Strony

Ogłoszenia drobne

W tej chwili mało się tutaj dzieje, nieco więcej dzieje się na moim Wattpadzie, ale pracuję nad tym. Oczekujcie wieści na Twitterze :)
Zakładka Aktualności zniknęła, bo była mało... aktualna. Może kiedyś wróci. Może.

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

To nie jest miłość [1/3]

Soczi, 18.02.2014

Jestem cały podekscytowany. Już za chwilę otrzymam swój srebrny medal Igrzysk Olimpijskich. Mój pierwszy, wywalczony przez ciężki trening i godziny pełne potu, bólu, a czasem nawet łez.
W kuluarach słychać nerwowe szepty, jakieś śmiechy. Wszyscy cieszą się z tego, że mogą tu być, że za chwilę na ich szyjach zawisną najwyższe sportowe odznaczenia. Oprócz tego w oddali trochę prasy, oficjeli i wolontariuszy pilnujących, by wszystko przebiegało zgodnie z planem.
- Michi, idziemy – Thomas klepie mnie w ramię, a na jego twarzy gości szeroki, choć nieco zmęczony uśmiech. Strefa czasowa w Soczi nie jest dla nas zbyt korzystna, zresztą za nami pełen emocji dzień.
Kiwam głową i ruszam w kierunku wolontariusza, który prosi nas, byśmy ustawili się gęsiego za ubraną w ludowy strój dziewczyną. Nasza reprezentacja ma wyjść jako pierwsza, a koledzy wypychają mnie do przodu, mimo iż to Didl jest w naszej drużynie najmłodszy.
Posłusznie ustawiam się we wskazanym miejscu. Dziewczyna, która stoi przede mną i ma nas poprowadzić w kierunku podium, zerka na mnie przez ramię i uśmiecha się lekko. Niemal natychmiast zwracam uwagę, na jej piękne niebieskie oczy i drobne piegi na jasnej cerze. Obraca się z powrotem i rusza przed siebie, a ja jestem w stanie obserwować jedynie jej zgrabne ruchy, do czasu, kiedy idący za mną Morgi popycha mnie lekko do przodu.
Skup się, Hayboeck.
Doganiam szybko dziewczynę, która znów rzuca mi spojrzenie przez ramię, a na jej ustach tańczy ironiczny uśmieszek.
Brawo, Hayboeck, znowu zrobiłeś z siebie idiotę.
Ona jednak nie odwraca się więcej, a ja mogę tylko obserwować gruby jasny warkocz podskakujący na jej plecach w rytm energicznych kroków. Patrzę na to jak zahipnotyzowany, dopiero wrzawa kibiców zgromadzonych na wieczornej ceremonii dekoracji sprowadza mnie na ziemię. Uśmiecham się szeroko i macham do tłumów, a moi koledzy powielają ten gest. Dziewczyna wskazuje nam, gdzie powinniśmy się ustawić i czekamy na rozpoczęcie ceremonii.
Wszystkie informacje podawane są w języku angielskim, francuskim i rosyjskim, dlatego dość długo trwa, nim na podium zostają wywołani Japończycy, którzy ze stoickim niemal spokojem przyjmują gratulacje oraz swoje brązowe medale. Zaraz po nich nadchodzi kolej na nas, entuzjastycznie więc wskakujemy na podium i już po chwili podchodzi do nas jakiś gość w garniturze, a za nim znana mi wolontariuszka z naszymi trofeami na ozdobnej tacy. Kiedy na mojej szyi zostaje zwieszony srebrny krążek, nasze spojrzenia krzyżują się, a na jej twarzy pojawia się wąski uśmiech. Dlatego z lekkim opóźnieniem dociera do mnie doniosłość tej chwili. Zerkam na medal na mojej piersi i czuję jaki jest ciężki. Niemal tak ciężki, jak praca, którą włożyłem by je zdobyć. Tyle lat treningu... ale było warto.
Obok nas Niemcy stają na najwyższym stopniu podium i odbierają swoje złota. Następnie zostaje odegrany hymn i ustawiamy się do wspólnego zdjęcia, dumnie prezentując trofea. Potem ruszamy wzdłuż krawędzi podwyższenia, pozując do kolejnych zdjęć. Tym razem nasza drużyna idzie jako ostatnia, a tuż za mną podąża piękna wolontariuszka. Nie mogę się powstrzymać i zerkam na nią przez ramię, co ta kwituje figlarnym, aczkolwiek naprawdę subtelnym uśmiechem i dziwnym błyskiem w oku.
Czy ona ze mną flirtuje...?
Choć od dawna marzyłem o chwili, kiedy będę mógł odebrać swój olimpijski medal i z dumą zaprezentować go przed kamerami, teraz pragnę jedynie wrócić do kuluarów, by schować się przed wścibskim wzrokiem kibiców. Jestem rozkojarzony, czuję bowiem wciąż na sobie jej wzrok. Mam nieodpartą ochotę schować się ponownie za kulisami, by móc po prostu spojrzeć jej prosto w oczy.
A być może nawet porozmawiać.
O ile starczy ci odwagi, Hayboeck.
W końcu sesja zdjęciowa dobiega końca i w kolejności odwrotnej od początkowej schodzimy ze sceny, a w kuluarach ponownie czekają na nas dziennikarze, oficjele i – ku mojej radości – drobny poczęstunek. Przez ten ogrom emocji naprawdę zgłodniałem, więc wraz z Didlem podążamy prosto w kierunku kanapek. Kiedy już mój żołądek zostaje spacyfikowany, rozglądam się dookoła w poszukiwaniu wolontariuszki, która zwróciła moją uwagę. Jednak gdy w końcu ją dostrzegam w rogu sali, gdzie rozmawia z koleżanką, dopada mnie dziennikarz i składając gratulacje zaczyna wypytywać o jakieś bzdury. Ponad jego ramieniem nasze spojrzenia znów się krzyżują, a dziewczyna posyła mi już jawnie zalotny uśmiech.
W jej spojrzeniu jest coś takiego, że momentalnie robi mi się gorąco.
Ziemia do Hayboecka! ZIEMIA DO HAYBOECKA!
Kiedy pozbywam się już dziennikarza, a druga wolontariuszka tajemniczo znika, w końcu podchodzę do dziewczyny i...
I totalnie nie wiem co ze sobą zrobić.
Uśmiecha się asymetrycznie, a w jasnoniebieskich oczach widzę figlarny błysk, jakby bawiło ją moje zakłopotanie. Cóż jednak poradzę, że czuję nieodpartą chęć by poznać ją bliżej...? Nawet jeśli nasza znajomość miałaby się ograniczyć do wymienienia paru uprzejmości.
- Cześć – odzywam się w końcu, co wywołuje u niej lekko kpiący uśmieszek.
Brawo, Hayboeck, popisałeś się właśnie powalającą elokwencją. Rób tak dalej, a na pewno uzna cię za idiotę.
- Ja... się chciałem przywitać – mówię w końcu. - Bo...
...wydaje mi się, że mnie podrywasz?
Chciałbyś, Hayboeck.
- Ne ponimaju* – kręci głową, ale szeroki uśmiech zdradza, jak bardzo bawi ją ta sytuacja. - Ale możemy porozmawiać po angielsku, jeśli sobie tego życzysz – dodaje, a ja uświadamiam sobie, że próbowałem nawiązać konwersację w swoim ojczystym języku.
Michael Hayboeck prezentuje: jakiego pierwszego wrażenia nie należy wywierać.
- Ja... to znaczy, tak! - poprawiam się natychmiast, czując, że pogrążam się coraz bardziej. - Bardzo chętnie z tobą porozmawiam – plotę bez sensu.
Dziewczyna unosi wysoko brew i wydyma pomalowane krwistoczerwoną szminką usta.
- Więc... rozmawiajmy? - sugeruje, wodząc wzrokiem po mojej sylwetce.
Dopiero teraz dociera do mnie, że ma bardzo ciepły, lekko gardłowy głos. Jej angielski jest bardzo dobry, choć wyraźnie bardziej śpiewny, z dużą dozą wschodniego akcentu. Świdruje mnie spojrzeniem swoich oczu o barwie lodu, jakby próbując mnie ocenić. I zdaje się, że ta ocena wypada całkiem pozytywnie, bo dziwny błysk w jej oku sprawia, że znów czuję się nieomalże zawstydzony. I zaczynam gorączkowo myśleć, co tak właściwie chciałem osiągnąć...?
Przecież wcale jej nie znam. Za dwa dni wyjeżdżamy z Rosji i już nigdy więcej jej nie zobaczę... Po co więc do niej podszedłem...? Tylko po to, by zrobić z siebie idiotę i wydukać kilka grzecznościowych formułek...? By zaczerwienić się pod jej wymownym spojrzeniem jak, nie przymierzając, jakiś przedszkolak...?
- Michi, bus zaraz podjedzie, idziesz? - woła mnie Gregor z drugiego końca sali.
Odwracam się na chwilę, po czym znów przenoszę wzrok na dziewczynę. Stoi z rękami zaplecionymi na piersi, z jedną nogą wysuniętą do przodu i patrzy na mnie tak, że robi mi się jeszcze goręcej. Zagryza krwistoczerwoną wargę, a w moim umyśle nagle pojawia się dziwna wizja śladu jej szminki na moim kołnierzyku.
Ta wizja wydaje mi się dziwnie ekscytująca. Na tyle ekscytująca, że postanawiam postawić wszystko na jedną kartę.
- Nie, sam wrócę. Nie czekajcie na mnie...! - odpowiadam, ledwie na niego patrząc, a dziewczyna ponownie unosi lekko brew.
Biorę głęboki oddech, i z myślą, że przecież i tak nie mam nic do stracenia, proponuję:
- Może wyskoczyłabyś gdzieś ze mną na piwo?
- Piwo? - do pierwszej brwi dołącza i druga, a w jej cichym, głębokim głosie słychać jakby politowanie. - W tym kraju nie pije się piwa, panie Hayboeck – dodaje, z tym irytującym, kpiącym uśmieszkiem na swojej pięknej twarzy.
- Więc... - mruczę zbity z tropu, czując jak sytuacja wymyka mi się spod kontroli.
Michael Hayboeck radzi: jak nie podrywać ładnej dziewczyny.
- Jeśli dasz mi chwilę na przebranie, to pokażę ci, gdzie możesz się napić prawdziwej rosyjskiej wódki... O ile oczywiście masz odwagę – rzuca mi zadziorne spojrzenie, poparte lekko kpiącym uśmieszkiem.
- Zaczekam tutaj – odpowiadam, czując, że zaczyna mi się podobać coraz bardziej i bardziej.
Co z tego, że ta znajomość potrwa nie dłużej niż parę godzin...? Co z tego, że pewnie widzę ją po raz pierwszy i ostatni w życiu...? Być może to i dobrze – niezależnie od tego, co wydarzy się tego wieczoru, nie będę musiał niczego żałować.
Czasem pozwalamy sobie na więcej, jeśli wiemy, że nie czekają nas żadne konsekwencje. Pozwalamy wieść się impulsom i niskim pobudkom, bo przecież to tylko nic nieznaczący epizod w naszym życiu, jeden z wielu. Epizod, który skończy się równie szybko, jak się zaczął.
- Poczekaj! - wołam ją jeszcze, kiedy odchodzi już parę kroków. - Nie wiem nawet jak masz na imię...
- Bo nie pytałeś – rzuca przez ramię. Mam wrażenie, że zostawi mnie z tą odpowiedzią, jednak odwraca się do mnie i odpowiada, przekrzywiając lekko głowę:
- Nazywam się Oleksandra Nikolajewicz. Ale jeśli chcesz, możesz mówić mi Sasza.
Po czym znika za drzwiami opatrzonymi napisem „staff only”.

