Strony

Ogłoszenia drobne

W tej chwili mało się tutaj dzieje, nieco więcej dzieje się na moim Wattpadzie, ale pracuję nad tym. Oczekujcie wieści na Twitterze :)
Zakładka Aktualności zniknęła, bo była mało... aktualna. Może kiedyś wróci. Może.

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Była człowiekiem

 Doskonale pamiętałem moment, gdy zobaczyłem ją po raz pierwszy. Mimo iż od tego momentu minęło kilkadziesiąt lat, nigdy nie zapomnę spojrzenia granatowych oczu niemowlęcia, którym wtedy była. W ramionach czarodzieja wydawała się taka krucha i delikatna, a jednocześnie to niesamowite spojrzenie dodawało jej jakiejś wewnętrznej siły, jakby była kimś więcej. Ale to nie była prawda. Była człowiekiem. Tylko człowiekiem.
Gdy czarodziej przyniósł ją do Północnego Królestwa miała zaledwie pół roku, a ja nie wiedziałem jeszcze, że wkrótce zostanę władcą tej krainy. Elfowie żyją długo. Naprawdę bardzo długo. Ale nie są nieśmiertelni. A Othiel miał już wtedy swoje lata. Któż jednak mógł przypuszczać, że wyznaczy mnie swoim następcą? Ja, w każdym razie, nawet o tym nie śniłem.
Artus. Tak nazywał się czarodziej. Był znany we wszystkich Królestwach. Był jednym z najlepszych czarodziejów, którzy chodzili po tej ziemi. Przez wiele lat szukał swojego następcy. Jego półelfie pochodzenie dało mu w prezencie kilkadziesiąt dodatkowych lat, on jednak zwlekał z wyborem ucznia. W końcu znalazł. Niebieskookie niemowlę. Człowieka. Była tylko człowiekiem.
Wielu dziwił ten wybór. Ukrył ją w Północnym Królestwie, wśród nas, leśnych elfów. A mnie wyznaczył jej pierwszym nauczycielem. Potem zniknął, jak zawsze, zostawiając swoją przyszłą uczennicę na następne dwanaście lat w lesie pełnym elfów. Gdzie się podziewał? Prócz niego samego, nikt nie znał odpowiedzi na to pytanie.
Przez pierwsze sześć lat widywałem ją naprawdę rzadko. Kiedy jednak skończyła szósty rok życia, była już wystarczająco duża bym mógł zacząć ją uczyć. Początkowo nie wiedziałem, jak się do tego zabrać, nigdy wcześniej nie powierzono mi takiego zadania. Szybko jednak okazało się, że jest wyjątkowo zdolną uczennicą i w mig uczyła się wszystkiego, co tylko jej poleciłem. Jej zapał do nauki był niebywały. Już o świcie można było zauważyć jej rude włosy na polanie, gdzie ćwiczyła strzelanie z łuku. Już wkrótce w tej konkurencji nie miała sobie równych. Wśród ludzi oczywiście. Była przecież tylko człowiekiem.
Nie wiem nawet kiedy to się stało. Teraz mógłbym przysiąc, że było tak od zawsze. Kiedyś jednak nasza przyjaźń musiała mieć swój początek. Musiał być ten pierwszy raz, gdy w granatowych oczach pojawiła ta niesamowita ufność, z jaką zawsze na mnie patrzyła.
- Jesteś moim najlepszym przyjacielem, Randilu! – wołała.
Co jej odpowiadałem? Smutną, ale konieczną prawdę.
- Jedynym przyjacielem, Lileeo. Jedynym.
Czasem teraz tego żałuję. Jednak nie potrafiłem jej nigdy okłamać. Nigdy. Ani razu. Ona jednak tę prawdę przyjmowała z uśmiechem. Raz za razem. Miałem wrażenie, że moja przyjaźń jest jedynym, co jest jej do szczęścia potrzebne.
Prócz tego, że była znakomitym strzelcem, była naprawdę wspaniałym słuchaczem. Nigdy nie przepadałem za opowieściami, jednak, gdy słuchaczem była Lileea, snucie historii było samą przyjemnością. Mógłbym to robić godzinami. Ale ona słuchałaby mnie jeszcze dłużej. O wiele dłużej.
Cóż jednak dla mnie znaczy dwanaście lat? To zaledwie chwila, moment. Moment, który minął zbyt szybko. Artus powrócił i zabrał Lileeę do siebie, by nauczyć ją swego rzemiosła. Oboje znieśliśmy to bardzo ciężko. Lecz nic nie pomogły jej krzyki, płacz i błaganie. Musiała odejść. I tak by odeszła. Była człowiekiem. Miała stać się czarodziejem, ale nadal była człowiekiem. Z tego co wiem, długo nie mogła się pogodzić z rozstaniem, ale w końcu odkryła uroki życia uczennicy czarodzieja. Artus dbał o nią i traktował ją jak własną córkę. Skąd to wiem? Mówił mi o tym. Wiedział, jak bardzo zżyliśmy się przez te kilkanaście lat. On wiedział wszystko. Nic nie mogło się ukryć przed Artusem.
- Cały czas o tobie mówi. Czasem nawet przez sen.
- Naprawdę?
Czy w moim głosie słychać było nadzieję?
Czarodziej uśmiechał się tylko na te słowa.
- Nie pozwól, by się na tobie zawiodła. Nigdy.
Coś w jego głosie sprawiło wtedy, że w pełni poczułem, jak silna więź łączy mnie z tą dziewczyną. A przecież… Była tylko człowiekiem.
Las bez Lileei wydawał się nieskończenie pusty. Ptaki śpiewały ciszej, drzewa szumiały smętnie. Woda w potoku nie płynęła tak bystro, jak kiedyś. Przynajmniej w moim odczuciu.
Mijały lata. Othiel, na łożu śmierci, mianował mnie swoim następcą. Po jego pogrzebie, wspaniałej ceremonii godnej władcy Północnego Królestwa, udałem się do Srebrnego Zamku, by złożyć hołd i przysięgę Panu Elfów, władcy wszystkich Czterech Królestw. Od tej pory nie miałem zbyt wiele czasu na rozmyślanie o mojej małej przyjaciółce, jednak codziennie, choćby przez krótką chwilę, wspominałem jakiś drobny szczegół z nią związany. Raz uśmiech, raz spojrzenie, perlisty śmiech, ufny uścisk dłoni… Codziennie też starałem się przestać o niej myśleć. Nakazywałem to sobie stanowczo, raz za razem i każdego dnia od nowa łamałem ten nakaz.
„Ona już nawet ciebie nie pamięta. Ludzka pamięć jest słaba. Minęło kilkanaście lat. Zapomniała, znalazła nowych przyjaciół. Przecież jest tylko człowiekiem. Zwykłym, śmiertelnym człowiekiem. Tylko człowiekiem”
Powtarzałem te słowa raz po raz, lecz zdawało się to na nic. Nie było dnia, bym jej nie wspomniał. Zdawało mi się, że na jej wspomnienie las ponownie ożywa. Kwiaty mocniej pachną, pszczoły bzyczą weselej, wiatr szumi skoczne piosenki, słońce mocniej grzeje… Przynajmniej tak mi się wydawało.
Z biegiem czasu moje wspomnienia nieco się zatarły. Jednak niektóre szczegóły pamiętałam aż do przesady wyraźnie. Sposób w jaki marszczyła nos, naciągając cięciwę, błagalne nuty w jej głosie, gdy czegoś ode mnie chciała, promienie słońca tańczące na końcówkach kasztanowych fal, kiedy kręciła ze śmiechem głową. Szczegóły. Detale. Nieistotne…?
Czasem nawet nie zdawałem sobie sprawy tego, że o niej myślę. Po prostu miałem jej obraz przed oczami, kiedy pracowałem, jadłem, odpoczywałem… A w nocy śniłem o niej. Każdej nocy. Usiłowałem wypierać z pamięci te sny, ale one wracały. Każdej nocy.
W końcu jednak udało mi się zakopać ją na dnie serca. Uwolnić się od wspaniałych, lecz złudnych wspomnień. Niemalże udało mi się o niej zapomnieć. O niej. O Lileei. Bo była tylko człowiekiem.
Niemalże.

~***~***~***~

Zbliżało się Święto Lasu. We wszystkich Czterech Królestwach trwały radosne przygotowania. Również w Królestwie Północnym. A ja musiałem wszystkiego dopilnować.
Jednak gorączkowe krzątanie się, lekki rozgardiasz i atmosfera radości, jedynie maskowały prawdziwe odczucia wszystkich elfów. Groziła nam wojna. Na granicy Zachodniego Królestwa już toczyły się bitwy. Kto nas atakował? Nasi bracia, krasnoludy. I to było najsmutniejsze.
W południe, w okolicy Dworu zrobiło się nieco puściej. Mogłem w końcu przysiąść i pomyśleć chwilę nad tym, co nas czeka. Mogliśmy uniknąć wojny. Sojusz z ludźmi… Z nimi krasnoludy nie odważyłyby się zadrzeć. Handlowali z nimi nieustannie. Wypowiadając nam wojnę, wypowiedzieliby ją także i ludziom, a to oznaczałoby dla nich szybkie i nieodwracalne bankructwo.
Siedziałem zamyślony, kiedy nagle poczułem na sobie czyjś wzrok. Uniosłem czujnie głowę, pamiętając o sztylecie, który zawsze nosiłem przy sobie. Czasy nie były bezpieczne. Mięśnie miałem napięte, kiedy sprawdzałem, kto mnie obserwuje.
Stała na środku ścieżki. Lekko przekrzywiona głowa, zmrużone oczy, jakby usiłowała sobie coś przypomnieć. Jednocześnie również była spięta, jakby gotowa do walki. Delikatny wiatr rozwiewał kasztanowe włosy. Piękna kobieta. Wciąż młoda, lecz już dawno nie dziewczyna.
Ale… Była człowiekiem, co tu robiła? Ludzie nie wkraczali tak po prostu do królestwa elfów. Byli mile widziani, ale… Ale nie pojawiali się tu nagle, znikąd.
Już miałem zapytać kim jest, kiedy na jej twarzy pojawił się radosny uśmiech, a niebieskie oczy zalśniły jakimś wewnętrznym blaskiem. I wtedy ją zobaczyłem. Tę wewnętrzną małą dziewczynkę. Wtedy ją poznałem.
- Randil! – wykrzyknęła radośnie, rzucając mi się na szyję. Choć była już dorosłą kobietą, wydawała się w tym momencie taka jak dawniej. Mała, niewinna i ufna.
- Lileea – szepnąłem, zaskoczony, machinalnie głaszcząc ją po lśniących włosach. – Lileea…
- Zastanawiałam się, czy mnie poznasz… - uśmiechnęła się po chwili, kiedy już mnie puściła. – Bałam się, że nie. W końcu się zmieniłam w przeciwieństwie do ciebie.
Na te słowa moją radość na jej widok, przerwał ostrzegawczy dzwonek.
„Ona jest człowiekiem”
Lileea chyba jednak tego nie zauważyła, bo nadal radośnie o czymś mówiła. Nie zwracałem na to zbytniej uwagi, wciąż oszołomiony jej niespodziewaną wizytą.
- Jak się tu dostałaś? – zapytałem, kiedy przerwała na chwilę, by zaczerpnąć powietrza. Mówiła dużo i szybko, a oczy jej lśniły. Czyżby się za mną stęskniła? – Przecież dookoła terenu Dworu są wystawione straże i wokół granic również… Musiałaś minąć co najmniej trzech strażników!
- Czterech – poprawiła mnie. – Nie martw się, godnie sprawują swoją służbę. Pierwszego co prawda ominęłam, ale nie zapominaj, że sam uczyłeś mnie sztuki cichego skradania się.
Uśmiechnęła się do mnie promiennie, a ja musiałem przyznać jej rację. W tej dziedzinie nie miała sobie równych. Wśród ludzi, oczywiście.
- …a w dodatku Eruthielowi udało się mnie przyłapać. Jednak nie poinformował cię o moim przybyciu, bo… - Spuściła wzrok lekko zawstydzona. – Bo chciałam ci zrobić niespodziankę.
- I ci się udało – zawołałem, a Lileea uśmiechnęła się z ulgą, widząc, że się nie gniewam. Eruthiel nie wykonał rozkazu i powinienem go ukarać. Mogłoby się okazać, że dziewczyna jest szpiegiem albo…
- Wybacz, Randilu, zupełnie zapomniałam! – zawołała nagle zmieszana i odsunęła się ode mnie na odległość kilku kroków. – Nie widziałam cię tak długo, że zapomniałam, że obowiązuje mnie ceremoniał… - mruknęła i zginając się w lekkim pokłonie wyrecytowała grzecznościową formułkę w starożytnym języku elfów.
Musiałem przyznać, że sam również o tym zapomniałem. Dopełniłem drugą część ceremoniału i podałem jej rękę na znak, że jest mile widziana w moim królestwie. Lileea była już teraz opanowana i skupiona. Wydawała się taka dojrzała… Jakby dzieliła nas teraz jakaś bariera.
- Wybacz mi raz jeszcze, Randilu. Nie przybyłam tu tylko po to, by cię odwiedzić. Przybywam z poselstwem od króla Amrona i rozkazami Króla Elfów. Ludzie odpowiedzieli na warunki sojuszu i wysłali mnie do Króla z poselstwem.
- Co mówi Król? – zapytałem, wskazując jej miejsce na ławce pod młodą brzozą.
Usiadła i odpowiedziała:
- Amron odnowił sojusz i zgodził się na nowe warunki wystosowane przez Pana Heliriona. Jego również martwi wyjątkowa agresja krasnoludów i żałuje, że musi przeciwko nim wystąpić. Rozumie jednak, że elfowie zostali zaatakowani i muszą się bronić. Zasugerował, że to ktoś inny podburzył krasnoludy przeciw innym rozumnym nacjom. Innego wyjaśnienia nie ma. Przecież przez długie wieki wszyscy żyliśmy w zgodzie. Od Wieku Wojen minęło przeszło pięć tysięcy lat!
- Cóż, dla nas to wcale nie tak dużo – westchnąłem. - Mniej niż dwa pokolenia.
- Mimo to, nie widać żadnego powodu, dla którego krasnoludy miałyby atakować elfów z dnia na dzień.
- Twierdzą, że nadszedł czas zapłaty za krzywdy wyrządzone wiele wieków temu, kiedy elfowie, nie znając ich jeszcze, biorąc ich za rasę prymitywną i brutalną, traktowali jak zwierzęta i usiłowali wytępić – mruknąłem. Taka była smutna prawda. Nawet elfowie nie są nieomylni. – Nie wydaje mi się jednak, by był to powód bezpośredni. Przez wieki przecież twierdzili, że krzywdy zostały już wyrównane i nie mają nam za złe tego, co stało się tysiące lat temu.
- Dlatego Amron uważa, że to jakaś inna siła skłoniła krasnoludy do walki. Na jego dwór przybył posłaniec, który zachowywał się wyjątkowo agresywnie i… Nie wiem, nie potrafię tego określić. Miałam wrażenie, że emanuje od niego jakiś zły czar. Wyjątkowo potężny czar. – Pokręciła głową ze smutkiem. – W każdym razie przekazałam to wszystko Helirionowi, a on polecił mi ogłosić we wszystkich czterech królestwach gotowość do walki. Ostatniego dnia jesieni, wszyscy wojownicy mają stawić się gotowi do boju na jego dworze wraz ze swym Panem. – Spojrzała na mnie. W jej wzroku było coś smutnego. – Wkrótce wyruszysz na wojnę.
Skinąłem głową.
- Czy to całe poselstwo? – zapytałem.
- Z grubsza. Dokładne instrukcje są na tym zwoju. – Podała mi gruby rulon, który schowałem za połę płaszcza. – Odwiedziłam już pozostałe trzy królestwa. Mogę się tu zatrzymać nieco dłużej, Randilu? Muszę odpocząć od tego zgiełku. Amron odesłał mnie, bym przygotowała się do wojny. Myślę, że… - zamyśliła się nagle, wbijając wzrok w jakiś punkt za moimi plecami. Nie odwracałem się. Ona po prostu myślała. Poznałem to po przygryzaniu dolnej wargi i zmrużonych oczach. Tak dobrze ją znałem…
- Myślę, że zostanę tu parę tygodni – powiedziała w końcu cicho. Coś ją trapiło, wyraźnie to widziałem. Jednak nie pytałem. Jeszcze nie teraz. – Potem nie będę ci więcej przeszkadzać.
- Służysz Amronowi? – zapytałem, nawiązując do tego, co mówiła wcześniej.
- Nie. - Pokręciła głową, wciąż lekko zamyślona. – Król po prostu dał mi schronienie i warunki do pracy. Los czarodzieja to ciągła nauka. Tak niewiele jeszcze odkryliśmy… Król pozwolił mi osiąść w swoim zamku i pracować. Odwdzięczam mu się, nosząc jego poselstwa lub pomagając mu w ten czy inny sposób.
- A Artus? – zapytałem.
Wzruszyła ramionami.
- Od lat go nie widziałam. Chadza własnymi ścieżkami. W każdym razie nie obowiązuje mnie udział w wojnie, jeśli o to pytałeś
Zmieszałem się. Nie chciałem, by widziała, że się o nią martwię.
- Ja też cię bardzo dobrze znam, Randilu – dodała, jakby czytając mi w myślach. – Jednak mimo to, chyba wezmę w niej udział. Nie potrafię siedzieć bezczynnie.
- Co robiłaś do tej pory? Nie widzieliśmy się tyle lat...! - Westchnąłem.
- Cóż to dla ciebie! – Uśmiechnęła się lekko.
„Jest człowiekiem i zdaje sobie z tego sprawę. Czas najwyższy byś i ty to w końcu zrozumiał, Randilu”
-… na praktyce u Artusa byłam dziesięć lat. Potem podróżowałam z nim trochę, ale w końcu poszłam własną drogą, a ta zawiodła mnie na dwór Amrona. Było mi tam dobrze, ceniono moje rady, byłam niemalże królewskim doradcą…
Usiłowałem nie dać po sobie poznać, jak bardzo jestem z niej dumny. Wiedziałem, że to uczucie powinno mi być obce, elfowie nie mogą się przywiązywać do istot śmiertelnych. W każdym razie nie aż tak. Lileea była tylko człowiekiem. Jej życie jest dla mnie tylko mgnieniem. Po co przywiązywać od niego taką wagę?
- Randilu…? – przywołała mnie w końcu do rzeczywistości. – Znajdzie się dla mnie jakiś wolny kąt?
- Oczywiście, twój dawny pokój nadal jest wolny. Nikt w nim dotąd nie mieszkał. – „Nikomu na to nie pozwoliłem”.
- Obawiam się jednak, że łóżko będzie nieco za małe… - Roześmiała się.
- Dlatego zaraz każę wstawić tam nowe. – Uśmiechnąłem się, wstając.
Wstała również, śmiejąc się radośnie i znów mnie objęła.
- Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że cię znów widzę!
Nie wiedziałem. Ale wiedziałem, że ja cieszę się o wiele bardziej, niż powinienem.

