Strony

Ogłoszenia drobne

W tej chwili mało się tutaj dzieje, nieco więcej dzieje się na moim Wattpadzie, ale pracuję nad tym. Oczekujcie wieści na Twitterze :)
Zakładka Aktualności zniknęła, bo była mało... aktualna. Może kiedyś wróci. Może.

poniedziałek, 19 września 2016

MYŚL #1: Edukacja w tym kraju jest bezpłatna.

Powiem tak:
Świat słów i myśli, tak brzmi tytuł tego bloga. Słowa już były, nawet całkiem sporo, czas zatem na myśli, które przewijały się cichaczem za zasłoną słów, teraz jednak co konkretniejsze mam zamiar ubrać w formę felietonów. To znaczy czegoś, co felietonem być by mogło, ale przy moich zdolnościach będą to raczej pseudo-felietony.

Tytuł pierwszego powyżej. Tak mnie naszło, bo zbliża się rok akademicki wielkimi krokami, dla mnie już drugi w mojej uczniowsko-studenckiej karierze. Naszło mnie też, bo gdzieś przewinął mi się temat ciężkich tornistrów, sama zresztą zostałam narażona na pewne edukacyjne wydatki i tak mi się wspomniało.
Bo od lat już wiem, że ta "bezpłatność" edukacji w Polsce to pic na wodę, fotomontaż.
To znaczy tak: nie płacimy za szkołę jako taką (no chyba, że wybierzemy szkołę prywatną, czesne i tak dalej); nie płacimy również za studia (no chyba, że wybierzemy studia zaoczne); nie płacimy za możliwość edukacji jako takiej, chyba że sami zdecydujemy się na wersję premium, że posłużę się wyrażeniem ze świata gier komputerowych (i nie tylko).
Ale na tym ta bezpłatność się kończy.

Idąc po kolei: podręczniki.
Ktoś powie, że to logiczne, że trzeba przecież się z czegoś uczyć. Ale czy koniecznie trzeba każdego roku wydawać 300-400 złotych na książki, z których często korzystamy okazjonalnie, a po 10 miesiącach możemy je sprzedać za około 30% tej ceny? Ja osobiście pochodzę z rocznika eksperymentalnego, gdzie wszystko było nowe. Ta "nowość" polegała na tym, że dodano jakiś obrazek, zmieniono treść zadania  i inaczej poukładano tematy. Merytorycznie, w podręczniku nie zmieniło się niemalże nic. Ale używanych mieć nie można było, bo obowiązywała nas nowa podstawa programowa.
Teraz istnieją podręczniki bezpłatne, które należą do szkoły i służyć mają kilku rocznikom. Tak słyszałam, niestety nie mam tego jak sprawdzić doświadczalnie. Wiem jednak, że to nie zdaje ponoć egzaminu. Z perspektywy czasu wiem, że bez podręcznika dawało się uczyć, w 2-3 klasie liceum nie kupowałam połowy podręczników, bo się nie opłacało. Zerkałam do koleżanki z ławki albo kserowałam sobie konkretne tematy, ewentualnie robiłam zdjęcia. W ciągu roku książka użyta została może w 30% przypadków, jeśli nie mniej. A ja nie dźwigałam.
Obecnie na studiach, nie korzystam z podręczników. Prócz jednego, może dwóch. A już na pewno nie wożę ich ze sobą (nie licząc atlasu anatomicznego, ale to jest wyjątek. Bochenek bogiem, anatomia nałogiem et cetera). Większość to PDFy, a jak potrzebuję czegoś na zajęcia, to spisuję sobie notatki, albo robię zdjęcie/ksero. Działa, a ja nie dźwigam. I nie płacę, co ważniejsze, bo większość publikacji jest dostępna bezpłatnie.
Po co więc podręczniki? Papierowe podręczniki. Znam osoby, które zeskanowały sobie podręcznik od kolegi, zapłaciły mu jakąś symboliczną część wartości tejże książki, a następnie z owych skanów korzystali na tablecie podczas lekcji. Da się? Da.
Taniej, oszczędniej, ekologicznej. I kręgosłup się nie krzywi i nie dostarcza mi przyszłych pacjentów.


Zeszyciki, piórniczki, linijeczki i kredeczki.
...oraz inne duperele. Bo tylko tak można to nazwać. Owszem, to było fajne w podstawówce. Nie wyobrażam sobie pójść do pierwszej klasy bez czaderskiego piórnika, najfajniejszych kredek i linijki w Pokemony (tak, jestem z tego pokolenia, które Pokemony oglądało, a nie jedynie łapało). Inwencję twórczą dzieci ogranicza jedynie portfel rodziców, ale wydatki są. Bo do każdego przedmiotu inny zeszyt, w linię, kratkę, kółka albo trójkąty; bo musi być pióro, a nie długopis i kolorowe kredki, bo trzeba kolorować obrazki i podkreślać tematy. I farby, i pastele, i plastelina, i glina, i nie wiadomo co jeszcze, bo dziecko się musi rozwijać wszechstronnie na plastyce. A na muzykę koniecznie flet! Bo to przyszły Mozart, na pewno!
Nie twierdzę, że to wszystko nie jest potrzebne, bo jest. Ale... to kosztuje, nie oszukujmy się. Trzeba za to zapłacić, a do szkoły bez tego wszystkiego ani rusz. Czyli jaki jest wniosek? Szkoła kosztuje.
A jakby tak zminimalizować część tych wydatków? Przecież flety (czy inne instrumenty, ja grałam na flecie) mogłyby być na wyposażeniu szkoły, zapas farb i innych środków plastycznych również. Konieczność nauki pisania piórem, nie długopisem jestem w stanie zrozumieć, ale atrament mógłby w szkole być, prawda? Zeszytów nie przeskoczymy, nie ma bata, choć niektóre rzeczy można przecież zapisać w książce - tak, tej którą przed chwilą wyrzuciłam z listy zakupów. Ale ksera? Albo wybrać którąś opcję - podręcznik z ćwiczeniami, albo zeszyt z tabletem.
Wiem, że pieniądze nie rosną na drzewach i ktoś musiałby za to wyposażenie szkoły zapłacić. Może brnę trochę w utopię teraz, ale denerwuje mnie nie tyle sam fakt, konieczności posiadania tych wszystkich rzeczy, ale to, że nie są one potem wykorzystywane, a przynajmniej nie w stu procentach.

Edukacja jest obowiązkowa do osiemnastego roku życia. To oznacza, że zdmuchnąwszy osiemnaście świeczek na rocie, możemy rzucić książki w kąt i iść do roboty. W praktyce wypadałoby jednak skończyć to liceum/zawodówkę/technikum i napisać jako-tako tę maturę, coby nas do tej roboty przyjęli. Za tę obowiązkową edukację płacimy tyle co wyżej, choć dochodzę jeszcze inne nie-do-końca obowiązkowe koszty, bo jednak wycieczki, na których trzeba by było być, zbiórki na Dzień Nauczyciela, Ziemi, dni Unii Europejskiej, urodzin pani dyrektor i pana woźnego. Cokolwiek.
Kiedy jednak już matura jest napisana, to część z nas (a obecnie całkiem spory - jeden z większych w Europie - odsetek) decyduje się na zdobycie wykształcenia wyższego. Bo tak. Bo matura nic nie daje, magister w sumie też nie bardzo. 
(tu bym mogła nieco ponarzekać, ale to sobie zostawię na następną myśl).
Idziemy więc na studia i...?

Płacz, portfelu, płacz.
Tyle żeśmy się napocili, żeby tę maturę zdać na sensownym poziomie i się na te wymarzone studia dostać w trybie dziennym i nic nie płacić i co...?
I śmiech na sali, proszę państwa, bo już w maju podczas rekrutacji wita nas radosna informacja, że przyjemność wyrażenia chęci zostania studentem szanownej uczelni kosztuje nas kilkadziesiąt złotych. Za każdy kierunek osobno, w większości przypadków. Bezzwrotnie, również zazwyczaj,
Ja na przykład na rekrutację na trzy kierunki zapłaciłam ponad dwieście złotych. Na jednej uczelni. Dostałam się na dwa z nich, zwrotu nie dostałam. Całość ponoć idzie na opłacenie serwera elektronicznej rekrutacji, która nie jest jakoś szalenie funkcjonalna.
No, ale dobrze. Dostaliśmy się już tam, gdzie chcieliśmy (albo i nie) i dostajemy listę rzeczy do załatwienia. Bo musimy zapłacić:
- za indeks (nawet elektroniczny, który swoją drogą działa nie lepiej niż strona rekrutacji)
- za legitymację
- ...do której potrzebne są dwa zdjęcia.
- na niektórych kierunkach za badanie lekarskie, potwierdzające zdolność do studiowania (u mnie dało się to załatwić bezpłatnie w jednej przychodni, która miała podpisaną umowę z uczelnią)
- a na jeszcze niektórych trzeba wyrobić książeczkę sanepidowską, co wiąże się z wydaniem około 150 złotych.
Takie doświadczenia z rekrutacją mam przynajmniej ja. Być może ze względu na medyczny charakter moich studiów, ale każdy chyba kierunek ma swoje papierologiczne wymagania, które kosztują. Jeśli nie pieniądze, to na pewno czas i nerwy.

O podręcznikach już wspominałam. Na studiach jest o tyle łatwiej, że mało kto wymaga taszczenia ich ze sobą i raczej idzie się na rękę studentom w tym względzie. Masz mieć wiedzę i być przygotowanym do zajęć, a jak, to już Twoja broszka.
A podręczniki akademickie są drogie, ups. Więc szukamy PDFów, które odkupujemy do starszych roczników. Ewentualnie zamienników. No i, oczywiście, biblioteka najlepszym przyjacielem studenta. Nawet jeśli potem trzeba płacić haracz, jak się za bardzo do jakiegoś dzieła przywiążemy.

Ale to nie koniec. Każde studia, ale zwłaszcza te bardziej praktyczne kierunki wymagają dodatkowych opłat za różne akcesoria i stroje. Z mojego podwórka:
- 2 rodzaje fartuchów
- specjalne buty i czepek
- strój na WF (zwykły dres i trampki, no ale)
- rękawiczki jednorazowe i identyfikator
- sprzęt pomiarowy (np. stetoskop dla lekarzy, swoją drogą te lepsiejsze kosztują od 300 złotych w górę)
Specyfika studiów sprawia, że te ostatnie koszta są płynne w swej wysokości, ale i tak. Zawsze są jakieś koszty poboczne.
O pisaniu pracy, egzaminach państwowych się nie wypowiadam, bo nie odczułam tego jeszcze na swojej skórze.

I, pozwolicie, że nie wspomnę o takich szczegółach, jak konieczność wyprowadzki do innego miasta (często) i/lub dojazdy czy to pociągiem, czy to autobusem czy też samochodem.
Posumuję to wszystko bardzo krótko, za pomocą pewnej znanej chyba wszystkim piosenki: money, money, money.

I teraz chyba czas na jakieś podsumowanie, prawda?
EDUKACJA W TYM KRAJU JEST BEZPŁATNA.
Nie licząc tych drobnych kosztów pobocznych.
Szczegóły.
Musi być bezpłatna, bo jest obowiązkowa do pewnego czasu. To, że potem również nie musimy za nią płacić, to już naprawdę wielka łaskawość.
No, ale bądźmy realistami - światem rządzi pieniądz, bez pieniędzy nie załatwimy nic. Nie zdobędziemy nawet wykształcenia, które jest nam potrzebne, by te pieniądze zarabiać. To taka jakby inwestycja w przyszłość.
Ech, chyba robię się dorosła.
Ale jeszcze jedno zdanie:
EDUKACJA W TYM KRAJU JEST BEZPŁATNA, ALE POTRZEBNE DO NIEJ MATERIAŁY JUŻ NIE.
Ot, cała filozofia.
__________
Słowo jeszcze do Was:
Dajcie znać, czy podoba Wam się taka forma i przemyślenia, to raz.
A dwa... ankieta na samym dole. Just sayin'.

8 komentarzy:

