BABCI I DZIADKOWI
***
Po cichutku wszedłem do pokoju.
Pierwsze co zauważyłem to kurz. Już zdążył się tu zebrać.
Pokrywał wszystko cieniutką warstwą.
Nie włączając światła, podszedłem do biblioteczki schowanej w
półmroku pokoju. Znałem ją na pamięć. Choć praktycznie nic nie
widziałem, przesuwając palcem po grzbietach, wyczuwałem Szekspira,
Sienkiewicza, Mickiewicza, Boy'a, Prusa, Homera...
Niżej, z nikłym uśmiechem, odkryłem bajki i opowiadania dla
dzieci, a jeszcze niżej - fantastykę.
Dziadek czytał wszystko. Tą ostatnią poleciłem mu ja, zaledwie
rok, czy półtora temu. Podobnie jak i ja, z zapartym tchem czytał
„Eragona”, „Władcę Pierścienii”, czy „Most do
Terabithii”.
W końcu, drżącymi rękami trafiłem na nią. Leżała na
grzbietach innych książek. Tak samo zakurzona, tak samo bez
właściciela. Wyciągnąłem ją z półki. Pod palcami wyczułem
dwie wystające zakładki. Wytarłem ją z kurzu i otworzyłem na
początku, tam, gdzie włożona była pierwsza zakładka.
Była prawie nowa. Dziadek zrobił ją dla mnie zaledwie parę
tygodni temu, gdy postanowiliśmy razem czytać książki. Czytałem
szybciej i dziadek za mną nie nadążał. Dlatego też zrobił dla
mnie zakładkę, aby każdy wiedział, w którym miejscu akcji jest w
tym momencie.
Moja zakładka była wykonana z ciemnozielonej tekturki. U dołu
zakładki dyndały trzy warkoczyki zakończone frędzelkiem w
kolorach: jasnozielonym, ciemnozielonym i żółtym. Na samej
zakładce czarnym tuszem wypisana była sentencja po łacinie:
Habent sua fata libelli - I książki mają swoje losy.
Zgadzałem się z tym całkowicie. Każda historia ma tylko siebie
samą, lecz każda książka, w której ta historia jest opisana, ma
nie tylko ją, ale i swoją własną, niepowtarzalną historię.
Między innymi dla tego tak szanowałem każdą, nawet najmniejszą,
najbrzydsza, czy nieciekawą książeczkę.
Westchnąłem. Już teraz brakowało mi wspólnych pogaduszek o
książkach, historiach i opowieściach, a także o historii Polski i
Europy.
Książka, którą trzymałem w dłoniach była właśnie książką
historyczną. Wydana niedawno, traktowała o historii Powstania
Warszawskiego w 1944 roku.
Druga zakładka była założona nieco dalej niż wypadała połowa
książki. Była już nieźle postrzępiona. Wykonana z brązowej
skórki, przypominała moją, ale zamiast warkoczyków, miała luźno
zwisające rzemyki w dwóch kolorach oraz wytłoczoną sentencję:
Legere et non intellegere neglegere est - Czytać i nie rozumieć jest to niedbalstwo.
Tą zakładkę znałem na pamięć. Swojej się jeszcze uczyłem. Tak
samo i ze mną. Znałem każdy zakątek duszy mojego dziadka, każde
słowo, każdy ton, uśmiech, każdą zmarszczkę na twarzy. A siebie
dopiero zaczynałem poznawać.
Rozpocząłem lekturę.
Od razu moim oczom ukazały się czynione ołówkiem komentarze. Na
marginesie, pod tekstem... Kiedyś uważałem, że to okropne tak
bazgrać po książce, ale dziadek wytłumaczył mi, że to właśnie
jest ta "historia książki". Zawiera myśli i wspomnienia
właściciela. On tylko te myśli zapisuje, aby się nie wymknęły
przez cienkie okładki książki.
Zapiski były różnego typu.
Te po łacinie były przemyśleniami dziadka. Gdy byłem młodszy,
myślałem, że to potwornie trudny szyfr. Teraz z przyjemnością
sięgałem po słownik i tłumaczyłem to, o czym myślał dziadek.
Właśnie ze względu na łacinę, książki które czytałem po
dziadku, czytałem bardzo długo.
Kolejny rodzaj zapisków można by nazwać listami pisanymi do mnie.
Zawierały informacje na co powinienem zwrócić uwagę, gdzie mogę
znaleźć dokładniejszy opis, czy też po prostu zapytanie o to, jak
mi się podoba.
Ostatni rodzaj notatek, był powodem, dla którego dziadek wybierał
wydania z szerokimi marginesami. Były to po prostu zabawne rysunki,
zawierające w sobie komentarz do fabuły. Innym razem dziadek
ograniczał się do paru słów parodii. Czasem zdarzało mu się
przedstawiać "własną wersję wydarzeń".
Pamiętam, że wielokrotnie odgrywaliśmy pantominy przedstawiające
te "nowe wersje wydarzeń". Nie raz, nie dwa grałem
przywódców państw, poważnych szlachciców, czy nawet (dziadek
miał duże poczucie humoru) zdarzyło mi się wcielać w postać
Nel.
Lektura była ciekawa, jednak nie bardzo docierało do mnie co
czytam. Od razu wspomniałem sentencję ze skórzanej zakładki.
Rozpocząłem lekturę od początku. Ile to dni minęło od kiedy
postanowiłem czytać tę książkę razem z dziadkiem? Nie były to
chyba nawet dwa tygodnie. Dziadek zaczął ją wcześniej, ja dopiero
niedawno. I dokładnie tydzień temu, przerwałem w miejscu, w którym
tkwiła zielona zakładka.
Po chwili już całkowicie wciągnęły mnie losy warszawskich
powstańców. Historia była opowiedziana ciekawie, tak jakby to była
książka przygodowa. Od pełnej skupienia zadumy odrywały mnie
komentarze dziadka. Nie raz wybuchałem śmiechem, choć z punktu
widzenia bohaterów nie było w tym nic śmiesznego. Ja także zaraz
poważniałem. Po każdej eksplozji humoru uderzał mnie fakt, że
teraz już tylko ja mogę na pozostałych stronach zostawiać
kolorowe komentarze. Niestety, nie będą już takie zabawne.
Dziadek miał w zwyczaju także zaznaczać ołówkiem miejsce w
którym skończył lekturę. Zakładka mu nie wystarczała. Przecież
mówi ona tylko, na której stronie skończyliśmy lekturę, Nic nie
wspomina o akapicie, ani wersie. A dziadek często przerywał lekturę
nawet w połowie zdania. Wstawał, by sprawdzić coś w innym źródle
i często po prostu tonął w lekturze innego dzieła. Od kiedy wraz
z moją starszą siostrą, Amelią, nauczyliśmy dziadka korzystać z
internetu, często poszukiwanie dodatkowych informacji kończyło się
na stronie z grami online. I nie chodziło dziadkowi o szachy, choć
lubił je prawie tak samo, jak literaturę. Grał w karty, chińczyka.
Raz przyłapałem go nawet na jakieś strzelance...
Problem rozpoczynał się, gdy książkę czytał drugi raz. Nie
wiedział, o które zaznaczenie mogło mu chodzić. W końcu znalazł
rozwiązanie. Przy każdym zaznaczeniu dotyczącym drugiego czytania
danej książki pojawiała się niewielka cyfra 2. Ostatnio trzymałem
w rękach książkę, w której trafiłem na oznaczenie 35!
Aby to wszystko było czytelne i książka nie stała się
chaotycznym dziennikiem z ocenami, dziadek pilnował, aby wszystkie
ołówki były porządnie zatemperowane.
"Cieszę się, że jesteś tak odważny jak ci chłopcy,
Michałku" - przeczytałem komentarz dziadka na marginesie, przy
opisie pierwszych buntów młodych ludzi. Takich, którzy byli w moim
wieku.
Ja? Przecież siedzę bezpiecznie w pokoju dziadka, nikt nie próbuje
mi nic złego zrobić, innymi słowy żyję w wolnej Polsce i nie mam
się czego obawiać. Gdzie tu odwaga? Chyba w tym, że przyznałem
się ostatnio Amelii, kto potłukł jej połowę flakonów z
perfumami (przez przypadek, oczywiście). Na szczęście nie używała
ich zbyt chętnie i nie były aż takie drogie. Te ulubione na
szczęście miała przy sobie. Była zła tylko dlatego, że przez trzy tygodnie nie umiała wywietrzyć pokoju.
A wracając do odwagi... Może dziadek ma rację? W końcu minął
dopiero tydzień, a ja...
Kolejny komentarz był po łacinie. Rozejrzałem się za słownikiem
i zauważyłem, że zrobiło się zupełnie ciemno. Niebo zaszło
chmurami i słychać było grzmoty. Westchnąłem, zostawiłem
otwartą książkę na podłodze i wstałem by włączyć światło
(oczy zaczynały mnie boleć), ale w połowie drogi do kontaktu
zawróciłem. Wziąłem zapałki i zapaliłem lampę naftową.
Dziadek używał jej tylko wtedy, gdy opowiadał mi o swojej
młodości. O swoich rodzicach, o wojsku, o tym jak poznał babcię...
A przecież czytanie tej książki jest skazane na podobne
wspomnienia. Lecz już nie wspomnienia dziadka, a wspomnienia o
dziadku.
Słownik znalazłem szybko i zabrałem się za tłumaczenie tego, co
dziadek zauważył, czytając podkreślone zdanie.
Tutto passerà, e queste parole sono.
Posprawdzałem odpowiednie słowa, ale tekst brzmiał dziwnie. Co
dziwniejsze, niektórych słów nie było w słowniku. Przyjrzałem
się zdaniu dokładniej. W zamyśleniu dostrzegłem jeden szczegół - to nie była łacina! To było po włosku! Te języki są bardzo
podobne, dziadek często używał ich wymiennie, a nawet mieszał oba
w jednym zdaniu. Zmieniłem słownik i sprawdziłem treść zdania:
"Wszystko przeminie, a te słowa zostaną."
