Strony

Ogłoszenia drobne

W tej chwili mało się tutaj dzieje, nieco więcej dzieje się na moim Wattpadzie, ale pracuję nad tym. Oczekujcie wieści na Twitterze :)
Zakładka Aktualności zniknęła, bo była mało... aktualna. Może kiedyś wróci. Może.

sobota, 8 lipca 2017

Iskra

Poniedziałek, 4. maja
Antoni Kraszewki, pięćdziesiąt sześć lat, elektryk z Warszawy.

Wtorek, 5. maja
Mary Louise Freeman, trzydzieści cztery lata, aktorka z Maine.

Środa, 6. maja
Sara Miller, osiem lat, uczennica z Glasgow.

Czwartek, 7. maja
Sonja Jewgienicz, siedemnaście lat, uczennica szkoły baletowej w Moskwie.

Piątek, 8. maja
Naoku Yamamoto, osiemdziesiąt osiem lat, emerytowany zegarmistrz z Tokio.

Sobota, 9. maja
Frida, nazwisko nieznane, czternaście lat, bezdomna z przemieści Madrytu.

Niedziela, 10. maja
Andraz Pokal, czterdzieści jeden lat, informatyk z Kranja.

Poniedziałek, 11. maja
Jacques Chantal, dwadzieścia osiem lat, architekt z Nicei.

Wtorek, 12. maja
Giovanna Bellaro, sześćdziesiąt lat, kucharka z Rawenny.

Środa, 13. maja
Karolina Więc, dwadzieścia jeden lat, studentka medycyny z Krakowa.

Czwartek, 14. maja
Paweł Rozumny, dwadzieścia jeden lat, student medycyny z Krakowa. Dzisiejsze ja.

***

Wpatruję się zapisaną kartkę, a właściwie serwetkę. Kawa już dawno wystygła, a ja ze zmarszczonymi brwiami po raz kolejny czytam mój spis. Tych wpisów powinno być więcej, ale tylko ostatnie kilka dni jestem w stanie odtworzyć w pamięci na tyle dokładnie, by zebrać te szczątkowe informacje. Był jeszcze stary rolnik z Indii i jakiś biznesmen z Chin, ale nie jestem w stanie stwierdzić, który był pierwszy i jak dawno temu to było. Mam jakieś strzępki wspomnień z Hawajów, w każdym razie z miejsca, gdzie były piaszczyste plaże i błękitne morze okupowane przez opalonych surferów.
Dzisiejsze ja.
Wpatruję się w ten dopisek przez dłuższą chwilę, nim wykreślam go zdecydowanym ruchem, który aż rozrywa serwetkę. Nie ma sensu pisać czegoś takiego, jutro ta informacja nie będzie już aktualna. Liczą się fakty, nic więcej.

***

Zaczęło się to mniej więcej trzy miesiące temu. Miałem na imię Jason, miałem szesnaście lat i o godzinie ósmej rano stałem w samych bokserkach przy wyspie w kuchni popijając sok pomarańczowy. Zresztą, jak w każdą sobotę. Miałem czas do dziewiątej, bo o tej porze wychodziłem na trening. Grałem w football, byłem bramkarzem.
Wszystko było w porządku, aż do momentu, kiedy na dół zeszła moja siostra bliźniaczka, Jane.
- Siema, siostra. Wyglądasz kwitnąco - rzuciłem na powitanie, widząc jej zmierzwione włosy.
- Spadaj, golasie - odwarknęła. - Co ty dzisiaj taki radosny?
- Przecież wieczorem jest impreza u Mike'a - odpowiedziałem, wzruszając ramionami. - Idziesz ze mną?
Jane oderwała wzrok od lodówki, w której właśnie próbowała znaleźć coś na śniadanie i spojrzała na mnie wyjątkowo przytomnie jak na tę porę. Była strasznym śpiochem, zwłaszcza w soboty.
- Jaka impreza? - zapytała podejrzliwie.
- No... u Mike'a - odpowiedziałem nieco mniej pewnie. Szczegóły umknęły mi z pamięci z szybkością światła.
Jane zamknęła lodówkę i zaplotła ręce na piersi.
- Jason... Ale kim jest Mike?
Zamrugałem zaskoczony. Przeniosłem wzrok na szklankę z sokiem, a potem ponownie na siostrę.
Faktycznie, przecież ja nie znałem żadnego Mike'a.
- Cholera, coś mi się musiało przyśnić. Sorry, jeszcze się nie obudziłem do końca - wymamrotałem, dopijając szybko sok. - Lepiej pójdę do łazienki, nie chcę się spóźnić.
- Masz jeszcze pełno czasu... - dobiegł mnie jeszcze zdziwiony głos Jane.
Okej, to było dziwne. Mega dziwne.
Poza tym jednym epizodem, dzień minął spokojnie. 
Kilkanaście dni później, składając długopisy w fabryce w Tajlandii uświadomiłam sobie (tak, wtedy byłam dziewczyną), że Mike nie był znajomym Jasona. Mike był znajomym Debry, osoby, którą byłam dzień wcześniej.
Cała zabawa polegała na tym, że wcześniej nie wiedziałam, że każdego dnia jestem kimś innym.

***

Zastanawiam się, czy nie umieścić Jasona na liście. Ostatecznie powstrzymuje mnie fakt, że nie mam pojęcia, jaka to była data, prócz tego, że był to luty. Będąc tym chłopakiem z Nowego Jorku, odkryłem, że mam wspomnienia, które nie należą do mnie. Wtedy wziąłem to za przejaw jakiegoś deja vu, czy innego zaburzenia pamięci.
Ale potem takie sytuacje zaczęły się powtarzać.

***

- Aina, co ty robisz?
Zerkam zaskoczona na Hildę, a ręka z widelcem zamiera nad sałatką z kurczakiem.
- O co ci chodzi? - marszczę brwi, nie rozumiejąc, co ma na myśli.
- Przecież ty nie cierpisz kurczaka! - wykrzykuje moja przyjaciółka, oskarżycielskim gestem wskazując na talerz.
Podążam za jej wzorkiem i żołądek podchodzi mi do gardła. Boże, jak ja nienawidzę drobiu!
Odsuwam od siebie talerz jak najdalej, by nie widzieć tego okropieństwa. Mdli mnie od samego zapachu.
- Jezu, dzięki, uratowałaś mnie. Nie wiem, czemu to zamówiłam, chyba byłam w jakimś transie. - Pocieram twarz dłońmi, próbując zrozumieć, co się stało.
- Może jesteś w ciąży? Smaki się wtedy zmieniają i zdarza się też rozkojarzenie. - Hilda zerka na mnie ciekawie.
- Nieee... - Kręcę głową. - Olle zawsze pamięta o prezerwatywach, a ja biorę tabletki, tak jak prosił. Zresztą, w zeszłym tygodniu miałam okres, to niemożliwe.
- Faktycznie. A rozmawiałaś z nim o tym w końcu? - pyta, a kurczak odchodzi w niepamięć.
- O czym? - mruczę, choć wiem doskonale, o co jej chodzi.
- O dzieciach. Przecież chcesz tego, sama mówiłaś. A jesteście małżeństwem już trzy lata! - woła Hilda, a ja wzruszam ramionami.
- Ale on nie chce, dam mu czas, jeszcze zmieni zdanie.
- Jak już będzie za późno! - oburza się Hilda. - Aina, ty wiesz ile trwa wychodzenie z antykoncepcji hormonalnej? Jemu się zachce za dziesięć lat, pięć lat będziecie próbować, a potem menopauza i kicha! Masz już prawie trzydzieści lat, to nie żarty!
- Wiem - odpowiadam niechętnie. Nie chcę teraz rozmawiać o Olle i jego niechęci do powiększania rodziny. Zawsze jest tylko "później", "nie teraz", "porozmawiamy potem". - Chodźmy do mnie, pokażę ci tę sukienkę, którą wczoraj kupiłam.
- Kupiłaś sukienkę? - dziwi się Hilda. - Nic nie mówiłaś!
- Nie? - Marszczę brwi. Do mojego domu nie ma daleko, to zbyt krótki dystans, by poruszać temat dzieci i chwała Bogu.
W domu otwieram szafę i szukam błękitnej sukienki, którą wczoraj kupiłam. Kurier przyszedł późno, a ja cały wieczór nie mogłam się nacieszyć widokiem nowego ubrania.
- No gdzie ona jest... przecież odwieszałam ją do szafy... - mamroczę pod nosem, przeglądając wieszaki, sukienki jednak tam nie ma.
Po pół godzinie poszukiwań muszę pogodzić się ze smutną prawdą - w moim domu nie ma nowej sukienki.
- Może nie odebrałam jej ze sklepu? - zastanawiam się na głos, ignorując zmartwiony wzrok Hilde. Jestem niemal pewna, że zamawiałam kuriera, ale może jednak zaznaczyłam na stronie odbiór w sklepie? - Jestem strasznie skołowana ostatnio, pojedziesz ze mną?
- Jasne - odpowiada Hilde i jedziemy do centrum handlowego na obrzeżach Trondheim.
W sklepie nie ma sukienki w moim rozmiarze, nie ma także zamówienia na moje nazwisko. Kasjerka sugeruje, że może zamówiłam ją do innego sklepu, ale to nie jest możliwe. Miałam dziś zostać bez samochodu, nie było opcji, bym miała jechać po nią gdzieś daleko.
- Aina, co się dzieje? - pyta cicho Hilde, kiedy wychodzimy ze sklepu.
- Nie wiem, naprawdę kupiłam tę sukienkę - odpowiadam.
- To chyba coś innego niż ciąża - dodaje Hilde jeszcze ciszej.

***

Aina Soeberg nie lubiła kurczaka, od trzech lat próbowała namówić męża na powiększenie rodziny i nie kupiła niebieskiej sukienki.
Kurier przyniósł niebieską sukienkę do mieszkania osiemnastoletniej Clarence Milton z Chicago. Clarence Milton, która uwielbiała nuggetsy z KFC oraz udka z grilla bardziej niż cokolwiek innego na świecie.
Ale tego dowiedziałem się dopiero potem, wspomnienia atakowały mnie niespodziewanie, a ja z trudem potrafiłem dopasować je do odpowiednich osób i miejsc.
Od dnia, w którym Aina nie mogła zrozumieć, co stało się z jej błękitną sukienką wszystko stawało się coraz dziwniejsze. Pamiętałem miejsca, w których nigdy nie byłem. Ludzi, których nigdy nie spotkałem. Początkowo udawało klasyfikować mi się te sytuacje jako sen, albo bardzo silne deja vu, ale było tego zbyt dużo, by to mógł być przypadek.
W końcu uznałem, że to wspomnienia z innego życia. Reinkarnacja i te sprawy. Sprawy nie ułatwiał fakt, że byłem wtedy w zakonie sióstr karmelitanek bosych, ale nie potrafiłem - a raczej nie potrafiłam - znaleźć innego wytłumaczenia, które nosiłoby w sobie znamiona logiczności.
Potem jednak stało się coś, co obaliło tę tezę i kazało zbudować mi hipotezę, którą próbuję dopracować aż do dnia dzisiejszego.

***

Wchodzimy na salę kinową wraz Monique. Moja narzeczona obejmuje mnie w pasie, co wcale nie ułatwia mi utrzymania pudełka z kopiastą porcją popcornu.
- Mon, poczekaj, bo mi się wszystko wysypie - zwracam jej uwagę, a ona robi nadąsaną minę.
- Nie dość, że odmówiłeś pójścia na komedię romantyczną, to jeszcze skąpisz mi czułości, no wiesz! - obrusza się.
- Zapewniam cię, że film ci się spodoba. To najnowsza produkcja Tarantino. Kill Bill ci się podobało, prawda? - zwracam jej uwagę.
- Powiedzmy. - Nadal jest nadąsana.
Siadamy na naszych miejscach i po chwili zaczyna się film. Trzymam Monique za rękę i od czasu do czasu całuję w szyję, by nie czuła się niedopieszczona. W granicach rozsądku jednak, by nie stracić wątku, filmy Tarantino bywają skomplikowane.
- Chyba widziałem już ten film - zauważam nagle.
- Ambroise, nie bądź niemądry. To przecież premiera! - beszta mnie Mon szeptem.
- Mówię poważnie, w następnej scenie on ginie pod prysznicem - odpowiadam.
- Przecież są na pustyni! Skąd tam prysznic...? - irytuje się Monique.
Z tyłu dobiegają nas uciszające syki, milkniemy więc. W tym momencie bohater budzi się ze snu, w którym umierał z pragnienia na pustyni i pędzi pod prysznic, by wziąć kąpiel i nawilżyć przesuszoną skórę.
Niespełna minutę później pada martwy.
- Ambroise... - Monique zerka na mnie zaskoczona. - Skąd...?
- Może były jakieś przecieki - ucinam temat. Sam jednak siedzę, jak na szpilkach, bo z minuty na minutę poznaję coraz więcej szczegółów.
Znam dialogi niemal na pamięć, jakby to był film, który widziałem setki razy. Wiem, że scenę z tygrysem kręcono piętnaście razy. Za trzynastym razem zwierzę podrapało jednego z aktorów i zdecydowano się na kaskaderów.
Wiem, że wycięto kilkusekundową scenę pod koniec filmu, bo aktorka grająca główną rolę nie zgodziła się rozebrać przed kamerą.
Wiem, że...
- Jak ci się podobał film, kochanie? - pyta mnie Monique, kiedy odprowadzam ją do domu. Próbuję ją namówić od dwóch tygodni, byśmy zamieszkali razem, jej rodzina ma jednak dość staroświeckie podejście do tych spraw. Dziś, jest mi to wyjątkowo na rękę.
- W porządku, ale spodziewałem się czegoś innego - odpowiadam.
- W takim razie, następnym razem idziemy na komedię. - Mon natychmiast to wykorzystuje.
- Dobrze, kochanie. Pójdę już, mam dużo pracy.
Całuję ją na do widzenia i wracam do domu. Tam przeszukuję internet w poszukiwaniu spojlerów do obejrzanego właśnie filmu i znajduję kilka, ale żaden nie jest tak szczegółowy, jak to, co odkryłem podczas seansu.
Skąd w takim razie to wiedziałem? Dokładnie tak, jakbym brał udział w jego produkcji...?
Jak to wszystko się mogło stać?

