ja
wyplątuje się nieco ze swojego azylu. - Zawsze powiesz coś
zabawnego i sprawisz, że to chodzenie wcale nie jest takie nudne.
-
Czy ty właśnie próbujesz mi się podlizać? - pytam podejrzliwie.
Wywraca
oczami, co upewnia mnie, że go przejrzałam.
-
Podziemia - przyznaje się do winy.
-
Tam będzie z minus miliard stopni! - protestuję gwałtownie.
-
Panuje tam stała temperatura cztery stopnie Celsjusza – informuje
mnie naukowym tonem.
-
W tej temperaturze woda ma największą gęstość - odpowiadam
odruchowo, oswobadzając ręce, by wspomóc się gestykulacją.
-
Dzięki temu ryby mogą żyć przy dnie w zimie, więc i ty nie
zamarzniesz. - Jason łapie mnie na nadgarstki natychmiast
pacyfikując i moją gestykulację, i argumenty.
-
Dobrze, ale w ramach rekompensaty porywam cię potem do Notre Dame. -
Nachylam się, by nadać moim słowom odpowiednią moc.
-
Bez wież – zastrzega od razu, nachylając się również.
-
Z wieżami – mówię z samej przekory, ale nieco już ciszej, sama
nie wiem dlaczego.
-
Z jedną - targuje się daje Jason, głosem niewiele głośniejszym
od szeptu.
-
Okej - szepczę i uświadamiam sobie, dlaczego mówimy tak cicho.
Bo
nasze twarzy dzieli nie więcej, niż parę centymetrów.
Mrugam
i odnajduję spojrzenie Jasona, który chyba też jest zaskoczony
nieco tym faktem. Jakby z wahaniem dotyka opuszkami palców mojego
policzka. Jego dłoń jest przyjemnie chłodna, a mnie przez myśl
przebiega, że powinien wziąć wieczorne leki na poprawę krążenia.
Myśl ta szybko jednak znika, kiedy pyta bezgłośnie "Mogę?",
a ja oszołomiona kiwam jedynie głową.
Całuje
mnie ostrożnie. Najpierw raz, potem drugi i następny.
I
jeszcze tysiąc razy tej nocy.
***
Kiedy
się budzę, nie odnajduję Jasona po jego stronie łóżka. Chwilę
nasłuchuję, czy nie jest przypadkiem w łazience, ale nie słyszę
szumu wody. Nachodzi mnie przerażająca myśl, że być może
zasłabł i wpadam do łazienki, potykając się o porzucone wczoraj
na podłodze przez nas ubrania, ale jest pusta.
Staję
zdezorientowana na środku pokoju, kiedy nagle otwierają się drzwi
i do środka wchodzi Jason, ubrany w swój szary płaszcz.
-
W porządku? - pyta, dostrzegając mój rozbiegany wzrok.
-
Wystraszyłam się, że coś ci się stało – odpowiadam, mocniej
owijając się prześcieradłem, które udało mi się chwycić w
moim szaleńczym biegu ku drzwiom łazienki.
-
Musiałem się przejść - odpowiada, ale sucho, bez uśmiechu.
-
Coś się stało? - pytam łagodnie, dotykając jego ramienia.
-
To się stało! - wybucha gniewem, gestem wskazując łóżko,
półnagą mnie oraz siebie. - Zostało mi może trzy miesiące
życia, a ja niefrasobliwie zakochuje się w osobie, która
litościwie nie pozwala mi umierać w samotności!
Opadam
na materac, ogłuszona jego słowami. Jason przechadza się gniewie z
jednego końca pokoju na drugi, z rękami zaplecionymi za plecami.
Widzę, jak zaciska mocno pieści, jako oddycha ciężko, próbując
opanować emocje.
-
Jason - mówię cicho, dostrzegając jego blade palce i pot perlący
się na czole.
-
Nie, nie powtarzaj mi po raz kolejny, że mam żyć, a nie umierać -
mówi poirytowany. - Ja umieram, Ala. UMIERAM. Nie wiem, czy
wczorajszy wieczór coś dla ciebie znaczył, pewnie nie, i to
może nawet lepiej dla ciebie.
-
Jason... - powtarzam jeszcze ciszej.
-
Nie chcę, żebyś się nade mną litowała, nie chcę, żebyś
próbowała naprawić swoje błędy, spełniając moje marzenia, czy
co tam sobie wymyśliłaś! Nie chcę, byś się do mnie
przywiązywała, nie chcę, by.... - Przystaje, opierając się o
oparcie krzesła i ciężko dysząc.
Podchodzę
do niego i opieram mu dłoń między łopatkami, a drugą dotykam
jego czoła.
-
Jesteś rozpalony. Wziąłeś rano leki? - pytam łagodnie, a on
kręci głową, z trudem łapiąc oddech.
Biorę
go pod ramię i prowadzę do łóżka. Sadzam na nim i zdejmuję z
niego ostrożnie płaszcz i marynarkę. Uśmiecha się nieznacznie,
kiedy próbuję opanować zsuwające się ze mnie prześcieradło, po
czym wracam do rozpinania jego koszuli. Potem jeszcze buty i spodnie,
po czym poprawiam mu pod głową poduszkę i idę po porcję leków i
wodę. Kiedy wracam, wciąż oddycha niespokojnie, ale na jego twarzy
nie ma już gniewu.
-
Nie lituję się nad tobą, Jason – mówię, podając mu tabletki.
- Jedynie się troszczę, a to duża różnica.
-
Dlaczego to robisz? - chrypi, popijając garść leków dużym
haustem wody.
-
Bo to wszytko - powtarzam jego gest sprzed kilku minut - wcale nie
znaczyło dla mnie nic.
***
Jason
spędza w łóżku kolejne dwa dni, walcząc z osłabieniem
organizmu. Spędzam ten cały czas przy nim, wychodząc jedynie po
posiłki do restauracji na dole i by wysłać do rodziców pocztówkę
z artystycznym zdjęciem wieży Eiffla.
Paryż
o tej porze roku jest okropny, ale właśnie spędzam tu jedne z
lepszych chwil ostatnich lat. Tęsknię za wami, Ala
Podobną
wysyłam do Kasi, jednak długo waham się, co powinnam jej napisać.
Z każdego
miejsca, które odwiedzam
ślę
jej pocztówkę. Wiele
z nich zawiera jedynie
jedno
słowo: przepraszam.
Dziś
wiem, że "przepraszam" to za mało. Nie próbuj mnie
nienawidzić i nie próbuj przebaczać. Po prostu żyj, Kaś. Ala
Na
znaczkach też widnieje ta cholerna wieża, do której widoku się
jednak już przyzwyczaiłam.
Kiedy
wracam do hotelu, recepcjonistka informuje mnie, że po południu,
pracownicy hotelu wstawią do naszego pokoju dodatkowe łóżko, o
które prosiłam w dniu przyjazdu.
-
To nie będzie konieczne, pojutrze wyjeżdżamy - opowiadam, nie
dodając, że wspólne łóżko parę nocy temu przestało być dla
nas problemem.
W
pokoju odkrywam Jasona przeglądającego gazetę i wyglądającego na
o wiele zdrowszego. Odruchowo dotykam jego czoła i sprawdzam puls,
ale wszystko jest w normie.
-
Nie strasz mnie tak więcej - mówię, podając mu kolejną porcję
leków i pytam, czy da radę wyjść dziś z łóżka.
-
Jutro, muszę porządnie nabrać sił, bo mamy jeszcze jedno miejsce
do zwiedzenia – odpowiada nieco tajemniczo. - Ale dziś jeszcze nie
i mam nadzieję, że do mnie dołączysz. - Uśmiecha się do mnie, a
ja wsuwam się pod kołdrę i przykładam głowę do jego piersi,
wsłuchując się w miarowe bicie jego serca.
-
Obiecaj mi coś, Jason - mówię cicho. - Obiecaj mi, że będziesz
żył. Tak długo, jak dasz radę. Dla mnie – kończę szeptem.
-
Obiecuję - odpowiada równie cicho i całuje mnie w czubek głowy, a
w materiał jego koszuli wsiąka moja pojedyncza łza.
***
-
Na pewno Luwr? A twoje katakumby? - upewniam się, poprawiając po
raz kolejny jego szalik. Z dnia na dzień jest coraz bardziej podatny
na infekcje, które będą coraz trudniejsze do opanowania. Musimy
zachować coraz więcej środków ostrożności.
-
Masz rację, cztery stopnie to trochę mało. W muzeum jest chociaż
ogrzewanie. - Mruga do mnie zawadiacko. - Do tego oczywiście
katedra. Z dwoma wieżami - dodaje z cierpiętniczą miną, a ja
śmieję się głośno i całuję go w policzek.
-
Gdybyś mnie słuchał parę dni wcześniej, to wiedziałbyś, że w
zimie wieże są niedostępne dla zwiedzających – śmieję się,
po czym wtulam się w niego i niespiesznie zmierzamy w kierunku
muzeum.
-
A więc okrutnie ze mnie zakpiłaś, wykorzystując moją niewiedzę!
Cóż, to nieco weryfikuje moje plany... - dodaje ciszej, jednak nie
udaje mi się z niego wciągnąć, co miał na myśli.
Muzeum
jest bardzo obszerne, wybieramy więc trasę obejmującą tylko kilka
najbardziej popularnych punktów. Zgodnie z obietnicą, nie szczędzę
ciekawostek, choć nie wszystkie są związane bezpośrednio z
eksponatami i nie wszystkie pasują do powagi tego miejsca.
Na
naszej trasie nie może oczywiście zabraknąć...
-
A oto ponoć jedna z najpiękniejszych kobiet w historii ludzkości -
przedstawiam mu Mona Lisę, zafascynowana przyglądając się temu
sławnemu dziełu Leonardo. Może dlatego nie od razu zauważam, że
kiedy Jason potwierdza z zapałem, wcale, ale to wcale nie patrzy na
wiekowe płótno.
Wychodzimy
wcześniej, by zdążyć jeszcze do katedry, jest już więc całkiem
ciemno, kiedy stajemy niezdecydowani na chodniku, obserwując
rozgwieżdżone niebo nad Paryżem.
-
Mogę cię porwać w jeszcze jedno miejsce? - pyta Jason, a ja kiwam
głową. Bez słowa prowadzi mnie w tylko sobie znanym kierunku.
Dopiero kiedy zza zakrętu wyłania się wieża Eiffla, wzdycham
zmęczona.
-
Znowu? - marudzę.
-
Cicho – upomina mnie, dając mi pstryczka w nos. - Miałem to
zrobić na wieży Notre Dame, ale ponieważ zrobiłaś mnie w konia,
to nie udało mi się wymyślić nic oryginalniejszego.
Nie
wyjaśnia mi wiele więcej, dopóki nie docieramy pod wieżę. Chwilę
kręcimy się dookoła, szukając miejsca, z którego będzie
najpiękniejszy widok. Nie mam pojęcia, po co to robimy, ale
Jasonowi bardzo na tym zależy.
-
Chcę byś miała piękne wspomnienia - mówi, kiedy w końcu
znajdujemy miejsce, które łaskawie określam jako „niezłe”.
-
Jeśli marznięcie pod tym żelastwem uważasz za piękne
wspomnienie... - zaczynam się z nim znowu droczyć.
-
Cicho, nie przerywaj mi teraz. - Jason kładzie mi palec na ustach,
po czym sięga do kieszeni. - Postaram się streścić.
Kiwam
głową, a mężczyzna bierze głęboki oddech.
-
Po pierwsze chcę cię przeprosić za to wszystko, co powiedziałem
wtedy w hotelu. Nie byłem wtedy sobą. I nie chodzi o gorączkę,
ale o strach. Bałem się, że bezpowrotnie niszczę życie osobie,
która uratowała moje i wciąż ratuje je każdego dnia. - Uśmiecha
się do mnie i wyciąga dłoń z kieszeni, jednak nie otwiera jej
jeszcze. - Ale pokazałaś mi, że jesteś silniejsza, niż myślałem,
że dobrze wiesz, co robisz i nie żałujesz swojej szalonej, jakby
nie było, propozycji.
-
Nie żałuję - potwierdzam, gdy milknie na moment. - To była jedna
z lepszych decyzji, jakie podjęłam w swoim życiu, wiesz?
Uśmiecha
się do mnie krótko, po czym rozwiera dłoń. W blasku księżyca i
gwiazd, dwie złote obrączki błyszczą jakby własnym światłem.
-
Pamiętasz je? - pyta cicho, a ja kiwam głową, bo nie znajduje w
sobie żadnych odpowiednich słów. - Czy zatem zechcesz nosić teraz
jedną z nich? - pyta z nadzieją w oczach.
A
ja wciąż nie mogąc wydobyć z siebie słowa, po prostu ponownie
kiwam głową.
***
Ciężko
mi uwierzyć w widok, który prezentuje się w lustrze. Biała
sukienka jest skromna, ale bardzo ładna, a ja wciąż mrugam
zaskoczona, nie mogąc się nadziwić, jak bardzo mi w niej do
twarzy. Obracam się ostrożnie i nagle z żalem myślę, że moja
mama powinna to zobaczyć. Robię zdjęcie i piszę długą
wiadomość, ale ostatecznie jej nie wysyłam.
Jakby
się poczuła, gdyby nagle się dowiedziała, że tysiące kilometrów
od niej jej jedyna córka właśnie wychodzi za mąż?
Za
mężczyznę, którego zna niespełna dwa miesiące?
Poprawiam
raz jeszcze wsuwki we włosach i biorę bukiet białych róż.
Za drzwiami czeka na mnie już Jason w doskonale skrojonym
garniturze. Z lekkim niepokojem stwierdzam, że jest dosyć blady,
ale uśmiecha się do mnie uspokajająco. To będzie krótka
uroczystość.
-
Gotowa? - Podaje mi ramię i powoli ruszamy korytarzem do niewielkiej
sali, gdzie czeka na nas urzędnik.
-
Jak nigdy - mówię i śmieję się cicho, bo nagle nachodzi mnie
zabawna myśl. Dopiero kilka dni wcześniej, wypełniając wszystkie
potrzebne dokumenty, dowiedziałam się, jakie nazwisko nosi Jason.
Ot,
nieistotny szczegół.
Gdy
mu to mówię, wybucha serdecznym śmiechem, który niesie się echem
po korytarzu, zaraz jednak śmiech zmienia się w kaszel, a po
kilku spazmach Jason wykrztusza skrzepniętą krew.
-
Niedobrze - szepczę, chwytając go mocniej pod ramię.
-
To nic - odpowiada zdecydowanie i przeciera usta chusteczką
higieniczną. - Chodźmy.
Zerkam
na niego z niepokojem, ale zgodnie z jego życzeniem popycham ciężkie
dębowe drzwi, zza których wychodzę kilka minut później już nie
jako panna Mittner, a jako pani Spencer.
***
-
Hawaje czy Australia? - Podrzuca mi foldery biura podróży.
-
Za daleko - sprowadzam go na ziemię.
-
Mówiłaś, że mam się nie ograniczać z marzeniami - zauważa, a
ja wzdycham ciężko i podchodzę do niego bliżej.
-
Naprawdę chcesz jechać do Australii? Albo na Hawaje? - pytam,
obejmując go w pasie i zerkając na kolorowe obrazki.
-
Ty mówiłaś, że chcesz - odpowiada mi. - A twoje marzenia są i
moimi.
-
Byłam niedawno w Australii. Poza kangurami niewiele tam fajnych
rzeczy - studzę jego zapał. - A na Hawajach jest wilgotny klimat,
łatwo złapać jakąś infekcję - przypominam mu cierpliwie. Nie
chcę torpedować jego planów, ale to naprawdę nie byłoby
rozsądne.
-
Chciałaś, żebym żył pełnią życia - mówi cicho.
-
Owszem, ale nie tak, żeby to życie zaczęło cię zabijać -
odpowiadam, zapalając mu ręce na karku i opierając się czołem o
jego czoło. - Pożyj ze mną jeszcze trochę, Jason - szepczę i
całuję go czule.
Czuję,
jak uśmiecha się pod tym pocałunkiem, kierując nasze korki
powoli, ale zdecydowanie ku sypialni. Kiedy lądujemy na łóżku,
którego nie udało nam się od wczoraj pościelić, Jason wzdycha
zrezygnowany.
-
No dobrze, nasz miesiąc miodowy możemy spędzić w Central Parku
karmić kaczki, skoro tak bardzo nalegasz – oznajmia z
cierpiętniczą miną, ale po zawadiackim błysku w jego oczach
poznaję, że czeka na wynagrodzenie za pójście na tę ugodę.
Śmieje
się i wtulam się w niego mocno, tym samym jednak wsłuchuję się
ponownie w bicie jego serca. Bije równo, ale powoli, jakby z
wysiłkiem, a w mojej głowie pojawia się straszna myśl, że być
może już niedługo będę nasłuchiwać w ten sposób jego
ostatniego uderzenia.
***
Miesiąc
miodowy musieliśmy skrócić do dwóch tygodni. Nie spędziliśmy
ich w Central Parku, a na campingu w środku uroczego lasu. Nie
mieliśmy stamtąd zbyt daleko do kliniki onkologicznej, kiedy więc
pewnego ranka Jasona obudził silny ból brzucha i krwawe wymioty,
szybko trafił w fachowe ręce lekarzy.
Badania
dłużą się niemiłosiernie, w końcu jednak lekarz wchodzi do
mnie. Ma nieodgadnioną minę, a mnie ponownie włącza się zmysł
psychologa - wiem, że nie ma dobrych wieści.
-
Pani Spencer, skończyliśmy badać pani męża i niestety nowotwór
jest już w bardzo zaawansowanym stadium. Trzustka jest ledwie
wydolna, dookoła zbiera się ropa, do tego krwawienie z żołądka.
Odessaliśmy ropę i krew, ale to się będzie powtarzać, nie
jesteśmy już w stanie tego zatrzymać.
Kiwam
głową, przyswajając te informacje.
-
Czy pomijając te ataki, będzie czuł się w miarę dobrze? - pytam.
-
Przyzwoicie. Jeśli podwoję dawki leków, nie będzie w ogóle czuć
bólu, ale to może go trochę otępić – proponuje lekarz.
Kręcę
głową.
-
Proszę zostawić normalną dawkę.
-
Pani mąż powiedział dokładnie to samo. - Uśmiecha się do mnie
lekarz i mówi, że mogę wejść na moment do Jasona.
Jest
bardzo blady, podpięty do licznych urządzeń pomiarowych,
pielęgniarka poprawia jeszcze kroplówkę i zostawia nas samych,
prosząc, by zawołać ją gdybyśmy czegoś potrzebowali. Przysiadam
na brzegu łóżka, uważając na liczne przewody i całuję go w
czoło.
-
Chcieli mi zwiększyć dawkę leków, ale się nie zgodziłem –
szepcze gorączkowo, a ja kiwam głową, że wiem. - Chcę być
przytomny do samego końca.
-
To jeszcze nie jest koniec - mówię łagodnie i kładę mu rękę na
piersi. Serce bije z wysiłkiem, ale wciąż miarowo.
I
wciąż bije.
-
Ala - mówi Jason słabo. - Ja zrozumiem, jeżeli... jeżeli teraz
odejdziesz.
Patrzę
na niego zaskoczona, bo nie od razu dociera do mnie, o czym mówi.
-
Jason...
-
Nie, posłuchaj mnie. - Bierze mnie za rękę i delikatnie zaczyna
zataczać koła kciukiem po jej powierzchni. - Wiem, że umawialiśmy
się, że będziesz moją tarczą przeciwko samotności, ale nie mogę
skazywać cię na patrzenie, jak umieram, nie taka była umowa.
-
Umawialiśmy się na życie, nie na umieranie – dodaję cicho.
-
Teraz zostało mi już tylko to drugie, Ala.
Zagryzam
wargę.
-
Przysięgałam ci niedawno, że "póki śmierć nas nie
rozłączy" - przypominam mu. - A ja dotrzymuję obietnic,
Jason.
-
Ala, ta przysięga dotyczy osób, które się kochają, które łączy
prawdziwa miłość. Co nas może łączyć po niecałych trzech
miesiącach?
-
Nie wiem - szepczę. - Ale gdybyśmy tylko mieli czas...
-
Ale nie mieliśmy, kochanie – przerywa mi łagodnie.
-
Gdybyśmy go mieli, nie byłoby nas - uświadamiam mu. - Niczego nie
żałuję, Jason. Bo wiem, że gdyby dano nam więcej czasu, to na
pewno bym cię pokochała. Bo już cię w jakiś pokrętny,
niemożliwy do ogarnięcia umysłem sposób kocham.
-
A oni?- pyta nagle.
Rzadko
rozmawialiśmy o mojej przeszłości, zaskakuje mnie więc, że wraca
do niej akurat w tym momencie. Zamieram na chwilę, przywołując
wspomnienie twarzy najpierw Klemensa, a potem Petera. Potem nakłada
mi się na to obraz bladej twarzy Jasona i uśmiecham się krótko.
-
Obu kochałam, ale każdego inaczej – odpowiadam. Pierwszy raz mogę
powiedzieć z pełną pewnością, czym było to uczucie, których
obu darzyłam. - Jeszcze inaczej, niż kocham ciebie, Jason. Na
świecie jest nieskończona liczba miłości, inna dla każdego
człowieka. Nie kocha się bardziej lub mniej. Kocha się po prostu
inaczej – mówię, sama sobie dziwiąc się, jakie to może być
proste.
-
Obiecaj mi coś, Ala.
Kiwam
głową na potwierdzenie, że słucham go uważnie.
-
Obiecaj mi, że wrócisz. Że wrócisz i naprawisz to, co będzie się
dało naprawisz. Że powtórzysz te mądre słowa i jednemu, i
drugiemu. Że powtórzysz je swoim rodzicom. Swoim przyjaciołom.
Zasługujesz na szansę, by mogli ci wybaczyć. Dlatego obiecaj mi,
że wrócisz do nich, póki jeszcze masz na to czas. Wykorzystaj to,
że masz go więcej ode mnie. Obiecasz mi to?
-
Obiecuję – szepczę, po czym nachylam się i ostrożnie go całuję.
Chwilę później wraca pielęgniarka i prosi mnie o opuszczenie
sali, by Jason mógł spokojnie wracać do sił.
***
Po
tygodniu Jason wychodzi ze szpitala. Wciąż jest osłabiony, ledwie
trzyma się na nogach, ale upiera się, że mam go zawieźć na most.
Spełniam jego życzenie i brodząc po kostki w śniegu powoli
docieramy do przęsła, przy którym spotkaliśmy się po raz
pierwszy.
-
Dziś nie miałbym siły się tu nawet wdrapać - mówi, wskazując
barierkę.
-
Dziś nie miałbyś motywacji ani powodu, by skoczyć – dodaję,
mocniej obejmując jego ramię. - Wtedy zresztą też nie miałeś –
stwierdzam cicho.
-
Myślisz? - Zerka na mnie.
-
Tak.
-
Dlaczego więc podeszłaś wtedy, by mnie ratować? - pyta.
Myślę
dłuższą chwilę nad odpowiedzią, nim uświadamiam sobie, dlaczego
wtedy go zagadnęłam. Nie zadzwoniłam po policję, czy inne służby,
czemu osobiście dopilnowałam, by nie miał powodu wrócić tam
następnego dnia w tym samym celu. Odpowiedź nagle pojawiła się w
mojej głowie, jakby zawsze tam była.
-
Nie podeszłam, by cię ratować, Jason – mówię cicho, spoglądają
mu prosto w oczy. - Podeszłam, żebyś to ty uratował mnie.
***
Przez
dwa tygodnie kursujemy między mieszkaniem a szpitalem, gdzie
regularnie odsysana jest ropa i krew. Wypływ jest jednak coraz
bardziej intensywny, tak że odsysania wkrótce przestają dawać
jakikolwiek efekt.
-
Możemy teraz tylko podawać coraz większe dawki morfiny - informuje
mnie lekarz, spoglądając na mnie współczująco. Nie musi mówić
nic więcej.
Sama
dobrze wiem, że zostały nam jedynie dni.
***
-
Jesteś pewien?
-
Tak, nie lubię zapachu szpitali.
Kiwam
głową i podaję mu do podpisu formularz o wypis na prośbę
pacjenta. Łapię się na tym, że obserwuję uważnie jego twarz i
dłonie, jakby pragnąc utrwalić w głowie obraz jego uśmiechu,
gestów i innych szczegółów, których nie miałam czasu poznać
tak dobrze, jak bym chciała.
Lekarz
informuje mnie, że pielęgniarka będzie przychodzić codziennie,
instruuje mnie po raz kolejny o dawkowaniu morfiny i życzy
powodzenia.
Nie
zauważyłam wcześniej, że „powodzenia” rymuje się z „do
widzenia”.
A
to przecież bardzo ładny eufemizm do „żegnaj”.
***
-
Na pewno nie chcesz odjeść? Sam mogę dawkować morfinę. Mam
telefon do pielęgniarki i...
-
Na pewno.
-
Na sto procent?
-
Wiesz, że nie musisz o to pytać.
-
Ala...
-
Koniec dyskusji, Jason.
-
Ala, dlaczego chcesz zostać?
Milczę
przez bardzo, bardzo długą chwilę.
-
Bo skończyłam już z odchodzeniem od ludzi, których kocham, Jason.
***
Moje
małżeństwo trwało dokładnie czterdzieści dwa dni, sześć
godzin i trzydzieści dwie minuty.
I
było to najlepsze czterdzieści dwa dni, sześć godzin i
trzydzieści dwie minuty w moim życiu. Może nie licząc tych
wcześniejszych dwóch miesięcy znajomości z Jasonem.
Nagrobek
jest jasnoszary i bardzo prosty, tak jak wszystkie na tym cmentarzu.
Na pogrzebie byłam tylko ja, ksiądz i kilka przypadkowych osób,
które poprosiłam o poświecenie kilku minut swojego czasu na
pożegnanie Jasona. To byli ludzie z ulicy, którzy pewnie nigdy nie
widzieli go nawet na oczy, a mimo to poważnie potraktowali moją
prośbę. I tak życzenie Jasona, by nie odchodzić w samotności
zostało spełnione.
Ksiądz
odszedł pół godziny temu, ostatni z przypadkowych żałobników
przed kwadransem, a ja nadal wpatruję się w milczeniu w nagrobek, a
w moim umyśle nie błąka się choćby jedna myśl. Ściskam w
dłoniach kurczowo bukiet zasuszonych białych róż - tych samych,
które trochę ponad miesiąc temu towarzyszyły nam w urzędzie
stanu cywilnego.
Ocieram
z twarzy łzy i kucam, by płożyć je przy nagrobku. Wieje zimny
wiatr, więc opatulam się mocniej płaszczem, obejmując ramionami
brzuch. Mimo przenikliwego zimna, nie chce jeszcze odchodzić. Mam mu
coś jeszcze do powiedzenia.
-
Nigdy nie lubiłam tych nocnych zmian, wiesz? - mówię w końcu
cicho, nie wiedząc jak zacząć. - Ale to dzięki nim cię poznałam.
W tamten poniedziałek gdy spotkaliśmy się po raz pierwszy, nie
miałam pojęcia, jak bardzo wpłyniesz na moje życie. Nie miałam
pojęcia, jak wiele może mi uświadomić zwykle życie z tobą. Jak
wiele może mi dać. - Uśmiecham się lekko do siebie.
Wyciągam
dłonie z kieszeni i mimowolnie zaczynam się bawić obrączką.
Wygląda na moim placu tak naturalnie, jakby była tam od zawsze.
Wiem, że nigdy jej nie ściągnę.
-
Mówiłam ci, że nie cierpię Paryża? Jest dla mnie totalnie
przereklamowany, tak samo, jak francuskie wino. Ale poleciałam tam z
tobą, mimo iż bałam się wracać do Europy, wbrew temu, co
mówiłam. Odważyłam się na to dla ciebie. Dla ciebie też
przemogłam swoją niechęć do tego miasta. I do wieży Eiffla. -
Uśmiecham się pod nosem przez łzy, które zbierają się w moich
oczach. - Wiesz, że to ostatnie miejsce, które wybrałabym na
oświadczyny? Naprawdę, większej sztampy trudno szukać po całym
świecie! A mimo to, to były najlepsze zaręczyny, jakie mogłam
sobie wyobrazić, nawet jeśli zanadto się z nimi pospieszyliśmy.
Gdybyśmy mieli tylko więcej czasu, lata, nie miesiące...
Wzdycham.
Ściemnia się już i robi się coraz zimniej. Ale zostało jeszcze
kilka spraw, które muszę mu wyjaśnić.
-
Pokochałam cię w trybie przyspieszonym, Jason. Ale to nie była
miłość na pół gwizdka, brzmi to jak szaleństwo, ale tyle mi
wystarczyło. Te parę miesięcy wystarczyło mi, żeby cię
pokochać. Pokochać cię szybciej, niż w normalnych warunkach, bo
dano nam tak mało czasu...
Zaczyna
padać śnieg – znak, że najwyższy czas wracać do domu. Chowam
dłonie do kieszeni i biorę głęboki oddech.
-
Dziękuję ci, Jason. Uświadomiłeś mi wiele rzeczy, pokazałeś
mi, co jest naprawdę ważne. Przy tobie nauczyłam się przeżywać
życie, a nie jedynie żyć. Obiecałam ci, że naprawię swoje
błędy. I dotrzymam tej obietnicy.
Ocieram
z twarzy ostatnie łzy i drżącą ręką dotykam nagrobka. Drugą
kładę na brzuchu i uśmiecham się smutno.
-
Żałuję jedynie, że nie miałeś wystarczająco dużo czasu, by ją
poznać - mówię. - Pomyślałam, że dam jej na imię Diana, wiesz,
dokładnie tak, jak księżna – śmieję się pod nosem,
wyobrażając sobie, jak krzywi się na tę myśl. - Tak myślę, że
to będzie dziewczynka. Będzie mieć twoje oczy i uśmiech, ale
włosy i charakter będzie mieć po mnie. Dokładnie tak będzie,
Jason. - Uśmiecham się do swoich myśli, pozwalając na chwilę
zbłądzić mojej wyobraźni, która podsuwa mi obraz życia, którym
moglibyśmy żyć w trójkę, gdybyśmy dostali od losu więcej
wspólnego czasu.
Tylko
trochę więcej czasu. Gdybyśmy tylko mieli go trochę więcej.
Teraz
jednak naszedł czas, by się pożegnać. Robi się coraz zimniej, a
ja muszę teraz dbać o siebie podwójnie. Została mi tylko jeszcze
jedna rzecz do przekazania. Liczyłam, że w jakiś sposób Jason
mnie słyszy, bo nie wszystko zdążyłam mu przecież powiedzieć.
-
Nauczyłeś mnie, że miłość to umiejętne rozpoznawanie, kiedy
należy zostać, a kiedy należy odejść. Odeszłam, ale teraz mam
zamiar wrócić. Mam nadzieję, że miałeś rację i będę mieć do
czego.
Chowam
dłoń do kieszeni i odchodzę, nie oglądając się już za siebie.
Mam do załatwienia wiele spraw, z którymi nie powinnam zwlekać.
Nigdy
nie wiadomo, jak wiele wspólnego czasu nam pozostało.
DOSŁOWNIE TONĘ W ŁZACH.
OdpowiedzUsuńTen dodatek sprawił też, że całkiem inaczej, mniej krytycznie, ostro spojrzałam na epilog. Ale o tym później. Do zobaczenia tutaj jeszcze <3
Wreszcie jestem! Cześć! I, uwaga, spojler na początek. To miał być ułożony, porządny komentarz, bo zdecydowanie zasługujecie (Ty i ta historia) na taki, ale, cóż, wyszedł chaos.
UsuńWięc tak, zaczynasz z grubej rury. Alicja spotyka potencjalnego samobójcę, ale typowym dla siebie sarkazmem całkowicie go rozbraja. A wręcz, tak jak to cudownie określił Jason, podarowuje mu jeszcze jeden dzień życia. A nawet parę miesięcy.
Historia lubi się powtarzać, prawda? Bo oto znowu mamy Alicję w nieciekawym punkcie swojego życia, kiedy znowu przed czymś ucieka. I mamy równie zagubionego mężczyznę. Oboje stają się dla siebie podporami, przez co zbliżają się do siebie na wiele sposobów. Brzmi znajomo?
No dobra, historia tylko pozornie wygląda podobnie. Jednak jest całkowicie inna. Bo, cytując Szymborską, nic dwa razy się nie zdarza.
Jason. Jego sielankowe życie przerwał rak. A przede wszystkim ucieczka jego narzeczonej. Myślę, że to drugie nawet mocniej zabolało. Bo jeśli ktoś, kto twierdził, że cię kocha, odchodzi, gdy go najbardziej potrzebujesz, to czy naprawdę cię kochał? Można mieć wątpliwości. Więc koniec końców Jason został sam na sam ze swoim rakiem i swoimi wątpliwościami. Mieszanka wybuchowa.
Na szczęście dla siebie spotyka Alkę. A kto nie zrozumie czyjegoś cierpienia tak jak kobieta po przejściach?
(PS. To wspomnienie o oświadczynach Petera to był cios. Ja WCIĄŻ to przeżywam).
Ten pomysł Ali, by spędzić z obcym, umierającym człowiekiem jego ostatnie miesiące jest totalnie szalony. Ale w sumie miała rację, oboje nie mają nic do stracenia. Oczywiście pozornie. Bo człowiek jednak przywiązuje się do drugiego człowieka, więc zupełnie naturalne jest, że po jego odejściu zostanie jakaś pustka i żal. Niemniej jednak Alka miała też czas, by się z tym pogodzić, jakby od początku dokładnie wiedziała na co się pisze. Może to nie było jakieś ułatwienie, ale na pewno nic jej nie zaskoczyło. Ale nie uprzedzajmy wydarzeń. Myślę, że takie intensywne ostatnie miesiące Jasona były potrzebne im obojgu. Jasonowi, żeby umierając, mógł powiedzieć sobie, że naprawdę żył, że chłonął świat. Żeby to umieranie nie było takie smutne, przytłaczające i samotne. A Alce, by kobieta odżyła. By dostała taki impuls, który powie jej: hej, nie zamykaj się w swoich wyrzutach sumienia i w przeszłości, patrz, jaki świat jest cudowny! Żeby pozwoliła sobie na chwilę radości i beztroski. No i oni razem są tacy fajni. Tak dobrze się o nich czyta. Choroba Jasona dla obojga nie jest żadnym tabu. Co więcej, potrafią zdobyć się na odrobinę czarnego humoru, na jakieś sarkastyczne uwagi względem siebie, swoich żyć. Ten sposób godzenia się z smutną rzeczywistością jest imponujący. I TEN PARYŻ!!! Jestem totalnie zachwycona francuskimi scenami. Tym jak ich relacja naturalnie ewoluowała. Jak bardzo bliscy się sobie stali. Jak w tym całym szaleństwem paradoksalnie znaleźli spokój. I TA HOTELOWA SCENA, jakie to było dobre! Swoją drogę, zawsze lubiłam Alę, żeby nie było, choć czasami irytowała swoim zachowaniem (no bo halo, dlaczego wciąż wzdycha do Klimka jak PETER) (ale coś jest w takich bohaterach, którzy łamią jakieś wyobrażenia czytelnika, prawda?), ale w tym parcie to ja ją pokochałam. Totalnie.
No i tak. Słodkie chwile przerywane są gorzkimi wydarzeniami. Albo w słodkich chwilach pojawiają się gorzkie detale. I to nadaje wszystkiemu realizmowi. Bo takie jest życie. Wszystko ze sobą się przeplata. Powiem ci jeszcze, że jak tak teraz czytam tę historię to przeżywam ją dokładnie tak samo mocno jak za pierwszym razem. Jest taka intensywna, nie sposób uciec od czucia czegoś. To jest piękne i to jest dokładnie to czego oczekuję od historii, które czytam. Mogę tylko się pokłonić.
Jestem jednak #TeamJason, sorry Peter, ale no, stało się. XD
Ślub. W niezależnie jakich warunkach bierze się ślub, ma się rodzinę przy sobie – czy to fizycznie, czy tylko w myślach. Alce niestety przypadło to drugie. Nic dziwnego, że wspomina w ten dzień mamę, że chce się pochwalić, wysłać zdjęcie, że pewnie chciałaby by rodzina była z nią w tym notabene ważnym dniu. Która mała dziewczynka nigdy nie wyobrażała sobie dnia swojego ślubu, przepięknej sukni, mnóstwa gości bawiących się do białego rana? Cóż, Ali musiała wystarczyć skromna sukienka, ledwo stojący na nogach przyszły mąż i urzędnik. Przypuszczam, że jej radość musiała przeplatać się z wyjątkową nostalgią. I radość nie mogła nawet trwać długo, bo codzienność dopraszała się o uwagę. A prawdą jest, że ich codzienność to mimo wszystko choroba Jasona. I ją, mimo swoich początkowych obietnic żyjmy pełną piersią, muszą brać przede wszystkim pod uwagę. A to jest cholernie trudnie, zwłaszcza, że zdążyli się poznać, zaangażować, nie chcieć, by to wszystko skończyło się teraz. Ale wciąż mają swoje małe chwile, kiedy mogą oderwać się od rzeczywistości, być tylko dla siebie. Kiedy jest łatwiej, bo jest się razem. Kiedy, mimo niemocy, czuje się siłę.
OdpowiedzUsuńOkej. To ten moment, kiedy oczy zachodzą mi łzami po raz pierwszy. Scena w szpitalu. Kiedy Jason kocha Alę na tyle, że pozwala jej odejść. Kiedy Ala uświadamia sobie, że kocha Jasona. I kiedy nagle zaczyna rozumieć swoje uczucia do Klimka i Petera. Ten przepiękny cytat o nieskończonej liczbie miłości. I obietnica Ali, że wreszcie stawi czoła swojej przeszłości. Mam dość. Jestem emocjonalnie rozsypana i to wszystko przez Ciebie! (oczywiście też kc za to, ale no, to takie mega smutne i tak bardzo chwyta za serduszko).
Uważam, że oni wzajemnie się ratowali, wspierali. Poniekąd byli dla siebie lustrami, choć w nie oczywisty sposób. Dla nich obu na jakiś sposób życie się skończyło, a przynajmniej takie życie, jakie znali. I dopiero razem udało im się ogarnąć nową, smutniejszą rzeczywistość. Minus i minus daje plus, może w ich przypadku też tak było. Z dwóch przygniecionych problemami osób, stali się na jakiś pokręcony sposób szczęśliwą parą. Jeśli to nie było przeznaczenie, że spotkali się wtedy na tym moście, to ja nie wiem, co to było.
„Bo skończyłam z odchodzeniem od ludzi, których kocham”. O RETY. Znowu ryczę. To wzruszające, a przede wszystkim trafne zdanie. Alicja niesamowicie się zmieniła w ostatnich miesiącach, dojrzała. Dojrzała do tego, by nie uciekać przed miłością nieważnie jak bardzo bolesne rany może zadać. Myślę też, że dojrzała do tego, by dać się pokochać. Została oswojona. I trwa dzielnie przy Jasonie w ostatnich chwilach jego życia, próbując maksymalnie je wykorzystać na zapamiętanie każdego detalu jego twarzy. Bo nie chce zapomnieć człowieka, który bez wątpienia zmienił jej życie.
Pożegnanie Alki, a ja już ryczę konkretnie. Nawet nie wiem, co w tej chwili mogę powiedzieć. Czasami wystarczy dosłownie parę miesięcy, by życie wywróciło się o sto osiemdziesiąt stopni i to w momencie, w którym kompletnie się tego nie spodziewamy. Wystarczy jeden niepozorny moment, by spotkać kogoś, dzięki komu zrozumiemy przeszłość na tyle, by wyciągnąć wnioski i nie powtórzyć błędów, które zaprowadziły nas do miejsca, w którym jesteśmy. Ala przeżyła naprawdę wiele. I na koniec życie próbowało ją dobić śmiercią Jasona. Ale paradoksalnie to Jason dał jej siłę, by przezwyciężyć ten smutek, który wiązał się z jego stratą. Po pierwsze, dał jej swoją miłość, po drugie, nie zostawił jej samej na świecie, tylko z małą istotką, po trzecie, dał motywację, by wróciła do Europy i naprawiła wszystkie swoje relacje z przeszłości.
Naprawdę nie potrafiłam przeboleć zakończenia „Odchodzę…”, dosłownie każda komórka mojego ciała buntowała się przed tym, jak skończyła się ta historia. Te otwarte zakończenia zawsze wzbudzają tyle emocji, prawda? Ale to Twoje to było takie wyjątkowo negatywne otwarte zakończenie XD (ale w takim emocjonalnym sensie tylko!). Naprawdę, mnie takie zakończenia emocjonalnie miażdżą. I za nic nie potrafiłam zrozumieć Alki. ALE. Gdyby nie tamto zakończenie, nie byłoby tej historii. Ala nie spotkałaby Jasona. Ani tak dokładnie nie poznałaby samej siebie. Naprawdę nie mam słów. Ten jednopart wywarł na mnie olbrzymie wrażenie i wywołał niesamowicie silne emocje. To jest naprawdę mistrzowskie, perfekcyjnie pod każdym względem. Styl pisania, forma, no wszystko jest kompletne. I historia sama w sobie jest po prostu prawdziwa. Jason i Ala nie byli ani zbyt oddaleni od rzeczywistości, ani przerysowani, byli po prostu ludzcy. A ich uczucie rodziło się zupełnie naturalnie. W dodatku każda scena chwyta za serce. W ogóle historie tego typu łatwo zepsuć, zrobić zbyt ckliwo, zbyt pompatycznie. U Ciebie jednak wszystko jest w sam raz. I choć złamałaś mi znowu serce, bardzo mnie to raduje. Uwielbiam czytać opowiadania, które sprawiają, ze muszę na chwilę przerwać, zatrzymać się, odetchnąć, pomyśleć. Które zmuszają czytelnika do jakiegoś reakcji, a które nie są tylko bezrefleksyjną czytanką. I bardzo się cieszę, że sama jesteś dumna z tej historii i sama ją doceniasz! Masz absolutną rację, powinnaś być dumna, bo odwaliłaś kawał dobrej roboty, stworzyłaś bohaterów, historię, obok której nie da się przejść obojętnie. I ja nie rozumiem tylko jednego, dlaczego tu nie ma tłumów, dlaczego tak cicho (trochę hipokrytka ze mnie ok), skoro to jest takie TAKIE DOBRE.
OdpowiedzUsuńNaprawdę bardzo, bardzo, bardzo uwielbiam. I dziękuję! I przepraszam za takie okropne spóźnienie. KC!
O mateńko. Napisałaś mi tyle miłych słów, że aż nie wiem co powiedzieć. Więc chyba nic nie powiem, zwłaszcza, że postrzegasz tę historię właśnie tak, jak chciałbym, żeby była postrzegana.
UsuńI tak, jestem z niej bardzo dumna. Chęć opublikowania tego dodatku, była pod koniec jedynym powodem, dla którego udało mi się skończyć "Odchodzę" i uważam, że jest tysiąc razy lepszy do podstawowej historii.
Trochę to łagodzi odbiór epilogu i ostatniego rozdziału, prawda? Daje wyjaśnienia, których Wam poskąpiłam tam.
Ojej. Dziękuję Ci bardzo! To wiele dla mnie znaczy! Mam nadzieję, że nie rozkleiłam Cię totalnie, to nie było moim zamiarem. Może kiedyś dotrze tu więcej osób, może. A może nie, to trudno. Ja na pewno będę do tej historii wracać, bo to jest to, czego wymagam od moich tekstów.
Dobra, koniec samopochwał. Dziękuję raz jeszcze i do przeczytania gdzieś ;)
E_A
O ja cie piernicze. Ja normalnie nie płaczę. Ale teraz ja... Nie moge nic z siebie wydusic. To wyzej to dla mnie zaden dodatek bo nie czytałam calosci. To piękna miłosna historia. Ciaza na koniec byla co prawda przewidywalna ale calosc wyszla super. No wyruszyłam się!
OdpowiedzUsuńOla
Powiem Ci, że nawet Szur się popłakała, choć zazwyczaj moje ckliwe historie jej nie ruszają. Więc chyba faktycznie jest to płaczogenne. Fajne jest to, że można to czytać osobno, bo tylko ociera się o główną historię.
UsuńCiąży właśnie w pierwotnej wersji miało nie być i trochę mnie uwiera, ale jednak postanowiłam to dopisać, głównie ze względu na oryginalną historię i całokształt.
Cieszę się, że się podobało i mam nadzieję, że w wolnej chwili nadrobisz inne zaległości, bo trochę się tego nazbierało w międzyczasie :P.
Buziaki E_A