Czajkowski, 4.09.2015
Znowu tkwię w jego objęciach. I jest mi tam wyjątkowo dobrze. Za dobrze. Bo to przecież nie tak miało wyglądać. To miała być jedna, krótka, szalona noc. Niewielkie szaleństwo popełnione na fali radosnej atmosfery Igrzysk.
A co z tego wyszło? Długa i namiętna noc w Soczi z powtórką w
Oslo i nieustająco nawracające uczucie, że to wciąż za mało.
Cóż, nie da się ukryć, że Hayboeck w pewnych kwestiach okazał
się równie utalentowany co i na skoczni. O ile nie bardziej...
Kiedy jednak zaczyna mówić o tym, jak bardzo za mną tęsknił oraz
o tym, że zerwał ze swoją dziewczyną, bo nie mógł przestać o
mnie myśleć...
O nie, Hayboeck. Tylko nie mów mi, że...
- Czego ode mnie chcesz, Hayboeck? - pytam chłodno, zaplatając ręce
na piersi i budując między nami dystans. Nie podoba mi się
kierunek, w którym zmierza ta rozmowa, zwłaszcza, że widzę
wszystkie uczucia wypisane na jego twarzy. Do cholery, widziałam je
już rano, ale wciąż po cichu liczę, że po prostu skradnę mu
jeszcze jeden namiętny pocałunek i zakończę to, co już jakiś
czas temu wymknęło mi się spod kontroli. Zakończę i wrócę do
Miszy, przy którego boku jest przecież moje miejsce. Bo można
igrać z namiętnością, ale uczucia to już inna sprawa.
Tu nie ma miejsca na uczucia, jasne, Hayboeck?
Cały mój misterny plan oraz ostatnie złudzenia padają, kiedy
Austriak w końcu wyrzuca z siebie jednym tchem:
- Chcę ci powiedzieć, że się w tobie zakochałem.
No pięknie.
- Zakochałeś? - wkładam w to słowo tak wiele politowania,
na ile mnie obecnie stać. Zakochanie to coś, na co nie powinniśmy
sobie w tej chwili pozwalać. Zwłaszcza ja.
Zerwał dla ciebie z dziewczyną...
Szybko uciszam podstępny głosik w mojej głowie, pilnując by mój
głos pozostał zimny i opanowany, kiedy mówię dalej:
- Hayboeck, przespałeś się ze mną. Dwa razy, dla ścisłości.
Było miło, momentami nawet bardzo miło, muszę przyznać –
wtrącam, nie mogąc powstrzymać wąskiego uśmiechu, kiedy
wspominam nasze wspólnie spędzone chwile, które na zawsze już
zostaną w mojej pamięci. Szybko jednak nakazuję sobie wrócić do
rzeczywistości. - Ale to wszystko. To trochę za mało, żeby mówić
o miłości, nie sądzisz...? - pytam retorycznie, licząc, że sam
zrezygnuje z tematu i oboje rozejdziemy się w swoje strony.
...a ty będziesz udawać, że wcale nie tęsknisz za jego
dotykiem, co...?
Właśnie. Dotykiem. Niczym więcej.
- Owszem, za mało – przyznaje mi rację, ale jakby opornie. Nie
zamierza mi jednak niczego ułatwiać (na miłość boską, on nadal
się łudzi....!), kiedy dodaje – Ale jeśli tylko...
- Nie, Hayboeck – przerywam mu gwałtownie, nim zacznie mi
udowadniać, że możemy coś zmienić.
...bo boisz się, że uda mu się cię przekonać?
To nie była miłość. I nie będzie, bo kocham przecież Miszę,
tak samo jak on kocha mnie. Nawet jeśli w naszej relacji brak tego
ognia, który sprawia, że ciągnie mnie do Hayboecka jak ćmę do
świecy. Który powstrzymuje mnie przed powiedzeniem mu zdecydowanie
"odejdź, to koniec", bo wiem, że jednak będzie mi go w
jakiś irracjonalny sposób brakować.
Że pozostanie po nim niewielka, naprawdę malutka dziura, której
Misza w żaden sposób nie będzie w stanie wypełnić.
- Tu nie ma żadnego „ale” - mówię stanowczo, próbując
przekonać nie tylko jego, ale i siebie. - To nie jest miłość.
Kochasz nie mnie, a moje ciało. Bo wiem, jak sprawić ci
przyjemność. Choć, nie ukrywam, tobie też to dobrze wychodzi –
wtrącam, a w mojej głowie pojawia się wspomnienie jego palców
błądzących po mojej skórze, co sprawia, że przez chwilę mam
ochotę rzucić wszystkie moje postanowienia w cholerę i pociągnąć
go za sobą w najbliższe krzaki. – Ale to wciąż nie jest miłość.
Nie czuj się oszukany, przecież niczego ci nie obiecywałam.
Niczego, poza kilkoma chwilami fizycznej przyjemności.
Hayboeck przygląda mi się, jakby z nadzieją, a ja wkładam
wszystkie siły w to, by utrzymać niewzruszony wyraz twarzy. Ciągnie
mnie jednak do niego w sposób, nad którym ledwie panuję. A jego do
mnie jeszcze silniej, co znacznie to wszystko komplikuje.
- Coś się zmieniło, prawda...? - pyta niespodziewanie, robiąc
krok w moją stronę.
A ja się nie odsuwam, uświadamiając sobie właśnie jak wiele
się zmieniło od czasu, kiedy widzieliśmy się po raz ostatni.
Gdyby nie ten jeden, jedyny szczegół, wszystko byłoby prostsze.
Mogłabym go dalej zwodzić, czekając aż obojgu nam się znudzi
swoje towarzystwo i ta znajomość stanie się po prostu
historią.
I zdaje się, że nadal go zwodzę, bo pozwalam mu zbliżyć się
jeszcze bardziej, pozwalam odgarnąć z twarzy włosy i dotknąć
mojego policzka. Pozwalam mu na to, nim delikatnym, ale zdecydowanym
ruchem odsuwam jego dłoń od mojej skóry. Odsuwam ją, bo wiem, że
potem o wiele ciężej będzie mi zrezygnować z jego dotyku.
Hayboeck jednak ujmuje moją dłoń i zbliża do oczu, przyglądając
się z uwagą mojemu pierścionkowi, który skrzy się w blasku
księżyca wyjątkowo wyraźnie. Przygląda mu się bez słowa, coraz
mocniej zaciskając szczękę. Wyrywam rękę, bo nieświadomie zaciska nie niej swoje palce, sprawiając mi ból i chowam ją za
siebie, a ten gest zbiega się w czasie z wymamrotanym cicho przez
niego przekleństwem.
- Maksimoczkin, prawda...? - pyta retorycznie, nieudolnie maskując
swoją wściekłość.
Być może gniew to dobry sposób na zerwanie naszej niezdrowej
relacji. Relacji, która miała być pozbawiona uczuć, która miała się
opierać jedynie na cielesnych (ale za to jakich...!) doznaniach.
Właśnie. Miała.
- Sam mi to zasugerowałeś – mówię, bo taka jest prawda. W Oslo
uświadomiłam sobie, że warto spróbować. I choć Misza nie może
mnie zmienić, to ja przecież mogę spróbować zmienić się dla
niego. - I miałeś rację. Za długo wmawiałam sobie, że nie
potrafię go pokochać, bo za dobrze go znam. Chyba powinnam ci za to
podziękować – dodaję, robiąc krok do tyłu, by moje ciało nie
mogło zacząć ponownie przeczyć moim słowom.
- Kochasz go? – pyta z niedowierzaniem. - Przecież
mówiłaś...
- Wiem co mówiłam, Hayboeck – odpowiadam gniewnie, czując jak
sytuacja wymyka mi się spod kontroli. Trzeba było do niego nie
podchodzić, głupia. - Nie udawaj, że mnie znasz. Nie wmawiaj
sobie, że mnie kochasz albo, co gorsza, że ja coś do ciebie czuję.
Skończ z twarzą to, co tak naprawdę skończyło się tamtego ranka
w Soczi.
Cofam się coraz bardziej i bardziej, patrząc jak sylwetka Hayboecka
zaciera się na tle czarnego nieba. Słyszę jak woła mnie raz po
raz, jednak choć korci mnie by odpowiedzieć, by wrócić i raz
jeszcze poczuć ciepło jego ciała, odwracam się i odchodzę w
kierunku hotelu.
Odchodzę, czując, że to nie tak miało być. Nie miało być tego
dziwnego uczucia pustki, tego żalu, tej chęci by kolejne "żegnaj"
okazało się jednak zwykłym "do zobaczenia". Z
trudem przypominam sobie, co mną powodowało, kiedy świdrowałam go
swoim spojrzeniem wtedy w Soczi. Mam wrażenie, jakby było to całe
wieki temu.
***
Bawią mnie niezmiernie jego rzucane ukradkowo
spojrzenia, przez które nieomal
potyka się o własne nogi. Bawi mnie, jak stara się oderwać ode
mnie wzrok, choć przecież jest to walka z góry spisana na straty.
Nawet w tym idiotycznym, ludowym stroju masz na mnie ochotę, co
nie?
Nie muszę pozować do zdjęć, ani przyjmować
medali, mam więc czas, by go odrobinę poobserwować. A ta obserwacja
wypada bardzo pomyślnie. Jest młody, wysportowany, sławny i
przystojny. I, co najważniejsze, zainteresowany.
A ja, zamiast samodzielnie walczyć o medale, jestem
uziemiona przez cholerne, zerwane
więzadło. W ciągu ostatnich miesięcy zostałam ekspertem w dziedzinie uszkodzenia ACLa. To logiczne, że potrzebuję rozrywki.
Jest coś uroczego, a wręcz pociągającego,
w jego jakby nieśmiałych spojrzeniach. Jest jeszcze bardziej
uroczy, gdy w końcu
do mnie podchodzi i mówi:
- Hallo, ich... ich will
sich begrüßen...*
Boże, co to za piekielny język...?
Kręcę głową i
mówię, że nie rozumiem, szybko jednak przechodzę na angielski.
Hayboeck dalej plącze się między językami, plecie trzy po trzy i
ogółem nie wywiera zbyt dobrego wrażenia. Jednak nie flirtuję z
nim po to, by z nim rozmawiać,
prawda...?