***

Wchodzę za nią do pubu ulokowanego w piwnicy jakiegoś zaniedbanego bloku z wielkiej płyty. Wejście nie wygląda zachęcająco, ale wnętrze prezentuje się o wiele lepiej. Panuje tam półmrok, gra głośna muzyka, ale tłum nie jest zbyt gęsty.
Sasza prowadzi mnie do szatni, a ja odruchowo sięgam ręką, by pomóc zdjąć jej kurtkę. Posyła mi zaskoczone spojrzenie, a w jej oku pojawia się dziwny błysk. Ruszam za nią, gdy pewnym krokiem podchodzi do baru.
- Dvazhdy vodka, Tanja*zwraca się do ciemnowłosej dziewczyny stojącej za kontuarem i siada na wysokim barowym stołku.
Przysiadam się do niej, czując jak barmanka przygląda mi się uważnie, rozlewając przeźroczysty alkohol do dwóch sporych kieliszków. Ja z kolei skupiam wzrok na mojej towarzyszce – a raczej na obcisłej niebieskiej koszuli, podkreślającej kolor jej oczu.
Oraz na dekolcie sięgającym na tyle daleko, by mocno pobudzić moją wyobraźnię.
Nieładnie, Hayboeck, nieładnie...
- Za piękno, młodość i szaleństwo – podnosi kieliszek, ponownie skupiając moją uwagę.
- Za piękno, zdecydowanie – zgadzam się i jednym ruchem spełniam toast.
Alkohol piecze mnie w gardle o wiele bardziej niż się spodziewałem, ale znoszę to mężnie pod czujnym wzrokiem Saszy. Mimo to, dziewczyna uśmiecha się kpiąco.
- Mocne? - pyta.
- Trochę – przyznaję.
Dziewczyna zaczyna się śmiać, odrzucając do tyłu głowę, a brzeg jej koszuli odsuwa się jeszcze mocniej. Chyba zauważa mój wzrok, bo posyła mi znaczący uśmiech, po czym ponownie woła barmankę. Ta nalewa nam jeszcze jedną kolejkę, rzucając coś po rosyjsku, czego nie jestem w stanie zrozumieć, podobnie jak i odpowiedzi Saszy.
Kiedy kieliszek trafia do mojej dłoni, czuję się zobligowany do wzniesienia jakiegoś toastu.
- Za spotkanie – proponuję, patrząc jej głęboko w oczy.
Tak, Hayboeck. Oczy.
Dziewczyna nie ugina się pod tym spojrzeniem i odpowiada z uwodzicielskim uśmiechem:
- Oraz za nadchodzącą noc.
Mocniej zaciskam dłoń na blacie, kiedy Sasza odstawia kieliszek i kładzie rękę na moim kolanie.
- Tańczysz? - pyta, nachylając się do mnie. - Czy potrzebujesz jeszcze jednej kolejki, hm?
- Tańczę – odpowiadam, chwytam jej dłoń i prowadzę na parkiet.
Nie wiem, jak mocna musiała być ta wódka, że po dwóch kieliszkach mam problem z utrzymaniem całkowicie stabilnej pozycji, ale bez większych przeszkód udaje nam się dotrzeć na środek parkietu, gdzie Sasza zaplata ręce na moim karku, a ja opieram dłonie na jej biodrach.
- Zapomniałem uprzedzić, że jestem fatalnym tancerzem – mówię cicho, nachylając się do jej ucha, a do mojego nosa dociera ciężki zapach jej perfum.
- Nie szkodzi – czuję jej oddech na szyi, kiedy przywiera do mnie mocniej.
Tańczymy tak spleceni jedną, dwie, trzy piosenki... Z każdą kolejną minutą, czuję się coraz swobodniej, być może za sprawą alkoholu rozprzestrzeniającego się w moim organizmie. Potem wracamy do baru, gdzie Tanja podaje nam jakieś kolorowe drinki, które chyba jednak mocą przewyższają wypitą wcześniej wódkę. Sasza ciągnie mnie ponownie na parkiet i zanurza dłoń w moich włosach.
- I jak, panie Hayboeck, podoba się panu Rosja? - pyta cicho, przejeżdżając palcem wskazującym po mojej piersi.
- Bardzo – mruczę i nachylam się by ją pocałować, jednak ze śmiechem ucieka twarzą w bok.
- Hola, hola... - wstrzymuje mnie, kładąc mi palec na ustach. - Tak w miejscu publicznym? Panie Hayboeck, powoli, noc jest długa... - droczy się ze mną, zalotnie przygryzając wargę.
Zaciągam się jej zapachem i mocniej przyciągam do siebie.
- Dlatego chcę ją dobrze wykorzystać – szepczę jej do ucha, czując jak szumi mi w uszach od nadmiaru alkoholu.
Sasza śmieje się dźwięcznie i przejeżdża palcem po mojej klatce piersiowej.
- Ale chyba nie tutaj, prawda? - mruży oczy, uśmiechając się zadziornie.
- Nie – odpowiadam, obejmując ją i prowadzę w kierunku wyjścia.
W ciągu kilkunastu minut docieramy pod drzwi mojego hotelowego pokoju, którego na szczęście nie muszę z nikim dzielić. Mam problem z trafieniem kluczem do zamka, w końcu jednak udaje mi się uporać z tym zadaniem. Puszczam Saszę przodem, po czym zamykam za sobą drzwi na zatrzask.
- To na czym skończyliśmy...? - pytam, przypierając ją do ściany i składając na jej szyi pocałunek, tuż po rzuceniu na podłogę naszych kurtek.
Wplata palce w moje włosy, drugą dłonią przesuwając powoli po mięśniach na moim brzuchu. Całuję ją jeszcze niżej, tuż nad obojczykiem, próbując uporać się z kolejnym guzikiem jej koszuli.
- Zdaje się, że wspominał pan coś o tym, że podoba się panu Rosja, panie Hayboeck – mruczy i jednym ruchem rozplata warkocz, a jasne włosy kaskadą opadają jej na plecy.
- Owszem, dlatego chciałbym ją poznać jeszcze lepiej – mówię, zawijając jedno z pasm na palcu, a Sasza ze śmiechem popycha mnie na stojące nieopodal łóżko.
- Zatem zapraszam na wycieczkę – uśmiecha się zmysłowo i dołącza do mnie, odpinając ostatnie dwa guziki swojej koszuli.

***

Otwieram oczy i odgarniam jasne włosy Saszy rozsypane na mojej piersi. Zerkam na zegarek, stojący na nocnej szafce i stwierdzam, że jest już dość późno. Zastanawiam się jak wstać, by jej nie obudzić, ona jednak sama rozstrzyga ten dylemat, uchylając powieki i przesuwając dłonią po moim udzie.
- Która godzina? - pyta nieco sennie.
- W pół do dziewiątej – odpowiadam. - Muszę zaraz zejść na śniadanie – dodaję, a Sasza bez słowa podnosi się i odsuwa przykrywającą nas kołdrę.
Obserwuję ją, gdy chodzi po pokoju i zbiera nieśpiesznie swoje ubrania. W świetle dnia wydaje mi się jeszcze piękniejsza.
I jeszcze bardziej pociągająca.
Idzie do łazienki i, nie zamykając za sobą drzwi, zaczyna rozczesywać przed lustrem swoje długie włosy. Przyglądam się jej, podziwiając jej wciąż niczym nie osłonięte ciało, a ona udaje, że tego nie zauważa. W końcu, kiedy zaczyna zaplatać włosy w gruby warkocz, wychodzę z łóżka i wchodzę do łazienki, by objąć ją od tyłu.
Wciąż czuje ulotny zapach jej perfum, gdy trącam nosem płatek jej ucha i całuję w zagłębieniu nad obojczykiem. Sasza niewzruszona dalej plecie warkocz, dopiero kiedy zaczynam zataczać kciukami kółka wokół jej kolców biodrowych, krzyżuje ze mną w lustrze swoje spojrzenie.
- Ponoć śpieszy się pan na śniadanie, panie Hayboeck... - zauważa, mrużąc oczy.
- Właśnie doszedłem do wniosku, że dziś wyjątkowo mogę zjeść coś na mieście – mruczę cicho, przesuwając dłonią po jej talii.
Sasza obraca się w moich ramionach, a zapleciony do połowy warkocz opada na jej lewą pierś. Wydyma wargi i patrzy na mnie prowokująco, więc całuję ją zachłannie i wplatam rękę w jej włosy, niwecząc jej pracę z ostatnich paru minut.
- Te kafelki są zimne – zauważa, przerywając pocałunek.
- Więc wracajmy do łóżka – odpowiadam, biorąc ją na ręce i zanosząc z powrotem do rozgrzebanej pościeli.

