Strony

Ogłoszenia drobne

W tej chwili mało się tutaj dzieje, nieco więcej dzieje się na moim Wattpadzie, ale pracuję nad tym. Oczekujcie wieści na Twitterze :)
Zakładka Aktualności zniknęła, bo była mało... aktualna. Może kiedyś wróci. Może.

piątek, 16 lutego 2018

Książka dziadka

BABCI I DZIADKOWI

***

Po cichutku wszedłem do pokoju.
Pierwsze co zauważyłem to kurz. Już zdążył się tu zebrać. Pokrywał wszystko cieniutką warstwą.
Nie włączając światła, podszedłem do biblioteczki schowanej w półmroku pokoju. Znałem ją na pamięć. Choć praktycznie nic nie widziałem, przesuwając palcem po grzbietach, wyczuwałem Szekspira, Sienkiewicza, Mickiewicza, Boy'a, Prusa, Homera...
Niżej, z nikłym uśmiechem, odkryłem bajki i opowiadania dla dzieci, a jeszcze niżej - fantastykę.
Dziadek czytał wszystko. Tą ostatnią poleciłem mu ja, zaledwie rok, czy półtora temu. Podobnie jak i ja, z zapartym tchem czytał „Eragona”, „Władcę Pierścienii”, czy „Most do Terabithii”.
W końcu, drżącymi rękami trafiłem na nią. Leżała na grzbietach innych książek. Tak samo zakurzona, tak samo bez właściciela. Wyciągnąłem ją z półki. Pod palcami wyczułem dwie wystające zakładki. Wytarłem ją z kurzu i otworzyłem na początku, tam, gdzie włożona była pierwsza zakładka.
Była prawie nowa. Dziadek zrobił ją dla mnie zaledwie parę tygodni temu, gdy postanowiliśmy razem czytać książki. Czytałem szybciej i dziadek za mną nie nadążał. Dlatego też zrobił dla mnie zakładkę, aby każdy wiedział, w którym miejscu akcji jest w tym momencie.
Moja zakładka była wykonana z ciemnozielonej tekturki. U dołu zakładki dyndały trzy warkoczyki zakończone frędzelkiem w kolorach: jasnozielonym, ciemnozielonym i żółtym. Na samej zakładce czarnym tuszem wypisana była sentencja po łacinie:
Habent sua fata libelli - I książki mają swoje losy.
Zgadzałem się z tym całkowicie. Każda historia ma tylko siebie samą, lecz każda książka, w której ta historia jest opisana, ma nie tylko ją, ale i swoją własną, niepowtarzalną historię. Między innymi dla tego tak szanowałem każdą, nawet najmniejszą, najbrzydsza, czy nieciekawą książeczkę.
Westchnąłem. Już teraz brakowało mi wspólnych pogaduszek o książkach, historiach i opowieściach, a także o historii Polski i Europy.
Książka, którą trzymałem w dłoniach była właśnie książką historyczną. Wydana niedawno, traktowała o historii Powstania Warszawskiego w 1944 roku.
Druga zakładka była założona nieco dalej niż wypadała połowa książki. Była już nieźle postrzępiona. Wykonana z brązowej skórki, przypominała moją, ale zamiast warkoczyków, miała luźno zwisające rzemyki w dwóch kolorach oraz wytłoczoną sentencję:
Legere et non intellegere neglegere est - Czytać i nie rozumieć jest to niedbalstwo.
Tą zakładkę znałem na pamięć. Swojej się jeszcze uczyłem. Tak samo i ze mną. Znałem każdy zakątek duszy mojego dziadka, każde słowo, każdy ton, uśmiech, każdą zmarszczkę na twarzy. A siebie dopiero zaczynałem poznawać.
Rozpocząłem lekturę.
Od razu moim oczom ukazały się czynione ołówkiem komentarze. Na marginesie, pod tekstem... Kiedyś uważałem, że to okropne tak bazgrać po książce, ale dziadek wytłumaczył mi, że to właśnie jest ta "historia książki". Zawiera myśli i wspomnienia właściciela. On tylko te myśli zapisuje, aby się nie wymknęły przez cienkie okładki książki.
Zapiski były różnego typu.
Te po łacinie były przemyśleniami dziadka. Gdy byłem młodszy, myślałem, że to potwornie trudny szyfr. Teraz z przyjemnością sięgałem po słownik i tłumaczyłem to, o czym myślał dziadek. Właśnie ze względu na łacinę, książki które czytałem po dziadku, czytałem bardzo długo.
Kolejny rodzaj zapisków można by nazwać listami pisanymi do mnie. Zawierały informacje na co powinienem zwrócić uwagę, gdzie mogę znaleźć dokładniejszy opis, czy też po prostu zapytanie o to, jak mi się podoba.
Ostatni rodzaj notatek, był powodem, dla którego dziadek wybierał wydania z szerokimi marginesami. Były to po prostu zabawne rysunki, zawierające w sobie komentarz do fabuły. Innym razem dziadek ograniczał się do paru słów parodii. Czasem zdarzało mu się przedstawiać "własną wersję wydarzeń".
Pamiętam, że wielokrotnie odgrywaliśmy pantominy przedstawiające te "nowe wersje wydarzeń". Nie raz, nie dwa grałem przywódców państw, poważnych szlachciców, czy nawet (dziadek miał duże poczucie humoru) zdarzyło mi się wcielać w postać Nel.
Lektura była ciekawa, jednak nie bardzo docierało do mnie co czytam. Od razu wspomniałem sentencję ze skórzanej zakładki.
Rozpocząłem lekturę od początku. Ile to dni minęło od kiedy postanowiłem czytać tę książkę razem z dziadkiem? Nie były to chyba nawet dwa tygodnie. Dziadek zaczął ją wcześniej, ja dopiero niedawno. I dokładnie tydzień temu, przerwałem w miejscu, w którym tkwiła zielona zakładka.
Po chwili już całkowicie wciągnęły mnie losy warszawskich powstańców. Historia była opowiedziana ciekawie, tak jakby to była książka przygodowa. Od pełnej skupienia zadumy odrywały mnie komentarze dziadka. Nie raz wybuchałem śmiechem, choć z punktu widzenia bohaterów nie było w tym nic śmiesznego. Ja także zaraz poważniałem. Po każdej eksplozji humoru uderzał mnie fakt, że teraz już tylko ja mogę na pozostałych stronach zostawiać kolorowe komentarze. Niestety, nie będą już takie zabawne.
Dziadek miał w zwyczaju także zaznaczać ołówkiem miejsce w którym skończył lekturę. Zakładka mu nie wystarczała. Przecież mówi ona tylko, na której stronie skończyliśmy lekturę, Nic nie wspomina o akapicie, ani wersie. A dziadek często przerywał lekturę nawet w połowie zdania. Wstawał, by sprawdzić coś w innym źródle i często po prostu tonął w lekturze innego dzieła. Od kiedy wraz z moją starszą siostrą, Amelią, nauczyliśmy dziadka korzystać z internetu, często poszukiwanie dodatkowych informacji kończyło się na stronie z grami online. I nie chodziło dziadkowi o szachy, choć lubił je prawie tak samo, jak literaturę. Grał w karty, chińczyka. Raz przyłapałem go nawet na jakieś strzelance...
Problem rozpoczynał się, gdy książkę czytał drugi raz. Nie wiedział, o które zaznaczenie mogło mu chodzić. W końcu znalazł rozwiązanie. Przy każdym zaznaczeniu dotyczącym drugiego czytania danej książki pojawiała się niewielka cyfra 2. Ostatnio trzymałem w rękach książkę, w której trafiłem na oznaczenie 35!
Aby to wszystko było czytelne i książka nie stała się chaotycznym dziennikiem z ocenami, dziadek pilnował, aby wszystkie ołówki były porządnie zatemperowane.
"Cieszę się, że jesteś tak odważny jak ci chłopcy, Michałku" - przeczytałem komentarz dziadka na marginesie, przy opisie pierwszych buntów młodych ludzi. Takich, którzy byli w moim wieku.
Ja? Przecież siedzę bezpiecznie w pokoju dziadka, nikt nie próbuje mi nic złego zrobić, innymi słowy żyję w wolnej Polsce i nie mam się czego obawiać. Gdzie tu odwaga? Chyba w tym, że przyznałem się ostatnio Amelii, kto potłukł jej połowę flakonów z perfumami (przez przypadek, oczywiście). Na szczęście nie używała ich zbyt chętnie i nie były aż takie drogie. Te ulubione na szczęście miała przy sobie. Była zła tylko dlatego, że przez trzy tygodnie nie umiała wywietrzyć pokoju.
A wracając do odwagi... Może dziadek ma rację? W końcu minął dopiero tydzień, a ja...
Kolejny komentarz był po łacinie. Rozejrzałem się za słownikiem i zauważyłem, że zrobiło się zupełnie ciemno. Niebo zaszło chmurami i słychać było grzmoty. Westchnąłem, zostawiłem otwartą książkę na podłodze i wstałem by włączyć światło (oczy zaczynały mnie boleć), ale w połowie drogi do kontaktu zawróciłem. Wziąłem zapałki i zapaliłem lampę naftową. Dziadek używał jej tylko wtedy, gdy opowiadał mi o swojej młodości. O swoich rodzicach, o wojsku, o tym jak poznał babcię... A przecież czytanie tej książki jest skazane na podobne wspomnienia. Lecz już nie wspomnienia dziadka, a wspomnienia o dziadku.
Słownik znalazłem szybko i zabrałem się za tłumaczenie tego, co dziadek zauważył, czytając podkreślone zdanie.
Tutto passerà, e queste parole sono.