Hayboeck, przestań pierdolić i bądź mężczyzną...
Skoczek w końcu
łapie twardszy grunt pod stopami i odzyskuje coś na kształt
pewności siebie. I to zaczyna mi się podobać. Zdaje
się, że początkowo
nie
do końca trafnie go oceniłam.
...czy to pierdolenie możemy jeszcze przedyskutować...?
Ostatecznie nie idziemy na piwo, jak mi zasugerował, tylko prowadzę
go do pubu należącego do mojej przyjaciółki. Ciężko nie
zauważyć spojrzenia, którym obrzuca mnie skoczek, kiedy pomaga mi ściągnąć
kurtkę.
Tak, pomaga
mi ściągnąć kurtkę.
Niczym prawdziwy gentleman.
Ciekawe, czy przy płaceniu też jest taki uprzejmy...?
- Dwa razy wódka,
Tanja – mówię, siadając przy barze, a Hayboeck dosiada się do
mnie. Moja przyjaciółka obrzuca go uważnym spojrzeniem,
jednak nic nie mówi, bez słowa rozlewając alkohol do dwóch
kieliszków. Spełniamy toast, a wścibskie spojrzenie Hayboecka,
upewnia mnie, że dwa odpięte guziki przy
mojej koszuli są zdecydowanie wystarczające.
Zamawiam jeszcze jedną kolejkę, tym razem jednak nie omija mnie
komentarz Tanji.
- Nie wlewaj w niego tyle, bo nie będziesz mieć z niego żadnego
pożytku – mówi, puszczając mi oko i nalewając jedynie połowę
kieliszka.
- Już ty się o niego tak nie martw, chcę się tylko trochę
zabawić – wzruszam ramionami, mam jednak na uwadze, że Hayboeck
zaproponował mi przecież piwo.
- Ja już znam to twoje "zabawić się" – mruczy jeszcze Tanja
pod nosem, po czym oddala się, by obsłużyć innych klientów.
Chwilę później wyciągam Hayboecka na parkiet, a kiedy widzę, że
w końcu zaczyna się rozluźniać, proponuję mu jeszcze jednego
drinka. Dopiero wtedy skoczek zaczyna się zachowywać tak, jak na
takiego przystojniaka przystało.
Czyli po prostu regularnie na mnie leci.
I to na tyle
intensywnie, że czas przenieść naszą znajomość na grunt nieco
bardziej prywatny. Kameralny. Intymny,
powiedziałabym.
Nie mija wiele
czasu, nim pociągam go za sobą na hotelowe łóżko, jeszcze mniej
nim pozbywamy się odzieży i skupiamy się w stu procentach na
sobie, jako główne narzędzie poznawcze wybierając zmysł dotyku.
Jego dłonie z
wprawą błądzą po mojej
skórze, trafiając na najwrażliwsze miejsca. Z godziny na godzinę
w nasze gesty wkrada się coraz więcej drapieżności, jakby naszym
ciałom wciąż było mało tej bliskości. W pewnym momencie z
piersi wyrywa mi się głośny jęk, gdy skoczek nieświadomie łapie
mnie za wciąż nie do końca zagojone kolano, nie zwraca jednak na
to uwagi, biorąc go pewnie za krzyk ekstazy.
I wcale tak bardzo się nie myli.
Lecz choć noce o
tej porze roku są długie, ta i tak zdaje się nam jakby za
krótka. Ranek dopada nas znienacka i choć udaje man się skraść
sobie wzajemnie jeszcze parę godzin, w końcu nadchodzi ten moment,
w którym muszę
schylić się po porzuconą na podłodze poprzedniego wieczora
kurtkę. Czuję na sobie wzrok Hayboecka, który obserwuje mnie bez
słowa, leżąc w wciąż jeszcze rozgrzanej naszymi ciałami pościeli. Kładę dłoń na klamce i rzucam szybkie, bezbarwne:
- No, to cześć.
- Zobaczymy się
kiedyś jeszcze? - pyta nagle.
- Tu nasze drogi
się rozchodzą, Hayboeck – kręcę głową. - Było miło, ale to
wszystko. Chyba nie liczyłeś na nic więcej, co? - upewniam się,
choć przecież oboje jesteśmy dorośli i wiemy, że takie noce nie
znaczą zupełnie nic.
- Nie –
odpowiada. - I tak dostałem więcej, niż oczekiwałem.
- Więc żegnaj –
otwieram drzwi i wychodzę, ze świadomością, że nie spotkamy się
prawdopodobnie nigdy więcej. Nawet jeśli... to on i tak nie będzie
pamiętał twarzy nieomalże anonimowej Rosjanki, dla której stracił
na parę godzin głowę po udanym konkursie na Igrzyskach.
Nie rzucam mu więc
ostatniego spojrzenia i gdy tylko zamykam za sobą drzwi, Michael
Hayboeck niemal zupełnie znika z mojej głowy.
***
Kilkanaście razy sprawdzam sprzęt i kombinezon, nerwowo poprawiam
gogle. To moje pierwsze zawody od... w sumie nie pamiętam od kiedy.
Najpierw kiepska forma, potem zerwane więzadło, operacja i długa
rehabilitacja. W końcu jednak mam szansę wziąć udział w
zawodach.
Wiem, że Misza czeka na mnie na dole, mimo iż powinien iść właśnie
na rozgrzewkę, obiecał mi jednak, że będzie trzymał za mnie
kciuki. Kiedy więc nadchodzi moja kolej, po raz ostatni sprawdzam
zamki w kombinezonie, poprawiam rękawiczki, niemal odruchowo dotykam
wiązań i zaciskam palce na metalowej belce, oczekując na znak od
trenera.
Chwilę później jadę w dół rozbiegu z charakterystycznym szumem
nart trących o tory lodowe, napinając mięśnie ud w gotowości do
skoku. Wybijam się i ponownie ogarnia mnie to uczucie wolności, za
którym tak tęskniłam. Wiatr tańczy w moich włosach, które pęd
powietrza wysnuwa spod kasku. Wyciągam z tego skoku jak najwięcej,
nie chcąc tak szybko opuszczać przestworzy. Grawitacja jest jednak
nieubłagana i ostatecznie ściąga mnie na ziemię, dziesięć
metrów przed punktem konstrukcyjnym.
Schodzę z areny skoczni i rozglądam się w poszukiwaniu Miszy, odrzucając na plecy warkocz, kiedy nagle słyszę czyjś głos
wymawiający moje imię.
Wymawiający moje imię z dość charakterystycznym, zachodnim
akcentem.
Obracam się i mój wzrok pada na wysokiego blondyna w kurtce z logo
reprezentacji Austrii. Powtarza raz jeszcze moje imię, robiąc krok
w moją stronę. Marszczę brwi, mimo iż rozpoznaję go niemal
natychmiast. Bardziej dziwi mnie fakt, że on pamięta mnie.
- My się znamy...?
- Tak, przecież... - milknie gwałtownie, a ja nie mogę powstrzymać
ironicznego uśmiechu, który chyba mnie zdradza.
No co, Hayboeck?
...przecież przespałaś się ze mną rok temu?
...przecież spędziliśmy całą noc, ucząc się na pamięć
swoich ciał?
...no?
- Chyba musiałeś mnie z kimś pomylić, przykro mi – uśmiecham
się wąsko, zakładając narty na ramię.
Było miło, ale się skończyło, Hayboeck. Co było w Soczi,
zostaje w Soczi.
- Nie, poczekaj...!
- łapie mnie za ramię, akurat w momencie, gdy obok nas pojawia się
Michaił.
W końcu.
- Jakiś
problem...? - pyta szorstko Austriaka, obejmując mnie zdecydowanym
gestem, wyrażającym niebywałą czułość, choć mnie wydaje się
on jakby nieco zbyt władczy. Dlatego wysuwam się z jego objęć,
choć zapewniają mi względne bezpieczeństwo i wysyłają
Hayboeckowi jasny sygnał – że do tego tematu nie ma sensu już
wracać.
- Wszystko w
porządku, Misza – uspokajam przyjaciela. - To zwykła pomyłka.
Chodź, przecież musisz już iść na górę... - przypominam mu i
ciągnę go za sobą w kierunku szatni, czując na sobie wzrok
Michaela.
- Czego on od
ciebie chciał...? - pyta gniewnie Misza, przechodząc ponownie na
nasz ojczysty język.
- Spokojnie,
przecież mówię, że z kimś mnie pomylił... - kłamię, by nie
musieć wdawać się w szczegóły naszej relacji z Hayboeckiem. O
ile można to nazwać relacją.
- Nie lubię, gdy ktoś cię zaczepia – Misza marszczy brwi,
ponownie obejmując mnie ramieniem.
- A ja ci
przypominam, że nie jestem twoją własnością...! - syczę, mrużąc
oczy i odsuwając się od niego.
- Sasza, proszę...
- Misza łagodnieje od razu. - Przecież wiesz, że po prostu się o
ciebie martwię...
- Nie musisz –
odpowiadam nieco zbyt szorstko. - Idź lepiej na wyciąg, bo się
spóźnisz.
Mój przyjaciel chce chyba coś jeszcze powiedzieć, jednak wzdycha
tylko ciężko i słucha mojej rady. Po skoku Denisa jasnym się
staje, że nie mamy co liczyć na drugą serię, więc przebieram się
w dres i idę się trochę porozciągać. Ze słuchawkami na uszach
nawet nie zauważam, kiedy mija mi cały konkurs, wracam więc w
okolice boksu, by wykonać jeszcze parę ćwiczeń rozluźniających.
Zawieszam słuchawki na szyi i opierając stopę na blaszanej
barierce otaczającej arenę skoczni robię kilka skłonów.
W momencie, w którym zmieniam nogę, wyczuwam jego wzrok spoczywający
najpewniej na moich pośladkach. Wzdycham ciężko, mówiąc:
- Wiem, że gapisz się na mój tyłek, Hayboeck – obracam się,
biorąc się pod boki i jednocześnie lustrując go wzrokiem.
Niewiele się
zmienił. Trochę inna fryzura, nieco wyraźniej zarysowane mięśnie
i... i jakiś dziwny błysk w oku. Mam wrażenie, że dziś nie
wpadłoby mu do głowy zapraszać mnie na piwo.
- Dlaczego udawałaś, że mnie nie znasz...?
- Bo cię nie znam,
Hayboeck. Tak jak i ty nie znasz mnie – mówię, podchodząc
bliżej. Z tej odległości czuję zapach jego wody kolońskiej i
siłą rzeczy wspominam naszą wspólną noc w Soczi. Niemalże
czuję jego dłonie błądzące po moim ciele, palce wplątane we
włosy, usta składające pocałunki na każdym centymetrze
kwadratowym mojej skóry...
- Nic nas nie łączy
– dodaję, wracając na ziemię, jednak się nie cofam.
- Nic, prócz tej
jednej nocy – prostuje.
- Nic, prócz tej
jednej nocy – powtarzam za nim, jeszcze bardziej zmniejszając
odległość między nami i przesuwając palcem po jego klatce
piersiowej.
Droczenie się z nim w ten sposób sprawia mi jakąś dziką
przyjemność. Czuję ciepło rozchodzące się po moim ciele, a
wspomnienia, które zdawało mi się już dawno wyrzuciłam z pamięci, natrętnie napływają przed moje oczy.
A może by tak...?
A może by jednak wejść raz jeszcze do tej samej rzeki...?
- Jestem tu z dziewczyną – Hayboeck nagle się reflektuje, robiąc
dwa kroki w tył, w momencie, kiedy nasze usta dzielą zaledwie
milimetry.
O, a to ciekawe.
- Szkoda –
wzdycham, opierając rękę na biodrze.
- Gdybym wiedział,
że tu będziesz, to... - Hayboeck urywa w pół słowa, a ja nie
potrafię nie uśmiechnąć się drwiąco. Doskonale wiem, jak
ogromny mam na niego wpływ i mam zamiar to wykorzystać.
- Sasza, zaraz
odjeżdżamy – z domku wychyla się Misza i obrzuca nas uważnym
spojrzeniem. W jego wzroku pojawia się coś twardego, a mnie z
niewiadomego powodu robi się przykro.
- Tak, już idę –
odpowiadam i mój przyjaciel znika, przyjrzawszy się nam raz jeszcze
ze zmarszczonymi brwiami.
Oj, Misza, Misza... Przecież wiesz, że mnie nie zmienisz.
Odwracam się do
Hayboecka i droczę się z nim jeszcze chwilę, jednak gdzieś z tyłu
głowy mam wspomnienie twarzy Miszy i nie dostarcza mi to tyle
ekscytacji co zazwyczaj. Ciężko jednak nie zauważyć, że Hayboeck
ma duże
problemy z trzymaniem rąk przy sobie. Przyciągam go więc do siebie
i zaciągam się jego zapachem, który jest nieco inny od tego, który
zapamiętałam z Soczi. Lepszy,
zdecydowanie lepszy.
Niemal czuję jego usta na swojej szyi, kiedy postanawiam podroczyć
się z nim jeszcze bardziej.
- Twoja dziewczyna się na nas gapi – rzucam mimochodem, ciekawa
jego reakcji.
Tak jak się spodziewałam, odskakuje ode mnie jak oparzony, a ja nie
mogę się powstrzymać i zaczynam się śmiać.
- To nie jest
zabawne – obrusza się, a ja nie przestaję się z niego naśmiewać.
Chwilę później Misza woła mnie nieznoszącym sprzeciwu głosem,
żegnam więc Hayboecka słowami:
- Do zobaczenia, Hayboeck!
- Oby nie! - woła za mną.
- Przyznaj, że byś chciał! - odpowiadam mu, mrużąc zalotnie oczy
i puszczam mu oko.
Odchodzę kołysząc
biodrami, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że wciąż
gapi się na mój tyłek. Tak samo jak wiem, że chciałby.
Ale tak niewinna i naiwna istota jak Hayboeck nie byłaby w stanie
zdradzić swojej dziewczyny...
...prawda?
- Sasza, zejdź na ziemię – mruczy gniewnie Misza, pakując do
bagażnika moje narty. - Naprawdę musiałaś...?
- A czy ty musisz
zmieniać mnie na siłę? - pytam ostro. - Jestem dorosła, Misza,
nie musisz się o mnie troszczyć.
- Po prostu chcę
dla ciebie jak najlepiej – mówi ciszej, co irytuje mnie jeszcze
bardziej.
- Dla mnie? Czy
może raczej dla ciebie, co? - mrużę oczy, a Misza odwraca wzrok. -
Jesteś dla mnie bardzo ważny, Misza. Ale proszę cię, nie wmawiaj
sobie, że potrafisz zmienić mnie w kogoś kim nigdy nie byłam i
nie będę. Nie wmawiaj sobie, że jestem lepsza niż w
rzeczywistości. Wiesz jaka jestem i zaufaj mi – to się nie
zmieni.
Odwracam się na pięcie i wsiadam do busa. Przez całą drogę nie
poruszamy tego tematu, mimo iż siedzimy obok siebie, ramię w ramię.
Kiedy wracam do pokoju, natychmiast kieruję swoje kroki do wanny i
spędzam tam bardzo długi czas, rezygnując nawet z kolacji. Nagle
leżący obok na półeczce telefon zaczyna wibrować, sięgam więc
po niego i odczytuję wiadomość od Miszy.
"Idzie do Ciebie z rękawiczkami. Tylko błagam, nie otwieraj mu
w samym ręczniku, okej?"
Uśmiecham się, bo pewnie gdyby nie jego wiadomość, to tak właśnie
bym zrobiła.
...a Hayboeck pewnie by nie marudził zanadto.
Odpisuję szybko "okej, dzięki :)" i wychodzę z wanny, szybko ubierając pierwsze rzeczy, które wpadną mi w rękę. W
momencie, w którym szukam jakichś butów koło drzwi, rozlega się
energiczne pukanie.
- Hayboeck –
otwieram z figlarnym uśmiechem, rezygnując z poszukiwania butów. -
A ponoć jesteś tu z dziewczyną – kpię, opierając się biodrem
o framugę.
Widzę, jak jego wzrok błądzi po moim ciele. Walczy z tym, ględząc
coś bzdurnie o zgubionych przeze mnie rękawiczkach, które nawet
pokazuje mi pomiędzy jednym zdaniem a drugim, jednak jest to z góry
przegrana walka.
Wolałabym, żebyś używał teraz języka do czegoś innego, niż
bezsensowne gadanie...
- Jestem tu z dziewczyną – mówi nagle przez zaciśnięte zęby; ciężko stwierdzić, czy mówi bardziej do mnie, czy do siebie.
- Ach, no tak – wywracam oczami. - To jak, Hayboeck? Wchodzisz, czy
wracasz do siebie? - pytam, świdrując go wzrokiem.
Waha się. Naprawdę
się waha czy zdradzić dziś swoją dziewczynę. Naprawdę jest
gotów poświęcić swój związek dla kilku godzin przyjemności ze
mną.
Brawo, Sasza. Robi się z ciebie prawdziwa
femme fatale.
Ale waha się o jedną chwilę za długo.
- Nie, to nie – wzruszam ramionami i zamykam mu drzwi przed nosem,
bo zaczynam trochę marznąć w przeciągu, który powstał przy
otwartych drzwiach.
Jaaasne, po prostu boisz się, że on naprawdę coś do ciebie
czuje...
Zamknij się.
Zrzucam ubranie i zakładam szlafrok, po czym sięgam po gazetę i
rzucam się na łóżko. Zastanawiam się, czy nie pójść do Miszy
i go nie przeprosić za dzisiaj, bo bardzo nie lubię, gdy coś jest
między nami nie tak. Znam go do dziecka i powierzyłabym mu własne
życie. Wiem jednak, że nie jestem odpowiednią dziewczyną dla
niego – nawet jeżeli on uważa inaczej.
Ostatecznie moje rozmyślania przerywa pukanie do drzwi, chowam więc
gazetę do szuflady i otwieram drzwi, a widok Hayboecka, stojącego
tam z moimi rękawiczkami w dłoniach, nie zaskakuje mnie ani trochę.
W głębi serca wiedziałam, że wróci.
W głębi serca tego właśnie pragnęłaś, dodaje jakiś
złośliwy głosik w mojej głowie, który natychmiast uciszam.
- Oj, Hayboeck, Hayboeck... Jesteś cholernie przewidywalny –
wzdycham, przeczesując od niechcenia włosy, udając że nie
zauważam, jak jego wzrok penetruje głębokie wcięcie mojego szlafroka.
Wpuszczam go do środka, a w jego wzroku pojawia się lekka panika,
jakby chciał jeszcze zawrócić, wiem jednak, że już nie będzie w
stanie spojrzeć swojej dziewczynie w oczy.
Trzeba się było trzymać ode mnie z daleka, Hayboeck.
Wiem, że za chwilę Misza zacznie dobijać się do drzwi, ciągnę
więc Hayboecka do łazienki, zrzucając po drodze szlafrok. Spędzamy
tam tak dużo czasu, że gdy postanawiamy powrócić do klasycznych
sposobów, jest już późna noc i wiem, że do rana już nikt nam
nie będzie przeszkadzać.
Również Hayboeck nie zadaje już żadnych głupich pytań,
przynajmniej do czasu, gdy słońce powoli zaczyna wkradać się do
pokoju poprzez szparę między zasłonami, a ja uświadamiam sobie, że
tej nocy nie zmrużyłam nawet na chwilę oka.
Nie, żeby mi to choćby w najmniejszym stopniu przeszkadzało...
- Opowiedz mi coś o sobie – zaskakuje mnie nagłą prośbą, nie
przestając gładzić mojej skóry jedną ręką, a na place drugiej
nawija pasmo moich włosów.
Wzdycham ciężko patrząc na niego z ukosa i cierpliwie tłumaczę
mu, dlaczego takie pytania nie mają najmniejszego sensu.
Bo przecież już za chwilę rozejdziemy się każde do swoich spraw i
najlepiej by było, gdybyśmy się już więcej nie spotkali. Może
zdarzy się nam przelotny uśmiech rzucony gdzieś, kiedyś na skoczni,
zupełnie niezrozumiały dla postronnych osób. Staniemy się dla
siebie drobna tajemnicą skrywaną przed światem na dnie serca,
słodko-gorzkim wspomnieniem, grzejącym w długie zimowe wieczory, a
jednocześnie boleśnie przypominający o tym, co się dzieje, gdy
przestajemy panować nad sobą, dając się ponieść chwili i
targającym sercem namiętnościom.
- Naprawdę nie chcę, by to się tak po prostu skończyło –
Hayboeck nie daje jednak za wygraną. W głębi serca ja również
tego nie chcę, ale doskonale wiem, że tak będzie lepiej.
Dla wszystkich.
- A twoja dziewczyna? - ściągam go tym pytaniem na ziemię,
jednocześnie kładąc się w poprzek jego klatki piersiowej, co
przynosi wręcz odwrotny efekt.
- A twój chłopak?
Zaskakuje mnie tym pytaniem, dopiero po chwili orientuję się, że
chodzi mu o Miszę. Postronny obserwator rzeczywiście mógłby wziąć
nas za parę. Tak jednak przecież nie jest... Choć przecież by
mogło.
Mogłoby, gdyby tylko pociągał mnie choć w jednym procencie tak, jak Austriak gładzący teraz sugestywnie moje biodra; gdyby potrafiła
dostrzec w nim kogoś więcej, niż tylko zaufanego przyjaciela z
dzieciństwa.
Gdybym tylko...
Gdybym tylko dała nam szansę.
- Może powinnaś spróbować...? - Hayboeck jakby czyta mi w
myślach. Jego słowa docierają do mnie z opóźnieniem, bowiem jego
dłonie robią wszystko, by mnie rozproszyć. Mam jednak świadomość
tego, która jest godzina i wiem, że nie możemy pozwolić sobie na
nic więcej ponad te drobne, pożegnalne pieszczoty.
- Czyżbyś próbował zagłuszyć swoje wyrzuty sumienia...? - pytam, nachylając się, by go pocałować, a przypomnienie mu po raz
kolejny o dziewczynie wcale nie sprawia, że ten pocałunek traci cokolwiek na
swojej namiętności.
Przerywa nam jednak telefon, a ja już po pierwszych taktach piosenki
rozpoznaje, że to Misza. Odbieram niecierpliwie, a Hayboeck nie
przestaje drażnić moich receptorów czuciowych, czy to dłońmi, czy
to pocałunkami, docierającymi w coraz to wrażliwsze miejsca mojego
ciała.
- Tak? - rzucam do słuchawki, starając się zachować normalny ton
głosu.
- Trener cię szuka, nie było cię wczoraj na odprawie – zauważa
Misha, a w jego głosie wyczuwam chłód.
- Wzięłam prysznic i natychmiast poszłam do łóżka – tylko odrobinę mijam się z prawdą.
- Sama? Czy może z tym Austriakiem...? - niemalże czuję jak
zaciska mocno szczękę i całą siłą woli powstrzymuję jęk, bo
Hayboeck ewidentnie nudzi się podczas naszej konwersacji i z każdą chwilą robi się coraz bardziej pewny siebie.
- Za dziesięć minut do niego przyjdę, muszę się ogarnąć –
mówię, unikając odpowiedzi na to niewygodne pytanie.
- Nie wątpię – rzuca z przekąsem i rozłącza się
niespodziewanie.
Hayboeck odrywa usta od mojej skóry, gdy odkładam telefon na stolik i patrzy na mnie pytająco, choć przecież na pewno wie, co zaraz
powiem.
- Trener mnie szuka.
- Więc mnie wyrzucasz? - upewnia się, a ja bez słowa rozluźniam
uścisk, w którym go nieświadomie zamknęłam i przetaczam się na drugą
stronę łóżka.
Przyglądam się w milczeniu, jak między ręcznikami szuka swoich
bokserek, jak zapina pasek, nie spuszczając ze mnie swojego uważnego
wzroku, jak wyjątkowo powoli zakłada T-shirt z logo reprezentacji,
jakby chcąc spędzić w moim towarzystwie tych dodatkowych kilka sekund.
Już z ręką na klamce przywołuje mnie jeszcze na chwilę, a ja
odpowiadam na jeszcze jedno bzdurne pytanie, nie mogąc sobie darować
odrobiny złośliwości i całuję go po raz ostatni, tak że obojgu
nam zapiera dech w piersiach. Wiem jednak, że nasz wspólny czas właśnie
dobiegł końca, że czeka na mnie trener, zdecydowanie trudniejsza
rozmowa z Miszą oraz długie tygodnie, których będę potrzebować,
by na dobre pozbyć się wspomnienia dotyku jego dłoni.
- Idź już, Hayboeck – mówię, a do mojego głosu wkrada się
niechciany żal, że to już koniec.
Ale przecież i tak ta noc była niespodziewanym prezentem od losu,
którego żadne z nas się nie spodziewało. Prezentem, którego nie
powinniśmy byli przyjmować, gdyż zadał nam więcej bólu, niż
przyjemności.
Lecz gdyby ktoś mnie pytał o zdanie – nie powiedziałbym, że
żałuję.
***
Droga
do hotelu przez las jest długa, jednak okazuje się idealna, bym
mogła uporządkować pewne sprawy. I wspomnienia, zarówno te stare,
jak i te, które miały bezpośredni wpływ na to, kim jestem teraz, w tym momencie.
W
końcu, wiele się wydarzyło, prawda...?
Sześć
miesięcy to sporo czasu. Czasu, który poświęciłam na treningi,
spędzanie czasu z Mishą i odbudowywaniu naszej relacji, która
przez lata straciła na intensywności. Zdążyłam zapomnieć, jak
przyjemnie było siedzieć z nim na drzewie i obrywać czereśnie,
uciekając potem przed wściekłym właścicielem. Jak ścierał
kciukiem słodki sok z mojego podbródka, wkładając to tak wiele
czułości, że gdybym była inną dziewczyną, pewnie natychmiast
poczułabym motyle w brzuchu.
Ale
byłam Oleksandrą Nikolajewicz i nie wiedziałam czym są prawdziwe
uczucia. Nie pamiętałam uśmiechu mamy, ani kojącego głosu ojca, śpiewającego kołysanki. Zawsze były tylko opiekunki, niańki,
prywatni nauczyciele – osoby równie obce, co i ludzie, którzy
nosili dumne miano mojej rodziny zastępczej. Jedyną, tak naprawdę
bliską mi osobą był Michaił. To on pokazywał mi prawdziwe życie
poza murami willi, w której mieszkałam od piątego roku życia,
kiedy to zostałam odebrana mojej patologicznej rodzinie i tak
naprawdę sprzedana – bo po tylu latach byłam w stanie dostrzec
związek przyczynowo-skutkowy i domyślić się, jaką cenę zapłacono, bym trafiła do tej konkretnej rodziny – i sprzedana jednemu z
najbogatszych oligarchów w okręgu nowogrodzkim.
Misza
nigdy nie powiedział mi złego słowa, choć czasem przydałoby mi
się mocne trzepnięcie w ucho. Myślę jednak, że był we mnie
zanadto zapatrzony, by zwrócić mi uwagę, że moje zachowanie nie
jest właściwe. Robiłam co chciałam, a jedyną moją prawdziwą
pasją były skoki – sport drogi, ale hojność moich "rodziców"
była odwrotnie proporcjonalna do miłości mi okazywanej.
Skoki,
które oczywiście pokazał mi Misza...
Zawsze
powtarzałam, że nie jest w stanie mnie zmienić – byłam, jaka
byłam i nie mogłam nic na to poradzić. On jednak kochał mnie mimo
to; mimo to, że takich scen, jak te z Hayboeckim, w przeciągu naszej
wieloletniej znajomości oglądał setki. Kochał mnie i wierzył, że
jego cierpliwość w końcu zostanie wynagrodzona.
Paradoksalnie,
to Hayboeck uświadomił mi, że choć Michaił
nie jest w stanie zmienić mnie,
to jednak ja
jestem w stanie się zmienić dla niego.
Jeśli tylko postaram się wystarczająco mocno.
Nie
było łatwo, ale starałam się ze wszystkich sił, a Misza to
docenił. I wspierał mnie przez cały czas. Było wspólne jeżdżenie na treningi, były wieczory filmowe z górą popcornu i wspominaniem dziecięcych lat, kiedy wszystko było prostsze; były
wyprawy rowerowe za miasto, pikniki na kraciastym kocu i patrzenie w gwiazdy niemal do samego ranka.
Były
też pocałunki, które choć dla mnie były puste i zupełnie
pozbawione znanych mi emocji, Miszę jednak zdawały się uszczęśliwiać. A pragnęłam jego szczęścia, jak niczego innego. Bo zasłużył na nie, jak mało kto.
I
choć wciąż nie potrafiłam wykrzesać z siebie choćby iskry,
choćby cienia namiętności, choć brakowało tego ognia, w którym
spalałam się powoli przez te wszystkie lata, byłam gotowa
powiedzieć, że go kocham.
Byłam
gotowa przyznać się sama przed sobą, że już wiem, czym jest
miłość.
Byłam
gotowa powiedzieć "tak", gdy Misza zapytał, czy zostanę
jego żoną, choć te słowa brzmiały dziwnie surrealistycznie w
moich uszach.
Byłam
gotowa przyjąć nietani pierścionek zaręczynowy, który wsunął mi
na palec serdeczny.
Byłam
gotowa zerwać z życiem, które prowadziłam do tej pory, zapomnieć
o tych wszystkich błędach, które popełniłam, o nocach, które wyrzucałam z pamięci zaraz następnego ranka.
A
teraz Hayboeck z butami wtarabania się ponownie do mojego życia,
które zaczynało właśnie nosić znamiona uporządkowania. Spotkanie
na wzgórzu kosztowało mi zbyt wiele, dlatego następnego rana długo waham się, nim decyduję się pójść na skocznię, by
kibicować Miszy w trakcie konkursu. Ostatecznie jednak postanawiam trzymać się blisko niego i unikać Hayboecka ze wszystkich sił.
-
Jesteś głodna? - pyta Misza z uśmiechem, kiedy nagle głośno
burczy mi w brzuchu.
-
Chyba tak. Pójdę do domku z cateringiem, przenieść ci coś? -
pytam troskliwie, przytrzymując mu narty, kiedy mocuje się z
zapięciem kasku.
-
Nie, zaraz do ciebie dołączę, muszę tylko odnieść narty do
boksu. Poczekaj tam na mnie, dobrze? - całuje mnie w czoło i
odchodzi, a ja kieruję swoje kroki do pomieszczenia, z którego dobiegają smakowite zapachy, podążam jednak na sam jego koniec,
gdzie stoi ogromny półmisek z owocami.
Zauważam
go dopiero, kiedy sięga po pomarańczę, leżącą obok zielonego jabłuszka, na które mam ochotę. Nasze spojrzenia się krzyżują, a
ja dopiero w świetle dnia dostrzegam jak bardzo niechlujny jest jego
wygląd.
-
Wyglądasz okropnie, Hayboeck – wyrywa mi się mimowolnie. Natychmiast zagryzam wargę, powstrzymując się przed następnym
komentarzem. Biorę jabłko i zaczynam czyścić je rąbkiem koszulki,
by zająć czymś ręce i móc choć na chwilę oderwać od niego
wzrok.
Powinnam
odejść stamtąd czym prędzej, ale moje mięśnie nie chcę mnie
słuchać; wiem, że próba wykonania jakiegokolwiek ruchu poprowadziłaby mnie prosto w jego ramiona.
-
Robisz to specjalnie, prawda?
Unoszę
wzrok, opierając się biodrem o ścianę, by ukryć drżenie mięśni, które próbują mi się wyrwać spod kontroli. Wgryzam się w jabłko,
by zająć czymś usta, moje wysiłki jednak okazują się bezowocne, kiedy Hayboeck podchodzi bliżej, obierając mi możliwość
ucieczki.
-
Nie rób tego, Hayboeck – błagam go, starając się by mój głos
brzmiał pewnie, a nie błagalnie. Odkładam jabłko i opieram mu
dłonie na piersi, starając się zachować miedzy nami dystans, ale
jego szybko bijące serce tuż pod moimi palcami, skutecznie odbiera
mi zdolność jasnego myślenia.
Wszystkie zbudowane przeze mnie bariery, mury i zasady padają w momencie, w
którym Hayboeck przyciąga mnie do siebie i zachłannie całuje. W
jego ruchach jest jakaś wygłodniała drapieżność, a moje ciało
odpowiada na nie gwałtownie, stęsknione za doznaniami, których Misza, mimo najszerszych chęci, nie był mi w stanie zapewnić.
Rozsądek
wraca w momencie, gdy skoczek próbuje odciąć nas od anonimowej
widowni drzwiami do pomieszczenia gospodarczego. Przypomina mi to, o wszystkich złamanych zasadach i odpycham go od siebie
gwałtownie, przerażona tym, co się właśnie wydarzyło.
Przerażona
tym, jak bardzo mi się to podobało.
-
Mówiłam ci, żebyś tego nie robił – cedzę, nie mogąc się
zdecydować, czy bardziej jestem wściekła na siebie, czy na niego.
-
Jakoś nie zauważyłem, byś była niezadowolona – zauważa,
robiąc ponownie krok w moją stronę. Czuję jak momentalnie mój
puls i oddech przyśpieszają; jest to odruch, z którym nie jestem w stanie walczyć. I
co? Jak to jest wpaść we własne sidła, Nikolajewicz...?
- Rzekłbym nawet, że ci się podobało... Bardzo podobało. Bo on
tak na ciebie nie działa, prawda? - szepcze mi do ucha, nawet nie
zdając sobie sprawy, jak celna jest to uwaga.
Muszę
użyć całej swojej silnej woli, by nie poddać się temu uczuciu i
odsunąć się od niego, mimo iż całe moje ciało pragnie przylgnąć
do niego jeszcze mocniej.
-
Nie, ale to jedyne, co jesteś mi w stanie zaproponować. W
przeciwieństwie do Miszy – mierzę go zimnym spojrzeniem, w myśli
powtarzając sobie, że nie mogę zawieść Michaiła. Nie teraz,
kiedy w końcu wszystko zmierza w odpowiednim kierunku. - Kocha mnie i
nie mam zamiaru go ranić. Zostaw mnie więc w spokoju, Hayboeck –
mówię stanowczo, zaplatając ręce na piersi, by nie móc wyciągnąć ich w jego kierunku.
Mierzymy
się wzrokiem przez dłuższą chwilę, a w jego oczach widzę, jak bardzo go właśnie ranię. Dostrzegam, że on naprawdę wierzył, że
między nami naprawdę może powstać coś, co byłoby czymś więcej, niż tylko kilkoma wspólnie spędzonymi nocami, gwałtownymi pocałunkami i nocnymi fantazjami, do których żadne z nas nigdy by się nie przyznało.
Nikt
nie kazał ci się we mnie zakochać, Hayboeck.
Ale
i mnie nikt nie uprzedził, że można się uzależnić od czyjegoś
dotyku.
Bo
to, co mnie łączy z Hayboeckiem, to na pewno nie jest miłość. A
jednak nie potrafię znieść myśli, że już nigdy nie miałabym
poczuć jego dłoni błądzących po najintymniejszych zakamarkach mojego ciała.
-
...żałujesz, że mnie poznałeś, co? - pytam w końcu, patrząc mu
hardo w oczy i nieomalże udaje mi się wmówić sobie samej, że jego
"tak" wcale mnie nie dotknęło.
Ta
siła, która nas ciągnie do siebie jednak nie słabnie i Michi wyciąga do mnie rękę, jakby chciał mi wynagrodzić ból, który
własnie mi sprawił – wiem, że dostrzegł ten błysk zawodu, który musiał pojawić się na sekundę w moich oczach.
I
jestem bliska chwycenia go za tę dłoń, gdyby nie głos Miszy,
który natychmiast sprowadza mnie na ziemię.
-
Sasza, szukałem cię – mówi poprzez zaciśnięte zęby, uważnie
lustrując nas spojrzeniem, zmuszając Hayboecka do opuszczenia dłoni.
-
Tak, już idę – biorę nadgryzione jabłko i, nie patrząc na
Hayboecka, podchodzę do Miszy i pozwalam mu się objąć.
Bez
słowa wychodzimy z pomieszczenia; chyba oboje straciliśmy ochotę na posiłek. Tuż za drzwiami wysuwam się z jego objęć, bo ciążą
mi niczym poczucie winy, a Misza chyba to dostrzega, bo gdy tylko docieramy do mniej zatłoczonego miejsca, chwyta mnie za ramiona –
nieco za mocno jak na mój gust – i pyta, mrużąc gniewnie oczy:
-
Czego ten szwabski gnojek znowu od ciebie chciał? - jego wzrok jest
wyprany z wszelkich uczuć, tak, że nie jestem pewna, czy naprawdę jest na mnie zły.
Podejrzewam,
że nie; że całą winą obarcza Hayboecka. Jak zwykle, zbyt mocno
mi ufa.
-
Misza... ja... - długo waham się co powiedzieć, nim w końcu udaje
mi się znaleźć właściwe słowa. - Przez całe życie dbałeś o
mnie w sposób, na który nie zasługiwałam. Przez całe życie byłeś
przy mnie, choć pewnie nieraz raniłam cię głębiej, niż jestem to sobie w stanie wyobrazić – nawet nie wiem kiedy na mojej twarzy
pojawiają się łzy. Nie jestem pewna, ale chyba dużo nie się
pomylę, jeśli powiem, że ostatni raz płakałam, mając może z osiem
lat. - A jednak trwałeś przy mnie z uporem wartym lepszej sprawy. A jednak udało ci się pokazać mi, czym tak naprawdę jest miłość. I
naprawdę ciężko powiedzieć mi, jak bardzo ci za to dziękuję, i
jak bardzo chciałabym cię obdarzyć takim samy uczuciem, ale...
Misza
nie daje mi dokończyć i całuje mnie tak gwałtownie, że wręcz
sprawia mi ból. Wplata palce w moje włosy i całym ciałem przyciska
do drzewa, pod którym stanęliśmy, a ja nie mogę nadziwić się, jak bardzo wyprowadzony z równowagi musi być, że posuwa się do
czegoś takiego.
Ja
jednak nie potrafię wykrzesać z siebie choćby iskry, by
odpowiedzieć na ten pocałunek, choć w połowie tak, jak powinnam. Jak chcę.
-
Misza, ja... - biorę głęboki oddech, kiedy wypuszcza mnie po chwili
z objęć i pozwala zaczerpnąć tchu.
Widząc
moje zagubienie i przerażenie, jego rysy natychmiast łagodnieją.
Dostrzega łzy na moich policzkach i ściera je delikatnym ruchem
kciuka – takim samym, jakim w dzieciństwie ścierał mi z brody sok
z czereśni.
-
Przepraszam – mówi, łagodnie ujmując moją twarz w dłonie.
-
Misza, ja... - próbuję znowu, ale ucisza mnie kładąc mi palec na ustach.
-
Nic nie mów. Ja rozumiem – przez jego twarz przebiega jakiś cień,
ale znika równie szybko jak się pojawił. - Wiem, że mnie kochasz,
nie musisz mi tego w żaden sposób udowadniać. Ale wiem też, że
tak naprawdę nie jesteś ze mną szczęśliwa... nawet jeśli sama o
tym nie wiesz – dodaje, chwytając mnie za ręce, kiedy próbuje
zaprzeczyć. - Dlatego myślę, że lepiej będzie, jeśli nie będę
cię próbował na siłę zatrzymywać. Chcesz mnie uszczęśliwić, bo twoim zdaniem zasługuje na to bardziej od ciebie, ale sama nie
jesteś szczęśliwa. To nie ma szans się udać – mówi
cicho, unosząc do oczu moją dłoń, na której lśni pierścionek.
-
Jeśli coś kochasz, puść to wolno. Kiedy do Ciebie wróci, jest Twoje. Jeśli nie, nigdy Twoje nie było** - przypomina mi się cytat, który doskonale oddaje naszą sytuację. Ostrożnie wyswobadzam rękę z jego dłoni i ściągam pierścionek zaręczynowy. Nie stawia oporu, jakby sam dawał mi znać, że to nie jest jego miejsce. Wkładam go
do ręki Miszy i ostrożnie zaciskam na nim jego palce. - Zdaje
się, że są rysy, których nie da się w żaden sposób wygładzić.
Wzdycham i ostrożnie całuję go w policzek. Następnie obracam się
i nie oglądając się za siebie odchodzę, by dać sobie szansę na
powrót, gdy już będę w stanie powiedzieć, czy to była miłość, czy też nie.
***
-
Kawa dla pani – kelnerka stawia przede mną pękatą filiżankę,
a ja zaciągam się jej zapachem. Oplatam dłońmi naczynie,
czerpiąc z niego ciepło, bo dzień jest deszczowy i ludzie na
ulicy, którą obserwuję przez okno kawiarni, idą szybko,
kryjąc się pod ociekającymi wodą parasolami.
Przymykam
oczy, czekając aż kawa nieco przestygnie i machinalnie gładzę
kolano, wyczuwając pod materiałem sukienki wciąż jeszcze nie do
końca zagojone szwy.
Tak,
sukienki.
Ostatnimi
czasy noszę je zdecydowanie za często.
Ostatnimi
czasy, czyli odkąd postanowiłam odejść od Miszy, by sprawdzić,
czy dam radę do niego wrócić.
Od
tego czasu minęło pół roku, które spędziłam z dala od niego,
od skoczni oraz "rodzinnego" domu. Moje wojaże jednak nie
skończyły się najlepiej i w efekcie znalazłam się tutaj - w Linz.
Obserwowanie
ludzi zawsze sprawiało mi przyjemność. Lubiłam odgadywać ich
historie, wiedząc, że pewnie i tak mijam się z prawdą
– patrząc na mnie, nikt nie spodziewa się
historii, która tak naprawdę kryje się za moją ponoć ładną twarzą, zadziornymi uśmiechami i dość
swawolnym trybem życia.
Zapatrzona
w okno, nie od razu zauważam, że ktoś się do mnie dosiada.
-
Jak to możliwe, że w tej mokrej sukience wyglądasz jeszcze
seksowniej, niż kiedy nie masz na sobie zupełnie niczego...? -
gwałtownie odwracam głowę i mój wzrok pada na
twarz Hayboecka, która nie
zdradza żadnych emocji, poza zainteresowaniem,
z którym kontempluje moją sylwetkę.
-
Wyobraźnia, Hayboeck – rzucam cierpko. - Więcej przyjemności
sprawia ci rozbieranie mnie wzrokiem, niż patrzenie na gotowe.
-
Zasadniczo, samo patrzenie to trochę mało – posyła mi zawadiacki
uśmiech i kładzie dłoń na kolanie.
Cholera,
Hayboeck, zawsze musisz trafić w TO kolano...?
-
Co się stało z tym wstydliwym Hayboeckiem z Soczi, którego
musiałam spić, żeby zaciągnąć go do łóżka...? - pytam
retorycznie, wywracając oczami. - A teraz poważnie, co ty tutaj robisz,
Hayboeck? - pytam, nie pozwalając się ponieść emocjom.
Byłoby
o wiele łatwiej, gdyby zostawił moje udo w spokoju...
-
Mieszkam – odpowiada z rozbrajającą prostotą. - A ty co tu
robisz? Bo chyba się za mną nie stęskniłaś, co? - pyta drwiąco.
Boże,
stworzyłam potwora.
-
Przyjechałam napić się kawy po wiedeńsku, w tej jednej,
konkretnej kawiarni – sarkam, dosypując cukru do kawy, której temperatura jest już zbliżona do tej tolerowanej przeze mnie. Następnie
podciągam sukienkę i pokazuję mu szwy na kolanie, skryte nieco pod
jego dłonią. - A tak na poważnie: zdaje się, że moje więzadła
mnie wybitnie nie lubią.
Przejeżdża ostrożnie
palcem po gojącej się ranie, a ja staram się nie zadrżeć pod
jego dotykiem.
Cholera,
co się z tobą dzieje, dziewczyno...?
Zdaje
się, że Hayboeck ma na mnie zły wpływ. Tak, jak ja na niego.
-
Więc nie przyjechałaś tu, by znowu zaciągnąć mnie do łóżka...?
- podnosi na mnie wzrok, a w jego spojrzeniu dostrzegam coś... coś,
czego nie potrafię prawidłowo nazwać.
-
Tym razem nie potrzebowałabym wódki – odpowiadam cierpko i
zasłaniam kolano, zrzucając jednocześnie jego dłoń. -
W Oslo sam do mnie przyszedłeś – przypominam mu.
-
Owszem, jednak mimo wszystko nie potrafię nazwać tego
błędem – zaplata ręce i przenosi wzrok na okno. Chwilę
obserwuje ludzi uciekających przed strugami deszczu,
nim ponownie przenosi na mnie spojrzenie. - A ty? Naprawdę
żałujesz?
-
Nie – nie potrafię go okłamać, choć powinnam. Choć z drugiej strony... - Nigdy nie
żałowałam.
Przenoszę
wzrok na dłoń. Dopóki nie ściągnęłam pierścionka od
Miszy, nie dostrzegałam, jak bardzo surrealistycznie wyglądał na
moim palcu.
-
To jak? Zostałaś panią Maksimoczkin...? -
pyta, podążając wzrokiem za moim spojrzeniem.
Unoszę głowę i
nie mogę sobie darować tej drobnej kpiny.
-
Nic nie zmądrzałaś, Hayboeck. Spójrz raz jeszcze na
moją dłoń i sprawdź, czy magicznym sposobem nie pojawiła
się na niej nagle obrączka – drwię, podsuwając mu
ją pod nos.
Ogląda
ją z uwagą, po czym chwyta ją w obie ręce i przysuwa się do
mnie ponad stolikiem.
-
Nie. Zniknął za to twój pierścionek zaręczynowy –
spogląda mi prosto w oczy; jest na tyle blisko,
że dostrzegam drobne zmarszczki które tworzą się
w kącikach jego oczu.
Starzejesz
się, kochany.
- Co oznacza, że już nie jesteś zaręczona... - dodaje w zamyśleniu, jakby machinalnie gładząc moją dłoń. - Zatrzymałaś się w hotelu? - pyta niespodziewanie.
-
Tak, a czemu py-... - nie udaje mi się skończyć pytania;
Hayboeck po prostu wstaje, nie wypuszczając mojej dłoni, rzuca
na stolik dwadzieścia euro za kawę, której nawet
nie zdążyłam się napić i wyciąga mnie
z kawiarni wprost na szalejącą ulewę.
-
Co ty robisz? - wołam zaskoczona, osłaniając twarz przed strugami
wody, próbując przekrzyczeć deszcz walący w bruk
pod naszymi nogami.
-
Sprawdzam czy założyłaś dziś bieliznę –
odpowiada, mierząc mnie wzrokiem. - Zdaje się, że
niestety tak.
Rzeczywiście –
cienka sukienka natychmiast przylega do mojego
ciała, zdradzając wszystkie szczegóły mojego
ubioru. Jestem tak zaskoczona jego gestem, że odzywam się dopiero
po kilku minutach szybkiego marszu ulicami Linz.
-
Hayboeck, czy ty właśnie próbujesz zaciągnąć
mnie do łóżka...?
- pytam z niedowierzaniem, kiedy pociąga mnie do jednego
z budynków, który mijamy.
Zamyka
za mną drzwi, przyciska do ściany w przedpokoju i
z zadziornym uśmiechem – zaledwie
kilka centymetrów od moich ust – mówi:
-
Ty jesteś wolna, ja jestem wolny i na dodatek jesteśmy przypadkiem w
tym samym mieście, a to nie zdarza się często –
przesuwa nosem wzdłuż linii mojej szczęki. - Do tej pory
wszystkie nasze spotkanie kończyły się w ten
sposób, wiec
nie chciałbym ci psuć statystyki – całuje mnie tuż za uchem, zsuwając jednocześnie jedno
z ramiączek mojej sukienki.
-
O ile pamiętam, już ostatnio udało się nam popsuć
tę statystykę – mruczę, wplatając mu palce we włosy i
zaciągając się jego lekko deszczowym zapachem.
- Tamtego razu
nie liczę, byłaś wtedy zaręczona – odrywa usta od
mojego obojczyka, by spojrzeć mi w oczy. -
To jak? Mogę ściągnąć już z ciebie tę sukienkę, żebyś nie
pomoczyła mi łóżka...?
- Znowu łóżko...?
- wywracam oczami, wysuwając się z jego objęć. -
Jesteś monotematyczny, Hayboeck – droczę się
z nim, trzymając go na dystans, a
jednocześnie pozbawiam go koszulki.
-
Jeśli nie chcesz popaść w
rutynę, mogę jeszcze zaproponować łazienkę –
zsuwa drugie ramiączko i pomaga lepiącej się do
ciała sukience opaść na ziemię. - I tak jesteśmy już
mokrzy.
-
Łazienka była w Oslo – przypominam mu, znów figlarnie
wymykając się jego ramionom.
-
Pamiętam, stłukłem sobie łokieć w tej wannie –
krzywi się. - Ja jednak nie mam tu takich luksusów, więc myślę,
że prysznic będzie jakimś urozmaiceniem, zgoda...?
Udaję,
że się namyślam, Haybeock jednak traci cierpliwość i
po prostu zanosi mnie wprost do kabiny i po chwili dołącza do
mnie, nie dając na siebie zbyt długo czekać.
Nie
da się ukryć – to zdecydowanie wygodniejsze od wanny.
I
ciekawsze od łóżka, w którym i tak, koniec końców, lądujemy.
-
I co my teraz z tym zrobimy...? - pytam, kiedy słońce powoli
zagląda przez okno sypialni, z głową na jego piersi, a Michi
zatacza kciukiem leniwe kółka na moich nagich plecach. Pościel
leży skołtuniona w nogach łóżka, ubrania
rozrzucone na podłodze, a my jesteśmy wtuleni w
siebie i jest nam po prostu ze sobą dobrze.
-
A co, źle ci? - całuje mnie w czoło. - Bo ja mógłbym się budzić
tak co dzień rano... - tym razem całuje mnie w nos.
-
To zabrzmiało prawie jak propozycja małżeństwa – uśmiecham się
krzywo, a Hayboeck zaczyna się śmiać.
-
Broń Boże! Byłabyś okropną żoną! - całuje mnie
raz jeszcze, mocno przyciskając do materaca, aż tracę dech w
piersi. Odpycham go lekko, a Michi opada na drugą połowę łóżka.
-
Poważnie pytam, chcę wiedzieć na czym stoję, Hayboeck –
powtarzam raz jeszcze, a skoczek unosi się na łokciu, by
spojrzeć mi w twarz.
-
Teraz dam ci koszulę, a ja ubiorę jakieś
gacie, żebyśmy mogli zjeść spokojnie śniadanie,
bez stresu, gdy ktoś zadzwoni do drzwi. Potem pójdziemy smażyć jajecznicę, bo moja
lodówka świeci pustkami i to jedyne, co mogę ci teraz zaproponować – Hayboeck siada na brzegu łóżka i rozgląda się w poszukiwaniu ubrania. - Potem pewnie
wrócimy tutaj, wstaniemy ponownie za parę godzin, żeby zamówić jakąś
pizzę na obiad i...
-
I co, Hayboeck? - pytam kwaśno, wkładając na siebie podaną przez
niego niebieską koszulę. Sięga mi niemal do pół uda. Zapinam dwa
guziki i zaplatam ręce na piersi. - Ile tak można? Dzień? Dwa?
Tydzień...?
-
Zjedzmy śniadanie – prosi cicho i idę za nim do kuchni,
gdzie sprawnie przygotowuje jajecznicę
z podwiędniętym szczypiorkiem, który odkrywa w lodówce.
Ja sama parzę kawę zgodnie z jego instrukcjami
i stajemy przy wyspie, niemal się przy tym do
siebie nie odzywając, zajęci jedzeniem.
-
Popełniłem błąd, dając ci tę koszulę – stwierdza
nagle, pociągając łyk kawy i lustrując mnie od stóp do głów.
-
Bo...? - spoglądam na niego podejrzliwie, kiedy podchodzi i
nachyla się nade mną.
-
Bo chyba nie dam ci teraz w spokoju dopić kawy – całuje mnie
w szyję. - I to już drugi raz w ciągu kilku godzin...
-
Hayboeck, czy tobie naprawdę wszystko kojarzy się
teraz z seksem...? - wywracam oczami, ale dalej pozwalam mu się
całować.
-
Mhm... nie – odpowiada z zastosowaniem, odrywając się
ode mnie na chwilę. - Niektóre rzeczy kojarzą mi
się z tobą, ale... to niemal na jedno wychodzi – patrzy na mnie z
koślawym uśmiechem. Ścieram mu
ten irytujący uśmieszek pocałunkiem, a Hayboeck
przyciska mnie do lodówki, wsuwając ręce między
poły koszuli.
-
Musimy coś z tym zrobić, Hayboeck – przerywam mu,
a Austriak wzdycha ciężko.
-
Wiem, ale naprawdę... - urywa.
Doskonale
wiem, o co mu chodzi. Nic nas nie łączy, naprawdę nic. Tak
właściwie, nawet nie zdarzyło nam się porozmawiać, a jednak...
A
jednak nie potrafimy o sobie zapomnieć.
-
Myślisz, że kiedyś nam po prostu przejdzie na siebie ochota...? -
pyta Hayboeck, jakby nieco żałośnie.
-
Może jak będziemy mieli po siedemdziesiąt lat...
- mruczę pod nosem, a Michi uśmiecha się lekko.
-
No, wtedy to po prostu braknie nam sił - śmieje się, sadzając mnie na blacie, a ja oplatam go nogami.
-
Mów za siebie – dźgam go w pierś i znów popadam
na chwilę w zamyślenie, opierając brodę na jego ramieniu.
-
A jakby tak... - odzywa się nagle Michi. - A jakby tak nic
nie zmieniać...?
Wzdycham
ciężko.
-
Hayboeck, proszę cię...
-
Nie, posłuchaj chwile – łapie mnie za ramiona i
spogląda prosto w oczy. - Pytałaś, ile to może potrwać – dzień,
dwa czy pięć. I może to tu tkwi rozwiązanie. Nigdy
nie spędziliśmy ze sobą więcej niż kilka godzin, więc może... Może po pewnym czasie się
nam znudzi...? Może rzeczywiście popadniemy
w rutynę i stwierdzimy, że mamy siebie po
prostu dość...?
Patrzę na
niego osłupiała, bo jego propozycja jest tak idiotyczna,
że...
-
Hayboeck – odzywam się powoli. - Ten pomysł jest tak
cholernie beznadziejny, że chyba może się udać – mówię
i nagle zaczynam się śmiać. Tak po prostu, bez powodu.
Hayboeck dołącza do
mnie i nagle całuje mnie – ani namiętnie, ani drapieżnie,
ani gwałtownie. Tak po prostu delikatnie, jakby nieśmiało.
Jakby
z uczuciem...?
-
Myślisz, że jak już się uporamy z
tymi wszystkimi łóżkowymi sprawami...
-
...i łazienkowymi – wtrącam.
-
...i łazienkowymi, to sądzisz, że moglibyśmy
się zaprzyjaźnić...?
Patrzę
na niego zaskoczona, po czym stukam się palcem w czoło.
-
Ale ty jesteś głupi, Hayboeck - mówię, jednak uświadamiam sobie, że choć go nie znam, to wydaje się całkiem sensownym facetem.
-
Naprawdę zaczynam cię lubić – całuje mnie szybko
i uśmiecha się szelmowsko. - To co? Próbujemy się
do siebie zniechęcić...?
-
Mhm – kiwam głową i obejmuję go mocniej. - Ale musimy się pośpieszyć,
bo za trzy dni mam samolot do Moskwy – zastrzegam,
ale Hayboeck już mnie nie słucha i zamyka mi
usta kolejnym pocałunkiem, po czym bierze mnie na ręce i zanosi do łóżka, gubiąc po drodze ściągniętą wcześniej ze mnie koszulę.
I
zdaje się, że jest dla nas nadzieja, bo to
naprawdę zaczyna się robić już nudne.
__________
*Hallo, ich... ich will sich begrüßen (niem.) - Cześć, ja... ja chciałem się przywitać
** Mały Książę, Antoine de Saint-Exupery
Za to tłumaczenie powyżej nie odpowiadam, niemiecki nigdy nie był moją mocną stroną, zresztą nie jest to tłumaczenie dosłowne. A o "Małego Księcia" nie pytajcie, bo ja nawet nie lubię tej książki.
W końcu dotarłam z bonusem, z którego... nie jestem do końca zadowolona. Zwłaszcza z samej końcówki. Zakończenie nadal otwarte, bo mój mózg wzbrania się przed połączeniem Saszy i Michiego w trwałym związku, bo to po prostu kłóci się z frywolną naturą tej dziewczyny. Ale pomyślałam, że napisanie tej historii widzianej jej oczami będzie ciekawym doświadczeniem, a że zdradziłam trochę więcej, niż w Hayboeckowej wersji - to chyba tylko możecie zaliczyć na plus :). O dziwo, trudniej pisało mi się z perspektywy Saszy, być może dlatego, że okazała się bardziej skomplikowaną wewnętrznie osobą, niż mogłoby się wydawać postronnym obserwatorom takim jak Michi, a to przez jego spojrzenie ją najpierw poznałam. Cóż, bohaterowie potrafią zaskoczyć swojego twórcę, to wiadomo nie od dziś.
To na razie koniec skokowych jednopartów. Jakieś nieskokowe być może się tu pojawią, a na razie skupiam się na moich dłuższych projektach, które zostały trochę zaniedbane. Nie znaczy to jednak, że nic tu się nie pojawi, więc pozostańcie czujni!
Miłych wakacji! E_A
PS: Wiecie, że skoki już niedługo? :D
PS2: Czekam oczywiście na Wasze wrażenia, skargi, wnioski oraz zażalenia ;).
[Wszelka zbieżność nazwisk, imion i podobizn jest (nie)przypadkowa. Nie zmienia to faktu, że przedstawione tu osoby nie mają ŻADNEGO odzwierciedlenia w rzeczywistości i nie należy ich w żaden sposób utożsamiać z prawdziwymi osobami]
Było mi wysłać tekst do poprawki, to bym te literówki ogarnęła. :P
OdpowiedzUsuńA tak na serio, to zakończenie rzeczywiście takie otwarte. I Sasza nagle przestała się wydawać taka „saszowata” przez to dzieciństwo, jednocześnie przestając być zagadką. Życie, jakie zaserwowali jej „rodzice”, rzeczywiście mogłoby mieć takie odzwierciedlenie w dorosłości.
Dziwi mnie ta niechęć do trwałych związków. To jest — nie u Saszy, ale ogólnie. Chyba nigdy nie zrozumiem takich ludzi.
W zasadzie chyba nie mam nic więcej do dodania. Wiem, suabo, ale znam przecież ten tekst i wszystko o nim napisałam, kiedy perspektywa była Hajbekowa. Tylko ta końcówka pokazuje prawdziwy charakter Saszy — jeszcze nie zaczęła się nim na dobre interesować, a już skończyła. Z drugiej strony, może kiedy seks jako substytut rozmowy się znudzi, rozmowa wreszcie się zacznie i pojawi się szansa na uczucie? W gruncie rzeczy Sasza powiedziała, że „Hayboec wydaje jej się całkiem sensownym człowiekiem”.
I czy mi się wydaje czy tym razem to Hayboeck daleki był od wszelkich zobowiązań? Bo pytanie Saszy o małżeństwo i „grunt pod nogami” było... dość odmienne. Jakby się zamienili na rozumy.
Co do Miszy — prawdziwy pokrzywdzony. Zrobiło mi się go niewymownie żal, kiedy Sasza w zasadzie oznajmiła mu, że jest z nim z litości albo z poczucia obowiązku, że musi mu się jakoś odwdzięczyć. To przykre, to szalenie przykre, kiedy ktoś poświęca komuś pół życia, opiekując się nim, dbając, a w końcu kochając najprawdziwiej w świecie, a słyszy, że jego wieloletnia miłość była strzałem w stopę. Sasza mogłaby pozostać z Miszą i z rozumowego punktu widzenia takie byłoby dla niej najlepsze rozwiązanie — mieć kogoś, kto upilnuje, pomoże się zmienić, ale wszyscy wiemy, że serce Miszy tylko by na tym ucierpiało. Bo Sasza i tak by się wymykała na swoje „one night standy”.
Znowu pięknie namieszałaś. Tak namieszałaś, że aż chce się myśleć.
Ostatnio na Twitterze przeczytałam, że ktoś nie lubi kiedy filmy/książki mają niejasne zakończenia, „przy których trzeba się domyślać, o co chodzi”. Jak dobrze, że nie dla wszystkich myślenie wyszło z mody. :)
Ojej.
UsuńTsa, wyłapywanie literówek przy tak długim tekście jest mozolne, zwłaszcza gdy początek zna się na pamięć. Ale starałam się jak mogłam, jak coś znajdę to zedytuję.
A do Saszy to ja się nie przyznaję, ja nie wiem co ta kobieta wyprawia. Miała być nieskomplikowaną bohaterką, a wyszło... takie coś. Mój mózg chyba nie zauważył zmiany narracji, może dlatego tak się podziało.
Szczerze powiedziawszy, ja sama jestem ciekawa co dalej. A nuż kiedyś bonus do bonusa powstanie (jeśli tak, to pierwsze skrzypce będzie grać Misza - żeby nie był AŻ TAK poszkodowany)? Oby nie, trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść, i tak wydaje mi się, że ten bonus to lekki strzał w stopę dla tej historii. Bohaterowie mi charakter potracili i tyle z tego mam. Dlatego wolę myśleć o nim w kategoriach takiej części nieco obok - takiej do czytania osobno, bez odniesienia do pierwszych trzech części, choć opowiada tę samą historię.
To dziwne zachowanie Saszy na końcu najprawdopodobniej wynika z tego, że związek z Miszą pomógł jej nieco dojrzeć i inaczej spojrzeć na pewne sprawy. Ale może mi się tylko wydawać, bo naprawdę mam wrażenie, że ten tekst nie wyszedł spod mojej ręki, tylko bohaterowie sami zadecydowali co i jak, i jeszcze perfidnie nie podzielili się szczegółami.
W sumie sama nie wiem, co mam o tym wszystkim myśleć. Zazwyczaj, gdy piszę opowiadanie wiem mniej więcej co chcę z nim zrobić, i nawet jeśli bohaterowie czasem wyskakują z czymś dziwnym mieści się to z grubsza w spektrum ich charakteru. Tutaj - wolna amerykanka.
Może więc właśnie dlatego zakończenie otwarte, bo cokolwiek bym nie napisała i tak nie odgadłabym o co im chodziło. To chyba nie najlepiej o mnie świadczy, że bohaterowie rządzą mną, a nie ja nimi...
Ale ja tam zakończenia otwarte lubię, bo pozostawiają miejsce na domysł i nawet jeśli zakończenie nam się nie podoba, to możemy sobie wyobrazić, że jednak jest tak, jak sobie wymarzyliśmy. A jak autor podaje nam zakończenie na tacy, to czasem zostaje niesmak, gdy kończy nie po naszej myśli.
Cieszę się, że bonus nie okazał się takim chłamem jak myślałam i dziękuję za opinię na każdym etapie tworzenia tego opowiadania :*.
Duuużo miłości! <3
Naprawdę to już definitywny koniec? Szkoda, bo przywiązałam się do tej historii. Niby tematyka banalna, wiele podobnych już powstało, ale każde ma swoją magię. Stworzyłaś co genialnego. Jesteś wybitnie uzdolniona i cieszę się, że mogłam czytać tą perełkę!
OdpowiedzUsuńMisza nie jest poszkodowany. Nie traktowałam go serio, wiedziałam, że do ślubu nie dojdzie. No bo jak?! Sasza w jakiś sposób kocha Michaela i, nawet jeśli stanęłaby przed ołtarzem, to i tak by uciekła. (Wtf?! Rozumiesz coś z tego komentarza? )
Oczami Saszy pokazałaś nam jej emocje, które nią kierowały i pokazałaś, jak to było z jej karierą skoczkini. Wszystko jest genialne! Było.
Michael, początkowo biedny bo nieszczęśliwie zakochany, ale w końcówce pokazał, że nie chce się wiązać i taki luźny związek, o ile to mozna nazwać związkiem, mu pasuje.
Kurde! Nie wiem co brałam, ten komentarz jest do dupy. Sorry! Ogólnie, jeśli nie zrozumiałaś, to chciałam zaznaczyć, że piszesz świetnie, masz niebanalne pomysły, ich zakończenia. Nie lubię otwartych zakończeń, ale to mi się spodobało! Nie wiem, może styl pisania mnie do tego przekonał? Nie przestawaj pisać! I zawsze będę na tych krótkich opowiadaniach, a na dłuższych to się okaże.
Wiadomo już coś kiedy rozdział na na-skrzydlach-wiatru.....? :D
Życzę Ci dużo pomysłów! Wiernych czytelników! Dużej kariery w pisaniu ;)
Buziaki! Ola
Och, dziękuję!
UsuńSpokojnie, zrozumiałam :).
Zaskoczyło mnie nieco, jak odebrałaś zarówno relację Misza-Sasza jak i podejście Hayboecka, ale tak to jest z interpretacją - każdy ma swoją.
Bardzo Ci dziękuję za miłe słowa i za wierność z jaką kibicowałaś temu opowiadaniu. Nie mam zamiaru przestać pisać, spokojnie.
Co do "Na skrzydłach" to teoretycznie mam napisany jeszcze jeden rozdział, ale zdecydowanym priorytetem jest teraz dla mnie "Odchodzę". Ale obiecuję, że jak opublikuję tam rozdział 20 (czyli jeszcze dwa), to i na "Na skrzydłach" coś się pojawi ;).
Raz jeszcze dzięki!
Daj znać, jak zaczniesz coś pisać ;)
E_A
PS: Też mam na imię Ola :*
<3 <3 <3 Już wiem, czemu wspomniałaś o tym, że bonus powinien mi się spodobać. Perspektywa Saszy. Tak jak w "Hopeless" i "Losing hope". Niby ta sama historia, ale zupełnie inna, bo opowiedziana z innej perspektywy. Inne emocje, przemyślenia, część wydarzeń również. I miałaś rację. Bardzo mi się podobało. Ale nie tylko dlatego. Po prostu bardzo dobrze to napisałaś, a scena końcowa jest świetna. Nie narzekaj, naprawdę. Ja się chyba cieszę z tego otwartego zakończenia. Bo daje nam możliwość użycia wyobraźni, a w ich przypadku zwykłe "i żyli długo i szczęśliwie" byłoby zdecydowanie zbyt banalne. Ich historia to nie jest cukierkowe romansidło, tylko namiętność, porywy i wybuchy. A jakbyś nam tak napisała, że wcale im się nie udało, to ja chyba nie chcę tego wiedzieć. Wolę przyjąć, że udało im się zaprzyjaźnić. No bo halo, czemu nie? W łóżku (i łazience) im się układa i mają dobry wstęp do stworzenia czegoś fajnego.
OdpowiedzUsuńMyślę sobie, że nie najgorzej rozgryzłam Saszę, czytając między wierszami perspektywy Hayboecka, ale dobrze było się przekonać, że rzeczywiście w pewnym momencie przestała to traktować jako zabawę i wykazała jakieś ludzkie uczucia. Znaczy bez przesady, nie robię z niej potwora, po prostu na początku to miała być przygoda, a później okazało się, że Sasza czuje do Hayboecka właściwie to samo, co on do niej.
Ciężka sprawa jest zwłaszcza z Miszą. Zawsze, ale to zawsze jest mi szkoda tego typu bohaterów. Tych przyjaciół od piaskownicy, którzy jednak nigdy nie wyjdą na pierwszy plan i muszą się zadowolić rolą opiekuna/pocieszyciela itp. Sasza postanowiła dać mu szansę, ale nie była szczęśliwa. Musiała złamać mu serce. Nie mogę jej za to winić. Choć, z drugiej strony, w pewnym momencie Misza i tak zrozumiałby, że jest tylko marnym substytutem. Nie jest przecież idiotą. I wątpię, żeby dało mu to pełnię szczęścia. Więc może lepiej, że zakończyli tę farsę w miarę szybko.
I to chyba tyle ode mnie. Fajne to napisałaś, wiesz? ;)
Buziak! :*
<3 <3 <3
UsuńDobrze, że mi przypominasz o "Hopeless", bo ostatnio na to poluję, ale bezskutecznie... ;).
Cieszę się, że Ci się spodobało i cieszę się, że dostrzegasz zalty tego otwartego zakończenia. Było wiele głosów, że ma być happy end, ale ja po prostu nie mogę tego zrobić. Nie jestem sobie w stanie wyobrazić ich razem, a tak zostawiam Wam w tej kwestii wolną rękę.
"Sasza czuje do Hayboecka właściwie to samo, co on do niej" - ...czyli zasdniczo nic? Choć przyznaję - coś na pewno do siebie czują, ale to na pewno nie jest miłość, jak sam tytuł wskazuje. Mimo todałam Wam chyba drobne wskazówki, że coś więcej niż łóżko (i łazienka, ofc!) zaczyna między nimi być.
Co do Miszy, to okazał się najbardziej zaskakującą postacią, przynajmniej dla mnie. Bo miał być... Nikim, dosłownie. Jedynie imieniem, które było mi potrzebne, głosem,który zawoła Saszę, by uciąć rozmowę z Hayboeckiem w konkretnym momencie. A kim się stał...?
Zabawne jest to, że z całej trójki bohaterów jego uczucia są dla mnie najbardziej jasne i cieszę się,że dobrze kombinujesz ;).
Okej, kończę te wywody, bo o procesie tworzenia tego opowiadania i jego bohaterach mogłabym pisać w nieskończonośc ;).
Buziaki, cieszę się, że się podobało :*