Doskonale pamiętałem moment, gdy zobaczyłem ją po raz pierwszy.
Mimo iż od tego momentu minęło kilkadziesiąt lat, nigdy nie
zapomnę spojrzenia granatowych oczu niemowlęcia, którym wtedy była.
W ramionach czarodzieja wydawała się taka krucha i delikatna, a
jednocześnie to niesamowite spojrzenie dodawało jej jakiejś
wewnętrznej siły, jakby była kimś więcej. Ale to nie była
prawda. Była człowiekiem. Tylko człowiekiem.
Gdy czarodziej przyniósł ją do Północnego Królestwa miała
zaledwie pół roku, a ja nie wiedziałem jeszcze, że wkrótce
zostanę władcą tej krainy. Elfowie żyją długo. Naprawdę bardzo
długo. Ale nie są nieśmiertelni. A Othiel miał już wtedy swoje
lata. Któż jednak mógł przypuszczać, że wyznaczy mnie swoim
następcą? Ja, w każdym razie, nawet o tym nie śniłem.
Artus. Tak nazywał się czarodziej. Był znany we wszystkich
Królestwach. Był jednym z najlepszych czarodziejów, którzy chodzili po
tej ziemi. Przez wiele lat szukał swojego następcy. Jego półelfie
pochodzenie dało mu w prezencie kilkadziesiąt dodatkowych lat, on
jednak zwlekał z wyborem ucznia. W końcu znalazł. Niebieskookie
niemowlę. Człowieka. Była tylko człowiekiem.
Wielu dziwił ten wybór. Ukrył ją w Północnym Królestwie, wśród
nas, leśnych elfów. A mnie wyznaczył jej pierwszym nauczycielem.
Potem zniknął, jak zawsze, zostawiając swoją przyszłą uczennicę
na następne dwanaście lat w lesie pełnym elfów. Gdzie się
podziewał? Prócz niego samego, nikt nie znał odpowiedzi na to
pytanie.
Przez pierwsze sześć lat widywałem ją naprawdę rzadko. Kiedy
jednak skończyła szósty rok życia, była już wystarczająco
duża bym mógł zacząć ją uczyć. Początkowo nie wiedziałem,
jak się do tego zabrać, nigdy wcześniej nie powierzono mi takiego
zadania. Szybko jednak okazało się, że jest wyjątkowo zdolną
uczennicą i w mig uczyła się wszystkiego, co tylko jej poleciłem.
Jej zapał do nauki był niebywały. Już o świcie można było
zauważyć jej rude włosy na polanie, gdzie ćwiczyła strzelanie z
łuku. Już wkrótce w tej konkurencji nie miała sobie równych.
Wśród ludzi oczywiście. Była przecież tylko człowiekiem.
Nie wiem nawet kiedy to się stało. Teraz mógłbym przysiąc, że
było tak od zawsze. Kiedyś jednak nasza przyjaźń musiała mieć
swój początek. Musiał być ten pierwszy raz, gdy w granatowych
oczach pojawiła ta niesamowita ufność, z jaką zawsze na mnie
patrzyła.
- Jesteś moim najlepszym przyjacielem, Randilu! – wołała.
Co jej odpowiadałem? Smutną, ale konieczną prawdę.
- Jedynym przyjacielem, Lileeo. Jedynym.
Czasem teraz tego żałuję. Jednak nie potrafiłem jej nigdy
okłamać. Nigdy. Ani razu. Ona jednak tę prawdę przyjmowała z
uśmiechem. Raz za razem. Miałem wrażenie, że moja przyjaźń jest
jedynym, co jest jej do szczęścia potrzebne.
Prócz tego, że była znakomitym strzelcem, była naprawdę
wspaniałym słuchaczem. Nigdy nie przepadałem za opowieściami,
jednak, gdy słuchaczem była Lileea, snucie historii było samą
przyjemnością. Mógłbym to robić godzinami. Ale ona słuchałaby
mnie jeszcze dłużej. O wiele dłużej.
Cóż jednak dla mnie znaczy dwanaście lat? To zaledwie chwila,
moment. Moment, który minął zbyt szybko. Artus powrócił i zabrał
Lileeę do siebie, by nauczyć ją swego rzemiosła. Oboje znieśliśmy
to bardzo ciężko. Lecz nic nie pomogły jej krzyki, płacz i
błaganie. Musiała odejść. I tak by odeszła. Była człowiekiem.
Miała stać się czarodziejem, ale nadal była człowiekiem. Z tego
co wiem, długo nie mogła się pogodzić z rozstaniem, ale w końcu
odkryła uroki życia uczennicy czarodzieja. Artus dbał o nią i
traktował ją jak własną córkę. Skąd to wiem? Mówił mi o tym.
Wiedział, jak bardzo zżyliśmy się przez te kilkanaście lat. On
wiedział wszystko. Nic nie mogło się ukryć przed Artusem.
- Cały czas o tobie mówi. Czasem nawet przez sen.
- Naprawdę?
Czy w moim głosie słychać było nadzieję?
Czarodziej uśmiechał się tylko na te słowa.
- Nie pozwól, by się na tobie zawiodła. Nigdy.
Coś w jego głosie sprawiło wtedy, że w pełni poczułem, jak
silna więź łączy mnie z tą dziewczyną. A przecież… Była
tylko człowiekiem.
Las bez Lileei wydawał się nieskończenie pusty. Ptaki śpiewały
ciszej, drzewa szumiały smętnie. Woda w potoku nie płynęła tak
bystro, jak kiedyś. Przynajmniej w moim odczuciu.
Mijały lata. Othiel, na łożu śmierci, mianował mnie swoim
następcą. Po jego pogrzebie, wspaniałej ceremonii godnej władcy
Północnego Królestwa, udałem się do Srebrnego Zamku, by złożyć
hołd i przysięgę Panu Elfów, władcy wszystkich Czterech
Królestw. Od tej pory nie miałem zbyt wiele czasu na rozmyślanie o
mojej małej przyjaciółce, jednak codziennie, choćby przez krótką
chwilę, wspominałem jakiś drobny szczegół z nią związany. Raz
uśmiech, raz spojrzenie, perlisty śmiech, ufny uścisk dłoni…
Codziennie też starałem się przestać o niej myśleć. Nakazywałem
to sobie stanowczo, raz za razem i każdego dnia od nowa łamałem
ten nakaz.
„Ona już nawet ciebie nie pamięta. Ludzka pamięć jest słaba.
Minęło kilkanaście lat. Zapomniała, znalazła nowych przyjaciół.
Przecież jest tylko człowiekiem. Zwykłym, śmiertelnym
człowiekiem. Tylko człowiekiem”
Powtarzałem te słowa raz po raz, lecz zdawało się to na nic. Nie
było dnia, bym jej nie wspomniał. Zdawało mi się, że na jej
wspomnienie las ponownie ożywa. Kwiaty mocniej pachną, pszczoły
bzyczą weselej, wiatr szumi skoczne piosenki, słońce mocniej
grzeje… Przynajmniej tak mi się wydawało.
Z biegiem czasu moje wspomnienia nieco się zatarły. Jednak niektóre
szczegóły pamiętałam aż do przesady wyraźnie. Sposób w jaki
marszczyła nos, naciągając cięciwę, błagalne nuty w jej głosie,
gdy czegoś ode mnie chciała, promienie słońca tańczące na
końcówkach kasztanowych fal, kiedy kręciła ze śmiechem głową. Szczegóły. Detale. Nieistotne…?
Czasem nawet nie zdawałem sobie sprawy tego, że o niej myślę. Po
prostu miałem jej obraz przed oczami, kiedy pracowałem, jadłem,
odpoczywałem… A w nocy śniłem o niej. Każdej nocy. Usiłowałem
wypierać z pamięci te sny, ale one wracały. Każdej nocy.
W końcu jednak udało mi się zakopać ją na dnie serca. Uwolnić
się od wspaniałych, lecz złudnych wspomnień. Niemalże udało mi
się o niej zapomnieć. O niej. O Lileei. Bo była tylko człowiekiem.
Niemalże.
~***~***~***~
Zbliżało się Święto Lasu. We wszystkich Czterech Królestwach
trwały radosne przygotowania. Również w Królestwie Północnym. A
ja musiałem wszystkiego dopilnować.
Jednak gorączkowe krzątanie się, lekki rozgardiasz i atmosfera
radości, jedynie maskowały prawdziwe odczucia wszystkich elfów.
Groziła nam wojna. Na granicy Zachodniego Królestwa już toczyły
się bitwy. Kto nas atakował? Nasi bracia, krasnoludy. I to było
najsmutniejsze.
W południe, w okolicy Dworu zrobiło się nieco puściej. Mogłem w
końcu przysiąść i pomyśleć chwilę nad tym, co nas czeka.
Mogliśmy uniknąć wojny. Sojusz z ludźmi… Z nimi krasnoludy nie
odważyłyby się zadrzeć. Handlowali z nimi nieustannie.
Wypowiadając nam wojnę, wypowiedzieliby ją także i ludziom, a to
oznaczałoby dla nich szybkie i nieodwracalne bankructwo.
Siedziałem zamyślony, kiedy nagle poczułem na sobie czyjś wzrok.
Uniosłem czujnie głowę, pamiętając o sztylecie, który zawsze
nosiłem przy sobie. Czasy nie były bezpieczne. Mięśnie miałem
napięte, kiedy sprawdzałem, kto mnie obserwuje.
Stała na środku ścieżki. Lekko przekrzywiona głowa, zmrużone
oczy, jakby usiłowała sobie coś przypomnieć. Jednocześnie
również była spięta, jakby gotowa do walki. Delikatny wiatr
rozwiewał kasztanowe włosy. Piękna kobieta. Wciąż młoda, lecz
już dawno nie dziewczyna.
Ale… Była człowiekiem, co tu robiła? Ludzie nie wkraczali tak po
prostu do królestwa elfów. Byli mile widziani, ale… Ale nie
pojawiali się tu nagle, znikąd.
Już miałem zapytać kim jest, kiedy na jej twarzy pojawił się
radosny uśmiech, a niebieskie oczy zalśniły jakimś wewnętrznym
blaskiem. I wtedy ją zobaczyłem. Tę wewnętrzną małą
dziewczynkę. Wtedy ją poznałem.
- Randil! – wykrzyknęła radośnie, rzucając mi się na szyję.
Choć była już dorosłą kobietą, wydawała się w tym momencie
taka jak dawniej. Mała, niewinna i ufna.
- Lileea – szepnąłem, zaskoczony, machinalnie głaszcząc ją po
lśniących włosach. – Lileea…
- Zastanawiałam się, czy mnie poznasz… - uśmiechnęła się po
chwili, kiedy już mnie puściła. – Bałam się, że nie. W końcu
się zmieniłam w przeciwieństwie do ciebie.
Na te słowa moją radość na jej widok, przerwał ostrzegawczy
dzwonek.
„Ona jest człowiekiem”
Lileea chyba jednak tego nie zauważyła, bo nadal radośnie o czymś
mówiła. Nie zwracałem na to zbytniej uwagi, wciąż oszołomiony
jej niespodziewaną wizytą.
- Jak się tu dostałaś? – zapytałem, kiedy przerwała na chwilę,
by zaczerpnąć powietrza. Mówiła dużo i szybko, a oczy jej
lśniły. Czyżby się za mną stęskniła? – Przecież dookoła
terenu Dworu są wystawione straże i wokół granic również…
Musiałaś minąć co najmniej trzech strażników!
- Czterech – poprawiła mnie. – Nie martw się, godnie sprawują
swoją służbę. Pierwszego co prawda ominęłam, ale nie zapominaj,
że sam uczyłeś mnie sztuki cichego skradania się.
Uśmiechnęła się do mnie promiennie, a ja musiałem przyznać jej
rację. W tej dziedzinie nie miała sobie równych. Wśród ludzi,
oczywiście.
- …a w dodatku Eruthielowi udało się mnie przyłapać. Jednak nie
poinformował cię o moim przybyciu, bo… - Spuściła wzrok lekko
zawstydzona. – Bo chciałam ci zrobić niespodziankę.
- I ci się udało – zawołałem, a Lileea uśmiechnęła się z
ulgą, widząc, że się nie gniewam. Eruthiel nie wykonał rozkazu i
powinienem go ukarać. Mogłoby się okazać, że dziewczyna jest
szpiegiem albo…
- Wybacz, Randilu, zupełnie zapomniałam! – zawołała nagle
zmieszana i odsunęła się ode mnie na odległość kilku kroków. –
Nie widziałam cię tak długo, że zapomniałam, że obowiązuje
mnie ceremoniał… - mruknęła i zginając się w lekkim pokłonie
wyrecytowała grzecznościową formułkę w starożytnym języku
elfów.
Musiałem przyznać, że sam również o tym zapomniałem. Dopełniłem
drugą część ceremoniału i podałem jej rękę na znak, że jest
mile widziana w moim królestwie. Lileea była już teraz opanowana i
skupiona. Wydawała się taka dojrzała… Jakby dzieliła nas teraz
jakaś bariera.
- Wybacz mi raz jeszcze, Randilu. Nie przybyłam tu tylko po to, by
cię odwiedzić. Przybywam z poselstwem od króla Amrona i rozkazami
Króla Elfów. Ludzie odpowiedzieli na warunki sojuszu i wysłali
mnie do Króla z poselstwem.
- Co mówi Król? – zapytałem, wskazując jej miejsce na ławce
pod młodą brzozą.
Usiadła i odpowiedziała:
- Amron odnowił sojusz i zgodził się na nowe warunki wystosowane
przez Pana Heliriona. Jego również martwi wyjątkowa agresja
krasnoludów i żałuje, że musi przeciwko nim wystąpić. Rozumie
jednak, że elfowie zostali zaatakowani i muszą się bronić.
Zasugerował, że to ktoś inny podburzył krasnoludy przeciw innym
rozumnym nacjom. Innego wyjaśnienia nie ma. Przecież przez długie
wieki wszyscy żyliśmy w zgodzie. Od Wieku Wojen minęło przeszło
pięć tysięcy lat!
- Cóż, dla nas to wcale nie tak dużo – westchnąłem. - Mniej
niż dwa pokolenia.
- Mimo to, nie widać żadnego powodu, dla którego krasnoludy miałyby atakować elfów z dnia na dzień.
- Twierdzą, że nadszedł czas zapłaty za krzywdy wyrządzone wiele
wieków temu, kiedy elfowie, nie znając ich jeszcze, biorąc ich za
rasę prymitywną i brutalną, traktowali jak zwierzęta i usiłowali
wytępić – mruknąłem. Taka była smutna prawda. Nawet elfowie nie
są nieomylni. – Nie wydaje mi się jednak, by był to powód
bezpośredni. Przez wieki przecież twierdzili, że krzywdy zostały
już wyrównane i nie mają nam za złe tego, co stało się tysiące
lat temu.
- Dlatego Amron uważa, że to jakaś inna siła skłoniła
krasnoludy do walki. Na jego dwór przybył posłaniec, który
zachowywał się wyjątkowo agresywnie i… Nie wiem, nie potrafię
tego określić. Miałam wrażenie, że emanuje od niego jakiś zły
czar. Wyjątkowo potężny czar. – Pokręciła głową ze smutkiem.
– W każdym razie przekazałam to wszystko Helirionowi, a on
polecił mi ogłosić we wszystkich czterech królestwach gotowość
do walki. Ostatniego dnia jesieni, wszyscy wojownicy mają stawić
się gotowi do boju na jego dworze wraz ze swym Panem. – Spojrzała
na mnie. W jej wzroku było coś smutnego. – Wkrótce wyruszysz na
wojnę.
Skinąłem głową.
- Czy to całe poselstwo? – zapytałem.
- Z grubsza. Dokładne instrukcje są na tym zwoju. – Podała mi
gruby rulon, który schowałem za połę płaszcza. – Odwiedziłam
już pozostałe trzy królestwa. Mogę się tu zatrzymać nieco
dłużej, Randilu? Muszę odpocząć od tego zgiełku. Amron odesłał
mnie, bym przygotowała się do wojny. Myślę, że… - zamyśliła
się nagle, wbijając wzrok w jakiś punkt za moimi plecami. Nie
odwracałem się. Ona po prostu myślała. Poznałem to po
przygryzaniu dolnej wargi i zmrużonych oczach. Tak dobrze ją
znałem…
- Myślę, że zostanę tu parę tygodni – powiedziała w końcu
cicho. Coś ją trapiło, wyraźnie to widziałem. Jednak nie
pytałem. Jeszcze nie teraz. – Potem nie będę ci więcej
przeszkadzać.
- Służysz Amronowi? – zapytałem, nawiązując do tego, co mówiła
wcześniej.
- Nie. - Pokręciła głową, wciąż lekko zamyślona. – Król
po prostu dał mi schronienie i warunki do pracy. Los czarodzieja to
ciągła nauka. Tak niewiele jeszcze odkryliśmy… Król pozwolił
mi osiąść w swoim zamku i pracować. Odwdzięczam mu się, nosząc
jego poselstwa lub pomagając mu w ten czy inny sposób.
- A Artus? – zapytałem.
Wzruszyła ramionami.
- Od lat go nie widziałam. Chadza własnymi ścieżkami. W każdym
razie nie obowiązuje mnie udział w wojnie, jeśli o to pytałeś
Zmieszałem się. Nie chciałem, by widziała, że się o nią
martwię.
- Ja też cię bardzo dobrze znam, Randilu – dodała, jakby
czytając mi w myślach. – Jednak mimo to, chyba wezmę w niej
udział. Nie potrafię siedzieć bezczynnie.
- Co robiłaś do tej pory? Nie widzieliśmy się tyle lat...! - Westchnąłem.
- Cóż to dla ciebie! – Uśmiechnęła się lekko.
„Jest człowiekiem i zdaje sobie z tego sprawę. Czas najwyższy
byś i ty to w końcu zrozumiał, Randilu”
-… na praktyce u Artusa byłam dziesięć lat. Potem podróżowałam z nim
trochę, ale w końcu poszłam własną drogą, a ta zawiodła mnie
na dwór Amrona. Było mi tam dobrze, ceniono moje rady, byłam
niemalże królewskim doradcą…
Usiłowałem nie dać po sobie poznać, jak bardzo jestem z niej
dumny. Wiedziałem, że to uczucie powinno mi być obce, elfowie nie
mogą się przywiązywać do istot śmiertelnych. W każdym razie nie
aż tak. Lileea była tylko człowiekiem. Jej życie jest dla mnie
tylko mgnieniem. Po co przywiązywać od niego taką wagę?
- Randilu…? – przywołała mnie w końcu do rzeczywistości. –
Znajdzie się dla mnie jakiś wolny kąt?
- Oczywiście, twój dawny pokój nadal jest wolny. Nikt w nim
dotąd nie mieszkał. – „Nikomu na to nie pozwoliłem”.
- Obawiam się jednak, że łóżko będzie nieco za małe… - Roześmiała się.
- Dlatego zaraz każę wstawić tam nowe. – Uśmiechnąłem się,
wstając.
Wstała również, śmiejąc się radośnie i znów mnie objęła.
- Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że cię znów widzę!
Nie wiedziałem. Ale wiedziałem, że ja cieszę się o wiele
bardziej, niż powinienem.
~***~***~***~
Następnego dnia rano, tuż przed świtem zajrzałem do jej pokoju,
tak, jak to czyniłem codziennie lata temu. Miałem nieodparte
wrażenie, że zamiast dojrzałej kobiety, ujrzę tam znów małą
dziewczynkę. Jednak jedyne, co zobaczyłem, to starannie pościelone
łóżko i pochwę z mieczem opartą o ścianę. Brakowało łuku i
kołczanu ze strzałami. Sztylet zawsze nosiła przy sobie. Już
wiedziałem, gdzie jej szukać.
Teoretycznie, miałem dziś od rana dużo spraw do załatwienia.
Teoretycznie, nie powinienem tam iść. Teoretycznie, niewiele
powinno mnie obchodzić, co teraz robi Lileea. Teoretycznie, nie
powinienem rozpoczynać dnia od zaglądania do jej pokoju, by ją
obudzić, jak za dawnych lat. I, teoretycznie, nie powinienem się
tak ucieszyć na jej widok.
Teoretycznie, żadnego elfa nie powinna łączyć z człowiekiem tak
silna więź.
Ludzie żyli zbyt krótko, by ich życie mogło wywrzeć na nas jakiś
większy wpływ. To zawsze nam powtarzano. Nie ma sensu przywiązywać
się do jakiegokolwiek człowieka, czy to poprzez przyjaźń czy, co
gorsza, miłość. Przecież ich krótkie życie narażało nas tylko
na ból i tęsknotę po ich śmierci. Czy warto skazywać się na
smutek na całe życie, przez krótki, zaledwie kilkudziesięcioletni
epizod, skoro trwa ono wiele wieków?
Teoretycznie…
Nogi niosły mnie na polanę. Tam, do jej małego ustronia. Tam,
gdzie zawsze ćwiczyła. Jej ulubione miejsce w całym Północnym
Królestwie.
Już z daleka wychwyciłem wśród szumu wiatru dźwięk zwalnianej
raz za razem cięciwy. Miałem rację - Lileea ćwiczyła.
Na środku polany stała samotna, sędziwa lipa. Na jej grubym pniu
od dawna wisiała słomiana tarcza, wymieniana co jakiś czas, gdy
już nie mogła pełnić właściwie swojej funkcji. Lileea stała na
brzegu polany i, naciągając płynnym ruchem cięciwę, wypuszczała
kolejne strzały. Jedną za drugą. Jej skupiony wyraz twarzy
przypomniał mi czasy, gdy sam z nią ćwiczyłem na tej polanie. Nic
się nie zmieniło. Tylko strzelała o wiele celniej i nie była już
małą dziewczynką.
Patrzyłem w milczeniu, jak wypuszcza ostatnią strzałę. Ze
zmrużonymi oczami wpatrywała się w środek tarczy, analizując
wystrzelaną serię. Potem położyła łuk na ziemi i podeszła
powoli do pnia. Zręcznymi, stanowczymi ruchami, wyciągała strzały
z tarczy. Wszystkie były wbite w najmniejszy, centralny okrąg,
jedna obok drugiej. Tylko jedna była przesunięta o kilka
centymetrów.
- Nie patrz tak na mnie, Randilu – odezwała się cicho, nie
oglądając się za siebie, kiedy wyciągała ją szarpnięciem ze
słomianej tarczy. – Dawno nie ćwiczyłam, wyszłam z wprawy.
Bez słowa wyszedłem na polanę. Powinienem być teraz we Dworze,
ale…
Lileea wróciła na miejsce, gdzie pozostawiła łuk i starannie
schowała strzały do kołczanu. Potem spojrzała na mnie
wyczekująco.
- Myślałem, że cię zaskoczę, a tymczasem… - odezwałem się w
końcu.
- … a tymczasem od paru godzin już ćwiczę – dokończyła,
masując sobie przedramię. – Nie mogłam spać.
Widziałem cień przesuwający się jej przez twarz, ale nie
zapytałem co ją trapi. Nie chciałaby tego. Widziałem, że była
mi wdzięczna, iż milczę.
- Powinieneś wracać do swoich obowiązków, Randilu – powiedziała
łagodnie, podnosząc łuk z ziemi. Włosy opadły jej na twarz,
miałem wrażenie, że specjalnie ich nie chce odgarnąć. – Ja…
- Weźmiesz udział w obchodach Święta Lasu? – zapytałem, gdy
nie dokończyła.
Pokręciła głową.
- Nie. Muszę… muszę coś przemyśleć. Raczej nie wrócę na noc.
Przez kilka dni – mówiła z namysłem, starannie dobierając
słowa. – Nie martw się o mnie. Powłóczę się nieco po lesie i
wrócę za jakiś czas. Potrzebuję czasu i samotności.
Nie pytałem. Znowu. Byłem jej przyjacielem. Jeśli nie chciała mi
czegoś powiedzieć, to nie mówiła tego nikomu. Nie mogłem
naciskać. Nie chciałem.
- Wracaj do Dworu, Randilu – szepnęła, odwracając się. –
Czekają tam już na siebie.
Nie odpowiedziałem. Odwróciłem się i odszedłem. Na skraju polany
zerknąłem jeszcze za siebie, ale Lileei już nie było. Nagle
poczułem irracjonalną obawę, że już jej nie zobaczę, że po
prostu zniknie bez pożegnania. Zaskoczył mnie ból, jaki poczułem,
dopuszczając do siebie tę myśl. Zmusiłem się jednak do tego, by
się obrócić i wrócić do obowiązków.
Była tylko człowiekiem. Nie powinienem o tym zapominać.
~***~***~***~
Przez następne kilka dni całkowicie pochłonęły mnie
przygotowania do Święta Lasu. Mimo to boleśnie zauważyłem
nieobecność Lileei. Kiedy uroczystości dobiegły końca,
rozpoczęły się przygotowania do wojny. Wciąż miałem cichą
nadzieję, że do niej nie dojdzie. Jeśli to, co mówiła Lileea
było prawdą, była jeszcze nadzieja na pokój.
Nie było jej już od ponad dwóch tygodni. Zaczynałem się martwić.
Właściwie to martwiłem się cały czas, lecz teraz dopiero w pełni
to sobie uświadomiłem. Nic jej się nie mogło tu stać. Znała te
lasy doskonale i nie groziło jej żadne inne niebezpieczeństwo.
Mimo to, czułem niepokój, który usiłowałem w sobie zwalczyć.
Męczyło mnie to dziwne uczucie, że już nie wróci, że odeszła
bez pożegnania. Bałem się. Ja, Randil, władca Północnego
Królestwa, bałem się. O człowieka. Zwykłego człowieka.
Parę dni później, dyskutowałem z moimi doradcami nad sprawami
takimi, jak ilość i rodzaj ekwipunku, jaki nasi wojownicy powinni
zabrać ze sobą na Srebrny Zamek, kiedy nagle drzwi otworzyły się
bez pukania i stanęła w nich Lileea. Turiwiel urwał w pół słowa,
oglądając się na nią. Stała przez chwilę bez słowa, wpatrując
się we mnie w całkowitej ciszy, jaka zapanowała w pomieszczeniu.
- Gdy tylko znajdziesz czas – rzekła w końcu krótko. Wiedziałem,
gdzie będzie na mnie czekać.
Obróciła się na pięcie i odeszła, a ja, jak gdyby nigdy nic,
wróciłem do rozmowy.
Kiedy znalazłem wreszcie czas, była już noc. Znalazłem ją tam,
gdzie się jej spodziewałem. Leżała na plecach, wyciągnięta na
najniższym konarze lipy. Patrzyła w gwiazdy, widoczne pomiędzy
zielonymi liśćmi. Z miejsca, w którym stanąłem, wyraźnie
widziałem, jak gwieździste niebo odbija się w jej oczach, niczym w
zwierciadle.
- Przeszkadzam ci, Randilu. Zajmuję ci czas, podczas gdy ty masz tak
wiele obowiązków – wyszeptała. Nie sądziłem, że zauważyła
moje przybycie.
- Cieszę się z tego spotkania – powiedziałem, jakby chcąc ją
przekonać, że wcale nie jest tak, jak mówi. Po chwili wahania
dodałem. – Długo cię nie było, martwiłem się o ciebie.
- Niepotrzebnie. – Zerknęła w moim kierunku. Potem znów spojrzała
w niebo i zamknęła oczy. Wyglądała jakby spała.
Milczała bardzo długo. W końcu odważyłem się przerwać to
milczenie.
- Lileeo… Coś cię trapi. I to nie chodzi o wojnę. Nie tylko o
wojnę.
Milczała. Nawet nie spojrzała w moim kierunku, nie otworzyła oczu.
Przemknęło mi przez myśl, że śpi, ale nagle otworzyła oczy. Po
policzku spłynęła jej pojedyncza łza. Ale może mi się tylko
wydawało.
- Po co mnie wezwałaś? – zapytałem cicho.
- Opowiedz mi o sobie, Randilu – poprosiła niemal bezgłośnie, po
krótkiej chwili ciszy.
- O sobie…?
Przewróciła się na brzuch i spojrzała mi w oczy. Konar był
nisko, więc nasze twarzy były na tej samej wysokości.
- Uwielbiałam twoje opowieści, więc chciałabym usłyszeć jeszcze
jedną. A teraz zrozumiałam, że choć ty wiesz o mnie niemal
wszystko, ja o tobie niemalże nic – mówiła cicho. Moja twarz
odbijała się w jej źrenicach. Jednak nie patrzyła na mnie, a
mówiła jakby do siebie. – Opowiedz mi o sobie – poprosiła raz
jeszcze, stanowczo, tym razem patrząc mi głęboko w oczy. Poczułem
się niemal nieswojo pod tym spojrzeniem.
Odwróciłem wzrok, a Lileea zmieniła pozycję na wygodniejszą –
siedziała teraz na konarze, oparta o pień lipy.
- To nie jest wesoła historia, dobra do opowiadania w letni wieczór.
Milczała. W tym milczeniu była prośba, bym mówił dalej.
Westchnąłem.
- Bardzo zdziwiło mnie, że Othiel obrał mnie na swojego następcę.
Spytałam się go dlaczego mnie wybrał. Odpowiedział: „To nie ja
powinienem ci oddawać ten urząd, lecz twój ojciec. To on powinien
być władcą”.
Przerwałem na chwilę, by dokładnie przypomnieć sobie ten moment.
- Mówiłem ci, że pięć tysięcy lat to dla nas mniej niż dwa
pokolenia. W Wieku Wojen byłem bardzo młody, nazwałabyś mnie
dzieckiem. Mój ojciec, jako jeden z najlepszych łuczników
Północnego Królestwa, stanął w pierwszym szeregu w walce z
krasnoludami. Zasłużył na chwałę, a jego imię sławione jest w
pieśniach, lecz nie powrócił już do domu. Othiel był jego
najlepszym przyjacielem, walczył wraz z nim i wojna pozostawiła na
nim znamię, skracając jego żywot o co najmniej kilka wieków.
Jednak zajął się mną jak własnym synem, gdy moja matka umarła z
żalu. Nie mogła żyć bez mojego ojca. Nie zdajesz sobie sprawy jak
silne są nasze więzi rodzinne.
Słuchała mnie uważnie, siedząc nieruchomo, jak skamieniała. Oczy
odbijały światło gwiazd, bo niemalże nie mrugała, zasłuchana w
moją opowieść, którą z bólem przytaczałem.
Zasłuchana lub zamyślona.
Zasłuchana lub zamyślona.
- Miałem siostrę. Nigdy ci o tym nie mówiłem. Rindalin służyła
na Srebrnym Zamku, była jedną z dwórek Królowej Elfów. Nasza
matka, która posiadła dar jasnowidzenia, przepowiedziała nam ten
sam los. Rzadko widywałem siostrę. Ona mieszkała w Srebrnym Zamku,
a ja miałem obowiązki tutaj, przy boku Othiela. Nie widziałem jej
przez wiele, wiele lat.
- Możliwe, że spotkałam ją na Srebrnym Zamku - mruknęła
cicho Lileea.
- Nie… - Pokręciłem głową. – To niemożliwe.
Zamilkłem na chwilę, jednak po chwili mogłem mówić dalej.
- Pewnego dnia na Srebrny Zamek przybył pewien człowiek. Tak,
człowiek – powtórzyłem, widząc jej zdziwioną minę. Zamknąłem
oczy i zakończyłem cicho. – Rindalin zakochała się w nim. Ze
wzajemnością.
- To… chyba dobrze? – zaszemrała Lileea, nie chcąc chyba
przerywać ciszy jaka spowiła polanę.
Pokręciłem głową. Siadłem pod drzewem i przymknąłem oczy.
- Wróciła do Północnego Królestwa i mi o tym opowiedziała.
Płakała. Odradzałem jej kolejne spotkanie, ale mnie nie
posłuchała. Zbyt mocno już go kochała. Kiedy wróciła,
powiedziała tylko: „Umarł”. Kochała go tak bardzo, że
pozwoliliśmy jej go pochować tutaj, w lesie. Odwiedzała jego grób
codziennie. Z nikim nie rozmawiała, jeśli nie było jej przy jego
grobie siedziała samotnie na tej polanie, właśnie tutaj. Pewnego
dnia zniknęła. Znaleźliśmy ją tam gdzie zawsze – przy grobie
jej ukochanego. Tak bardzo pragnęła z nim pozostać, że zmieniła
się w kamienną rzeźbę, fragment jego mogiły.
Usłyszałem cichy szmer. To Lileea zsunęła się z drzewa i usiadła
koło mnie. Nasze ramiona się stykały, czułem ciepło jej ciała.
Milczała.
- Odwiedzałem ją przez kolejny rok, dzień w dzień. Przemawiałam
do niej, prosząc by do mnie wróciła. Ale ona wolała jego.
Zwykłego człowieka. W końcu zrezygnowałem. Dręczyły mnie jednak
słowa matki wypowiedziane po naszych narodzinach: „Czeka ich ten
sam los”.
Wciąż nic nie mówiła. Kiedy na nią popatrzyłem, zobaczyłem, że
po jej twarzy płyną łzy. Nie zapytałem. To jeszcze nie był czas.
Wstała i bez słowa odeszła kilka kroków. Nagle jednak zatrzymała
się i cicho spytała:
- Gdzie…?
- W brzozowym gaju – odpowiedziałem równie cicho.
Zniknęła bezgłośnie między drzewami.
Była różna od tej Lileei, która znałem. Czy to tylko przez
zmartwienia, którymi nie chciała się ze mną podzielić? Czy tylko
dlatego, że była już dorosła? Czy…
Czekał mnie los Rindalin, czy tego chciałem, czy też nie. Miłość
do człowieka… Czy zawsze musi być tak destrukcyjna i bolesna?
Taka właśnie była. W końcu Lileea była człowiekiem. Tylko
człowiekiem.
~***~***~***~
Nie było jej przez kolejne kilka dni. Codziennie o świcie i o
zmierzchu przychodziłem pod starą lipę, by sprawdzić czy wróciła.
Wieczorem czekałem godzinę albo dwie. Gdy wracałem, pięć dni po
naszym ostatnim spotkaniu, zauważyłem wysoką postać, stojącą
przed Dworem. Nie musiałem podchodzić bliżej, by dowiedzieć się
kto to.
Gdy zauważyła, że ją rozpoznałem, bez słowa ruszyła w kierunku
swojego pokoju. Nic się nie zmienił od tego wieczora, gdy kazałem
wstawić tam większe łóżko, w którym nawet nie spała. Miecz wciąż
był oparty w tym samym miejscu.
Odwiesiła płaszcz, którym była okryta na wieszak i usiadła na
łóżku. W milczeniu wpatrywała się w moją twarz, jakby usiłowała
coś z niej wyczytać.
- Wygląda jak żywa – odezwała się w końcu. – Przykro mi,
Randilu. Nie pytałabym, gdybym wiedziała.
Zamknąłem oczy i ukryłem twarz w dłoniach. Posłanie lekko
skrzypnęło, gdy wstała i do mnie podeszła. Na ramieniu poczułem
dotyk jej dłoni.
- Nie kłopocz się tym, Lileeo. Zbyt długo to w sobie tłumiłem –
powiedziałem, otwierając oczy. Patrzyła na mnie z troską, jakby
jej problemy stały się nagle nieistotne wobec moich. – Cieszę
się, że ci o tym powiedziałem. Komuś musiałem i dobrze, że
byłaś to ty.
Uśmiechnęła się blado i podeszła do okna.
- Była naprawdę piękna – odezwała się cicho. – I bardzo do
ciebie podobna. – Zerknęła na mnie przez ramię i szybko się
obróciła z powrotem, zagryzając wargę.
- Jak długo się nie widzieliśmy Lileeo? – zapytałem, chcąc
zmienić temat. Nie był miły ani mi, ani jej. Choć chyba z innych
powodów. - Tak bardzo się zmieniłaś…
- Długo – westchnęła. I nagle się roześmiała. – Zmieniłam…! W końcu, kiedy się ostatni raz widzieliśmy, miałam dwanaście
lat!
- A ile masz teraz? – zapytałem cicho.
Spojrzała na mnie. W jej wzroku było coś dziwnego.
- Dwadzieścia siedem.
- Piętnaście lat – mruknąłem.
- Piętnaście lat – powtórzyła jak echo i opuściła wzrok. –
Moment, chwila, mgnienie.
Nie mogłem dłużej. Zapytałem.
- Co cię trapi, Lileeo?
Znów na mnie spojrzała. Przez długą chwilę patrzyła mi w oczy,
nim potrząsnęła głową. Odwróciła się do okna, zaplatając
ręce na piersi.
- Lileeo… - szepnąłem błagalnie. – Proszę, powiedz mi, jak
mogę ci pomóc.
Nie mogłem patrzeć bezczynnie jak ta nieznana troska niszczy ją od
środka.
Milczała długą chwilę. Bardzo długą chwilę. Wydawało mi się
nawet, że niebo na wschodzie powoli jaśnieje.
- Jutro – wyszeptała w końcu, nie odwracając się. Ja jednak
widziałem, jak po jej twarzy płyną łzy, mimo iż usiłowała
zasłonić twarz włosami.
Wyszedłem tak cicho, jak tylko potrafiłem. Tej nocy długo nie
mogłem zasnąć.
~***~***~***~
Kiedy się obudziłem, siedziała na parapecie okna. Wyglądała na
zewnątrz, bujając lewą nogą w powietrzu, w takt niesłyszalnej
melodii. Wiedziała, że już nie śpię, a mimo to się nie
odwróciła. Poczułem się nieco niezręcznie.
- Obiecałam – mruknęła.
- Jak się tu dostałaś? – zapytałem.
Nie odpowiedziała. Wstała i wyszła na zewnątrz.
Czekała na mnie przed Dworem. Siedziała na ławce z
półprzymkniętymi oczami. Słysząc moje kroki wstała i do mnie
podeszła. Bez słowa patrzyła mi w oczy, po czym odwróciła się
na pięcie i ruszyła przed siebie.
Kiedy minęliśmy duże skupisko brzóz, które znacznie się
powiększyło, od mojego ostatniego pobytu tutaj, już wiedziałem
dokąd mnie prowadzi. Nie byłem tam od lat.
- Lileeo, ja… - zatrzymałem się.
Przystanęła parę kroków ode mnie i spojrzała na mnie błagalnie.
Westchnęła i podeszła bliżej. Złapała za rękę i łagodnie
poprowadziła dalej.
Mogiłę porosły mchy, a mimo to wciąż była piękna. Ale było to
smutne piękno. Rzeźba, która nie była rzeźbą, patrzyła z
rozpaczą na nagrobek, po jej twarzy spływały łzy. Takie same, jak
na twarzy Lileei, która usiadła nieopodal.
„Rindalin. Moja kochana Rindalin…”
- Dlaczego…? – nie wiedziałem jak dokończyć pytanie. Zbyt
wiele ich było.
- Dlaczego tutaj? Dlaczego dziś? Dlaczego ty? Ja? Ona? –
dokończyła Lileea. Każde z tych pytań, było trafne, ale to i tak
nie były wszystkie.
- Jesteś moim przyjacielem, Randilu – powiedziała łagodnie. Nie
była już nieobecna i chłodna, tak jak przez ostatnie dni. W jej
głosie słychać było tylko lekkie zrezygnowanie, pogodzenie się z
losem. – Jednak… Jednak, gdybyś nie opowiedział mi o Rindalin,
nie zdecydowałabym się opowiedzieć ci o tym, co zaraz powiem.
Słuchałem jej uważnie. W zamyśleniu gładziła płytę nagrobka,
usuwając ze szczelin piach i kurz. Na jej twarzy pojawił się lekki
uśmiech, jakby wspominała coś miłego. Jednak był to nieco smutny
uśmiech. Pełen tęsknoty.
- Zakochałam się – powiedziała nagle po prostu, głosem wypranym
ze wszelkich emocji.
- To… chyba dobrze? – zapytałem, tak jak ona sama kilka dni
wcześniej. Usiłowałem się cieszyć z tej radosnej nowiny, choć
czułem jak coś ściska mi serce. Czy to była… zazdrość? Czy
elfowie w ogóle mogą odczuwać takie emocje?
Wstała i dotknęła dłonią twarzy Rindalin. Patrzyła na nią
przez chwilę, jakby miały jakiś wspólny sekret.
- Zakochałam się – powtórzyła cicho, uśmiechając się lekko
do siebie. Nagle spojrzała mi głęboko w oczy i dokończyła. – W
elfie. Zakochałam się w elfie.
Kucnęła i zaczęła oczyszczać grób z liści, leżących tu od
wielu, wielu lat. Nie wiedziałem, co powiedzieć. Bałem się
zapytać, bałem się źle doradzić, tak jak to zrobiłem w
przypadku Rindalin.
„Nie, tym razem nie pozwolę na to”
Nie mogłem pozwolić, by i Lileea cierpiała.
- Gardin – mruknęła, oczyszczając nagrobek. – Miał na imię
Gardin, prawda?
Nie odpowiedziałem. Lileea też nie oczekiwała odpowiedzi.
- Kto…? – zapytałem cicho. Suchość w ustach zaskoczyła mnie.
Przymknęła oczy. Na jej ustach pojawił się łagodny uśmiech.
Patrzyłem na nią w napięciu.
- Poznałam go, nosząc poselstwa po Czterech Królestwach – mówiła
powoli, w jej głosie słychać było jakąś łagodność, czułość.
– Spotykałam go za każdym razem, gdy przybywałam w odwiedziny na
Srebrny Zamek. Zwłaszcza, że zaczęłam bywać tam częściej
ostatnimi czasy.
Znów podeszła do rzeźby Rindalin i spojrzała na jej zastygłą w
smutku twarz.
- Wystraszyłam się – szepnęła. – Bałam się, że będzie
cierpiał. On albo ja. Jednak nim zdążyłam podjąć decyzję, było
za późno i nic nie dało się już zrobić.
Wiedziałem o czym mówi. Dopóki nie odwzajemnił jej uczuć mogła
się wycofać i spróbować zapomnieć. Ale potem… Potem nie było
już odwrotu. Ktoś musiał cierpieć.
- Nie mogłam nikomu o tym powiedzieć. Nawet tobie nie chciałam o
tym mówić. – Zerknęła na mnie szybko, wciąż muskając palcami
kamienne dłonie Rindalin. – Kiedy mi jednak powiedziałeś o
twojej siostrze, Randilu… Była taka jak ja. Nie wiedziała co
robić – odrzucić Gardina, skazując na wieczny smutek i jego i
siebie, czy też pozwolić rozkwitnąć uczuciu, które potem zmieni
się w udrękę, żałobę i żal? Jednak, zapytała cię najpierw
o radę. I ja też tak zrobię. – Oderwała wzrok od mogiły i
spojrzała na mnie. – Pomożesz mi, Randilu?
Zerknąłem na kamienną postać. Bez wahania poradziłem jej, by
porzuciła swojego ukochanego śmiertelnika. Teraz jednak… Czy
mogłem komukolwiek poradzić, by porzucił Lileeę?
- Kto to…? – zapytałem ze ściśniętym gardłem.
Nie odpowiedziała.
- Kochasz go? – zapytałem po chwili ciszy.
- Bardziej niż własne życie – odpowiedziała stanowczo, bez
zastanowienia.
- A on ciebie?
- Też.
- Tak samo mocno?
- Mam taką nadzieję – szepnęła.
Westchnąłem.
- Całym sercem pragnę przy nim zostać, jednak wiem, że gdy umrę…
- Zerknęła raz jeszcze na Rindalin. – Gdy umrę, czekać go
będzie pewnie taki sam los, jak i ją.
„A jaki los będzie czekał mnie, Lileeo? Prawie zapomniałem,
prawie mi się udało. Lecz teraz przepadło. Nigdy nie zapomnę”
- Wiem, powinnam zapomnieć. Co to jednak da? Przecież…
Nie dokończyła, ja jednak wiedziałem co ją trapi. Jeśli i on ją
pokochał cóż po tym, że spróbują o sobie zapomnieć?
Wiedziałem, że mnie by się nie udało. Mimo to powiedziałem:
- Sądzę, że powinnaś spróbować. Nawet jeśli cię pokochał… Elfowie kochają na wieki, ale całe lata trwa nim kogoś pokochają
naprawdę mocno… może…
Kłamałem. Obiecałem sobie, że nigdy tego nie zrobię, a mimo to kłamałem. Co z tego, że to co mówiłem było prawdą, skoro w tym wypadku było kłamstwem. Kimkolwiek był ukochany Lileei, musiał ją kochać już tak mocno… Tak mocno…
Kłamałem. Obiecałem sobie, że nigdy tego nie zrobię, a mimo to kłamałem. Co z tego, że to co mówiłem było prawdą, skoro w tym wypadku było kłamstwem. Kimkolwiek był ukochany Lileei, musiał ją kochać już tak mocno… Tak mocno…
Tak mocno jak ja.
- Może jednak uda mu się zapomnieć – wydusiłem w końcu.
- A ja? – zapytała cicho, podnosząc głowę. W jej oczach lśniły
łzy, a na policzkach widniały dwa mokre ślady. – A ja, Randilu?
Tak bardzo pragnąłem ją jakoś pocieszyć, ale… Nie miałem jak.
Nie było sposobu.
- Ja… Ja… Gdy się zdecyduję, czy… Gdyby… - Nie potrafiła
powiedzieć tego na głos. – Czy będę wtedy mogła tu zostać? –
zapytała w końcu cicho.
- Zawsze byłaś i będziesz tu mile widziana, Lileeo – czemu
czułem ulgę myśląc, że prawdopodobnie zostanie tu na długo?
Ulgę i radość. Uczucia bardzo nie na miejscu w zaistniałej
sytuacji.
- Ja… ja muszę… - Zamknęła oczy i odetchnęła głęboko. –
Wrócę tu. Jeśli nie to… To znaczy, że wybrałam.
Odwróciła się. Chciałem zapytać kim on jest, ale nie musiałem.
Zatrzymała się parę kroków ode mnie i szepnęła:
- Że wybrałam Celiriona.
Stałem w ciemniejącym lesie, kiedy już dawno zniknęła miedzy
drzewami. Kiedy już była w drodze do Srebrnego Zamku. Kiedy dążyła
na spotkanie z ukochanym. Być może ostatnie spotkanie. A być może
jedno z pierwszych.
Kiedy szła na spotkanie z księciem na Srebrnym Zamku. Z synem Pana
Elfów. Z Celirionem. Moim przyjacielem.
Stałem w zapadających ciemnościach i błagałem las, by nie
wybrała losu Rindalin, której sylwetka odcinała się w
gęstniejącym mroku. Pojechała się pożegnać? Nie, pojechała
by dokonać wyboru. I, być może, by go pożegnać. Czy wróci?
Albo, czy wróci do mnie?
Do mnie...?
Nie. Do swojego przyjaciela.
Czekał mnie los Rindalin. Ale chciałem go oszczędzić przynajmniej
Celirionowi. Wszystko zależało od wyboru Lileei. Czy będzie mieć
siłę, by tu wrócić?
To, co bolało mnie najbardziej, to nie fakt, że w każdym wypadku
czekał ją smutek. Nie fakt, że z tej sytuacji nie ma wyjścia,
ktoś zawsze będzie cierpieć, możliwe, że nawet trzy osoby.
Bolało mnie to, że czułem zazdrość.
Celirion był od lat moim najlepszym przyjacielem. Tak jak Rindalin
spędzała większość czasu na Srebrnym Zamku, tak on wiele czasu
spędzał tutaj, w Północnym Królestwie. Ceniłem sobie jego
przyjaźń. Nie dlatego, że był księciem. Dlatego, że był
wspaniałym przyjacielem. Tuż po śmierci Rindalin, musiał powrócić
na Srebrny Zamek. Ją również darzył przyjaźnią, więc opłakiwał
ją razem ze mną, jednak wzywały go obowiązki. Musiał wracać.
Nie widziałem go od tamtej pory.
I długo nie miałem zobaczyć.
~***~***~***~
Słońce sączyło się powoli poprzez liście drzew, jednak nie
skłoniło mnie to do otworzenia oczu. Obawiałem się, że ujrzę…
pustkę. Brak. Nicość. Jakieś głosy szemrały cicho dookoła
mnie, ale brakowało tego najważniejszego. Tego jedynego.
- Randilu? – usłyszałem nieopodal cichy głos Eruthiela.
- Prosiłem…
- Ale ktoś chce się z tobą spotkać – nalegał. W jego głosie
słychać było niedostrzegalną prośbę.
- Mówiłem, że nikogo nie chcę widzieć. – Od wielu dni, unikałem
wszystkich. Nie byłem w stanie policzyć, jak długo ten stan trwał.
Tydzień, dwa, rok? – Nikogo.
- Nawet starego przyjaciela? – zabrzmiał za moimi plecami inny
głos. Głos, którego nie słyszałem od wielu, wielu lat. I nie
spodziewałem się go usłyszeć. Nie tutaj, nie teraz.
Otworzyłem oczy.
Stał tam, jak za dawnych lat. Kiedy jeszcze byliśmy obaj młodzi.
Kiedy nawet nie słyszałem o… Kiedy nie było jej jeszcze na
świecie. Wydawał się smutniejszy, niż zawsze. Więc jednak nie
zapomniał.
- To był zły pomysł – powiedział, jakby odczytując moje myśli.
- Nie był mój.
- Ukryłeś ją przede mną! – zawołał z nagłym wyrzutem i
myślałem, że mnie uderzy. Eruthiel oddalił się dyskretnie. –
Szukałem jej, lecz nie pomyślałbym, że jest tutaj, z tobą! Czemu
nie powiedziałeś, czemu… - Głos mu się załamał. – Czemu
dopiero teraz?
- Sama się tutaj ukryła. Prosiła, bym nic ci nie mówił. Bym
nikomu nie mówił – wyjaśniłem łagodnie, kładąc mu rękę na
ramieniu. – Rzadko ją widywałem. Była cieniem samej siebie. Nie
wyobrażasz sobie ile ją to kosztowało.
- Przybyła się pożegnać – wyszeptał cicho.
- Nie, przybyła podjąć decyzję.
- Nie popełniła błędu Rindalin – mruknął cicho, siadając
obok mnie i ukrywając twarz w dłoniach.
- Nie popełniła – zgodziłem się.
Milczał. Tak jak ja milczałem przez wiele dni. Kiedy tu była i
kiedy… I wtedy. Potem. Teraz.
- Kiedy przyjechała, myślałem… Myślałem, że wróciła na
zawsze. Jednak była smutna. Zapytała się mnie… - westchnął
ciężko, wspominając tamtą chwilę. – Zapytała się mnie, czy
ją kocham. Kiedy odpowiedziałem, że tak…
Zamknął oczy. Czekałem.
- Powiedziała: „Czy jesteś gotów kochać mnie jeszcze
bardziej?”. Oczywiście, odpowiedziałem. „W takim razie pozwól
mi odejść i zapomnij, że mnie kiedykolwiek poznałeś”.
- To wszystko?
- Tak. Więcej jej nie widziałem.
- Kiedy wróciła… - mówiłem z wahaniem. – Kiedy wróciła,
wydawała się spokojna, jakby wiedziała, że dokonała właściwego
wyboru. Jednak to nie była prawda. Całe dnie przesiadywała w
lesie, lub przy Rindalin. „Ona mi przypomina. I pozwala
przezwyciężyć ból, nie zapominając” – mówiła. Nie chciała
zapomnieć. Chciała o tobie pamiętać do końca, Celirionie.
- Gdzie…? – zapytał tylko.
- Jesteś pewien?
Skinął głową.
- Pod lipą. To zawsze było jej miejsce.
Miejsce, które omijałem. Bałem się, że już stamtąd nie wrócę.
Ja wiedziałem, że stamtąd nie wrócę. Taki był mój los.
Celirion długo nie wracał. Zaczynałem się martwić, że podzielił
los mojej siostry zamiast mnie. Nagle jednak przede mną stanął.
- Czy mówiła coś…?
Pokiwałem głową.
- „Randilu, obiecaj mi, że nie dopuścisz, by pragnął ze mną
pozostać. Ciebie nie mogę o to prosić. Wiem, że zostaniesz. Że
musisz zostać, tak, jak Rindalin. Ale on nie, nie pozwól mu. Powiedz
mu, że… że go kochałam. Cały czas. Powiedz mu to” –
zacytowałem. Umiałem te słowa na pamięć.
- Ty też ją kochałeś, przyjacielu – zauważył cicho po chwili.
Nie odpowiedziałem.
- Nie powinieneś. Ja również. Bo…
- Bo była człowiekiem – dokończyłem. – Tylko człowiekiem.
- Aż człowiekiem – poprawił mnie. – Wiesz… nie mamy racji –
wyznał po chwili. – Nie mamy racji mówiąc, że nie ma sensu
interesować się ludźmi bardziej niż tylko przelotnie, że to nic
nieznaczące epizody w naszym długowiecznym życiu. To nieprawda.
Tysiąc razy bardziej wolę ten ból, który ściska mi serce niż
myśl, że mógłbym jej nigdy nie spotkać.
- Masz rację – szepnąłem. – Masz rację, Celirionie.
- Odejdę – zdecydował. – Nie mogę tu być, jeśli chcesz
dochować obietnicy. Już teraz czuję silne pragnienie, by tu
pozostać, przy niej, na wieki.
- Wiem – szepnąłem, zamakając znów oczy. – Wiem.
Nie słyszałem jak odchodzi. Znów mu zazdrościłem. Bo mógł
odejść. Ja nie mogłem. Musiałem zostać
A przecież…
Lileea umarła. Bo była człowiekiem.
Tylko człowiekiem.
~***~***~***~
W Północnym Królestwie stoją dwa niezwykłe pomniki. Oba stoją
w pobliżu dwóch niezwykłych nagrobków. Nagrobków niezwykłych,
bo przechowują pod sobą kości dwojga ludzi, którzy odważyli się
obdarzyć miłością elfy. Nad jednym z nich góruje postać pięknej
elfki. Po jej policzkach spływają łzy, a choć wykonana jest z
kamienia, wygląda jak żywa. Są tacy, którzy twierdzą, że łzy
co jakiś czas posuwają się w dół, jakby postać była
rzeczywiście żywa i opłakiwała ukochanego.
Drugi stoi na środku polany. Tutejszy pomnik również wyobraża
elfa. Ten jednak siedzi z zamkniętymi oczami, jakby pilnował grobu
spoczywającej obok kobiety. Ludzkiej kobiety. Nie opłakuje jednak
ukochanej lecz przyjaciółkę.
Tak jak zapowiedziano, rodzeństwo podzieliło ten sam los. Choć
nie do końca. Tylko jednemu z nich dane było doznać miłości
człowieka, równie niedoskonałej jak on sam, a mimo to piękniejszej
i wspanialszej niż jakiekolwiek uczucie, którego doświadczyć może
elf. Czy to dlatego, że ich żywot jest dla elfów równie krótki,
co w ich odczuciu życie motyla?
Świat nie jest ani biały, ani czarny. Świat składa się z
odcieni szarości. Takich jak kamień nagrobka. I napis na nim w
języku elfów:
„Tu spoczywa Lileea, ludzka czarodziejka, córka elfowego lasu,
dla której elf gotowy jest poświęcić swą długowieczność”
__________
Długo nic się tutaj nie działo, nie bardzo mam czas napisać coś nowego, więc odgrzebałam jakiegoś starocia, który na oko ma 4-5 lat. Jest to twór dość specyficzny, ponieważ to jakby niefanfickowa wersja mojego fanficka o "Władcy Pierścieni". Zapętliłam? Już tłumaczę.
Bardzo dawno temu stworzyłam fanficka o "Władcy Pierścieni", którego nie udało mi się dokończyć (o tym oraz o próbach reaktywacji, kiedyś napiszę TUTAJ). Jakiś czas później udzielałam się na pewnym forum i wzięłam udział w tamtejszym konkursie literackim. Nie mogłam przedstawić tam mojego fanficka, więc... więc wsadziłam moja bohaterkę do podobnego, ale stworzonego przeze mnie uniwersum, nieco zmieniłam wątki i powstało to coś powyżej.
Tak więc macie niepowtarzalną okazję czytać fanfick na podstawie fanficka i to napisany przez tę samą osobę.
Takie coś się chyba leczy, nie?
PS: U mnie nowości na "Odchodzę" oraz na "Na skrzydłach". Oneshoty jakieś się tworzą, stay tunned.
Eh.. Nie lubię fantasy, ale przeczytałam bo lepsze to niż nic 😂
OdpowiedzUsuńNo i przyjemna historia ci z tego wyszła. Po prostu ;)
Pozdrawiam i wesołych świąt życzę! :)
Ola
Jakie nic?! :p A "Księżniczki" to pies? :p
UsuńDziękuję, Tobie też Wesołych Świąt!
Oj! Księżniczki to inny blog! Współtworzony a chodziło mi o ten blog i oneparty 😂
Usuń