Jestem zmuszona ostrzec Was, że poniższe opowiadanie zawiera treści nieodpowiednie dla osób młodocianych (rekomenduję 18+), głównie przemoc (brutalną przemoc) oraz elementy o podtekście erotycznym.
Skąd mi się ten pomysł wziął, nie wiem, nie sądźcie mnie zbyt surowo.
Tych, co się nie boją - zapraszam serdecznie. A reszta musi trochę poczekać na... extra bonus do Saszy.
Dostępne także na Wattpadzie.
Dostępne także na Wattpadzie.
_________
-
Dlaczego to robisz? - spytał, spluwając krwią na podłogę.
Przekrzywiłam
głowę, przyglądając się z uwagą plwocinie. Było więcej śliny,
niż krwi.
Jeszcze
raz. Poprawka.
Wymierzyłam
mu kolejny cios w szczękę, tak że głowa aż odskoczyła mu do
tyłu. Charknął, zakrztusił się i splunął.
W
kałuży krwi zabielił się ząb. Jedyneczka, ładnie.
-
Dlaczego? - powtórzył, lekko sepleniąc. Dziwnie się mówi bez
przedniego zęba.
-
Bo mam taką fanaberię - zaszczyciłam go lakoniczną odpowiedzią.
Taka
była prawda. Biłam go, bo mogłam go bić. Bo sprawiało mi to
przyjemność. Bo mi się nudziło.
Bo
tak.
-
Mam ci dać pieniądze? Dom? Samochód? Tajne informacje, których
przecież nie posiadam?
Spojrzałam
z politowaniem na mężczyznę siedzącego przede mną. Patrzyłam na
niego z góry. Skazany był na moją łaskę. Z kostkami
przywiązanymi do nóg krzesła, z rękami skrępowani za oparciem.
Nie dałam mu knebla, chciałam usłyszeć, jak krzyczy.
Lubiłam,
gdy krzyczeli.
Zrobiłam
dwa kroki do przodu i usiadłam okrakiem na jego kolanach z
drapieżnym uśmiechem. Lewą rękę wplotłam w jego czarne, lśniące
włosy. Był przystojnym mężczyzną przed trzydziestką, może
nawet młodszy, o nienachalnej, ale zwracającej uwagę urodzie. Typ
biznesmena, ale dobrze zbudowany. Tacy byli najzabawniejsi. Twardo
stąpali po ziemi i uważali się za panów świata.
A
tu niespodzianka.
-
Nic od ciebie nie chcę, skarbeńku – odpowiedziałam słodko,
paznokciem wskazującego palca przesuwając po jego policzku.
Wyraźnie wyczułam fakturę jednodniowego zarostu, a po sobie
zostawiłam delikatny czerwony ślad. Na tyle, by zapiekło,
zaswędziało, ale nie zaczęło krwawić.
To
za sekundkę.
-
No… może poza twoim krzykiem. - Zagryzłam wargę pomalowaną
krwistoczerwoną szminką. Zagryzłam ją aż do krwi.
Nazwa
zobowiązuje, prawda?
-
Krzykiem i odrobiną krwi… Taką większą odrobiną. - Zmrużyłam
drapieżnie oczy i ujęłam jego twarz w dłonie. - Wycisnę z ciebie
ostatnie tchnienie, a ty… - Wbiłam paznokcie w jego policzki,
czując, jak jego kości policzkowe trzeszczą w stawach. - A ty
będziesz błagał o więcej.
-
Jesteś jakimś cholernym wampirem, czy jak?! - wykrztusił, gdy
nachyliłam się, by zlizać krew z jego brody. Metaliczny smak
zapiekł mnie w język, a podniecenie zabuzowało w żyłach.
Uwielbiałam
ten moment, kiedy się orientowali.
No,
poniekąd.
-
Oj, głuptasku, wampiry nie istnieją – zaśmiałam się
chrapliwie, przesuwając językiem po jego żuchwie, a następnie
lekko ugryzłam w dolną wargę. - Ale schlebia mi to porównanie,
naprawdę. - Podniosłam palcem wskazującym jego brodę do góry, a
paznokieć lekko wbił się w jego ciało. Nie potrzebowałam noża,
by rozciąć jego skórę. Była dla mnie cienka niczym pergamin.
A
jakiż wspaniały dźwięk wydawała, rozdzierając się i barwiąc
swoje brzegi szkarłatem.
Mhm…
piękno w czystej postaci.
-
Czego ode mnie chcesz? - wyjąkał, a ja poczułam smród jego
strachu, który wypływał z niego wraz z zimnym potem. Zaciągnęłam
się nim.
