Soczi, 18.02.2014
Jestem cały podekscytowany. Już za chwilę otrzymam swój srebrny
medal Igrzysk Olimpijskich. Mój pierwszy, wywalczony przez ciężki
trening i godziny pełne potu, bólu, a czasem nawet łez.
W kuluarach słychać nerwowe szepty, jakieś śmiechy. Wszyscy
cieszą się z tego, że mogą tu być, że za chwilę na ich szyjach
zawisną najwyższe sportowe odznaczenia. Oprócz tego w oddali
trochę prasy, oficjeli i wolontariuszy pilnujących, by wszystko
przebiegało zgodnie z planem.
- Michi, idziemy – Thomas klepie mnie w ramię, a na jego twarzy
gości szeroki, choć nieco zmęczony uśmiech. Strefa czasowa w
Soczi nie jest dla nas zbyt korzystna, zresztą za nami pełen emocji
dzień.
Kiwam głową i ruszam w kierunku wolontariusza, który prosi nas,
byśmy ustawili się gęsiego za ubraną w ludowy strój dziewczyną.
Nasza reprezentacja ma wyjść jako pierwsza, a koledzy wypychają
mnie do przodu, mimo iż to Didl jest w naszej drużynie najmłodszy.
Posłusznie ustawiam się we wskazanym miejscu. Dziewczyna, która
stoi przede mną i ma nas poprowadzić w kierunku podium, zerka na
mnie przez ramię i uśmiecha się lekko. Niemal natychmiast zwracam
uwagę, na jej piękne niebieskie oczy i drobne piegi na jasnej
cerze. Obraca się z powrotem i rusza przed siebie, a ja jestem w
stanie obserwować jedynie jej zgrabne ruchy, do czasu, kiedy idący
za mną Morgi popycha mnie lekko do przodu.
Skup się, Hayboeck.
Doganiam szybko dziewczynę, która znów rzuca mi spojrzenie przez
ramię, a na jej ustach tańczy ironiczny uśmieszek.
Brawo, Hayboeck, znowu zrobiłeś z siebie idiotę.
Ona jednak nie odwraca się więcej, a ja mogę tylko obserwować
gruby jasny warkocz podskakujący na jej plecach w rytm
energicznych kroków. Patrzę na to jak zahipnotyzowany, dopiero
wrzawa kibiców zgromadzonych na wieczornej ceremonii dekoracji
sprowadza mnie na ziemię. Uśmiecham się szeroko i macham do
tłumów, a moi koledzy powielają ten gest. Dziewczyna wskazuje nam,
gdzie powinniśmy się ustawić i czekamy na rozpoczęcie ceremonii.
Wszystkie informacje podawane są w języku angielskim, francuskim i
rosyjskim, dlatego dość długo trwa, nim na podium zostają
wywołani Japończycy, którzy ze stoickim niemal spokojem przyjmują
gratulacje oraz swoje brązowe medale. Zaraz po nich nadchodzi kolej
na nas, entuzjastycznie więc wskakujemy na podium i już po chwili
podchodzi do nas jakiś gość w garniturze, a za nim znana mi
wolontariuszka z naszymi trofeami na ozdobnej tacy. Kiedy na mojej
szyi zostaje zwieszony srebrny krążek, nasze spojrzenia krzyżują
się, a na jej twarzy pojawia się wąski uśmiech. Dlatego z lekkim
opóźnieniem dociera do mnie doniosłość tej chwili. Zerkam na
medal na mojej piersi i czuję jaki jest ciężki. Niemal tak ciężki,
jak praca, którą włożyłem by je zdobyć. Tyle lat treningu...
ale było warto.
Obok nas Niemcy stają na najwyższym stopniu podium i odbierają
swoje złota. Następnie zostaje odegrany hymn i ustawiamy się do
wspólnego zdjęcia, dumnie prezentując trofea. Potem ruszamy wzdłuż
krawędzi podwyższenia, pozując do kolejnych zdjęć. Tym razem
nasza drużyna idzie jako ostatnia, a tuż za mną podąża piękna
wolontariuszka. Nie mogę się powstrzymać i zerkam na nią przez
ramię, co ta kwituje figlarnym, aczkolwiek naprawdę subtelnym
uśmiechem i dziwnym błyskiem w oku.
Czy ona ze mną flirtuje...?
Choć od dawna marzyłem o chwili, kiedy będę mógł odebrać swój
olimpijski medal i z dumą zaprezentować go przed kamerami, teraz
pragnę jedynie wrócić do kuluarów, by schować się
przed wścibskim wzrokiem kibiców. Jestem rozkojarzony, czuję
bowiem wciąż na sobie jej wzrok. Mam nieodpartą ochotę schować
się ponownie za kulisami, by móc po prostu spojrzeć jej prosto w
oczy.
A być może nawet porozmawiać.
O ile starczy ci odwagi, Hayboeck.
W końcu sesja zdjęciowa dobiega końca i w kolejności odwrotnej od
początkowej schodzimy ze sceny, a w kuluarach ponownie czekają na
nas dziennikarze, oficjele i – ku mojej radości – drobny
poczęstunek. Przez ten ogrom emocji naprawdę zgłodniałem, więc
wraz z Didlem podążamy prosto w kierunku kanapek. Kiedy już mój
żołądek zostaje spacyfikowany, rozglądam się dookoła w
poszukiwaniu wolontariuszki, która zwróciła moją uwagę. Jednak
gdy w końcu ją dostrzegam w rogu sali, gdzie rozmawia z koleżanką,
dopada mnie dziennikarz i składając gratulacje zaczyna wypytywać o
jakieś bzdury. Ponad jego ramieniem nasze spojrzenia znów się
krzyżują, a dziewczyna posyła mi już jawnie zalotny uśmiech.
W jej spojrzeniu jest coś takiego, że momentalnie robi mi się
gorąco.
Ziemia do Hayboecka! ZIEMIA DO HAYBOECKA!
Kiedy pozbywam się już dziennikarza, a druga wolontariuszka
tajemniczo znika, w końcu podchodzę do dziewczyny i...
I totalnie nie wiem co ze sobą zrobić.
Uśmiecha się asymetrycznie, a w jasnoniebieskich oczach widzę
figlarny błysk, jakby bawiło ją moje zakłopotanie. Cóż jednak
poradzę, że czuję nieodpartą chęć by poznać ją bliżej...?
Nawet jeśli nasza znajomość miałaby się ograniczyć do
wymienienia paru uprzejmości.
- Cześć – odzywam się w końcu, co wywołuje u niej lekko kpiący
uśmieszek.
Brawo, Hayboeck, popisałeś się właśnie powalającą
elokwencją. Rób tak dalej, a na pewno uzna cię za idiotę.
- Ja... się chciałem przywitać – mówię w końcu. - Bo...
...wydaje mi się, że mnie podrywasz?
Chciałbyś, Hayboeck.
- Ne ponimaju* – kręci głową, ale
szeroki uśmiech zdradza, jak bardzo bawi ją ta sytuacja. - Ale
możemy porozmawiać po angielsku, jeśli sobie tego życzysz –
dodaje, a ja uświadamiam sobie, że próbowałem nawiązać
konwersację w swoim ojczystym języku.
Michael Hayboeck prezentuje: jakiego pierwszego wrażenia nie
należy wywierać.
- Ja... to znaczy, tak! - poprawiam się natychmiast, czując,
że pogrążam się coraz bardziej. - Bardzo chętnie z tobą
porozmawiam – plotę bez sensu.
Dziewczyna unosi wysoko brew i wydyma pomalowane krwistoczerwoną
szminką usta.
- Więc... rozmawiajmy? - sugeruje, wodząc wzrokiem po mojej
sylwetce.
Dopiero teraz dociera do mnie, że ma bardzo ciepły, lekko gardłowy
głos. Jej angielski jest bardzo dobry, choć wyraźnie bardziej
śpiewny, z dużą dozą wschodniego akcentu. Świdruje mnie
spojrzeniem swoich oczu o barwie lodu, jakby próbując mnie ocenić.
I zdaje się, że ta ocena wypada całkiem pozytywnie, bo dziwny
błysk w jej oku sprawia, że znów czuję się nieomalże
zawstydzony. I zaczynam gorączkowo myśleć, co tak właściwie
chciałem osiągnąć...?
Przecież wcale jej nie znam. Za dwa dni wyjeżdżamy z Rosji i już
nigdy więcej jej nie zobaczę... Po co więc do niej podszedłem...?
Tylko po to, by zrobić z siebie idiotę i wydukać kilka
grzecznościowych formułek...? By zaczerwienić się pod jej
wymownym spojrzeniem jak, nie przymierzając, jakiś przedszkolak...?
- Michi, bus zaraz podjedzie, idziesz? - woła mnie Gregor z drugiego
końca sali.
Odwracam się na chwilę, po czym znów przenoszę wzrok na
dziewczynę. Stoi z rękami zaplecionymi na piersi, z jedną nogą
wysuniętą do przodu i patrzy na mnie tak, że robi mi się jeszcze
goręcej. Zagryza krwistoczerwoną wargę, a w moim umyśle nagle
pojawia się dziwna wizja śladu jej szminki na moim kołnierzyku.
Ta wizja wydaje mi się dziwnie ekscytująca. Na tyle ekscytująca,
że postanawiam postawić wszystko na jedną kartę.
- Nie, sam wrócę. Nie czekajcie na mnie...! - odpowiadam, ledwie na
niego patrząc, a dziewczyna ponownie unosi lekko brew.
Biorę głęboki oddech, i z myślą, że przecież i tak nie mam nic
do stracenia, proponuję:
- Może wyskoczyłabyś gdzieś ze mną na piwo?
- Piwo? - do pierwszej brwi dołącza i druga, a w jej cichym,
głębokim głosie słychać jakby politowanie. - W tym kraju nie
pije się piwa, panie Hayboeck – dodaje, z tym irytującym, kpiącym
uśmieszkiem na swojej pięknej twarzy.
- Więc... - mruczę zbity z tropu, czując jak sytuacja wymyka mi
się spod kontroli.
Michael Hayboeck radzi: jak nie podrywać ładnej dziewczyny.
- Jeśli dasz mi chwilę na przebranie, to pokażę ci, gdzie możesz
się napić prawdziwej rosyjskiej wódki... O ile oczywiście masz
odwagę – rzuca mi zadziorne spojrzenie, poparte lekko kpiącym
uśmieszkiem.
- Zaczekam tutaj – odpowiadam, czując, że zaczyna mi się podobać
coraz bardziej i bardziej.
Co z tego, że ta znajomość potrwa nie dłużej niż parę
godzin...? Co z tego, że pewnie widzę ją po raz pierwszy i ostatni
w życiu...? Być może to i dobrze – niezależnie od tego, co
wydarzy się tego wieczoru, nie będę musiał niczego żałować.
Czasem pozwalamy sobie na więcej, jeśli wiemy, że nie czekają nas
żadne konsekwencje. Pozwalamy wieść się impulsom i niskim
pobudkom, bo przecież to tylko nic nieznaczący epizod w naszym
życiu, jeden z wielu. Epizod, który skończy się równie szybko,
jak się zaczął.
- Poczekaj! - wołam ją jeszcze, kiedy odchodzi już parę kroków.
- Nie wiem nawet jak masz na imię...
- Bo nie pytałeś – rzuca przez ramię. Mam wrażenie, że zostawi
mnie z tą odpowiedzią, jednak odwraca się do mnie i odpowiada,
przekrzywiając lekko głowę:
- Nazywam się Oleksandra Nikolajewicz. Ale jeśli chcesz, możesz
mówić mi Sasza.
Po czym znika za drzwiami opatrzonymi napisem „staff only”.
***
Wchodzę za nią do pubu ulokowanego w piwnicy jakiegoś zaniedbanego
bloku z wielkiej płyty. Wejście nie wygląda zachęcająco, ale
wnętrze prezentuje się o wiele lepiej. Panuje tam półmrok, gra
głośna muzyka, ale tłum nie jest zbyt gęsty.
Sasza prowadzi mnie do szatni, a ja odruchowo sięgam ręką, by
pomóc zdjąć jej kurtkę. Posyła mi zaskoczone spojrzenie, a w jej
oku pojawia się dziwny błysk. Ruszam za nią, gdy pewnym krokiem
podchodzi do baru.
- Dvazhdy vodka, Tanja*– zwraca
się do ciemnowłosej dziewczyny stojącej za kontuarem i siada na
wysokim barowym stołku.
Przysiadam się do niej, czując jak barmanka przygląda mi się
uważnie, rozlewając przeźroczysty alkohol do dwóch sporych
kieliszków. Ja z kolei skupiam wzrok na mojej towarzyszce – a
raczej na obcisłej niebieskiej koszuli, podkreślającej kolor jej
oczu.
Oraz na dekolcie sięgającym na tyle daleko, by mocno pobudzić moją
wyobraźnię.
Nieładnie, Hayboeck, nieładnie...
- Za piękno, młodość i szaleństwo – podnosi kieliszek,
ponownie skupiając moją uwagę.
- Za piękno, zdecydowanie – zgadzam się i jednym ruchem spełniam
toast.
Alkohol piecze mnie w gardle o wiele bardziej niż się spodziewałem,
ale znoszę to mężnie pod czujnym wzrokiem Saszy. Mimo to,
dziewczyna uśmiecha się kpiąco.
- Mocne? - pyta.
- Trochę – przyznaję.
Dziewczyna zaczyna się śmiać, odrzucając do tyłu głowę, a
brzeg jej koszuli odsuwa się jeszcze mocniej. Chyba zauważa mój
wzrok, bo posyła mi znaczący uśmiech, po czym ponownie woła
barmankę. Ta nalewa nam jeszcze jedną kolejkę, rzucając coś po
rosyjsku, czego nie jestem w stanie zrozumieć, podobnie jak i
odpowiedzi Saszy.
Kiedy kieliszek trafia do mojej dłoni, czuję się zobligowany do
wzniesienia jakiegoś toastu.
- Za spotkanie – proponuję, patrząc jej głęboko w oczy.
Tak, Hayboeck. Oczy.
Dziewczyna nie ugina się pod tym spojrzeniem i odpowiada z
uwodzicielskim uśmiechem:
- Oraz za nadchodzącą noc.
Mocniej zaciskam dłoń na blacie, kiedy Sasza odstawia kieliszek i
kładzie rękę na moim kolanie.
- Tańczysz? - pyta, nachylając się do mnie. - Czy potrzebujesz
jeszcze jednej kolejki, hm?
- Tańczę – odpowiadam, chwytam jej dłoń i prowadzę na parkiet.
Nie wiem, jak mocna musiała być ta wódka, że po dwóch
kieliszkach mam problem z utrzymaniem całkowicie stabilnej pozycji,
ale bez większych przeszkód udaje nam się dotrzeć na środek
parkietu, gdzie Sasza zaplata ręce na moim karku, a ja opieram
dłonie na jej biodrach.
- Zapomniałem uprzedzić, że jestem fatalnym tancerzem – mówię
cicho, nachylając się do jej ucha, a do mojego nosa dociera ciężki
zapach jej perfum.
- Nie szkodzi – czuję jej oddech na szyi, kiedy przywiera do mnie
mocniej.
Tańczymy tak spleceni jedną, dwie, trzy piosenki... Z każdą
kolejną minutą, czuję się coraz swobodniej, być może za sprawą
alkoholu rozprzestrzeniającego się w moim organizmie. Potem wracamy
do baru, gdzie Tanja podaje nam jakieś kolorowe drinki, które chyba
jednak mocą przewyższają wypitą wcześniej wódkę. Sasza ciągnie
mnie ponownie na parkiet i zanurza dłoń w moich włosach.
- I jak, panie Hayboeck, podoba się panu Rosja? - pyta cicho,
przejeżdżając palcem wskazującym po mojej piersi.
- Bardzo – mruczę i nachylam się by ją pocałować, jednak ze
śmiechem ucieka twarzą w bok.
- Hola, hola... - wstrzymuje mnie, kładąc mi palec na ustach. - Tak
w miejscu publicznym? Panie Hayboeck, powoli, noc jest długa... -
droczy się ze mną, zalotnie przygryzając wargę.
Zaciągam się jej zapachem i mocniej przyciągam do siebie.
- Dlatego chcę ją dobrze wykorzystać – szepczę jej do ucha,
czując jak szumi mi w uszach od nadmiaru alkoholu.
Sasza śmieje się dźwięcznie i przejeżdża palcem po mojej klatce
piersiowej.
- Ale chyba nie tutaj, prawda? - mruży oczy, uśmiechając się
zadziornie.
- Nie – odpowiadam, obejmując ją i prowadzę w kierunku wyjścia.
W ciągu kilkunastu minut docieramy pod drzwi mojego hotelowego
pokoju, którego na szczęście nie muszę z nikim dzielić. Mam
problem z trafieniem kluczem do zamka, w końcu jednak udaje mi się
uporać z tym zadaniem. Puszczam Saszę przodem, po czym zamykam za
sobą drzwi na zatrzask.
- To na czym skończyliśmy...? - pytam, przypierając ją do ściany
i składając na jej szyi pocałunek, tuż po rzuceniu na podłogę
naszych kurtek.
Wplata palce w moje włosy, drugą dłonią przesuwając powoli po
mięśniach na moim brzuchu. Całuję ją jeszcze niżej, tuż nad
obojczykiem, próbując uporać się z kolejnym guzikiem jej koszuli.
- Zdaje się, że wspominał pan coś o tym, że podoba się panu
Rosja, panie Hayboeck – mruczy i jednym ruchem rozplata warkocz, a
jasne włosy kaskadą opadają jej na plecy.
- Owszem, dlatego chciałbym ją poznać jeszcze lepiej – mówię,
zawijając jedno z pasm na palcu, a Sasza ze śmiechem popycha mnie
na stojące nieopodal łóżko.
- Zatem zapraszam na wycieczkę – uśmiecha się zmysłowo i
dołącza do mnie, odpinając ostatnie dwa guziki swojej koszuli.
***
Otwieram oczy i odgarniam jasne włosy Saszy rozsypane na mojej
piersi. Zerkam na zegarek, stojący na nocnej szafce i stwierdzam, że
jest już dość późno. Zastanawiam się jak wstać, by jej nie
obudzić, ona jednak sama rozstrzyga ten dylemat, uchylając powieki
i przesuwając dłonią po moim udzie.
- Która godzina? - pyta nieco sennie.
- W pół do dziewiątej – odpowiadam. - Muszę zaraz zejść na
śniadanie – dodaję, a Sasza bez słowa podnosi się i odsuwa
przykrywającą nas kołdrę.
Obserwuję ją, gdy chodzi po pokoju i zbiera nieśpiesznie swoje
ubrania. W świetle dnia wydaje mi się jeszcze piękniejsza.
I jeszcze bardziej pociągająca.
Idzie do łazienki i, nie zamykając za sobą drzwi, zaczyna
rozczesywać przed lustrem swoje długie włosy. Przyglądam się
jej, podziwiając jej wciąż niczym nie osłonięte ciało, a ona
udaje, że tego nie zauważa. W końcu, kiedy zaczyna zaplatać włosy
w gruby warkocz, wychodzę z łóżka i wchodzę do łazienki, by
objąć ją od tyłu.
Wciąż czuje ulotny zapach jej perfum, gdy trącam nosem płatek jej
ucha i całuję w zagłębieniu nad obojczykiem. Sasza niewzruszona
dalej plecie warkocz, dopiero kiedy zaczynam zataczać kciukami kółka
wokół jej kolców biodrowych, krzyżuje ze mną w lustrze swoje
spojrzenie.
- Ponoć śpieszy się pan na śniadanie, panie Hayboeck... -
zauważa, mrużąc oczy.
- Właśnie doszedłem do wniosku, że dziś wyjątkowo mogę zjeść
coś na mieście – mruczę cicho, przesuwając dłonią po jej
talii.
Sasza obraca się w moich ramionach, a zapleciony do połowy warkocz
opada na jej lewą pierś. Wydyma wargi i patrzy na mnie prowokująco,
więc całuję ją zachłannie i wplatam rękę w jej włosy,
niwecząc jej pracę z ostatnich paru minut.
- Te kafelki są zimne – zauważa, przerywając pocałunek.
- Więc wracajmy do łóżka – odpowiadam, biorąc ją na ręce i
zanosząc z powrotem do rozgrzebanej pościeli.
***
Telefon dzwoni jak zwykle za wcześnie. Odbieram niechętnie
połączenie od Gregora.
- Ej, Michi, żyjesz tam? Czemu cię nie było na śniadaniu...? -
pyta.
- Zaspałem – odpowiadam, a Sasza unosi się na łokciu i uśmiecha
się kpiąco, widzi chyba po mojej minie, że ściemniam. - Luz, zjem
coś na mieście...
- Chyba bardziej opłaca ci się zejść na obiad, bo dochodzi
dwunasta – uświadamia mnie Schlieri, a Sasza rozprasza mnie,
kreśląc leniwe wzory na moim podbrzuszu. - Pamiętaj, że
popołudniu mamy konferencję prasową.
- Jasne... Dobra, to idę się ogarnąć – rozłączam się szybko
i przenoszę wzrok na dziewczynę.
- Koniec tego dobrego, co nie, Michi? - mówi, wstając.
- Zdaje się, że tak – wzdycham.
Tym razem zamyka drzwi do łazienki i kiedy wychodzi z niej kilka
minut później, jest już kompletnie ubrana, a wszystkie guziki jej
koszuli są zapięte.
Mimo to, nadal wygląda tak, że z chęcią zaciągnąłbym ją z
powrotem do łóżka.
- No, to cześć – mówi, sięgając po kurtkę i opiera dłoń na
klamce.
- Zobaczymy się kiedyś jeszcze? - pytam pod wpływem nagłego
impulsu.
- Tu nasze drogi się rozchodzą, Hayboeck – kręci głową. - Było
miło, ale to wszystko. Chyba nie liczyłeś na nic więcej, co? -
upewnia się.
- Nie – odpowiadam zgodnie z prawdą. - I tak dostałem więcej,
niż oczekiwałem.
- Więc żegnaj – otwiera drzwi i wychodzi.
Znika z mojego życia równie szybko jak się w nim pojawiła.
__________
* Ne ponimaju (rus.) - Nie rozumiem; Dvazhdy vodka, Tanja (rus.) - Tanja, dwa razy wódka
No, to przybyłam z pierwszą częścią tej krótkiej historyjki, która powstała tylko dlatego, że w mojej głowie pojawiła się Sasza. Michi jako bohater tego opowiadania został wytypowany metodą eliminacji, a jego największym konkurentem był Marinus Kraus. Ale chyba nawet się wpasował.
Mam nadzieję, że nie pomyślicie sobie o mnie nic złego po przeczytaniu tego.
Kolejne części w bliżej nieokreślonej przyszłości, choć chyba mogłabym to zastawić tak, jak jest... Ale jednak nie.
Tyle ode mnie :)
[Wszelka zbieżność nazwisk, imion i podobizn jest (nie)przypadkowa. Nie zmienia to faktu, że przedstawione tu osoby nie mają ŻADNEGO odzwierciedlenia w rzeczywistości i nie należy ich w żaden sposób utożsamiać z prawdziwymi osobami.]
ojej, Hayboeck w takiej niegrzecznej wersji? zawsze w wszędzie!
OdpowiedzUsuńmyślę, że Rosja spodobała mu się na tyle, że jeszcze nie raz tu wróci. :)
No, taki niegrzeczny się zrobił. Ta Rosja ma na niego zły wpływ, a spodobała mu się bardzo, oj bardzo ;)
UsuńWieeeeeem, że pewnie nie powinnam, ale na wstępie muszę zaznaczyć, że nie bardzo przepadam za Saszą. Może ja po prostu nie lubię zbyt pewnych siebie ludzi? Oczywiście, powinno się znać swoją wartość, ale Sasza to, hmm, kombinatorka? A Hayböck po prostu został porwany przez słowiańską urodę i tyle. :D
OdpowiedzUsuńBardzo dobrze nakreślone postaci, ale u Ciebie to chyba norma. :) Michi jest bardzo nieporadny — co raczej z rzadka zdarza się w opowiadaniach o nim, zwykle jest pokazywany jako „lowelas” albo po prostu facet, który wie, czego chce. Tutaj zachowuje się trochę jak zagubiony nastolatek, ale nie dziwota: jest sam na terytorium Putina, też bym się bała. Bo uroda urodą, ale kto wie, jakie są Rosjanki? Jeszcze trafiła mu się taka zadziorna. Z drugiej strony musiał jakoś odreagować po stresach, nie? :P „W tym kraju nie pije się piwa, panie Hayböck” — cała Rosja! Zatem Sasza zwodzi, Michael podąża jej krętym śladem.