***

Odpowiedź była prosta - to nie była reinkarnacja, przedział czasowy był zbyt mały, zbyt wiele szczegółów, które można było porównać.
Potem odkryłem, że byłem mocno zaangażowany w produkcję filmu, kilka tygodni przed tym, jak zaprosiłem Monique do kina, byłem na przedpremierze w Hollywood i to w loży VIPów. Znałem ten film na wylot, bo przecież taka jest rola reżysera, prawda?
Kiedy poskładałem te wszystkie elementy do siebie - film, kurczaka, sukienkę, Mike'a i setki innych wspomnień, których nie powinienem posiadać, pojawiła się myśl, że chyba wiem, o co w tym wszystkim chodzi. 
Ale nie było to łatwe. Bo każdego dnia byłem kimś innym.
I nie pamiętałem, kim byłem poprzedniego dnia. Jak widać - do czasu.

***

- Hej! - Karolina opada na miejsce obok mnie i odgarnia długie, czarne włosy. Pachną cytrusowym szamponem.
Druga butelka od lewej - przypominam sobie. - Kupiona dwa tygodnie temu w Rossmannie na przecenie.
- Cześć - odpowiadam. - Zamówiłaś coś?
- Latte, zaraz przyniosą.
- Z dwiema łyżeczkami cukru i podwójną śmietanką? - wyrywa mi się, a Karolina wybucha śmiechem.
- Paweł, skąd wiedziałeś? Przecież prawie się nie znamy! Czy ty mnie... stalkujesz? - pyta podejrzliwie.
- Nie, zaraz ci wszystko wyjaśnię... mam nadzieję. - Udaje mi się ściągnąć wzrokiem kelnera, który przynosi dziewczynie kawę i życzy nam smacznego.
- No więc? Dlaczego chciałeś porozmawiać?
- Nie masz czasem wrażenia... że nosisz w sobie cudze wspomnienia? Że twoje życie nie jest naprawdę twoim życiem? - pytam, czując się strasznie głupio. Wiem jednak, że mam rację. Nie ma innej opcji. - Że równie dobrze wczoraj mogłaś być zupełnie inną osobą?
- Paweł, chyba przesadziłeś z energetykami prze tyym zaliczeniem z histologi - śmieje się dziewczyna. - A może przepisujesz się na filozofię? Tak wam dali w kość na klinikach w tym tygodniu?
Wzdycham cicho, ale wiem, że tylko ona może mnie zrozumieć, tylko ona może mi uwierzyć.
W końcu... nie bez powodu dwa dni pod rząd moje dzisiejsze ja jest tuż obok tego wczorajszego, prawda?
Wspominam listę, którą ściskam kurczowo pod stolikiem. W ciągu ostatnich dziesięciu dni byłem w różnych zakątkach świata, z czego trzy razy w Polsce. To jakiś trop. Dwa razy w Krakowie. Wczoraj i dziś.
- Karolina, ja nie jestem Pawłem. To znaczy jestem, ale tylko dziś - mówię cicho. - Codziennie jestem kimś innym i wiem, że nie tylko ja tak mam. Być może wszyscy ludzie tak mają, wędrujemy między życiami, a żadne tak naprawdę nie należy do nas... - mówię gorączkowo.
- Bredzisz! - woła Karolina, ale po błysku w jej oczach widzę, że ją zaintrygowałem. - Piszesz jakąś książkę?
- Napisałem, trzynaście. A raczej kobieta, którą byłem piętnastego kwietnia - wyrywa mi się, nim zdążę pomyśleć. W sumie mógłbym ją dopisać do mojej listy, znam szczegóły.
- Albo mnie wkręcasz, albo... - Karolina zwiesza głos.
- Zaintrygowałem cię, prawda? Bo coś ci się nie zgadza, wiesz, że deja vu nie działa w taki sposób, nie na taką skalę. Sama tego doświadczyłaś, ale nie chcesz się do tego przyznać nawet sama przed sobą.
- Skąd wiesz...? - szepcze, zapominając na chwilę, że miała mnie wyśmiać i nie dać mi wiary.
Biorę głęboki oddech, nim wyrzucam z siebie:
- Bo wczoraj byłem tobą.

***

Dobre pół godziny zajmuje mi przekonanie jej, że mówię prawdę. Streszczam niemal pół jej życia, nim w końcu uznaje, że faktycznie nie ma innego logicznego wytłumaczenia niż to, że wczoraj byłem nią.
Karolina ma mnóstwo pytań, zresztą jej się nie dziwię. Sam bym miał na jej miejscu. Choć w pewnym sensie, jestem na jej miejscu, bądź ona na moim. To dość skomplikowane.
- Jak to działa? - pyta, a ja staram się wytłumaczyć jej to w najprostszy możliwy sposób.
- Długo próbowałem to rozgryźć, ale moja teoria wygląda tak... - rozpoczynam, a Karolina przytakuje raz za razem, jakby moje słowa pokrywał się z tym, czego sama doświadczyła.
Ciało człowieka zapamiętuje wszystko. Imiona, nazwy, zapachy, uczucia, emocje, słowa, teksty ulubionych piosenek, charakter, osobowość... wszystko, dosłownie wszystko. My jesteśmy tylko bytem, który te ciała ożywia, wprawia w ruch. Iskrą, która na jeden dzień dostaje czyjeś życie i żyje nim, nie wprowadzając do niego żadnych zmian.
- Żadnych? - pyta Karolina.
- Myślałem nad tym - przyznaję się. - Być może stąd biorą się genialne olśnienia, te wszystkie niewyjaśnione zaburzenia pamięci, przebłyski geniuszu... To te momenty, kiedy odzywają się w nas wspomnienia innej osoby. Osoby, w której żyliśmy wcześniej... - mówię, nim wracam do przerwanego wątku.
Poza tym, raczej nie wpływamy na historię osób - ciał, w których żyjemy. Dostajemy je z całą historią, osobowością, znajomymi, rodziną problemami i sukcesami. Przeżywamy jeden dzień z ich życia, a następnego dnia budzimy się jako ktoś zupełnie inny.
I nie pamiętamy, kim byliśmy wczoraj.
- Czyli, czekaj, bo nie rozumiem - znowu mi przerywa. - Co według ciebie robiłeś wczoraj?
- Jeszcze parę miesięcy temu powiedziałbym ci, że byłem na piwie ze znajomymi, pokłóciłem się przez telefon z mamą i pisałem zaliczenie z histologii, co akurat jest prawdą. Powiedziałbym ci tak, bo to robiło to ciało, niezależnie od tego, kto był w środku. - Wskazuję na siebie. - Ale od kilku miesięcy to tak nie działa. Zaczynam pamiętać. Najpierw nieistotne szczegóły, totalne bzdury, które kładłem, a raczej tamte osoby kładły na karb przemęczenia. Potem jednak pamiętałem więcej, aż w końcu zacząłem zapamiętywać kim dokładnie byłem poprzedniego dnia, co robiłem, gdzie mieszkałem. Więc odpowiadając na twoje pytanie, to co ci powiedziałem, robił wczoraj Paweł. Ja wczoraj spotkałem się z przyjaciółkami na kawie - latte z dwiema łyżeczkami cukru i podwójną śmietanką, również pisałem egzamin z histologii, ściągając od Pawła siedzącego przede mną odpowiedź do pytania siedemnastego. - w tym momencie Karolina oblewa się lekkim rumieńcem. - A wieczorem umyłem włosy cytrynowym szamponem. Druga butelka od lewej, kupiony na przecenie w Rossmannie dwa tygodnie temu. 
- A zatem... 
- Moje wczoraj, jest tym wczoraj, które przeżyło to ciało, które przeżyła Karolina. - Wskazuję na nią. - Wczoraj Pawła to ten dzień, który ci opisałem. A twoje wczoraj? Tego nie wiem... - Wzruszam ramionami, a ona ku mojemu zdziwieniu odpowiada:
- Vegas.
- Co? - dziwię się.
- Vegas. Las Vegas. Tam byłam wczoraj. Tak mi się wydaje - dodaje nieco mniej pewnie. - To znaczy, pamiętam kasyna, dużo kasyn. A... ja nigdy nie byłam w kasynie.
- Byłaś też kiedyś w klubie nocnym, jako tancerka - mówię.
- Nie, nigdy! - oburza się, po czym marszczy brwi. - Choć... Czekaj, skąd wiesz?
- Po tym poznałem, że masz ten sam problem co ja - odpowiadam. - Gd byłem tobą, miałem moje poprzednie wspomnienia. Ale było też jedno, czy dwa, które zupełnie do nich nie pasowały, nie były moje. Ale nie należały też do Karoliny.
- Mówisz o mnie w trzeciej osobie - zauważa urażona.
- Bo Karolina to nie ty. A ja to nie Paweł. Nie wiem, czy tylko my tak mamy. Czy tylko my pamiętamy bycie innymi osobami. Według mojej teorii, nic nie jest stałe. 
- Twierdzisz, że dusze krążą między ciałami i codziennie są w kimś innym? - pyta Karolina, a ja kręcę głową.
- Nie, nie dusze. Iskry.
- Iskry?
- Dusza to osobowość, charakter. Są przypisane do ciała, bo to się nie zmienia. Paweł jest tą samą osobą, co wczoraj, jutro też będzie taki sam. Choć nie do końca, bo zapamięta tę rozmowę. Karolina również.
- O, cholera! - Dziewczyna unosi rękę do ust. - Będą mieli niezłą zagwozdkę, przecież oni mogą skończyć w psychiatryku!
- Im dłużej nad tym myślę, tym bardziej mi się wydaje, że tak właśnie do się kończy - wzdycham. - Iskra, która zbyt wiele zapamięta, która skumuluje w sobie zbyt wiele wspomnień może doprowadzić do tego, że któreś kolejne ciało traci zmysły. 
- Oni... my? - Karolina waha się. Nie wie, jakiego zaimka powinna użyć. Ja już dawno przestałem się zastanawiać. Także nad tym, jakiej jestem płci. To bez znaczenia. Jestem każdym, w takim samym stopniu, jak jestem nikim. - Oni będą to wszystko pamiętać, tak?
- Tak.
- I, zgodnie z twoją teorią, jakieś dwie inne Iskry dowiedzą się o tym, gdy jutro będą nimi, tak?
- Mniej więcej.
- Więc twoja teoria będzie się rozprzestrzeniać? - drąży dalej Karolina.
- Mam taką nadzieję. To już się zaczęło. W końcu, nie wpadłem na to dziś. - Wyciągam przed siebie rękę z moją listą. - Myślałem o tym wczoraj jako ty, to znaczy Karolina. Stąd wiedziałem, że prędzej, czy później mi uwierzysz. Bo już o tym myślałaś, tylko dzisiaj uznałaś to za dziwny sen, bo było to zbyt dziwaczne. Nauczyłem się odsiewać te wspomnienia. Gdy staje się kimś, mam w głowie cały jego życiorys. I od jakiegoś czasu pozostaje on w mojej głowie, mimo iż jestem już kimś innym. To zbyt wiele informacji, dlatego zapamiętuję tylko te najważniejsze. - Pokazuję jej listę. - Tymi osobami byłem w ostatnich dniach. W nich zaszczepiłem tę niepewność, którą zaszczepiłem i w tobie, w Karolinie. Liczę, że gdy następnego dnia pojawi się w nich kolejna Iskra, zacznie rozumieć, jak w rzeczywistości wygląda jej egzystencja.
- Iskra... - Karolina napawa się tą nazwą. - Ładnie brzmi. I chyba oddaje sens tego, o czym mówisz - dodaje z namysłem.
- Cieszę się, wydawało mi się to naturalne - dodaję skromnie.
- Tobie? Pawłowi? A może Karolinie? Fridzie? - Zerka na moją listę. - Kim jesteśmy, tak naprawdę? Pasożytami bytującymi na ludziach? - pyta nagle gorzko. - Osobnymi istotami?
- Nie... to coś innego. - Kręcę głową. - Nie wiem, kim bylibyśmy bez ludzi. Być może nikim, niebytem. Wszystko co mamy, należy do ciała, w którym w danym momencie mieszkamy. Wszystkie wspomnienia, wszystkie uczucia, charakter, marzenia... Wszystko. Następnego dnia, nie pozostaje nic, zostaje wyparte przez odmienne wspomnienia, uczucia, inny charakter i marzenia. I tak każdego dnia od nowa.
- Do czasu, gdy część tych wspomnień zaczyna przenosić się wraz z nami - przerywa mi Karolina. - Ludzie w śpiączce - mówi nagle.
- Co?
- Ludzie w śpiączce - powtarza. - Mają to wszystko o czy mówisz: historię, marzenia, charakter, uczucia, a jednak... 
- A jednak brak im czegoś. Brak im Iskry - dokańczam cicho. - My nie istniejemy bez ludzi, ale oni bez nas też nie mogą funkcjonować. To nie pasożytnictwo, to symbioza.
- Więc nie jesteśmy osobnym bytem, tylko... wybacz, cały czas ciśnie mi się na usta "dusza". - Krzywi się Karolina. - Ale masz rację, to nie osobowość się zmienia, dusza, czymkolwiek jest pozostaje na miejscu. Jesteśmy tylko...
- Pierwiastkiem życia - mówię, uświadamiając sobie, że taka jest prawa. - Pierwiastkiem życia, bezosobowym, bezpłciowym. Wędrującym pierwiastkiem, który ma szansę poznać niemal każdego człowieka na ziemi.
- Wolałabym chyba tego nie wiedzieć - wzdycha Karolina. - Wolałabym nie wiedzieć, że...
- Że istniejesz? - podpowiadam.
Podnosi na mnie wzrok.
- Chyba tak. Chyba tak - powtarza.
- To trudne, ale... 
- Zdaliśmy sobie właśnie sprawę ze swojego istnienia, wyodrębniliśmy się z ludzkiego bytu - przerywa mi Karolina. - To nie jest nic. Ale spójrz na to w ten sposób: jak to wpłynie na życie tych ludzi? Jutro Paweł i Karolina obudzą się i co?
- W najlepszym wypadku uznają to za dziwny sen - mruczę.
- A w najgorszym?
- Zaczną zadawać pytania, drążyć. Uświadamiać sobie - mówię, a Karolina kręci głową.
- Nie wiem, czy dobrze zrobiłeś. Nie wiem, czy to dobry pomysł uświadamiać światu, że jest czymś innym niż się wszystkim wydaje. Chyba lepiej by było, gdyby wszyscy pozostali w nieświadomości.
- Być może zostaną. Dwie świadome Iskry, to trochę za mało by wywrócić świat do góry nogami, nie sądzisz? - pytam z uśmiechem.
- A ludzie, u których zacząłeś sobie uświadamiać? To zostawia w nich ślad, ślad, który mogą odkryć inne Iskry. I też zaczną drążyć. Wiesz, jaki to może mieć skutek? - pyta z napięciem w głosie.
- Nie wiem. - Kręcę głową. - Ale... Co mogłem zrobić? Miałem udawać, że nie ma tych wspomnień? Że wszystko gra? Karolina, ja pamiętam każdy szczegół wczorajszego dnia. Twojego dnia. Pamiętam to, będąc Pawłem. To nie jest coś, co można zawalić na roztargnienie. Tak czy inaczej, jutro Paweł by wiedział, że poprzedniego dnia pamiętał każdą minutę środy według Karoliny Więc. Obok czegoś takiego nie da się przejść obojętnie.
- Dlaczego tak nam się dzieje? - pyta Karolina słabo. - Dlaczego zaczynamy pamiętać?
- Może jesteśmy wadliwymi egzemplarzami? - uśmiecham się blado. - A może tak właśnie miało być?
- Co z tym zrobimy? - dopytuje się cicho.
- Nie wiem. Jutro mogę być rosyjskim miliarderem albo rolnikiem uprawiającym ryż w Chinach. Mogę być japońską gejszą albo papieżem. Ty możesz być jutro mną, zapaśnikiem sumo albo prezydentem USA. - Wzruszam ramionami. - Nie wiadomo, co się wydarzy.
- Będziesz dalej próbował uświadamiać innych? - dopytuje się Karolina. Zerka na zegarek, a ja wiem, że musi odebrać młodszą córkę sąsiadki z przedszkola, jak co czwartek. Nasz wspólny czas się kończy.
- Tylko dzisiaj trafiła mi się taka okazja. Być może, gdy znowu spotkam kogoś, kto ma wątpliwości... Zobaczę. Niczego nie mogę być pewien - wzdycham.
- Muszę już iść - mówi Karolina przepraszającym tonem i podnosi się z krzesła. - Zobaczmy się jeszcze?
- Karolina i Paweł na pewno. My? Ciężko stwierdzić - odpowiadam.
Przygląda mi się z uwagą, po czym nachyla się i całuje mnie w policzek.
- Cóż, będą mieli dużo do omówienia, zapewne. Taki rzeczy, zbliżają ludzi, prawda? - Przygląda mi się bystro.
- Taaa... to chyba ten przypadek, gdy nieco wpływamy na ich życie - uświadamiam sobie. - Ale myślę, że Paweł nie ma nic przeciwko.
- Karolina też nie - odpowiada mi z uśmiechem.
- Myślisz, że umówienie ich do kina na jutro będzie przegięciem? - pytam z łobuzerskim błyskiem w oku.
- Chyba nie. Tylko błagam, nie ten nowy film Tarantino! - dodaje, już niemal w biegu.
- Czemu? - wołam za nią.
- Nie znoszę faceta! Zdzwonią się wieczorem, naprawdę muszę iść! Muszę...
- Wiem, Amelka. - Kiwam ze zrozumieniem, a Karolina posyła mi na pożegnanie buziaka.
Zdaje się, że wywołałem prawdziwą lawinę zdarzeń. Lawinę, która może odmienić oblicze świata.
Przyjemna jest myśl, że mogę również zrobić coś dobrego w życiu dwojga młodych ludzi.
Jestem Iskrą. To ze mnie rodzi się płomień.
___________
Brzmi to zapewne, jak kiepski plagiat "Każdego dnia", ale zapewniam, że ten pomysł wpadł mi do głowy na długo przed tym, nim przeczytałam tę książkę, a stało się to dzisiaj.
Pomysł przyszedł równolegle z pomysłem na "Historie nieopowiedziane" i podobnie jak w tamtym przypadku jest totalnie nieodpracowany i nierozwinięty. Cóż, wygląda na to, że w tym przypadku pan David Levithan wykonał robotę za mnie.
Myślałam, że będzie to wyglądać inaczej, ale wyszło właśnie tak. Nie bijcie za błędy, tekst prosto spod igły. Jeszcze mi się nawet synapsy nie schłodziły.
Jak myślicie?  Ma to jakiś sens?

9 komentarzy:

  1. Pierwsza czy coś!!! 😂 Z tej okazji walne Ci tu krotkiego komentarza, a co!
    Jaka rozkmina, jaki mindfuck. Każdego dnia czytałam dość dawno i niezbyt to pamiętam , ale twoja wersja jakoś bardziej mnie przekonała. Szanuję insajd dżołki i nawiązania o ile dobrze je skumałam😂😂 pisz więcej łanszotów, bo do twoich epopeji jakoś ciężko mi sie ostatnio zabrać 😂 Ale je przeczytam!
    Pozdrawiam wszystkich
    Nat z rodzinką

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tłumów się nie spodziewam, spokojnie XD
      Ja czytałam dziś i z całych sił starałam się trzymać pierwotnej wersji, którą wymyśliłam mniej więcej rok temu. Niestety, dość mocno się pokrywa z pomysłem tamtego pana :P.
      Nawiązań właśnie nie robiłam specjalnie jak coś wyszło to przypadkiem XD.
      Również pozdrawiam!
      (z rodzinką? Mam się bać? :O)

      Usuń
    2. Przyjaciółka jak mi wysyla coś mejlem, to pisze głupie rzeczy i kończy w ten sposób i mam z tego ubaw, także nie masz sie czym martwić 😂

      Usuń
  2. Wow. Świetne! Nie spodziewałam się, że tak mnie to zaciekawi. Książki tamtej nie czytałam ale myślę, że to nie moja bajka. A twój onepart? Genialny!
    Pozdrawiam, Ola

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hah, dzięki :)
      A książkępolecam - jeśli onepart Ci siębpodobał to i ona powinna ;)

      Usuń
  3. Już wcześniej mówiłam Ci, że ta historia zaintrygowała mnie po pierwszych kilku akapitach. Teraz powiem Ci jeszcze, że czytając ją, musiałam się skupiać tak jak przy czytaniu trudniejszej literatury na studia i mam wrażenie, że momentami parował mi mózg XD Nie zrozum mnie źle, bo bardzo fajnie to napisałaś. Ale jest to też baaardzo zakręcone, a ja książki o przenoszeniu się w czasie czy w ciało innej osoby czytam bardzo rzadko. W tym momencie do głowy przychodzą mi tylko dwie tego typu, które przeczytałam. "Pewnego dnia" nie czytałam, aczkolwiek słyszałam o niej i uznałam, że to musi być szalone. I wciąż tę opinię podtrzymuję XD Bo jak się w ogóle zabrać do takiego tematu? Czytając ma się mindfuck, a co dopiero tworząc. Naprawdę Cię podziwiam, bo wydaje mi się, że nie strzeliłaś żadnego byka i wszystko logicznie (inna sprawa czy tu w ogóle można mówić o jakiejkolwiek logice XD) przeprowadziłaś. Podoba mi się zakończenie. Przez tyle lat czytania książek i fanfików wciąż jeszcze nie zdecydowałam się, czy wolę zakończenia otwarte czy zamknięte. Wydaje mi się, że to chyba zależy od danego przypadku. I tutaj akurat zakończenie otwarte chyba jest bardziej na miejscu. Ja w każdym razie nie wiem, jak można by było domknąć tę historię. Nie sądzę, żeby coś mogło się zmienić we wszechświecie poprzez to, że dwie, jak to nazwałaś, Iskry zdały sobie sprawę ze specyfiki swojego istnienia. A przynajmniej nie od razu, bo po dłuższym czasie może się okazać, że takich Iskier jest więcej, a im ich więcej, tym większa tkwi w nich siła. Gdybam sobie teraz, ale nie zmienia to faktu, że zakończyłaś bardzo dobrze. A to wcale nie jest takie proste.
    No dobra, popisałam sobie trochę, pewnie bez większego sensu, więc na koniec jeszcze raz Ci powtórzę: to jest bardzo, bardzo dobre.
    Buziak! :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba mnie przeceniasz. Asiku XD To tylko taka sobie bajeczka, nie do końca przemyślany pomysł. "Pewnego dnia" (a raczej "Każdego dnia", bo tak się nazywa pierwsza część, pomyliłam się XD) jest paradoksalnie lekką lekturą, przynajmniej dla mnie - podobnie jak Green, nie powaliło mnie. Tym bardziej zmotywowało do napisania, tego co wcześniej wymyśliłam XD.
      Ja lubię zakończenia otwarte. To taka bezpieczna opcja dla autora - nikt nie poczuje się zawiedziony, że coś poszło nie po jego myśli.
      Tutaj paradoksalnie zaczęła mi się tworzyć druga część tej histroii i w sumie mogłaby być z tego nawet taka "trylogia", ale zobaczę, czy mi się to jakoś w głowie rozwinie.
      Dziękuję Ci pięknie - to wcale nie tak, że nie ma sensu. Ma i to dużo!
      Buziak, E_A

      Usuń
  4. Wiesz, że niedługo wchodzi albo już wszedł do kin film bodajże, ,Każdego dnia". A tematyka jest właśnie taka jak w tym opowiadaniu. *-*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, dobrze wiedzieć :).
      No cóż, w sumie wymyślilam to, zanim poznałam tę książkę, alw faktycznie wyszło podobnie :p

      Usuń