O
taaak. Tego właśnie mi potrzeba.
-
Niczego, poza twoim strachem – szepnęłam, nachylając się do
jego ucha, wbijając paznokcie lewej dłoni w skórę na jego głowie.
- Krzycz. Krzycz dla mnie.
Z
gardła wydarł mu się jęk, a ja poczułam ciepłą krew plamiącą
moje paznokcie. Drugą ręką przesunęłam w poprzek jego warg, po
brodzie, szyi, aż na mostek i zatrzymałam na wysokości serca.
-
Krzycz – powtórzyłam, wbijając paznokieć w skórę, pomiędzy
jednym żebrem a drugim.
Jęknął.
-
Krzycz – powtórzyłam raz jeszcze, bardziej zdecydowanie, a pod
paznokciem pojawiła się kropla krwi. - Krzycz! - Krew popłynęła
cienkim strumieniem, a z jego piersi wyrwał się okrzyk bólu.
Zaraz
potem jednak zacisnął zęby, jakby robiąc mi na złość.
Oblizałam
zakrwawiony palec i mlasnęłam z dezaprobatą.
-
Za mało, oj, za mało… Musisz się bardziej postarać. -
Pokręciłam głową i wstałam z jego kolan.
Był
oporny. Lubiłam takich. Im bardziej musiałam się namęczyć, by
wycisnąć z nich strach, tym większą miałam satysfakcję. Tym
lepiej smakowały owoce mojej pracy.
Czyste,
pierwotne przerażenie.
Im
dłużej się opierali, tym bardziej potem się bali.
A
przecież właśnie o to chodziło.
Czułam,
jak dyszy ciężko, korzystając z mojej chwilowej nieobecności.
Niepokój wypełniał całe pomieszczenie, strach skraplał się
powoli na jego skórze. Powietrze gęstniało od pęczniejącej w nim
trwogi.
Bał
się, choć sam dobrze nie wiedział czego.
Może
i dobrze. Bo gdyby wiedział, to byłby przerażony.
Niewiedza…
Niewiedza powodowała lęk.
A
lęk był o wiele bardziej… atrakcyjny.
Gdy
wróciłam, sprawiał wrażenie opanowanego. Podobał mi się,
naprawdę… Podnosił poprzeczkę wysoko. Ale to nie ja miałam
potem przez nią skakać.
To
on będzie tańczył tak, jak mu zagram. Skomlał na melodię, którą
wymyślę. Jęczał w rytm mojego oddechu.
Krzyczał
na moje wezwanie.
Będzie
krzyczał do ostatniego tchu. Póki jego serce nie stanie, gdy
wycisnę już z niego wszystko, czego potrzebuję. Gdy odda mi się
cały.
Calusieńki.
-
Nie boję się ciebie – oznajmił twardo. Podziwiam, głos mu nawet
nie zadrżał. Powieka nie drgnęła. Pot nie skapnął ze skroni.
I
może faktycznie się nie bał. Było to zaskakujące, ale nie
niemożliwe. Byli tacy, co opierali się dłużej. Ale, jak mówiłam
– im dłużej trzymał nerwy na wodzy, tym większą lawiną
zalewały mnie, gdy już dopięłam swego.
A
ja pławiłam się w ich strachu, otulałam krzykiem, delektowałam
przerażeniem.
Chłonęłam
to wszystko, co czyniło mnie silniejszą. Potężniejszą.
Żywiłam
się strachem, lękiem i przerażeniem.
Sama
byłam lękiem. W najbardziej dosłownym tego słowa znaczeniu.
Jakby
od niechcenia przesunęłam palcem po jego gładkim, ale stosunkowo
dobrze umięśnionym brzuchu. Skóra była blada, ot siedzący,
biurowy tryb pracy.
Podobała
mi się ta jego jasna karnacja. Ładnie kontrastowała z czarnymi
włosami i ciemną oprawą brązowych oczu. Na tak jasnej skórze
krew wydaje się jeszcze czerwieńsza. Jej kropelki układają się
malowniczo…
Strach
był spektaklem. Artystycznym arcydziełem, które malowałam raz za
razem. Był wizją, którą roztaczałam przed ludźmi takimi jak on.
Byli moim płótnem, moją sztalugą, moimi farbami.
Byli
symfonią. Malowidłem. Opowieścią.
Strach
i lęk wzniosłam do rangi sztuki. A ludzie byli idealnym materiałem
twórczym.
Mój
place wskazujący zatrzymał się na pasku spodni i zadrapał
wrażliwą w tym miejscu skórę. Mężczyzna drgnął, mocno
zaciskając szczęki, a ja zmrużyłam oczy.
Ból,
czy podniecenie? Podniecenie, czy ból?
Często
były jednym i tym samym.
Przycisnęłam
paznokieć mocniej wyciskając z niego kroplę krwi. Przesunęłam
centymetr w prawo i znów docisnęłam. I jeszcze raz. Kropla za
kroplą na jego podbrzuszu powstawał tylko mnie wiadomy wzór.
Kropla za kroplą. Jęk za jękiem. Uczta dla oczu. Muzyka dla uszu.
Mój
własny, osobisty spektakl cierpienia.
-
No dalej – zachęciłam go chrapliwym głosem. - Krzycz, skarbeńku.
-
Nie – wydusił z siebie.
Hm.
Nagle,
bez ostrzeżenia przeciągnęłam wszystkimi pięcioma paznokciami w
poprzek jego klatki piersiowej, wydzierając z jego ust krzyk. Długi,
wibrujący, wwiercający się w uszy. Krople krwi zaperliły się na
zadrapaniach. Przyłożyłam palec do pierwszego i przeciągnęłam
mocniej. W ślad za moim paznokciem zaczęła sączyć się strużka
krwi.
Mężczyzna
zacisnął mocno usta, aż stały się blade niczym papier.
Przeciągnęłam
po drugim zadrapaniu.
Zduszony
jęk wywołał na mojej twarzy koślawy uśmiech. O tak, powoli
zbliżamy się do celu.
Trzecie
nacięcie w końcu spowodowało krzyk choć stłamszony ostatkiem
woli na najwyższym rejestrze. Jego echo nie przebrzmiało jeszcze do
końca, a ja już pogłębiałam ślad po moim czwartym palcu.
Przeciągły, chrapliwy jęk sprawił, że aż zadrżałam z
rozkoszy.
Tak,
o to właśnie chodzi. Więcej. Więcej.
Więcej,
mój miły.
-
Postaraj się – szepnęłam mu do ucha, nadgryzając jego płatek
aż do krwi i przeciągnęłam paznokciem po ostatnim zadrapaniu,
ukośnie przecinającym pierś i brzuch. Stróżka krwi stała się
intensywniejsza, zaznaczone powyżej nacięcia krwawiły
asynchronicznie tworząc na jego skórze mozaikę czerwonych plam, w
której co wybitniejsi krytycy dopatrzyliby się harmonii cechującej
największe arcydzieła.
Sztuka
krwi i brutalności była najpiękniejszą formą artyzmu, jaki
mogłam sobie wyobrazić.
Krew
była moim ulubionym środkiem wyrazu. Krew okraszona krzykami i
jękami. Czasem zabarwiona wielobarwnym sińcem…
O
właśnie.
Kopniakiem
w mostek przewróciłam go wraz z krzesłem na ziemię. Jego
rozdzierający krzyk poprzedził trzask łamanej kości.
Ups.
Może
nawet kilku kości. A mimo to, po tym pierwszym okrzyku, zamilkł,
zagryzając policzki od środka aż do krwi. Byleby tylko nie dać mi
satysfakcji…
Nie
dać mi tego, czego pragnęłam.
Ale
spokojnie – teraz też się dobrze bawiłam.
-
Jesteś uroczy, próbując mi się opierać, wiesz? - zapytałam
słodko, ściskając jego policzki w dłoni. Krwawiła w wielu
miejscach, siniała to tu, to tam. Ale mnie nadal było za mało. -
Ale ja nie lubię, gdy ktoś przeciąga strunę… zanadto.
Wyprostowałam
się i oparłam stopę na jego mostku. Zaczęłam powoli dociskać.
Oddychał ciężko przez nozdrza, coraz płycej, coraz szybciej,
coraz bardziej rozpaczliwie, a ja dociskałam nogę coraz mocniej. W
klatce piersiowej zaczął formować mu się jęk, który chwilę
później przerodził się w krzyk, gdy wycisnęłam go z jego
piersi.
-
Doooooość…! - wył, a ja wciąż dociskałam but do jego mostka.
Stawy trzeszczały, pękały chrząstkozrosty, żebra wyginały się
niebezpiecznie w nienaturalnie ostre łuki. Niemal czułam, jak jego
płuca pęcznieją, ściskane przez wzrastające w klatce ciśnienie.
Jak serce przyśpiesza, jakby chcąc się wyrwać z przyciasnej
piersi.
-
Nie słyszę – zaśpiewałam słodko.
Pękło
pierwsze żebro.
-
Doooooość! - zawołał głośniej pomiędzy jednym spazmem a
drugim.
-
Słucham? - Pękło drugie żebro. - Wybacz, trzask łamanych kości
cię zagłusza, misiaczku.