~***~***~***~

Następnego dnia rano, tuż przed świtem zajrzałem do jej pokoju, tak, jak to czyniłem codziennie lata temu. Miałem nieodparte wrażenie, że zamiast dojrzałej kobiety, ujrzę tam znów małą dziewczynkę. Jednak jedyne, co zobaczyłem, to starannie pościelone łóżko i pochwę z mieczem opartą o ścianę. Brakowało łuku i kołczanu ze strzałami. Sztylet zawsze nosiła przy sobie. Już wiedziałem, gdzie jej szukać.
Teoretycznie, miałem dziś od rana dużo spraw do załatwienia. Teoretycznie, nie powinienem tam iść. Teoretycznie, niewiele powinno mnie obchodzić, co teraz robi Lileea. Teoretycznie, nie powinienem rozpoczynać dnia od zaglądania do jej pokoju, by ją obudzić, jak za dawnych lat. I, teoretycznie, nie powinienem się tak ucieszyć na jej widok.
Teoretycznie, żadnego elfa nie powinna łączyć z człowiekiem tak silna więź.
Ludzie żyli zbyt krótko, by ich życie mogło wywrzeć na nas jakiś większy wpływ. To zawsze nam powtarzano. Nie ma sensu przywiązywać się do jakiegokolwiek człowieka, czy to poprzez przyjaźń czy, co gorsza, miłość. Przecież ich krótkie życie narażało nas tylko na ból i tęsknotę po ich śmierci. Czy warto skazywać się na smutek na całe życie, przez krótki, zaledwie kilkudziesięcioletni epizod, skoro trwa ono wiele wieków?
Teoretycznie…
Nogi niosły mnie na polanę. Tam, do jej małego ustronia. Tam, gdzie zawsze ćwiczyła. Jej ulubione miejsce w całym Północnym Królestwie.
Już z daleka wychwyciłem wśród szumu wiatru dźwięk zwalnianej raz za razem cięciwy. Miałem rację - Lileea ćwiczyła.
Na środku polany stała samotna, sędziwa lipa. Na jej grubym pniu od dawna wisiała słomiana tarcza, wymieniana co jakiś czas, gdy już nie mogła pełnić właściwie swojej funkcji. Lileea stała na brzegu polany i, naciągając płynnym ruchem cięciwę, wypuszczała kolejne strzały. Jedną za drugą. Jej skupiony wyraz twarzy przypomniał mi czasy, gdy sam z nią ćwiczyłem na tej polanie. Nic się nie zmieniło. Tylko strzelała o wiele celniej i nie była już małą dziewczynką.
Patrzyłem w milczeniu, jak wypuszcza ostatnią strzałę. Ze zmrużonymi oczami wpatrywała się w środek tarczy, analizując wystrzelaną serię. Potem położyła łuk na ziemi i podeszła powoli do pnia. Zręcznymi, stanowczymi ruchami, wyciągała strzały z tarczy. Wszystkie były wbite w najmniejszy, centralny okrąg, jedna obok drugiej. Tylko jedna była przesunięta o kilka centymetrów.
- Nie patrz tak na mnie, Randilu – odezwała się cicho, nie oglądając się za siebie, kiedy wyciągała ją szarpnięciem ze słomianej tarczy. – Dawno nie ćwiczyłam, wyszłam z wprawy.
Bez słowa wyszedłem na polanę. Powinienem być teraz we Dworze, ale…
Lileea wróciła na miejsce, gdzie pozostawiła łuk i starannie schowała strzały do kołczanu. Potem spojrzała na mnie wyczekująco.
- Myślałem, że cię zaskoczę, a tymczasem… - odezwałem się w końcu.
- … a tymczasem od paru godzin już ćwiczę – dokończyła, masując sobie przedramię. – Nie mogłam spać.
Widziałem cień przesuwający się jej przez twarz, ale nie zapytałem co ją trapi. Nie chciałaby tego. Widziałem, że była mi wdzięczna, iż milczę.
- Powinieneś wracać do swoich obowiązków, Randilu – powiedziała łagodnie, podnosząc łuk z ziemi. Włosy opadły jej na twarz, miałem wrażenie, że specjalnie ich nie chce odgarnąć. – Ja…
- Weźmiesz udział w obchodach Święta Lasu? – zapytałem, gdy nie dokończyła.
Pokręciła głową.
- Nie. Muszę… muszę coś przemyśleć. Raczej nie wrócę na noc. Przez kilka dni – mówiła z namysłem, starannie dobierając słowa. – Nie martw się o mnie. Powłóczę się nieco po lesie i wrócę za jakiś czas. Potrzebuję czasu i samotności.
Nie pytałem. Znowu. Byłem jej przyjacielem. Jeśli nie chciała mi czegoś powiedzieć, to nie mówiła tego nikomu. Nie mogłem naciskać. Nie chciałem.
- Wracaj do Dworu, Randilu – szepnęła, odwracając się. – Czekają tam już na siebie.
Nie odpowiedziałem. Odwróciłem się i odszedłem. Na skraju polany zerknąłem jeszcze za siebie, ale Lileei już nie było. Nagle poczułem irracjonalną obawę, że już jej nie zobaczę, że po prostu zniknie bez pożegnania. Zaskoczył mnie ból, jaki poczułem, dopuszczając do siebie tę myśl. Zmusiłem się jednak do tego, by się obrócić i wrócić do obowiązków.
Była tylko człowiekiem. Nie powinienem o tym zapominać.