***

Telefon dzwoni jak zwykle za wcześnie. Odbieram niechętnie połączenie od Gregora.
- Ej, Michi, żyjesz tam? Czemu cię nie było na śniadaniu...? - pyta.
- Zaspałem – odpowiadam, a Sasza unosi się na łokciu i uśmiecha się kpiąco, widzi chyba po mojej minie, że ściemniam. - Luz, zjem coś na mieście...
- Chyba bardziej opłaca ci się zejść na obiad, bo dochodzi dwunasta – uświadamia mnie Schlieri, a Sasza rozprasza mnie, kreśląc leniwe wzory na moim podbrzuszu. - Pamiętaj, że popołudniu mamy konferencję prasową.
- Jasne... Dobra, to idę się ogarnąć – rozłączam się szybko i przenoszę wzrok na dziewczynę.
- Koniec tego dobrego, co nie, Michi? - mówi, wstając.
- Zdaje się, że tak – wzdycham.
Tym razem zamyka drzwi do łazienki i kiedy wychodzi z niej kilka minut później, jest już kompletnie ubrana, a wszystkie guziki jej koszuli są zapięte.
Mimo to, nadal wygląda tak, że z chęcią zaciągnąłbym ją z powrotem do łóżka.
- No, to cześć – mówi, sięgając po kurtkę i opiera dłoń na klamce.
- Zobaczymy się kiedyś jeszcze? - pytam pod wpływem nagłego impulsu.
- Tu nasze drogi się rozchodzą, Hayboeck – kręci głową. - Było miło, ale to wszystko. Chyba nie liczyłeś na nic więcej, co? - upewnia się.
- Nie – odpowiadam zgodnie z prawdą. - I tak dostałem więcej, niż oczekiwałem.
- Więc żegnaj – otwiera drzwi i wychodzi.
 Znika z mojego życia równie szybko jak się w nim pojawiła.
__________
* Ne ponimaju (rus.) - Nie rozumiem; Dvazhdy vodka, Tanja (rus.) - Tanja, dwa razy wódka
No, to przybyłam z pierwszą częścią tej krótkiej historyjki, która powstała tylko dlatego, że w mojej głowie pojawiła się Sasza. Michi jako bohater tego opowiadania został wytypowany metodą eliminacji, a jego największym konkurentem był Marinus Kraus. Ale chyba nawet się wpasował.
Mam nadzieję, że nie pomyślicie sobie o mnie nic złego po przeczytaniu tego.
Kolejne części w bliżej nieokreślonej przyszłości, choć chyba mogłabym to zastawić tak, jak jest... Ale jednak nie.
Tyle ode mnie :)
[Wszelka zbieżność nazwisk, imion i podobizn jest (nie)przypadkowa. Nie zmienia to faktu, że przedstawione tu osoby nie mają ŻADNEGO odzwierciedlenia w rzeczywistości i nie należy ich w żaden sposób utożsamiać z prawdziwymi osobami.]

4 komentarze:

  1. ojej, Hayboeck w takiej niegrzecznej wersji? zawsze w wszędzie!
    myślę, że Rosja spodobała mu się na tyle, że jeszcze nie raz tu wróci. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, taki niegrzeczny się zrobił. Ta Rosja ma na niego zły wpływ, a spodobała mu się bardzo, oj bardzo ;)