  1. Jak by to był facebook dostalabys ode mnie Lubię To. Albo Super.
    Moja ocena szkolna dla Ciebie 6. Dlaczego? Przecież nie napisałaś nic nowego. Wszyscy wiemy jak jest. Ale pięknie to ujęłaś. Stąd, ,szóstka".
    Jestem aktualnie w liceum. Mam dużo przedmiotów a co za tym idzie duzo książek i zeszytow. Cena ksiazek... Fiu fiu. Najgorsze są do języków. Sam angielski, czyli 2 książki (podręcznik + ćwiczenia). Wiesz ile straciłam kasy, a raczej moi rodzice? 120zl. Jeden język. O niemieckim nie wspominam...
    Kolejna rzecz. Ciężkosc plecakow. Dużo książek to i torba ciężka. Ale wystarczy zrobić szafki w szkole! Tak, jak w amerykańskich filmach. Ach... Marzenie...
    Szkoda, że nasza oświata, ministerstwo nic z tym nie robi. No bo po co?! Przeciez obi robią znowu Dobrą Zmianę i likwidują gimnazja. Po co!?! No k?!?!a! Kupe kasy poszło kiedyś na ich stworzenie. A teraz pieniądze znowu zostaną wydane w błoto. Nauczyciele stracą pracę. Witamy w Polsce!
    To nic, ze wzrośnie procent bezrobotnych. Ważne ze PiS robi Dobrą Zmianę!
    Nie wiem jak jest na studiach. Na razie o tym nie myślę ile pieniędzy trzeba będzie na nie poświęcić. Ale dzięki Tobie wiem z grubsza jak to jest.
    Poruszyłaś dość obszerny problem. Można by pisać i pisać. Każdy ma inne zdanie. Ale w jednym się zgadzam. Podręczniki na spółke dla wszystkich to nie jest dobre...
    Osobiście uczę się właśnie z podręczników. Niestety. One swoje ważą. Ja juz mam skolioze (może nie od ksiazek). A przez dźwiganie takich ciężarów na starość mozemy miec problemy z kręgosłupem. A co za tym idzie wizyty u lekarza. Na kase zdrowia czekać latami a wiec idziemy prywatnie. Znow wydajemy kase... Takie bledne kolo...
    Wiem tyle, że szkolnictwo w Polsce powinno się zmienić. I nie tak jak teraz(likwidacja gimnazjow). Powinny zajść nowe zmiany. Lepsze. Przyjrzyjmy się innym państwom! Oni nie mają problemów takich jak Polska. No ale... Co kraj to obyczaj.
    Witamy w Polsce, a jesli nie zajdą zmiany to niestety żegnamy z Polski.
    Uch.. Moj komentarz mial inaczej wygladac. Napisalam juz tyyyyle aż cos klikłam i bum! Usunęło się. Wiec teraz zeby sie znów nie usunęło kończę.
    Pisz takie swoje felietony! Ja jestem pod wrażeniem! :D
    I czekam na kolejny. W ankiecie zagłosowałam.
    Pozdrawiam! Ola

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem czy pięknie, dla mnie brzmi to nieco bełkotliwie, ale "omne principium difficile est".
      Fakt, językowe książki są najgorsze :/
      U mnie w szkole zrobili szafki! Co prawda, jak już ją kończyłam i kosztowało to bodajże 70 złotych, ale znajomi z młodszych klas sobie chwalili. A jednak się da.
      Nie chcę brnąć w politykę, bo to grząski temat, ale likwidacja gimnazjów nie brzmi dobrze. Moja kuzynka była rocznikiem zmianowym, kiedy owe powstawały i twierdzi, że bajzel był przy tym okropny. Nauka i tak będzie trwać 12 (13) lat, i tak niezależnie od tego, jak to podzielimy. Mówiąc krótko, nie w tym tkwi problem.
      Oj, o służbie zdrowia nie rozmawiajmy, dobrze? Ja jeszcze mam wakacje przez kilkanaście dni ;).
      Bardzo nie chciałabym wyjeżdżać z Polski, ale... ale faktem jest, że rynek pracy nie jest tu zbyt przyjazny.
      Kasujące się komentarze, nie lubię tego :/
      Dziękuję Ci pięknie za komentarz, fajnie wiedzieć, że moje przemyślenia nie trafiają w eter ;)

      Usuń
  2. Dobrze mi się to czytało. Powiem Ci tak - najbardziej irytuje mnie to zmienianie podstawy programowej co 2-3 lata. Bo sam fakt, że książek jest za dużo nie ulega wątpliwości. I to jest temat do długich dyskusji mądrych ludzi. Ale gdyby rodzice kupili podręczniki dla pierwszego dziecka, a za pięć - dziesięć lat trzecie, czwarte, a może siódme dziecko mogło z niego skorzystać - świat byłby piękniejszy. A portfele grubsze. I tyle.
    Btw jaki Ty kierunek studiujesz, że potrzebne Ci jakieś fartuchy i sprzęty pomiarowe?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A dziękować, dziękować.
      Fakt, ja jestem rocznik eksperymentalny, więc mocno tego doświadczyłam - nowe podręczniki, nowa podstawa, nowy egzamin, nowa matura (zwłaszcza ustna). Nawet na studiach robią nam jakieś fiki-miki z formułą zaliczeń (która się nie sprawdziła i wrócili do starej, no dzięki).
      A ja sobie studiuję krzywe kręgosłupy, fizjoterapię znaczy się. I musiałam się zaopatrzyć w stetoskop, ale nie ten za trzy stówy, tylko za trzy dychy. Lekarze jednak muszą mieć lepsiejsze.
      Mam wrażenie, że Oświata jest trochę jak ta piosenka disco polo - "ona czuje we mnie pinądz" ;)

      Usuń
  3. Spróbuję komentować po akapicie, choć wiem, że to nie jest rozprawka na polski.

    Wnioskuję, że mogę być rok młodsza, w tym roku idę na I rok prawa. Planuję brać ze sobą dwie teczki. Jedną na zapisane kartki z notatkami, drugą na czyste kartki i będę to przepisywała na czysto (inaczej nie potrafię przyswajać części informacji). Niby bezpłatne, a zawsze się okaże, że płatna jest jakaś rada rodziców czy inna szafka na rzeczy.

    Ja swoje książki z dwóch lat nauki sprzedałam za 140 złoty. Było ich dwadzieścia, co dało siedem złoty za jedną. Trochę mi głupio było, bo za podręcznik do niemieckiego z koleżanką dałyśmy na spółkę 40 złoty. Do angielskiego już każde z nas musiało mieć własną książkę.

    Też oglądałam Pokemony, nawet koszulki miałam dwie z tym motywem. Co do wymogów nauczycieli co do zeszytów... W gimnazjum do techniki musieliśmy mieć A4. Zapisałam może z 20 stron przez 2 lata. Na plastykę także zeszyt A4, ale tu poszło dużo kartek, bo sporo notowaliśmy wbrew pozorom. W podstawówce też musiałam kupić flet na muzykę, wcale się tego nie nosiło. Kredki? Co roku nowe, bo zdążyło się połowę kompletu wyrysować na plastyce, geografii i biologii. Na tej ostatniej lekcji nauczycielka kazała nam notować w ćwiczeniach na marginesach. Co do sposobu nototwania... Nauczycielom było w liceum obojętne, czy piszemy długopisem czy piórem i każde miało swój tusz.

    Jeśli kilkadziesiąt złoty to blisko 80 złoty na kierunek i późniejszy koszt indeksu i legitymacji to się zgodzę. Mnie koszty badań nie dotyczą, bo wybrałam sobie taki a nie inny kierunek. Mnie będzie czekał prawdopodobnie koszt nowej koszulki na wf, bo buty i tenisówki przetrwały ostatni rok LO.

    No i ja byłam drugim rocznikiem nowej zmiany podstawy programowej i nie wiadomo jakie jeszcze cyrki. Fakt, edukacja bezpłatna z płatnymi dodatkami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, kartki w teczce to najlepszy motyw na studia, tylko potem to trza przepisać jakoś zwięźle, bo lubią się gubić.
      Z pokemonami miałam koszulkę :>. O dziwo, ja na plastykę nie nosiłam zeszytu, tylko to co do malowania potrzebne, ale mieliśmy podręcznik i ćwiczenia,a pani dawała jeszcze kserówki. Zeszytów więc niet.
      Tsa, flet był używany raz w miesiącu, ale musiał być. Każdy swój, bo to niehigieniczne.
      U mnie cena rekrutacji w zależności od uczelni wahała się od 70 do 85 zł. Badania, fakt chyba głównie na medycznych kierunkach, no ale zawsze się coś znajdzie, za co trzeba bulić.
      Well, drugi rocznik też miał wesoło, bo wprowadzali Wam poprawki do tego, co wprowadzili nam. Jak coś u nas nie pykło, to Wam zmieniali. Ot, usta matura z polskiego w tym roku ;).

      Usuń
    2. Ustna matura z polskiego była genialna, nie powiem, że nie. Nawet jak miałam temat "artysta w literaturze". Chcieli zrobić, abyśmy my nie znali pytań? Nie pykło, bo na trzy komisje po cztery osoby w pierwszym rzucie wystarczyło się wypytać kto co miał.
      My na plastyce zeszyt mieć musieliśmy, bo raz na jakiś czas niespodziewana kartkówka a to jak ktoś wnerwił plastyczkę nicnierobieniem to szedł do odpowiedzi. W podstawówce zaś zeszyty były po to, aby w nich rysować i to było oceniane. I tak hitem były dwa zeszyty do muzyki, bo jeden mieliśmy mieć na dyktowane utwory a drugi na notatki z lekcji.
      No i tak znów coś nakombinują z podstawą programową i maturą, bo rozszerzenie musi być, a jak masz 8% to twój problem.

      Usuń
    3. Taaak! Mnie też się podobało :>
      W tym roku ponoć zmienili system, żeby tak nie było, że pytania są znane, ale nie pykło.
      A z tego co wiem, to od teraz trzeb będzie mieć 30% żeby rozszerzenie zaliczyć.

      Usuń