Sytuacja w barze prawdziwie przedstawiona, aczkolwiek sugeruję, żeby rosyjskie „j” zapisywać „po polskiemu”, bo w tej chwili jest to zapis międzynarodowy. ;) Wiem, że Michi jest Austriakiem, ale koniec końców tekst ma trafić do POLSKICH czytelników. Poza tym, akapit czy dwa Ci zjadło, więc przypilnuj ich. :P
Co do rosyjskiej wódki, to Michi chyba nie słyszał legend o twardogłowych Rosjanach, dla których żadne promile nie są przeszkodą do chodzenia prosto. :P
Wielkim plusem są opisy erotyczne, które wpływają na wyobraźnię, a jednocześnie daleko im do wulgarności — podkreślają piękno, ale nie są prostackie. Wiele autorek, zwłaszcza te próbujące pisać „porno ff”, zupełnie nie wie, z czym to się je, więc opisy są pełne „kutasów” i „cipek”, a niewiele ma to wspólnego z gorącą atmosferą. Erotyka zawsze powinna zostawiać pewien element wyobraźni i Tobie się to udaje. Swoją drogą — „kolce biodrowe”, fizjo się kłania, hmm? :P
Zakończenie dość brutalne, ale jakież prawdziwe. Trudno się jednak oprzeć wrażeniu, że Hayböck sobie w duszy po cichutku (bardzo cichutku) liczył, że... nie wiem, Sasza powie mu: „Hej, wplątajmy się w beznadziejny, międzynarodowy związek i rozstańmy się, jak każde z nas znajdzie kogoś na miejscu”? Znowu mamy pułapkę, z której nie sposób się wydostać: nie można być razem, ale osobno jakoś tak... przykro?
Aaa, co do ciała Saszy, to ciągle miałam w głowie piosenkę „My Słowianie” i to było zUo...
No, i warkocze, wszędzie te warkocze... ;)
Tytuł sugeruje, że to dopiero 1/3 opowiadania — pochwalę się, że znam już 2/3, więc nie zamierzam psuć nikomu innemu tutaj niespodzianki. :P Prawdę mówiąc, nawet teraz nie mogę się doczekać kolejnych części, więc trzymam kciuki, jak zwykle. :D
I przepraszam, że tak krótko, ale mnie kreatywność opuściła, no. :( Albo głupia jestem i przemyśleń nie mam. O.
Loffki. <3
Ach, czekałam na to :)
UsuńOj, Sasza to zdecydowanie kombinatorka, emanująca pewnością siebie. Taka właśnie wkradła się do mojego umysłu, jeszcze zanim to opowiadanie zyskało jakąkolwiek fabułę oraz zanim Michi stał się jego bohaterem. Weszła do mojej głowy ze słowami "Jestem Oleksandra Nikolajewicz, ale możesz mówić mi Sasza" i kropka. Umarł w butach. W rzeczywistości szczerze nie cierpię takich osób, ale jako bohaterka, uważam ją za całkiem udaną kreację ;).
Powiem szczerze, że znam opowiadania (a nawet opowiadania), gdzie Hayboeck jest, cytuję: "ciepłą kluchą". I chyba właśnie dlatego, że niedawno je czytałam, to on padł ofiarą uroku Saszy.
Tak, tak.W drugiej części już mam zapisane rosyjskie zwroty sensowniej, po prostu nie dotarłam tu z korektą - ale już lecę poprawiać. Dzięki, że czuwasz, Charlie! :*
Meeeh, a ja się zastanawiałam, czy jeszcze mocniej nie ocenzurować tego opowiadania... ;). Bo DROBNEJ cenzurze już uległo. Naprawdę drobnej (wspomniałam - do not judge me).
Yup. Fizjo ryje mózg. Na tyle, że nie wiem jak nazwać ten element ciała nieanatomicznie. Choć w sumie, tak naprawdę chodziło mi o "kolec biodrowy przedni górny", więc jakieś tam upotocznienie jednak udało mi się zrobić, ale ćśśś...!
Do zakończenia się nie odnoszę, bo przeca są jeszcze 2 części. To znaczy jedna jest, drugą musze skonkretyzować i napisać. Więc wyjaśni się wszystko później ;)
Ugh, mnie też w pewnym momencie zaświtało skojarzenie z "My, Słowianie", ugh. I jeszcze jedno, ale to zachowam dla siebie. A warkocze? Cóż, ja lubię warkocze. Tak jak i słowiańską urodę, bo Słowianki to najpiękniejsze dziołszki są, nie?
No, pięknie Ci dziękuję za taki dogłębny komentarz PEŁEN przemyśleń.
Loffki back :*