Nie byłem pewien, czy to cytat, czy dziadek użył parafrazy w
stosunku do kolejnej sentencji. W każdym razie, musiałem przyznać
mu rację. Jego nie ma, a te słowa nadal czytam. Raz za razem.
W końcu zmusiłem się do dalszej lektury. Komentarze w języku
łacińskim (lub włoskim) zmieniły charakter. Nie dotyczyły już
tekstu, lecz były bardziej podobne do tego pierwszego. Również
słowa skierowane do mnie, były inne niż zazwyczaj.
"Co robisz, Michałku?"
Czytam.
Nie, to nie o to mu chodzi. Tęsknię, myślę o tobie...
Obrazki zniknęły już całkowicie.
Powoli zbliżałem się do brązowej zakładki. Bałem się tego
momentu. To tak jakbym dotarł do krawędzi. Mogę ją przekroczyć,
lecz nie wiem co się ze mną stanie. Ktoś przede mną już tu
dotarł i teraz go nie ma.
Zostało tylko kilka stron.
Dziadek tej książki nie skończył. A ja nie wiedziałem, czy mam dość
odwagi, by to zrobić.
Ostatnia kartka. Na następnej była już zakładka. Właśnie miałem
ją odwrócić i przeczytać ostatnią stronę, gdy zauważyłem
niewielki komentarz:
"Boisz się, mój mały?"
Okropnie, dziadku.
"Bądź dzielny - tak jak ci chłopcy."
Wspomniałem jeden z komentarzy. "Cieszę się, że jesteś tak
odważny jak ci chłopcy, Michałku."
Musiałem dać radę. Odwróciłem kartkę.
Dziadek skończył lekturę w połowie drugiego akapitu. Była to
strona 193. Już wcześniej zauważyłem, że dziadek czytał długie
fragmenty. Zaznaczenia pojawiały się co 7-8 stron. Czasem nawet
czytał po 15 za jednym razem. Ostatni fragment miał ich dokładnie
5.
Uważnie rozpocząłem lekturę ostatnich słów dziadka. Tak, to
były dla mnie ostatnie słowa dziadka. Nie te, które padły z jego
ust tydzień temu. Słabe, ochrypnięte: "Kocham was".
Każde zdanie czytałem kilkakrotnie, tak że w końcu umiałem te
dwa akapity prawie na pamięć.
Czytałem do zaznaczenia i zaczynałem od początku. Ani literki
dalej. Jak chłopak, który krąży dookoła domu swojej dziewczyny,
zanim odważy się stanąć oko w oko z jej rodzicami...
Nagle, gdy po raz kolejny czytałem ostatnie słowo, zauważyłem
niewielką strzałkę na następną stronę. Na marginesie napisane
były trzy cyfry:
"327"
Otworzyłem podaną stronę. Był to spis treści. Obok, na okładce,
napisane było kilka zdań.
"Strach ma wielkie oczy" - tuż obok była moja niewielka
karykatura z ogromnymi oczami.
Obrazki kontratakują - uśmiechnąłem się pod nosem.
"Słowa są martwe. Żywe jest tylko to, o czym nam mówią"
- mówił machający z trumny nieboszczyk. Ten niestety mnie nie
rozśmieszył. Pudło, dziadku!
"Umartwianie się zostaw mnie" - bardzo nieszczęśliwa
karykatura starego człowieka.
"Ciekawość pierwszym krokiem poznania" - człowieczek z
zaciekawioną miną na pierwszym stopniu schodów.
I ostatnie:
"Gotowy?" - zamiast obrazka ogromny znak zapytania i
uniesiony do góry kciuk.
Skinąłem głową.
Wróciłem na 193 stronę i zacząłem czytać dalej.
***
Na ostatniej stronie, pod tekstem, było napisane ozdobnymi literami:
"Brawo!"
Michał wziął książkę pod pachę i wyszedł cichutko z pokoju.
Na schodach do góry zderzył się z siostrą.
- Auu! Co robisz, pacanie!
Złapała się za stopę, na którą ją nadepnął.
- Zabieram dziadka do mojego pokoju.
Puknęła się w czoło, lecz gdy tylko ją minął, cichutko wsunęła
się do pokoju dziadka.
"Śpieszmy się kochać ludzi - tak szybko odchodzą..."
- ks. Jan Twardowski
__________
Kiedy to pisałam, moi dziadkowie byli jeszcze w komplecie. Nawet czytali to opowiadanie i bardzo im się podobało.
Teraz nie są. A to bardzo ładny sposób, by przypomnieć sobie, jak ich zapamiętać.
Korzystajcie z czasu, który Wam dano - nie wiecie, jak wiele go Wam jeszcze z nimi pozostało.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz