Strony

Ogłoszenia drobne

W tej chwili mało się tutaj dzieje, nieco więcej dzieje się na moim Wattpadzie, ale pracuję nad tym. Oczekujcie wieści na Twitterze :)
Zakładka Aktualności zniknęła, bo była mało... aktualna. Może kiedyś wróci. Może.

czwartek, 4 lipca 2019

MYŚL #4: O wychowywaniu dzieci i bachorów (czyli tego wychowania braku)

Dziś będzie pedagogicznie. Ale też wakacyjnie. No i standardowo będę narzekać, ale to przecież nic nowego, bo od tego te myśli przecież są. Żebym mogła wylać swoje żale w sposób nieograniczony. Z drugiej strony, chyba każdy z nas spotkał się z jedną z podobnych sytuacji i też spowodowała u niego nagły wzrost ciśnienia. 

Rys sytuacyjny
Wakacje. Wspaniały czas. Ciepełko, wolne i zwiedzanie. Obiektów ożywionych, nieożywionych, ruchomych i statycznych we wszelkich kombinacjach i odmianach. 
Polska jest krajem pięknym i w atrakcje, i w zabytki bogatym, są miejsca, które naprawdę warto zobaczyć. W większości z tych pięknych i ciekawych miejsc jedynym mankamentem jest... czynnik ludzki.
Ja zasadniczo nie lubię ludzi. To znaczy, w takim większym nagromadzeniu. Jednak grupą, której ten felieton (przez małe "f"!) będzie w największej mierze dotyczył są dzieci. A konkretnie bachorów, bo te małe potworki na miano dzieci absolutnie nie zasługują. Choć pozytywnych aspektów też udało nam (albowiem felieton ten powstaje we współpracy z Szurniętą, na bazie naszych wspólnych doświadczeń z ostatnich dni) doszukać, ale o tym za chwilę.

Czy bachory się rodzą, czy się (nie)wychowują?
Oto właśnie jest pytanie. Czy to, czy młodociany homo sapiens jest dzieckiem, czy też bachorem wynika z genetyki, czy z wychowania (a w tym konkretnym przypadku raczej jego braku)? Otóż moim skromnym zdaniem cała wina leży jednak po stronie rodziców. Owszem - są charakterki łatwiejsze i trudniejsze do opanowania, ale to zadaniem rodziców jest takie dostosowanie metod wychowawczych, by osiągnąć wymagany efekt. O samych metodach wychowawczych też będzie, a co. Jak sobie używać, to sobie używać.
Z różnymi postawami rodziców się przez ostatnie dni spotkałyśmy razem z Szur, wszystkie zostały oczywiście głośniej lub ciszej skomentowane. Niektóre pozytywne, ale większość wręcz przeciwnie. W głowach kołatało nam się tylko jedno pytanie: Czy my też byłyśmy takie? Tak okropnie rozwydrzone, głośne i niewychowane?
Pamięć w tym wieku szwankuje, obiektywizm w tej sytuacji jest ujemny, ale zgodnie stwierdziłyśmy (za głośną aprobatą naszych rodziców), że aż tak źle być nie mogło.

W tym miejscu składamy serdeczne podziękowania naszym rodzicielom i rodzicielkom, za to, że nie zmienili nas w nieznośne bachorki. Brawa dla tych państwa!

Są dzieci, które potrafią się zachować, mimo iż rodzice wcale im nie zwracają uwagi. Ale w większości przypadków, jednak jeśli nie wytłumaczymy dziecku kilku(nastu) podstawowych zasad funkcjonowania w społeczeństwie to nic dobrego z nich nie wyrośnie. Oj, Kulfon, Kulfon, co z ciebie wyrośnie...?
No dobrze, uznam ten temat za wyjaśniony. Za powstawanie bachorów (nie)dziękujemy rodzicom tychże. 

A teraz zapraszam na studium przypadku w kilku odsłonach. 
Oto kilka scenek rodzajowych:

SCENKA 1
Miejsce akcji: muzeum II WŚ
Zarys sytuacji: zatłoczenie dość spore, zarówno wycieczki grupowe, jak i indywidualni turyści. W tym my. Oraz grupka 3-4 dziewczynek w wieku ok. 10-15 lat. Dziewczątka puszczone na samopas, rodziców/opiekunów nie zlokalizowano. Pomyślałabym, że to jakaś macka ośmiornicy pod nazwą "wycieczka szkolna" bądź "kolonie", ale był to pierwszy dzień wakacji, zatem obie te opcje nie wydawały się zbyt prawdopodobne.
Akcja właściwa: pomieszczenie traktujące o dyktaturze Mussoliniego zatłoczone przez kilkunastoosobową wycieczkę zorganizowaną. Pomiędzy tymi ludźmi dyskretnie przemykam ja, grzecznie szepcząc "przepraszam", gdy usiłuję dostać się do opisu ciekawiącego mnie eksponatu. Nagle pod moim łokciem, depcząc mi po palcach (lato, sandały i te sprawy) do szyby przepycha się dziewczątko, zerkając szybko przez ramię na moją oburzoną minę, robi swoim ajfonem zdjęcie wszystkich eksponatów w gablotce i dalej przepychając się łokciami mknie do następnej. Przy każdej gablotce sytuacja powtarza się dwu- lub trzykrotnie, gdyż grupa dziewczątek jest więcej niż jednoosobowa.
Konkluzja: dziecko drogie, dwudziestopierwszowieczne, na co ci, do kurki nędznej, poruszone zdjęcie dokumentu napisanego w języku włoskim, którego to zdjęcia pewnie ani razu w życiu nie obejrzysz więcej, a już na pewno ni w ząb treści nie zrozumiesz? Pomijając podeptane palce i łokcie powbijane pod żebra (tutaj mina niewiniątka "przecież jestem małą, uroczą dziewczynką"), zabierasz tlen ludziom, którzy naprawdę są zainteresowani tematem. Przepraszam bardzo, ktoś cię tu za uszy albo warkocze zaciągnął? 
Ale jak mówiłam, całą winę zrzucam na rodziców, którzy... No właśnie. Gdzie byli rodzice? W tej sytuacji, by zwrócić uwagę, zainteresować, objaśnić, ewentualnie wykopać za drzwi muzeum z hukiem. A patrząc szerzej, przecież to dziecko samo z siebie takiego... braku poszanowania swojego  i innych czasu nie wymyśliło. Nie po to idzie się do muzeum, żeby w tym muzeum być, tylko żeby się czegoś dowiedzieć, nauczyć. I tego powinni dopilnować rodzice. Żeby dziecko chciało jakąś wiedzę z tej wizyty wyciągnąć. Bo w tej formie... w tej formie to ja w tej młodzieży nie widzę przyszłości świata. Albo to bardzo mroczna przyszłość jest może nie dożyję.

A teraz druga strona medalu, ta pozytywna dla odmiany.
Miejsce akcji to samo, salka co prawda inna, ale ogólne rozstawienie statystów to samo. Dziewczątka obfotografowały już wszystko i pomknęły dalej, wyprzedziłyśmy najliczniejsze wycieczki i mogłyśmy zwiedzać w spokoju. I w ramach akcji właściwej spotkałyśmy po drodze rodzinę, a raczej jej część składającą się z tatusia i synka w wieku średnioszkolnym, a zatem mniej więcej równolatka wcześniej wspomnianych dziewczątek. 
Synek szedł obok tatusia, który wskazywał mu najciekawsze eksponaty. Nie zmuszał go do czytania wszystkich opisów (było tego tak wiele, że nawet my nie dałyśmy rady wszystkim!), a wskazywał tylko to, co leżało w graniach percepcji kilkunastoletniego dziecka. 
Dziecko to nawet, o zgrozo, zadawało pytania. Zadawało je  - szok i niedowierzanie, tak się da! - zniżonym głosem, bez wytykania palcami, dyskretnie. A tatuś - tutaj również szok i niedowierzanie - odpowiadał. I to odpowiadał w taki sposób, by synek był w stanie to pojąć. Normalnie, ewenement na skalę światową.
A na poważnie - da się? Da się. Tylko trzeba trochę chcieć zainteresować swoje dziecko. Dopasować jakość proponowanych treści do jego wiedzy i umiejętności oraz zainteresowań. 
I tutaj konkluzja: które z tych dzieci zapamięta cokolwiek z tej wizyty? To, które wszystko dokładnie obfotografowało, czy to, które zobaczyło 30%, ale z dokładnym wyjaśnieniem na co patrzy?

SCENKA 2
Miejsce akcji: Szczeliniec Wielki
Zarys sytuacji: kto był, ten wie. Dużo schodów, ciasne, wąskie przejścia. Przystanki na samym środku tych przejść na zrobienie zdjęcia, dużo dziur i innych miejsc, w które można wpaść/spaść/zapaść się. Ogółem miejsce, w którym dzieci należy pilnować (ale też bez popadania w przesadę).
Akcja właściwa: dzieciaczek lat dziesięć (około) i jego rodzice podróżują sobie przed nami. Przejście szerokie, ale dużo błota, więc idzie się po stosunkowo szerokiej desce. Chłopiec zatrzymuje się na środku ścieżki, by zrobić zdjęcie. My grzecznie czekamy, bo warunki takie a nie inne, a miejsce malownicze, same mamy ochotę pstryknąć fotkę, więc postój jest nam na rękę. Tymczasem, ojciec:
Przesuń się, panie chcą przejść!!! (pełnym oburzenia głosem)
...i sam tarasuje ścieżkę 3 metry dalej, by - uwaga, uwaga, plot-twist - zrobić zdjęcie.
Dosłownie dwie minuty później, dzieciaczek zapragnął zdjęcia na skale. Niestety - jego mamusia także. Ojciec ponownie w akcji:
Złaź, matka chce zdjęcie zrobić, w kadr jej wchodzisz! (dzieciaczek się odsuwa kawałek) No, całkiem zejdź! Ludzie już idą, gdzie indziej sobie zdjęcie zrobisz.
Konkluzja: tak nie upominamy dzieciaczków. Był to ten rzadki przypadek, kiedy dziecko mimo wychowania przedstawionego powyżej jakieś szczątkowe wychowanie ma. Usłyszałyśmy zatem grzeczne "przepraszam, muszę dogonić mamę", co było miłą odmianą po rozpychaniu się łokciami w scence pierwszej.
Tyranistyczny model wychowania, który może mieć zgubne skutki. Ale cóż - nie mój cyrk, nie moje małpy. Tylko dzieciaczka trochę żal. 

*akcent humorystyczny: podczas schodzenia do "kuchni diabła" chłopczyk lat około 12 do swojej siostry lat około 8: "Bo tutaj diabeł gotuje grzeszników w kotłach! Prawda, mamo?"
Mama nie potwierdziła. A siostra sprytnie stwierdziła, że jest tam zdecydowanie za zimno na gotowanie.

SCENKA 3
Miejsce akcji: Błędne Skały
Zarys sytuacji: zasadniczo podobnie do Szczelińca. Mniej schodów, ale więcej wąskich i ciasnych przejść, a trasa co nieco krótsza. Mniej dziur do wpadania, za to więcej bardzo atrakcyjnych mikro-skałek do mikro-wspinaczki dla amatorskich mikro-wspinaczy.
Akcja właściwa: rodzinka 1000+, bombelki lat około 3 (wersja żeńska), oraz 5 (wersja męska) aspirujący do miana mikro-wspinaczy. Ani spaść, ani połamać za bardzo się nie da. Wersja męska pakuje się na skałkę wysokości około metra wow, adrenalina bardzo i schodzi bezpiecznie z drugiej strony wprost ręce tatusia, mimo krzyków mamusi, że ma się trzymać ścieżki (ścieżka okrążała ową skałkę łukiem). Tymczasem młodsza latorośl postanawia iść w ślady brata, jednak krótsze nóżki okazują się przeszkodą. Matka drze się "wracaj tutaj". Dziecko nie słucha. Ojciec próbuje łapać, brat się pcha z powrotem na skałkę, ogólne pandemonium. Czas całej akcji nie przekracza minuty. Intensywnie, intensywnie.
Konkluzja: jeśli Twoje dziecko pcha się w jakieś dziwne miejsce, które jest potencjalnie niebezpieczne dla niego, bo jest małym berbeciem to albo: 
a) wychowujesz je tak, że reaguje na słowo "wracaj"; 
b) idziesz za nim i je asekurujesz (jeśli oczywiście nie boisz się połamać tipsów, ale jeśli paznokcie są ważniejsze od dziecka, to polecam zmianę priorytetów); 
c) oceniasz skalę zagrożenia i obserwujesz je - jeśli zedrze sobie skórę na kolanie to się raz na zawsze nauczy, że skały są chropowate i mogą zrobić "ała".

SCENKA 4
Miejsce akcji: podziemne miasto Osówka
Zarys sytuacji: sieć podziemnych tuneli, niskie korytarze, stąd kaski na głowach. Zimno, wilgotno i ciemno. Głos niesie się daleko korytarzami, jest pogłos. Pikanterii sytuacji dodaje fakt, że naszej grupie trafił się pół-przewodnik tj. człowiek dopiero doskonalący swoje umiejętności przewodnikarskie, a zatem osobnik wybitnie zestresowany.
(zaznaczam - określenie "pół-przewodnik" ma tutaj wyrażać naszą sympatię i w żadnym wypadku nie ma na celu obrażenia tego jakże sympatycznego, aczkolwiek zestresowanego człowieka)
Akcja właściwa: pan pół-przewodnik, starając się trzymać nerwy na wodzy i ograniczyć do minimum ilość "yyy" w każdym zdaniu opowiada nam o historii tego miejsca. Za nami nadciąga grupa wczesnoszkolna. Tupiąca jak stado spasionych mamutów, generująca ilość decybeli, od których trzęsą się betonowe, porządne niemieckie stropy. Stropy, które w założeniu miały przetrwać bombę atomową.
(to duże wyolbrzymienie, ale oddaje skalę problemu, naprawdę)
Pół-przewodnik się oczywiście stresuje jeszcze bardziej, wycieczka sama z siebie przyśpiesza, by umknąć przed dzieciarnią, a raczej bachorandią, bo sceny dantejskie, które miały miejsce jeszcze przed otwarciem kas, to materiał na osobną opowieść. Dziesięciolatkowie powinni już umieć czytać i znać się na zegarku, prawda? Bo, wiecie, zwątpiłam.
Konkluzja: ogółem, wycieczki szkolne to jedenasta plaga. Niekoniecznie egipska, do egipskich dzieci nic osobiście nie mam.
A poważnie - dlaczego te dzieci są takie głośne? Czy naprawdę tak trudno jest zdyscyplinować 20 dzieciaków? To znaczy trudno, wiem z doświadczenia, że ustawienie klasy parami jest misją niemożliwą, ale czy te bachorki naprawdę nie potrafią zamknąć na chwilę pyszczków?
Hmm... a jakby na wejściu wszystkim rozdawać mordoklejki? Takie super mocne?

I tutaj też przeciwna strona medalu. 
Miejsce akcji takie samo, zarys ten sam, tylko warto dodać, że w naszej małej grupce znajdowało się kilkoro Czechów. Zarówno w wersji larwalnej, jak i w postaci imago (dla niezorientowanych: dzieci i dorośli). Posiadali audio-przewodniki, ale się dogadywali z przewodnikiem nadzorującym naszego pół-przewodnika.
Akcja właściwa: Czesi po cichu dopytują pana przewodnika o szczegóły, których niestety nie zrozumieli. Dzieci dopytują rodziców, bo niestety zrozumiały jeszcze mniej, a rodzice im wszystko tłumaczą, zasięgając rady przewodnika nadzorującego.
Ale. Czynią to po cichu, podczas przechodzenia z miejsca na miejsce, a nie przekrzykując się z panem pół-przewodnikiem, który i tak musiał przekrzykiwać bachorandię.
Konkluzja: duży plusik dla Matki Czeszki.
(w przeciwieństwie do Madki Polki z kolejnej scenki)

Do tej sceny mam jeszcze jedną uwagę. Na chwilę pragnę skupić się na postaci pół-przewodnika oraz przewodnika nadzorującego.
Mianowicie, pół-przewodnik wciąż się uczył oprowadzania. Materiał podstawowy wykuł na blachę i z drobnym dodatkiem "yyy" bardzo klarownie nam tę wiedzę przedstawiał. Na dodatkowe pytania odpowiadał przewodnik nadzorujący, który zresztą podczas przedstawiania się nie zdegradował pół-przewodnika do roli uczącego się, tylko samego siebie nazwał "przewodnikiem od pytań specjalnych". Natomiast jeśli coś zrobił nie tak (na przykład nie poczekał na końcówkę grupy i zaczął opowiadać dalej), to nie zwracał mu uwagi przy wszystkich, tylko dyskretnie, na boku. Tak samo gdy zapomniał o czymś powiedzieć, nadzorujący dopowiadał to po tym, jak pół-przewodnik skończył opowieść.
Może się Wam wydawać dziwne, że zwróciłyśmy na to uwagę, ale właśnie tak powinno się traktować dziecko. Co prawda pół-przewodnik dzieckiem od dobrych kilku lat już nie był, ale podejście pedagogiczne przewodnika nadzorującego oceniamy na piątkę z plusem!

SCENKA 5 
(chyba nasza ulubiona)
Miejsce akcji: Twierdza Kłodzko
Zarys sytuacji: zwiedzanie twierdzy składa się z dwóch etapów - podziemny labirynt oraz górna część twierdzy. Każdą z nich zwiedzałyśmy z innym przewodnikiem (ale obaj, mimo zróżnicowania wiekowego, byli świetni!), a grupa się w znacznej części pokrywała i tu, i tu. Pierwsza sytuacja miała miejsce w labiryncie, trzy pozostałe na górnej części twierdzy.
Akcja właściwa, subakcja A: w labiryncie korytarzy jest ciasno, a głos mocno się niesie. Już po paru minutach wycieczki, zauważyłam, że coś mi przeszkadza w odbiorze bardzo ciekawych treści przekazywanych przez przewodnika. W następnej chwili zlokalizowałam źródło: rodzinka z tyłu zachowywała się bardzo hałaśliwie. Okazało się, że dzieci (lat ok. 9) z tej rodzinki są niepolskojęzyczne, zatem towarzysząca im matka/ciotka/kuzynka/inna opiekunka płci żeńskiej bawiła się w tłumacza symultanicznego, nieomal przekrzykując się z przewodnikiem. Byłoby to ostatecznie do wybaczenia, gdyby nie miała innej możliwości przekazania wiedzy, ale pomiędzy wykładami pana przewodnika były długie momenty polegające jedynie na przechodzeniu ciasnymi korytarzami.
Konkluzja: chyba brak. Po prostu... wypadała odrobinkę pomyśleć, prawda? Ot taki kontrast do scenki 4.

Akcja właściwa, subakcja B: w przerwie pomiędzy zwiedzaniem labiryntu, a górnej części twierdzy, małe potworki zażądały zakupu chipsów. Myślę, że ciągu dalszego się domyślacie...
Prócz dalszego tłumaczenia symultanicznego (swoją drogą, do tej pory nie wiem, w jakim języku mówiły te dzieci i skąd się tam wzięły), do dźwięków zagłuszających dołączyło głośne chrupanie (ale nie takie zwykłe chrup-chrup-chrup, tylko raczej CHRUPS!-CHRUPS!-CHRUPS!) oraz klaskanie, bo jeden z tych bachorków miał chyba nadpobudliwość ruchową (ale uspokajał się na chwilę pod morderczym spojrzeniem Szur. Szur ma bardzo mordercze spojrzenie, to swoją drogą), które bardzo skutecznie zbijały naszego doświadczonego przewodnika z pantałyku.
Swoją drogą przewodnik był fantastyczny (walory estetyczne były tylko wisienką na torcie) i ewidentnie był pasjonatem tematu, więc poziom chrupania musiał być naprawdę wysoki, skoro zdarzyło mu się parę razy stracić wątek.
Konkluzja: jaką trzeba być amebą kulturalno-społeczną, by kupić dzieciom chipsy i pozwolić je jeść w muzeum? Częściowo na otwartym powietrzu, to fakt. Nigdzie nie było widać zakazu, to fakt.
ALE JEDNAK.
No i... nie wiem, zdyscyplinuj nieco własne dzieci, kobieto? A przynajmniej w miejscu publicznym?

Akcja właściwa, subakcja C: w grupce zwiedzającej górną twierdzę znalazły się również dwie dziewczynki. Chyba siostrzyczki. Wiek około osiem lat.  Na pierwszy rzut oka grzeczne, miłe i dobrze wychowane.
Ale, wiadomo - pozory mogą mylić.
Dziewczynki zaliczały się do tej samej grupy co dziewczątka z pierwszej scenki. Może w mniejszym stopniu, ale ilość zdjęć robionych w trakcie opowieści przewodnika zdecydowanie wykraczała ponad normę (oczywiście na zrobienie zdjęć był czas później, o tym chyba nie muszę wspominać?). Nie specjalnie słuchały jego słów, ale musiały być zawsze tuż za nim. Deptać mu po piętach (momentami niemal dosłownie). Do celu dążyły po trupach, czyli depcząc po palcach i rozpychając się łokciami.
Konkluzja: wyczerpałam już ilość pomysłów na konkluzje, po prostu ręce opadają mi coraz niżej i niżej. Niedługo będę drapać kangury w Australii po ogonach. A na serio - wystarczyło by mi nawet gdyby powiedziały "przepraszam" zamiast wbijać mi łokieć w żebra. Naprawdę, przepuściłabym je. Mimo iż ich głód wiedzy ograniczał się zazwyczaj do zrobienia dobrego zdjęcia.
Proszę. Dziękuję. Przepraszam. Trzy magiczne słowa, jak to mówili nam rodzice.
Cóż. W tych czasach jedyne magiczne słowa to chyba "bo mnie się należy".

I akcja ostatnia, tak szybciutko, bo tasiemiec się pasie, a sytuacja zasadniczo nie dotyczy dzieci. Dotyczy natomiast grupy przeciwnej, pewnego seniora, dość żwawego, również przyrośniętego do obiektywu aparatu, który w poszukiwaniu dobrego ujęcia parę razy omal nie stratował Szur. Czary goryczy dopełniła dyskusja na tematy polityczne, w które próbował wciągnąć przewodnika. Ten jednak na szczęści szybko i uprzejmie uchylił się przed wzięciem w niej udziału.
I bardzo dobrze.
Konkluzja jest taka, że z niewychowanych dzieci bachorków rosną niewychowani dorośli. Którzy (nie)wychowują kolejne pokolenia bachorków. I tak w koło Macieju.
A że mnożą się chętnie, więc wkrótce zaleje nas fala bachorandii i świat legnie w gruzach.
I w ten sposób niestety, poziom kultury polskiego społeczeństwa spada na łeb, na szyję.

Słowem zakończenia
Obawiam się, że wyszłam (do kompletu z Szur) na straszną marudę/mohera/starego zgreda/(wstaw tutaj dowolny obrażający nas epitet). Być może trochę przesadzamy tak troszeńkę. Ale mimo pewnych uproszczeń i wyolbrzymień, tak to niestety wygląda. Może drażni nas to bardziej niż innych (choć w twierdzy nie byłyśmy osamotnione w naszych poglądach), może zapomniał wół, jak cielęciem był, może nasze przyszłe wyimaginowane dzieci będą robić nam taką siarę, że wszystko pięknie odszczekamy.
Może, może.
A może nie. Może faktycznie jesteśmy ginącym pokoleniem jakiejś względnej kindersztuby i to, co obecnie nas irytuje stanie się zwyczajem, powszechną praktyką. Może ludzie zmieniają się powoli w bydło. 
To smutne, ale coraz częstsze, niestety.
I tutaj moja serdeczna prośba - nie wychowujcie swoich przyszłych dzieci na bachorki.
A jak jakiegoś na swojej drodze spotkacie, to nie bójcie się zwrócić mu uwagi. Albo zadzwońcie do Szur, by załatwiła je swoim morderczym spojrzeniem. Owszem, spotkanie z Madką Polką może być mało przyjemnym doświadczeniem, ale warto, jeśli daje to cień nadziei dla tego dziecka.
Bo dorosłych, niestety, spisujemy w tej walce na straty.

Na koniec, życzę Wam miłych wakacji. 
Obyście spotkali na swoich urlopach jak najmniej upiornych bachorków.

___________
Oto pseudo-felieton wakacyjny. Niedługo wylądują tutaj dwa nowe opowiadania oraz chyba muszę popełnić notkę informacyjną o Linos, bo trochę ją na nowo powołałam do życia.
PS: za pomoc w tworzeniu tego felietonu serdecznie dziękuję Szurniętej!

2 komentarze:

  1. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Takie słowo wstępu wręcz idealnie pasuje do tego felietonu ;)
    Nie mam dzieci, wy też nie macie, więc tak naprawdę nie mamy szerokiego punktu widzenia i nie możemy wypowiadać się o innych dzieciach i ich rodzicach. Nie wiemy wszakże jak same zachowamy się wobec naszych dzieci, jak je wychowamy. Możemy sie tylko starac i akceptowac. Bylyscie tylko na wakacjach. Nie spotkacie juz tych dzieci w swoim zyciu. Takie przypadki sie nie zdarzają. Rozumiem upomniec kogos kogo sie zna i na codzien z nim obcuje ale calkiem obce dziecko gdzies daleko od naszego miejsca zamieszkania nalezy olac i miec go w dupie ;) wazne ze i wy i ja jesteśmy dobrze wychowane i wiemy jak sie zachowac. Nalezy miec tez nadzieje ze wezmiemy z tych przykrych wydarzen jakieś wnioski i zastosujemy to w przyszłym zyciu wobec naszych dzieci.
    Bez ladu to wyszlo ale juz pozno a ja nadrabiam wiec wazne ze cos jest ;)
    Ola

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się cieszę, że nadrabiasz :D.
      Cóż - owszem, nie wiemy, jak to jest mieć dzieci, ale pamiętamy jeszcze jak to jest BYĆ dziećmi i mam wrażenie, że jednak pewnych granic ani my, ani znaczna część naszych rówieśników nie przekraczała. A może po prostu jesteśmy starymi zrzędami :P
      Tych nie spotkamy, przy dobrych wiatrach. Ale spotkamy inne, bo to jest zjawisko szerokie i szybko się rozpowszechniające. Zresztą, tu chodzi raczej o zasadę - na każdym kroku można się na takiego bachorka natknąć, co krwi napsuje i nawet nie zwróci na to uwagi. A jak się ma pecha, to taki się jeszcze przydarzy jakoś bardziej blisko naszego życia i to nie będzie jednorazowy występ.
      Cośmy się nadenerwowały to nasze. Może nie powinnyśmy... ale z drugiej strony, może jednak ktoś powinien zwrócić uwagę, że społeczeństwo nam chamieje?

      Usuń