      Usuń
  2. Wieeeeeem, że pewnie nie powinnam, ale na wstępie muszę zaznaczyć, że nie bardzo przepadam za Saszą. Może ja po prostu nie lubię zbyt pewnych siebie ludzi? Oczywiście, powinno się znać swoją wartość, ale Sasza to, hmm, kombinatorka? A Hayböck po prostu został porwany przez słowiańską urodę i tyle. :D
    Bardzo dobrze nakreślone postaci, ale u Ciebie to chyba norma. :) Michi jest bardzo nieporadny — co raczej z rzadka zdarza się w opowiadaniach o nim, zwykle jest pokazywany jako „lowelas” albo po prostu facet, który wie, czego chce. Tutaj zachowuje się trochę jak zagubiony nastolatek, ale nie dziwota: jest sam na terytorium Putina, też bym się bała. Bo uroda urodą, ale kto wie, jakie są Rosjanki? Jeszcze trafiła mu się taka zadziorna. Z drugiej strony musiał jakoś odreagować po stresach, nie? :P „W tym kraju nie pije się piwa, panie Hayböck” — cała Rosja! Zatem Sasza zwodzi, Michael podąża jej krętym śladem.
    Sytuacja w barze prawdziwie przedstawiona, aczkolwiek sugeruję, żeby rosyjskie „j” zapisywać „po polskiemu”, bo w tej chwili jest to zapis międzynarodowy. ;) Wiem, że Michi jest Austriakiem, ale koniec końców tekst ma trafić do POLSKICH czytelników. Poza tym, akapit czy dwa Ci zjadło, więc przypilnuj ich. :P
    Co do rosyjskiej wódki, to Michi chyba nie słyszał legend o twardogłowych Rosjanach, dla których żadne promile nie są przeszkodą do chodzenia prosto. :P
    Wielkim plusem są opisy erotyczne, które wpływają na wyobraźnię, a jednocześnie daleko im do wulgarności — podkreślają piękno, ale nie są prostackie. Wiele autorek, zwłaszcza te próbujące pisać „porno ff”, zupełnie nie wie, z czym to się je, więc opisy są pełne „kutasów” i „cipek”, a niewiele ma to wspólnego z gorącą atmosferą. Erotyka zawsze powinna zostawiać pewien element wyobraźni i Tobie się to udaje. Swoją drogą — „kolce biodrowe”, fizjo się kłania, hmm? :P
    Zakończenie dość brutalne, ale jakież prawdziwe. Trudno się jednak oprzeć wrażeniu, że Hayböck sobie w duszy po cichutku (bardzo cichutku) liczył, że... nie wiem, Sasza powie mu: „Hej, wplątajmy się w beznadziejny, międzynarodowy związek i rozstańmy się, jak każde z nas znajdzie kogoś na miejscu”? Znowu mamy pułapkę, z której nie sposób się wydostać: nie można być razem, ale osobno jakoś tak... przykro?
    Aaa, co do ciała Saszy, to ciągle miałam w głowie piosenkę „My Słowianie” i to było zUo...
    No, i warkocze, wszędzie te warkocze... ;)
    Tytuł sugeruje, że to dopiero 1/3 opowiadania — pochwalę się, że znam już 2/3, więc nie zamierzam psuć nikomu innemu tutaj niespodzianki. :P Prawdę mówiąc, nawet teraz nie mogę się doczekać kolejnych części, więc trzymam kciuki, jak zwykle. :D

    I przepraszam, że tak krótko, ale mnie kreatywność opuściła, no. :( Albo głupia jestem i przemyśleń nie mam. O.

    Loffki. <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ach, czekałam na to :)
      Oj, Sasza to zdecydowanie kombinatorka, emanująca pewnością siebie. Taka właśnie wkradła się do mojego umysłu, jeszcze zanim to opowiadanie zyskało jakąkolwiek fabułę oraz zanim Michi stał się jego bohaterem. Weszła do mojej głowy ze słowami "Jestem Oleksandra Nikolajewicz, ale możesz mówić mi Sasza" i kropka. Umarł w butach. W rzeczywistości szczerze nie cierpię takich osób, ale jako bohaterka, uważam ją za całkiem udaną kreację ;).
      Powiem szczerze, że znam opowiadania (a nawet opowiadania), gdzie Hayboeck jest, cytuję: "ciepłą kluchą". I chyba właśnie dlatego, że niedawno je czytałam, to on padł ofiarą uroku Saszy.
      Tak, tak.W drugiej części już mam zapisane rosyjskie zwroty sensowniej, po prostu nie dotarłam tu z korektą - ale już lecę poprawiać. Dzięki, że czuwasz, Charlie! :*
      Meeeh, a ja się zastanawiałam, czy jeszcze mocniej nie ocenzurować tego opowiadania... ;). Bo DROBNEJ cenzurze już uległo. Naprawdę drobnej (wspomniałam - do not judge me).
      Yup. Fizjo ryje mózg. Na tyle, że nie wiem jak nazwać ten element ciała nieanatomicznie. Choć w sumie, tak naprawdę chodziło mi o "kolec biodrowy przedni górny", więc jakieś tam upotocznienie jednak udało mi się zrobić, ale ćśśś...!
      Do zakończenia się nie odnoszę, bo przeca są jeszcze 2 części. To znaczy jedna jest, drugą musze skonkretyzować i napisać. Więc wyjaśni się wszystko później ;)
      Ugh, mnie też w pewnym momencie zaświtało skojarzenie z "My, Słowianie", ugh. I jeszcze jedno, ale to zachowam dla siebie. A warkocze? Cóż, ja lubię warkocze. Tak jak i słowiańską urodę, bo Słowianki to najpiękniejsze dziołszki są, nie?
      No, pięknie Ci dziękuję za taki dogłębny komentarz PEŁEN przemyśleń.
      Loffki back :*

      Usuń