~***~***~***~

Przez następne kilka dni całkowicie pochłonęły mnie przygotowania do Święta Lasu. Mimo to boleśnie zauważyłem nieobecność Lileei. Kiedy uroczystości dobiegły końca, rozpoczęły się przygotowania do wojny. Wciąż miałem cichą nadzieję, że do niej nie dojdzie. Jeśli to, co mówiła Lileea było prawdą, była jeszcze nadzieja na pokój.
Nie było jej już od ponad dwóch tygodni. Zaczynałem się martwić. Właściwie to martwiłem się cały czas, lecz teraz dopiero w pełni to sobie uświadomiłem. Nic jej się nie mogło tu stać. Znała te lasy doskonale i nie groziło jej żadne inne niebezpieczeństwo. Mimo to, czułem niepokój, który usiłowałem w sobie zwalczyć. Męczyło mnie to dziwne uczucie, że już nie wróci, że odeszła bez pożegnania. Bałem się. Ja, Randil, władca Północnego Królestwa, bałem się. O człowieka. Zwykłego człowieka.
Parę dni później, dyskutowałem z moimi doradcami nad sprawami takimi, jak ilość i rodzaj ekwipunku, jaki nasi wojownicy powinni zabrać ze sobą na Srebrny Zamek, kiedy nagle drzwi otworzyły się bez pukania i stanęła w nich Lileea. Turiwiel urwał w pół słowa, oglądając się na nią. Stała przez chwilę bez słowa, wpatrując się we mnie w całkowitej ciszy, jaka zapanowała w pomieszczeniu.
- Gdy tylko znajdziesz czas – rzekła w końcu krótko. Wiedziałem, gdzie będzie na mnie czekać.
Obróciła się na pięcie i odeszła, a ja, jak gdyby nigdy nic, wróciłem do rozmowy.
Kiedy znalazłem wreszcie czas, była już noc. Znalazłem ją tam, gdzie się jej spodziewałem. Leżała na plecach, wyciągnięta na najniższym konarze lipy. Patrzyła w gwiazdy, widoczne pomiędzy zielonymi liśćmi. Z miejsca, w którym stanąłem, wyraźnie widziałem, jak gwieździste niebo odbija się w jej oczach, niczym w zwierciadle.
- Przeszkadzam ci, Randilu. Zajmuję ci czas, podczas gdy ty masz tak wiele obowiązków – wyszeptała. Nie sądziłem, że zauważyła moje przybycie.
- Cieszę się z tego spotkania – powiedziałem, jakby chcąc ją przekonać, że wcale nie jest tak, jak mówi. Po chwili wahania dodałem. – Długo cię nie było, martwiłem się o ciebie.
- Niepotrzebnie. – Zerknęła w moim kierunku. Potem znów spojrzała w niebo i zamknęła oczy. Wyglądała jakby spała.
Milczała bardzo długo. W końcu odważyłem się przerwać to milczenie.
- Lileeo… Coś cię trapi. I to nie chodzi o wojnę. Nie tylko o wojnę.
Milczała. Nawet nie spojrzała w moim kierunku, nie otworzyła oczu. Przemknęło mi przez myśl, że śpi, ale nagle otworzyła oczy. Po policzku spłynęła jej pojedyncza łza. Ale może mi się tylko wydawało.
- Po co mnie wezwałaś? – zapytałem cicho.
- Opowiedz mi o sobie, Randilu – poprosiła niemal bezgłośnie, po krótkiej chwili ciszy.
- O sobie…?
Przewróciła się na brzuch i spojrzała mi w oczy. Konar był nisko, więc nasze twarzy były na tej samej wysokości.
- Uwielbiałam twoje opowieści, więc chciałabym usłyszeć jeszcze jedną. A teraz zrozumiałam, że choć ty wiesz o mnie niemal wszystko, ja o tobie niemalże nic – mówiła cicho. Moja twarz odbijała się w jej źrenicach. Jednak nie patrzyła na mnie, a mówiła jakby do siebie. – Opowiedz mi o sobie – poprosiła raz jeszcze, stanowczo, tym razem patrząc mi głęboko w oczy. Poczułem się niemal nieswojo pod tym spojrzeniem.
Odwróciłem wzrok, a Lileea zmieniła pozycję na wygodniejszą – siedziała teraz na konarze, oparta o pień lipy.
- To nie jest wesoła historia, dobra do opowiadania w letni wieczór.
Milczała. W tym milczeniu była prośba, bym mówił dalej. Westchnąłem.
- Bardzo zdziwiło mnie, że Othiel obrał mnie na swojego następcę. Spytałam się go dlaczego mnie wybrał. Odpowiedział: „To nie ja powinienem ci oddawać ten urząd, lecz twój ojciec. To on powinien być władcą”.
Przerwałem na chwilę, by dokładnie przypomnieć sobie ten moment.
- Mówiłem ci, że pięć tysięcy lat to dla nas mniej niż dwa pokolenia. W Wieku Wojen byłem bardzo młody, nazwałabyś mnie dzieckiem. Mój ojciec, jako jeden z najlepszych łuczników Północnego Królestwa, stanął w pierwszym szeregu w walce z krasnoludami. Zasłużył na chwałę, a jego imię sławione jest w pieśniach, lecz nie powrócił już do domu. Othiel był jego najlepszym przyjacielem, walczył wraz z nim i wojna pozostawiła na nim znamię, skracając jego żywot o co najmniej kilka wieków. Jednak zajął się mną jak własnym synem, gdy moja matka umarła z żalu. Nie mogła żyć bez mojego ojca. Nie zdajesz sobie sprawy jak silne są nasze więzi rodzinne.
Słuchała mnie uważnie, siedząc nieruchomo, jak skamieniała. Oczy odbijały światło gwiazd, bo niemalże nie mrugała, zasłuchana w moją opowieść, którą z bólem przytaczałem.
Zasłuchana lub zamyślona.
- Miałem siostrę. Nigdy ci o tym nie mówiłem. Rindalin służyła na Srebrnym Zamku, była jedną z dwórek Królowej Elfów. Nasza matka, która posiadła dar jasnowidzenia, przepowiedziała nam ten sam los. Rzadko widywałem siostrę. Ona mieszkała w Srebrnym Zamku, a ja miałem obowiązki tutaj, przy boku Othiela. Nie widziałem jej przez wiele, wiele lat.
- Możliwe, że spotkałam ją na Srebrnym Zamku - mruknęła cicho Lileea.
- Nie… - Pokręciłem głową. – To niemożliwe.
Zamilkłem na chwilę, jednak po chwili mogłem mówić dalej.
- Pewnego dnia na Srebrny Zamek przybył pewien człowiek. Tak, człowiek – powtórzyłem, widząc jej zdziwioną minę. Zamknąłem oczy i zakończyłem cicho. – Rindalin zakochała się w nim. Ze wzajemnością.
- To… chyba dobrze? – zaszemrała Lileea, nie chcąc chyba przerywać ciszy jaka spowiła polanę.
Pokręciłem głową. Siadłem pod drzewem i przymknąłem oczy.
- Wróciła do Północnego Królestwa i mi o tym opowiedziała. Płakała. Odradzałem jej kolejne spotkanie, ale mnie nie posłuchała. Zbyt mocno już go kochała. Kiedy wróciła, powiedziała tylko: „Umarł”. Kochała go tak bardzo, że pozwoliliśmy jej go pochować tutaj, w lesie. Odwiedzała jego grób codziennie. Z nikim nie rozmawiała, jeśli nie było jej przy jego grobie siedziała samotnie na tej polanie, właśnie tutaj. Pewnego dnia zniknęła. Znaleźliśmy ją tam gdzie zawsze – przy grobie jej ukochanego. Tak bardzo pragnęła z nim pozostać, że zmieniła się w kamienną rzeźbę, fragment jego mogiły.
Usłyszałem cichy szmer. To Lileea zsunęła się z drzewa i usiadła koło mnie. Nasze ramiona się stykały, czułem ciepło jej ciała. Milczała.
- Odwiedzałem ją przez kolejny rok, dzień w dzień. Przemawiałam do niej, prosząc by do mnie wróciła. Ale ona wolała jego. Zwykłego człowieka. W końcu zrezygnowałem. Dręczyły mnie jednak słowa matki wypowiedziane po naszych narodzinach: „Czeka ich ten sam los”.
Wciąż nic nie mówiła. Kiedy na nią popatrzyłem, zobaczyłem, że po jej twarzy płyną łzy. Nie zapytałem. To jeszcze nie był czas.
Wstała i bez słowa odeszła kilka kroków. Nagle jednak zatrzymała się i cicho spytała:
- Gdzie…?
- W brzozowym gaju – odpowiedziałem równie cicho.
Zniknęła bezgłośnie między drzewami.
Była różna od tej Lileei, która znałem. Czy to tylko przez zmartwienia, którymi nie chciała się ze mną podzielić? Czy tylko dlatego, że była już dorosła? Czy…
Czekał mnie los Rindalin, czy tego chciałem, czy też nie. Miłość do człowieka… Czy zawsze musi być tak destrukcyjna i bolesna?
Taka właśnie była. W końcu Lileea była człowiekiem. Tylko człowiekiem.