Posprawdzałem odpowiednie słowa, ale tekst brzmiał dziwnie. Co dziwniejsze, niektórych słów nie było w słowniku. Przyjrzałem się zdaniu dokładniej. W zamyśleniu dostrzegłem jeden szczegół - to nie była łacina! To było po włosku! Te języki są bardzo podobne, dziadek często używał ich wymiennie, a nawet mieszał oba w jednym zdaniu. Zmieniłem słownik i sprawdziłem treść zdania:
"Wszystko przeminie, a te słowa zostaną."
Nie byłem pewien, czy to cytat, czy dziadek użył parafrazy w stosunku do kolejnej sentencji. W każdym razie, musiałem przyznać mu rację. Jego nie ma, a te słowa nadal czytam. Raz za razem.
W końcu zmusiłem się do dalszej lektury. Komentarze w języku łacińskim (lub włoskim) zmieniły charakter. Nie dotyczyły już tekstu, lecz były bardziej podobne do tego pierwszego. Również słowa skierowane do mnie, były inne niż zazwyczaj.
"Co robisz, Michałku?"
Czytam.
Nie, to nie o to mu chodzi. Tęsknię, myślę o tobie...
Obrazki zniknęły już całkowicie.
Powoli zbliżałem się do brązowej zakładki. Bałem się tego momentu. To tak jakbym dotarł do krawędzi. Mogę ją przekroczyć, lecz nie wiem co się ze mną stanie. Ktoś przede mną już tu dotarł i teraz go nie ma.
Zostało tylko kilka stron.
Dziadek tej książki nie skończył. A ja nie wiedziałem, czy mam dość odwagi, by to zrobić.
Ostatnia kartka. Na następnej była już zakładka. Właśnie miałem ją odwrócić i przeczytać ostatnią stronę, gdy zauważyłem niewielki komentarz:
"Boisz się, mój mały?"
Okropnie, dziadku.
"Bądź dzielny - tak jak ci chłopcy."
Wspomniałem jeden z komentarzy. "Cieszę się, że jesteś tak odważny jak ci chłopcy, Michałku."
Musiałem dać radę. Odwróciłem kartkę.
Dziadek skończył lekturę w połowie drugiego akapitu. Była to strona 193. Już wcześniej zauważyłem, że dziadek czytał długie fragmenty. Zaznaczenia pojawiały się co 7-8 stron. Czasem nawet czytał po 15 za jednym razem. Ostatni fragment miał ich dokładnie 5.
Uważnie rozpocząłem lekturę ostatnich słów dziadka. Tak, to były dla mnie ostatnie słowa dziadka. Nie te, które padły z jego ust tydzień temu. Słabe, ochrypnięte: "Kocham was".
Każde zdanie czytałem kilkakrotnie, tak że w końcu umiałem te dwa akapity prawie na pamięć.
Czytałem do zaznaczenia i zaczynałem od początku. Ani literki dalej. Jak chłopak, który krąży dookoła domu swojej dziewczyny, zanim odważy się stanąć oko w oko z jej rodzicami...
Nagle, gdy po raz kolejny czytałem ostatnie słowo, zauważyłem niewielką strzałkę na następną stronę. Na marginesie napisane były trzy cyfry:
"327"
Otworzyłem podaną stronę. Był to spis treści. Obok, na okładce, napisane było kilka zdań.
"Strach ma wielkie oczy" - tuż obok była moja niewielka karykatura z ogromnymi oczami.
Obrazki kontratakują - uśmiechnąłem się pod nosem.
"Słowa są martwe. Żywe jest tylko to, o czym nam mówią" - mówił machający z trumny nieboszczyk. Ten niestety mnie nie rozśmieszył. Pudło, dziadku!
"Umartwianie się zostaw mnie" - bardzo nieszczęśliwa karykatura starego człowieka.
"Ciekawość pierwszym krokiem poznania" - człowieczek z zaciekawioną miną na pierwszym stopniu schodów.
I ostatnie:
"Gotowy?" - zamiast obrazka ogromny znak zapytania i uniesiony do góry kciuk.
Skinąłem głową.
Wróciłem na 193 stronę i zacząłem czytać dalej.

***
Na ostatniej stronie, pod tekstem, było napisane ozdobnymi literami:
"Brawo!"
Michał wziął książkę pod pachę i wyszedł cichutko z pokoju. Na schodach do góry zderzył się z siostrą.
- Auu! Co robisz, pacanie!
Złapała się za stopę, na którą ją nadepnął.
- Zabieram dziadka do mojego pokoju.
Puknęła się w czoło, lecz gdy tylko ją minął, cichutko wsunęła się do pokoju dziadka.



"Śpieszmy się kochać ludzi - tak szybko odchodzą..." - ks. Jan Twardowski


__________
Kiedy to pisałam, moi dziadkowie byli jeszcze w komplecie. Nawet czytali to opowiadanie i bardzo im się podobało.
Teraz nie są. A to bardzo ładny sposób, by przypomnieć sobie, jak ich zapamiętać.
Korzystajcie z czasu, który Wam dano - nie wiecie, jak wiele go Wam jeszcze z nimi pozostało.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz