Kolejny zielony płomień. Taki sam jak i inne, lecz jakże od
nich różny… Inny, bo celny.
Remus upadł. Nimfadora zbiegła z ostatnich stopni, lecz nie
zdążyła nic zrobić, nie zdążyła nawet złapać w locie
martwego ciała, by oszczędzić mu bolesnego upadku, którego i tak
nie mógł poczuć. Nic nie mogła zrobić. Na nic nie miała siły.
Nawet na to, by wyciągnąć przed siebie różdżkę w akcie
rozpaczliwej obrony, kiedy drugie zaklęcie pomknęło w jej
kierunku. Nawet nie drgnęła, gdy z potworną celnością ugodziło
ją prosto w pierś.
Złowroga zielona łuna jeszcze przez chwilę unosiła się nad
dwoma martwymi ciałami, które dziwnym zrządzeniem losu upadły tuż
obok siebie, jakby w ostatnim uścisku.
Antonin Dohołow stał obok i śmiał się. Śmiał się złowrogo
jeszcze długo po tym, gdy zniknęła zielona łuna śmierci. Śmiał
się, nic sobie nie robiąc ze znaku prawdziwej miłości, leżącej u
jego stóp. Znaku prawdziwej miłości, która jest w stanie
przezwyciężyć śmierć.
***
Dora.
Teddy.
Harry.
Molly, Arthur…
…Ron i Hermiona.
Każde kolejne imię, które pojawiało się w jego umyśle było
jak szpilka wbijana prosto w serce. Nie, nie jak szpilka. Jak gwóźdź.
Gruby, zardzewiały gwóźdź.
„Dość!” – powiedział sobie Remus. – „Nie czas teraz na
to”
James.
Lily.
Łapa…
… i Dumbledore.
Te z kolei imiona podziałały jak balsam na zadane wcześniej rany.
Choć po tamtej stronie pozostawił tak wiele, tutaj czekali na niego
starzy przyjaciele. Pozostawił jednak tak wielu, których kochał…
Teddy, Dora…
Nagle coś ugodziło go prosto w brzuch. Gwałtownie otworzył oczy,
do tej pory szczelnie zamknięte. Kosmyki włosów różowych jak
guma do żucia połaskotały go po policzkach.
„To tylko sen” – pomyślał z żalem.
Ale czy po tej stronie coś takiego jak sen w ogóle istniało?
Prawdopodobnie nie, bo ciężar, który przygniótł Remusa jęknął
bardzo realistycznie i mężczyzna w końcu uwierzył, że to jego
żona.
- Dora! – zawołał uradowany.
- Remus! Ty żyjesz! – zawołała równie szczęśliwa,
odgarnąwszy z oczu różową grzywkę i zorientowawszy się w
sytuacji.
- Szczerze powiedziawszy, to powiedziałbym raczej, że oboje
umarliśmy – zauważył, jak zwykle mocno stąpający po ziemi
Remus.
- To nic, ważne, że jesteśmy razem – odparła Tonks, wtulając
się w niego mocniej. – Przez jedną straszną chwilę myślałam,
że straciłam cię na zawsze…
- Masz rację – zgodził się – ważne, że jesteśmy razem.
Trwali w milczeniu, spleceni w ścisłym uścisku, wciąż nie mogąc
się nacieszyć tą bliskością. Nie zauważyli nawet, że tuż obok
pojawił się nagle ktoś jeszcze…
- Erm… Przepraszam, że przeszkadzam… - zabrzmiał znajomy głos.
Obejrzeli się.
- Fred?!
- No tak, to ja… - rudzielec podszedł bliżej, lekko zakłopotany,
ale jak zwykle uśmiechnięty. Tonks zorientowała się zaraz, że to
ich bliskość może go peszyć, więc łagodnie wyswobodziła się z
objęć męża.
- Co się stało? – zapytała zatroskana. – Wyglądasz na
zagubionego.
- No, więc… yyy… - zająknął się. – Nie do końca wiem,
gdzie się znajduję – wyznał w końcu, rozglądając się
dookoła. – Bo, wiecie... chyba… wydaje mi się, że –
westchnął. – Że umarłem.
- I chyba niestety masz rację – westchnął ponuro Remus. – Co
się stało?
- Głupia sprawa – podrapał się po głowie, nieco zawstydzony. –
Wygląda na to, że ściana się na mnie zawaliła. Cóż, to raczej
nie jest śmierć bohatera, choć i to lepsze niż zakrztuszenie się
fasolką… W każdym razie nie bolało… aż tak bardzo. A jak
było z wami? – zainteresował się.
- Dohołow i Mordercze Zaklęcie to zabójcza mieszanka – mruknęła
Tonks. – Za to szybka i bezbolesna…
- Dobre i to – zgodził się Fred. – Aczkolwiek kiepsko nam
idzie, z tego co widziałem. Wiecie może, gdzie tak właściwie
jesteśmy…? – wrócił do swojego wcześniejszego pytania,
ponownie się rozglądając.
- Wiemy niewiele więcej od ciebie – westchnął Lupin, wstając z
ziemi. – Chodźcie, poszukajmy kogoś, kto…
Nim jednak dokończył zdanie we mgle pojawił się jakiś cień,
który szybko zamienił się w wysoką postać, zbliżającą się do
niech szybkim, żwawym krokiem. Już po chwili mogli rozpoznać długą
brodę, okulary i…
- Witajcie, kochani! – tak, to naprawdę był Dumbledore, a jego
niebieskie oczy jak zwykle iskrzyły radośnie. – Mam nadzieję, że
nie jesteście zbytnio zdezorientowani…
- Tylko odrobinkę – przyznał Fred. – Gdzie my tak właściwie
jesteśmy, profesorze? Czy to…?
Dumbledore roześmiał się.
- To tak zwana „druga strona”, różnie nazywana w różnych
kulturach. Mnie osobiście najbardziej podoba się określenie Kraina
Wiecznych Łowów… Ale tak naprawdę to jedynie jej przedsionek –
wyjaśnił. – Zanim pójdziecie dalej, powinniście coś jeszcze
zobaczyć. Nie chcę, żebyście się zamartwiali…
Poprowadził ich przez mgłę, która z wolna zaczęła się
rozrzedzać, aż w końcu ich oczom ukazał się dworzec King’s
Cross, pusty jak nigdy.
- Czy te pociągi…? – zapytał Remus, ale Albus pokręcił
głową.
- Jest tylko jeden pociąg. Przynajmniej dla was.
- Dokąd nas prowadzisz, Albusie? – dopytywała się Tonks, kiedy
profesor ruszył dalej, pogwizdując z cicha.
Dyrektor nie odpowiedział, ale nie musiał, bo już po chwili
odpowiedź sama pojawiła się przed ich oczami. Peron szybko, ale
płynie zamienił się w szkolny korytarz prowadzący do Wielkiej
Sali. Drzwi były otwarte, podeszli więc bliżej, by mieć lepszy
widok na rozgrywającą się właśnie walkę, która toczyła się
dziwnie powoli, przynajmniej z ich perspektywy.
Bellatrix padająca na ziemię, ugodzona zielonym promieniem…
Wściekły wrzask Voldemorta, błysk strachu w oczach Molly
Weasley…
Tarcza rozdzielająca nagle w pół Wielką Salę i bezcielesna
ręka wisząca w powietrzu…
Opadająca peleryna, zdziwienie na sali, pełne niedowierzania
okrzyki…
- Albusie… - odezwał się Remus, patrząc jak Harry i Voldemort
zbliżają się do siebie. – Czy Harry ma jakieś szanse…?
- Poprawne pytanie brzmi: Czy Voldemort ma jakieś szanse? –
uśmiechnął się Dumbledore.
Patrzyli w milczeniu, jak dwie różdżki łączą się po raz
kolejny, jak krzyżują się zaklęcia.
Czerwony i zielony płomień.
Odbity zielony płomień.
Voldemort padający na posadzkę. Nareszcie martwy.
- Albusie… - zawołała nagle Tonks z przerażeniem w głosie. –
Czy on teraz…? Tutaj…?
- Nie, moja droga – uspokoił ją Dumbledore. – On na to nie
zasłużył. Stanowczo nie zasłużył.
- Więc co się z nim stanie? – zapytał Fred.
- Tego nie wie nikt – zamruczał Dumbledore. – Tego nie wie
nikt…
W milczeniu patrzyli na euforię, jaka wybuchła w Wielkiej Sali.
Jednak oklaski i radosne okrzyki cichły coraz bardziej, tłumione
przez coraz gęstszą mgłę.
- Profesorze…? – zagaił Fred, kiedy wszystko już ucichło, a
Wielka Sala całkowicie zniknęła im z oczu. – Co teraz z nami
będzie?
Dyrektor uśmiechnął się łagodnie.
- Teraz, moim zdaniem, powinniście złapać jakiś pociąg…
- Pojedzie pan z nami, profesorze?
Dumbledore pokręcił głową.
- Mam tu jeszcze parę spraw do załatwienia. Ale nie martwcie się.
Na końcowej stacji na pewno ktoś będzie na was czekać…
- Dokąd nas zawiezie, Albusie? – dopytywał się Remus.
- Do przyjaciół, Remusie, do starych przyjaciół. Macie im wiele
do opowiedzenia…
_______
Dzień dobry, cześć i czołem!
W przerwie między różnymi zajęciami odkopałam jakiś stary śmieć, odkurzyłam (echu-echu, aż mnie w nosie zakręciło!) i oto jest.
Czy opowiadania okołopotterowskie są jeszcze w modzie? Liczę na odzew, bo w sumie robię badanie rynku w tym kierunku.
A poza tym, jestem ciekawa, czy bardzo odczujecie różnicę między tym, co teraz piszę, a tym oto powyżej przedstawionym tworem, który liczy sobie... a spokojnie z 6-7 lat (chyba pisałam go na przełomie podstawówki i gimnazjum, w każdym razie tak dawno, że ciężko mi stwierdzić).
Co bardziej dociekliwi zauważą dopisek wersja A, opowiadanie posiada bowiem i drugą wersję, która... ech, jest GDZIEŚ. Jak znajdę, to się podzielę. Na przykład TUTAJ.
Wieeeeęc... Czarodzieje komentują, a mugole siedzą cicho, co? :P
PS. Nadal trzymacie kciuki, prawda? To dobrze, keep calm and carry on!
No to ja siedzę cicho ;)
OdpowiedzUsuńDo czarodzieja mi daleko :) a i takowych nie czytam i Harrego nie oglądam.
Oczywiście że trzymam!!
Ola.
Cóż, zawsze to jakaś opinia :)
Usuń