~***~***~***~

Nie było jej przez kolejne kilka dni. Codziennie o świcie i o zmierzchu przychodziłem pod starą lipę, by sprawdzić czy wróciła. Wieczorem czekałem godzinę albo dwie. Gdy wracałem, pięć dni po naszym ostatnim spotkaniu, zauważyłem wysoką postać, stojącą przed Dworem. Nie musiałem podchodzić bliżej, by dowiedzieć się kto to.
Gdy zauważyła, że ją rozpoznałem, bez słowa ruszyła w kierunku swojego pokoju. Nic się nie zmienił od tego wieczora, gdy kazałem wstawić tam większe łóżko, w którym nawet nie spała. Miecz wciąż był oparty w tym samym miejscu.
Odwiesiła płaszcz, którym była okryta na wieszak i usiadła na łóżku. W milczeniu wpatrywała się w moją twarz, jakby usiłowała coś z niej wyczytać.
- Wygląda jak żywa – odezwała się w końcu. – Przykro mi, Randilu. Nie pytałabym, gdybym wiedziała.
Zamknąłem oczy i ukryłem twarz w dłoniach. Posłanie lekko skrzypnęło, gdy wstała i do mnie podeszła. Na ramieniu poczułem dotyk jej dłoni.
- Nie kłopocz się tym, Lileeo. Zbyt długo to w sobie tłumiłem – powiedziałem, otwierając oczy. Patrzyła na mnie z troską, jakby jej problemy stały się nagle nieistotne wobec moich. – Cieszę się, że ci o tym powiedziałem. Komuś musiałem i dobrze, że byłaś to ty.
Uśmiechnęła się blado i podeszła do okna.
- Była naprawdę piękna – odezwała się cicho. – I bardzo do ciebie podobna. – Zerknęła na mnie przez ramię i szybko się obróciła z powrotem, zagryzając wargę.
- Jak długo się nie widzieliśmy Lileeo? – zapytałem, chcąc zmienić temat. Nie był miły ani mi, ani jej. Choć chyba z innych powodów. - Tak bardzo się zmieniłaś…
- Długo – westchnęła. I nagle się roześmiała. – Zmieniłam…! W końcu, kiedy się ostatni raz widzieliśmy, miałam dwanaście lat!
- A ile masz teraz? – zapytałem cicho.
Spojrzała na mnie. W jej wzroku było coś dziwnego.
- Dwadzieścia siedem.
- Piętnaście lat – mruknąłem.
- Piętnaście lat – powtórzyła jak echo i opuściła wzrok. – Moment, chwila, mgnienie.
Nie mogłem dłużej. Zapytałem.
- Co cię trapi, Lileeo?
Znów na mnie spojrzała. Przez długą chwilę patrzyła mi w oczy, nim potrząsnęła głową. Odwróciła się do okna, zaplatając ręce na piersi.
- Lileeo… - szepnąłem błagalnie. – Proszę, powiedz mi, jak mogę ci pomóc.
Nie mogłem patrzeć bezczynnie jak ta nieznana troska niszczy ją od środka.
Milczała długą chwilę. Bardzo długą chwilę. Wydawało mi się nawet, że niebo na wschodzie powoli jaśnieje.
- Jutro – wyszeptała w końcu, nie odwracając się. Ja jednak widziałem, jak po jej twarzy płyną łzy, mimo iż usiłowała zasłonić twarz włosami.
Wyszedłem tak cicho, jak tylko potrafiłem. Tej nocy długo nie mogłem zasnąć.

~***~***~***~

Kiedy się obudziłem, siedziała na parapecie okna. Wyglądała na zewnątrz, bujając lewą nogą w powietrzu, w takt niesłyszalnej melodii. Wiedziała, że już nie śpię, a mimo to się nie odwróciła. Poczułem się nieco niezręcznie.
- Obiecałam – mruknęła.
- Jak się tu dostałaś? – zapytałem.
Nie odpowiedziała. Wstała i wyszła na zewnątrz.
Czekała na mnie przed Dworem. Siedziała na ławce z półprzymkniętymi oczami. Słysząc moje kroki wstała i do mnie podeszła. Bez słowa patrzyła mi w oczy, po czym odwróciła się na pięcie i ruszyła przed siebie.
Kiedy minęliśmy duże skupisko brzóz, które znacznie się powiększyło, od mojego ostatniego pobytu tutaj, już wiedziałem dokąd mnie prowadzi. Nie byłem tam od lat.
- Lileeo, ja… - zatrzymałem się.
Przystanęła parę kroków ode mnie i spojrzała na mnie błagalnie. Westchnęła i podeszła bliżej. Złapała za rękę i łagodnie poprowadziła dalej.
Mogiłę porosły mchy, a mimo to wciąż była piękna. Ale było to smutne piękno. Rzeźba, która nie była rzeźbą, patrzyła z rozpaczą na nagrobek, po jej twarzy spływały łzy. Takie same, jak na twarzy Lileei, która usiadła nieopodal.
„Rindalin. Moja kochana Rindalin…”
- Dlaczego…? – nie wiedziałem jak dokończyć pytanie. Zbyt wiele ich było.
- Dlaczego tutaj? Dlaczego dziś? Dlaczego ty? Ja? Ona? – dokończyła Lileea. Każde z tych pytań, było trafne, ale to i tak nie były wszystkie.
- Jesteś moim przyjacielem, Randilu – powiedziała łagodnie. Nie była już nieobecna i chłodna, tak jak przez ostatnie dni. W jej głosie słychać było tylko lekkie zrezygnowanie, pogodzenie się z losem. – Jednak… Jednak, gdybyś nie opowiedział mi o Rindalin, nie zdecydowałabym się opowiedzieć ci o tym, co zaraz powiem.
Słuchałem jej uważnie. W zamyśleniu gładziła płytę nagrobka, usuwając ze szczelin piach i kurz. Na jej twarzy pojawił się lekki uśmiech, jakby wspominała coś miłego. Jednak był to nieco smutny uśmiech. Pełen tęsknoty.
- Zakochałam się – powiedziała nagle po prostu, głosem wypranym ze wszelkich emocji.
- To… chyba dobrze? – zapytałem, tak jak ona sama kilka dni wcześniej. Usiłowałem się cieszyć z tej radosnej nowiny, choć czułem jak coś ściska mi serce. Czy to była… zazdrość? Czy elfowie w ogóle mogą odczuwać takie emocje?
Wstała i dotknęła dłonią twarzy Rindalin. Patrzyła na nią przez chwilę, jakby miały jakiś wspólny sekret.
- Zakochałam się – powtórzyła cicho, uśmiechając się lekko do siebie. Nagle spojrzała mi głęboko w oczy i dokończyła. – W elfie. Zakochałam się w elfie.
Kucnęła i zaczęła oczyszczać grób z liści, leżących tu od wielu, wielu lat. Nie wiedziałem, co powiedzieć. Bałem się zapytać, bałem się źle doradzić, tak jak to zrobiłem w przypadku Rindalin.
„Nie, tym razem nie pozwolę na to”
Nie mogłem pozwolić, by i Lileea cierpiała.
- Gardin – mruknęła, oczyszczając nagrobek. – Miał na imię Gardin, prawda?
Nie odpowiedziałem. Lileea też nie oczekiwała odpowiedzi.
- Kto…? – zapytałem cicho. Suchość w ustach zaskoczyła mnie.
Przymknęła oczy. Na jej ustach pojawił się łagodny uśmiech. Patrzyłem na nią w napięciu.
- Poznałam go, nosząc poselstwa po Czterech Królestwach – mówiła powoli, w jej głosie słychać było jakąś łagodność, czułość. – Spotykałam go za każdym razem, gdy przybywałam w odwiedziny na Srebrny Zamek. Zwłaszcza, że zaczęłam bywać tam częściej ostatnimi czasy.
Znów podeszła do rzeźby Rindalin i spojrzała na jej zastygłą w smutku twarz.
- Wystraszyłam się – szepnęła. – Bałam się, że będzie cierpiał. On albo ja. Jednak nim zdążyłam podjąć decyzję, było za późno i nic nie dało się już zrobić.
Wiedziałem o czym mówi. Dopóki nie odwzajemnił jej uczuć mogła się wycofać i spróbować zapomnieć. Ale potem… Potem nie było już odwrotu. Ktoś musiał cierpieć.
- Nie mogłam nikomu o tym powiedzieć. Nawet tobie nie chciałam o tym mówić. – Zerknęła na mnie szybko, wciąż muskając palcami kamienne dłonie Rindalin. – Kiedy mi jednak powiedziałeś o twojej siostrze, Randilu… Była taka jak ja. Nie wiedziała co robić – odrzucić Gardina, skazując na wieczny smutek i jego i siebie, czy też pozwolić rozkwitnąć uczuciu, które potem zmieni się w udrękę, żałobę i żal? Jednak, zapytała cię najpierw o radę. I ja też tak zrobię. – Oderwała wzrok od mogiły i spojrzała na mnie. – Pomożesz mi, Randilu?
Zerknąłem na kamienną postać. Bez wahania poradziłem jej, by porzuciła swojego ukochanego śmiertelnika. Teraz jednak… Czy mogłem komukolwiek poradzić, by porzucił Lileeę?
- Kto to…? – zapytałem ze ściśniętym gardłem.
Nie odpowiedziała.
- Kochasz go? – zapytałem po chwili ciszy.
- Bardziej niż własne życie – odpowiedziała stanowczo, bez zastanowienia.
- A on ciebie?
- Też.
- Tak samo mocno?
- Mam taką nadzieję – szepnęła.
Westchnąłem.
- Całym sercem pragnę przy nim zostać, jednak wiem, że gdy umrę… - Zerknęła raz jeszcze na Rindalin. – Gdy umrę, czekać go będzie pewnie taki sam los, jak i ją.
„A jaki los będzie czekał mnie, Lileeo? Prawie zapomniałem, prawie mi się udało. Lecz teraz przepadło. Nigdy nie zapomnę”
- Wiem, powinnam zapomnieć. Co to jednak da? Przecież…
Nie dokończyła, ja jednak wiedziałem co ją trapi. Jeśli i on ją pokochał cóż po tym, że spróbują o sobie zapomnieć? Wiedziałem, że mnie by się nie udało. Mimo to powiedziałem:
- Sądzę, że powinnaś spróbować. Nawet jeśli cię pokochał… Elfowie kochają na wieki, ale całe lata trwa nim kogoś pokochają naprawdę mocno… może…
Kłamałem. Obiecałem sobie, że nigdy tego nie zrobię, a mimo to kłamałem. Co z tego, że to co mówiłem było prawdą, skoro w tym wypadku było kłamstwem. Kimkolwiek był ukochany Lileei, musiał ją kochać już tak mocno… Tak mocno…
Tak mocno jak ja.
- Może jednak uda mu się zapomnieć – wydusiłem w końcu.
- A ja? – zapytała cicho, podnosząc głowę. W jej oczach lśniły łzy, a na policzkach widniały dwa mokre ślady. – A ja, Randilu?
Tak bardzo pragnąłem ją jakoś pocieszyć, ale… Nie miałem jak. Nie było sposobu.
- Ja… Ja… Gdy się zdecyduję, czy… Gdyby… - Nie potrafiła powiedzieć tego na głos. – Czy będę wtedy mogła tu zostać? – zapytała w końcu cicho.
- Zawsze byłaś i będziesz tu mile widziana, Lileeo – czemu czułem ulgę myśląc, że prawdopodobnie zostanie tu na długo? Ulgę i radość. Uczucia bardzo nie na miejscu w zaistniałej sytuacji.
- Ja… ja muszę… - Zamknęła oczy i odetchnęła głęboko. – Wrócę tu. Jeśli nie to… To znaczy, że wybrałam.
Odwróciła się. Chciałem zapytać kim on jest, ale nie musiałem. Zatrzymała się parę kroków ode mnie i szepnęła:
- Że wybrałam Celiriona.

~***~***~***~

Stałem w ciemniejącym lesie, kiedy już dawno zniknęła miedzy drzewami. Kiedy już była w drodze do Srebrnego Zamku. Kiedy dążyła na spotkanie z ukochanym. Być może ostatnie spotkanie. A być może jedno z pierwszych.
Kiedy szła na spotkanie z księciem na Srebrnym Zamku. Z synem Pana Elfów. Z Celirionem. Moim przyjacielem.
Stałem w zapadających ciemnościach i błagałem las, by nie wybrała losu Rindalin, której sylwetka odcinała się w gęstniejącym mroku. Pojechała się pożegnać? Nie, pojechała by dokonać wyboru. I, być może, by go pożegnać. Czy wróci? Albo, czy wróci do mnie?
Do mnie...?
Nie. Do swojego przyjaciela.
Czekał mnie los Rindalin. Ale chciałem go oszczędzić przynajmniej Celirionowi. Wszystko zależało od wyboru Lileei. Czy będzie mieć siłę, by tu wrócić?
To, co bolało mnie najbardziej, to nie fakt, że w każdym wypadku czekał ją smutek. Nie fakt, że z tej sytuacji nie ma wyjścia, ktoś zawsze będzie cierpieć, możliwe, że nawet trzy osoby. Bolało mnie to, że czułem zazdrość.
Celirion był od lat moim najlepszym przyjacielem. Tak jak Rindalin spędzała większość czasu na Srebrnym Zamku, tak on wiele czasu spędzał tutaj, w Północnym Królestwie. Ceniłem sobie jego przyjaźń. Nie dlatego, że był księciem. Dlatego, że był wspaniałym przyjacielem. Tuż po śmierci Rindalin, musiał powrócić na Srebrny Zamek. Ją również darzył przyjaźnią, więc opłakiwał ją razem ze mną, jednak wzywały go obowiązki. Musiał wracać. Nie widziałem go od tamtej pory.
I długo nie miałem zobaczyć.

~***~***~***~

Słońce sączyło się powoli poprzez liście drzew, jednak nie skłoniło mnie to do otworzenia oczu. Obawiałem się, że ujrzę… pustkę. Brak. Nicość. Jakieś głosy szemrały cicho dookoła mnie, ale brakowało tego najważniejszego. Tego jedynego.
- Randilu? – usłyszałem nieopodal cichy głos Eruthiela.
- Prosiłem…
- Ale ktoś chce się z tobą spotkać – nalegał. W jego głosie słychać było niedostrzegalną prośbę.
- Mówiłem, że nikogo nie chcę widzieć. – Od wielu dni, unikałem wszystkich. Nie byłem w stanie policzyć, jak długo ten stan trwał. Tydzień, dwa, rok? – Nikogo.
- Nawet starego przyjaciela? – zabrzmiał za moimi plecami inny głos. Głos, którego nie słyszałem od wielu, wielu lat. I nie spodziewałem się go usłyszeć. Nie tutaj, nie teraz.
Otworzyłem oczy.
Stał tam, jak za dawnych lat. Kiedy jeszcze byliśmy obaj młodzi. Kiedy nawet nie słyszałem o… Kiedy nie było jej jeszcze na świecie. Wydawał się smutniejszy, niż zawsze. Więc jednak nie zapomniał.
- To był zły pomysł – powiedział, jakby odczytując moje myśli.
- Nie był mój.
- Ukryłeś ją przede mną! – zawołał z nagłym wyrzutem i myślałem, że mnie uderzy. Eruthiel oddalił się dyskretnie. – Szukałem jej, lecz nie pomyślałbym, że jest tutaj, z tobą! Czemu nie powiedziałeś, czemu… - Głos mu się załamał. – Czemu dopiero teraz?
- Sama się tutaj ukryła. Prosiła, bym nic ci nie mówił. Bym nikomu nie mówił – wyjaśniłem łagodnie, kładąc mu rękę na ramieniu. – Rzadko ją widywałem. Była cieniem samej siebie. Nie wyobrażasz sobie ile ją to kosztowało.
- Przybyła się pożegnać – wyszeptał cicho.
- Nie, przybyła podjąć decyzję.
- Nie popełniła błędu Rindalin – mruknął cicho, siadając obok mnie i ukrywając twarz w dłoniach.
- Nie popełniła – zgodziłem się.
Milczał. Tak jak ja milczałem przez wiele dni. Kiedy tu była i kiedy… I wtedy. Potem. Teraz.
- Kiedy przyjechała, myślałem… Myślałem, że wróciła na zawsze. Jednak była smutna. Zapytała się mnie… - westchnął ciężko, wspominając tamtą chwilę. – Zapytała się mnie, czy ją kocham. Kiedy odpowiedziałem, że tak…
Zamknął oczy. Czekałem.
- Powiedziała: „Czy jesteś gotów kochać mnie jeszcze bardziej?”. Oczywiście, odpowiedziałem. „W takim razie pozwól mi odejść i zapomnij, że mnie kiedykolwiek poznałeś”.
- To wszystko?
- Tak. Więcej jej nie widziałem.
- Kiedy wróciła… - mówiłem z wahaniem. – Kiedy wróciła, wydawała się spokojna, jakby wiedziała, że dokonała właściwego wyboru. Jednak to nie była prawda. Całe dnie przesiadywała w lesie, lub przy Rindalin. „Ona mi przypomina. I pozwala przezwyciężyć ból, nie zapominając” – mówiła. Nie chciała zapomnieć. Chciała o tobie pamiętać do końca, Celirionie.
- Gdzie…? – zapytał tylko.
- Jesteś pewien?
Skinął głową.
- Pod lipą. To zawsze było jej miejsce.
Miejsce, które omijałem. Bałem się, że już stamtąd nie wrócę. Ja wiedziałem, że stamtąd nie wrócę. Taki był mój los.
Celirion długo nie wracał. Zaczynałem się martwić, że podzielił los mojej siostry zamiast mnie. Nagle jednak przede mną stanął.
- Czy mówiła coś…?
Pokiwałem głową.
- „Randilu, obiecaj mi, że nie dopuścisz, by pragnął ze mną pozostać. Ciebie nie mogę o to prosić. Wiem, że zostaniesz. Że musisz zostać, tak, jak Rindalin. Ale on nie, nie pozwól mu. Powiedz mu, że… że go kochałam. Cały czas. Powiedz mu to” – zacytowałem. Umiałem te słowa na pamięć.
- Ty też ją kochałeś, przyjacielu – zauważył cicho po chwili.
Nie odpowiedziałem.
- Nie powinieneś. Ja również. Bo…
- Bo była człowiekiem – dokończyłem. – Tylko człowiekiem.
- Aż człowiekiem – poprawił mnie. – Wiesz… nie mamy racji – wyznał po chwili. – Nie mamy racji mówiąc, że nie ma sensu interesować się ludźmi bardziej niż tylko przelotnie, że to nic nieznaczące epizody w naszym długowiecznym życiu. To nieprawda. Tysiąc razy bardziej wolę ten ból, który ściska mi serce niż myśl, że mógłbym jej nigdy nie spotkać.
- Masz rację – szepnąłem. – Masz rację, Celirionie.
- Odejdę – zdecydował. – Nie mogę tu być, jeśli chcesz dochować obietnicy. Już teraz czuję silne pragnienie, by tu pozostać, przy niej, na wieki.
- Wiem – szepnąłem, zamakając znów oczy. – Wiem.
Nie słyszałem jak odchodzi. Znów mu zazdrościłem. Bo mógł odejść. Ja nie mogłem. Musiałem zostać
A przecież…
Lileea umarła. Bo była człowiekiem.
Tylko człowiekiem.

~***~***~***~

W Północnym Królestwie stoją dwa niezwykłe pomniki. Oba stoją w pobliżu dwóch niezwykłych nagrobków. Nagrobków niezwykłych, bo przechowują pod sobą kości dwojga ludzi, którzy odważyli się obdarzyć miłością elfy. Nad jednym z nich góruje postać pięknej elfki. Po jej policzkach spływają łzy, a choć wykonana jest z kamienia, wygląda jak żywa. Są tacy, którzy twierdzą, że łzy co jakiś czas posuwają się w dół, jakby postać była rzeczywiście żywa i opłakiwała ukochanego.
Drugi stoi na środku polany. Tutejszy pomnik również wyobraża elfa. Ten jednak siedzi z zamkniętymi oczami, jakby pilnował grobu spoczywającej obok kobiety. Ludzkiej kobiety. Nie opłakuje jednak ukochanej lecz przyjaciółkę.
Tak jak zapowiedziano, rodzeństwo podzieliło ten sam los. Choć nie do końca. Tylko jednemu z nich dane było doznać miłości człowieka, równie niedoskonałej jak on sam, a mimo to piękniejszej i wspanialszej niż jakiekolwiek uczucie, którego doświadczyć może elf. Czy to dlatego, że ich żywot jest dla elfów równie krótki, co w ich odczuciu życie motyla?
Świat nie jest ani biały, ani czarny. Świat składa się z odcieni szarości. Takich jak kamień nagrobka. I napis na nim w języku elfów:
Tu spoczywa Lileea, ludzka czarodziejka, córka elfowego lasu, dla której elf gotowy jest poświęcić swą długowieczność”
__________
Długo nic się tutaj nie działo, nie bardzo mam czas napisać coś nowego, więc odgrzebałam jakiegoś starocia, który na oko ma 4-5 lat. Jest to twór dość specyficzny, ponieważ to jakby niefanfickowa wersja mojego fanficka o "Władcy Pierścieni". Zapętliłam? Już tłumaczę.
Bardzo dawno temu stworzyłam fanficka o "Władcy Pierścieni", którego nie udało mi się dokończyć (o tym oraz o próbach reaktywacji, kiedyś napiszę TUTAJ). Jakiś czas później udzielałam się na pewnym forum i wzięłam udział w tamtejszym konkursie literackim. Nie mogłam przedstawić tam mojego fanficka, więc... więc wsadziłam moja bohaterkę do podobnego, ale stworzonego przeze mnie uniwersum, nieco zmieniłam wątki i powstało to coś powyżej.
Tak więc macie niepowtarzalną okazję czytać fanfick na podstawie fanficka i to napisany przez tę samą osobę.
Takie coś się chyba leczy, nie?

PS: U mnie nowości na "Odchodzę" oraz na  "Na skrzydłach". Oneshoty jakieś się tworzą, stay tunned.

3 komentarze:

  1. Eh.. Nie lubię fantasy, ale przeczytałam bo lepsze to niż nic 😂
    No i przyjemna historia ci z tego wyszła. Po prostu ;)
    Pozdrawiam i wesołych świąt życzę! :)
    Ola

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakie nic?! :p A "Księżniczki" to pies? :p
      Dziękuję, Tobie też Wesołych Świąt!

      Usuń
    2. Oj! Księżniczki to inny blog! Współtworzony a chodziło mi o ten blog i oneparty 😂

      Usuń