-
DOŚĆ! - zawył, a ja odjęłam nogę z jego piersi, jak gdyby nigdy
nic.
Rozkaszlał
się spazmatycznie, gwałtownie łapiąc powietrze i plując krwią
na swój brzuch. Mozaika zmieniła się w czerwono-czerwoną
abstrakcję.
Ładne.
-
O, jednak potrafisz krzyczeć. - Uśmiechnęłam się. - No dobrze,
to zobaczmy, jak nam pójdzie, gdy zejdziemy niżej. - Dodałam z
drapieżnym, może nawet nieco lubieżnym uśmiechem, po czym
kopniakiem złamałam krzesło w pół, by mieć do niego lepszy
dostęp.
Mężczyźnie
byli o wiele lepszym materiałem dla mnie, od bardzo dawna nie
gościłam u siebie żadnej kobiety. Mężczyźni zawsze zgrywali
twardzieli, co czyniło tę zabawę o wiele przyjemniejszą i
przewrotną.
Zgrywali
twardzieli, dopóki ich męskość nie była zagrożona.
Czuły
punkt. Każdy z nas go ma.
A
u mężczyzny można go znaleźć bez żadnego problemu.
-
Nie…
Zdaje
się, że zorientował się do czego zmierzam, kiedy płynnym ruchem
pozbawiłam go paska od spodni. Właściwie pasek był jak
najbardziej na miejscu.
Ach,
tyle możliwości. Tyle dróg do wyboru.
Tyle…
różnych scenariuszy.
-
Oj, tak. Ale, wiesz co? - Przekrzywiłam głowę, udając
zastanowienie. - Dam ci wybór. Sam zadecydujesz, co będę robić.
-
I tak zrobisz, co zechcesz. - Splunął krwią z pogardą, w akcie
buńczucznej odwagi. Plwocina padła na moje buty.
-
Widzę, że zaczynasz rozumieć… Ale będzie zabawniej, gdy
będziesz wybierał mniejsze zło. Dla ciebie mniejsze zło, a dla
mnie zabawa wciąż taka sama. - Strzeliłam z pasa. - Gotowy?
Nie
odpowiedział.
Przeciągnęłam
końcówką pasa po jego ciele. Od szyi aż po krocze.
-
Pierś, czy…? - Strzeliłam z lekka pasem w pachwinę, chybiając o
centymetry. Byli tacy, co już dawno mieli opróżnione pęcherze,
ale ten szczęśliwie nie zaliczał się do tej grupy. Nie lubiłam
tego skutku ubocznego bólu. I strachu.
-
Pierś, czy…? - Strzeliłam mocniej. I bliżej. - Za trzecim razem
pasek sięgnie celu, więc radzę ci odpowiedzieć.
-
Pierś – wydusił przez zaciśnięte zęby.
Uśmiechnęłam
się i odrzuciłam na bok pas. Siadłam okrakiem na jego udach,
nachyliłam się nad jego brzuchem i przeciągnęłam językiem po
skórze – od biodra, niemalże od pachwiny – po skosie przez
pępek i sutek… który ugryzłam mocno.
Aż
do krwi.
Jego
krzyk zabrzmiał echem, powodując moją jeszcze większą
ekscytację. Wyssałam krew sączącą się z rany, rozkoszując się
słodkim smakiem przerażenia, którym była przesycona.
Musieli
się bać. Strach musiał krążyć w ich żyłach, inaczej krew
miała paskudny, żelazisty posmak.
A
ja nie byłam pieprzonym wampirem.
...które
zresztą są mitem.
-
Dobrze. - Otarłam usta wierzchem dłoni i przesunęłam się wyżej.
Specjalnie drażniłam go, choć nie bawiły mnie takie zabawy.
Innych może tak. Robiłam to tylko dlatego, że gdy odczuwali
przyjemność – odruch, nad którym nie mogli zapanować –
zaczynali odczuwać względem siebie obrzydzenie. Pokrętna,
pierwotna wersja syndromu sztokholmskiego.
A
torturowanie ich psychiki było równie przyjemne, jak dręczenie ich
w sposób cielesny.
A
może nawet bardziej.
Jęk,
który z siebie wydał potwierdził moją teorię – był czymś w
połowie drogi między jękiem bólu i jękiem rozkoszy, okraszony
stęknięciem z gatunku pogardy dla samego siebie i własnych,
pierwotnych ludzkich popędów.
-
Dobrze - powtórzyłam. - Runda druga: spodnie albo pierś. Ta druga
– uściśliłam.
Dyszał
ciężko, a ja mocniej ścisnęłam udami jego biodra, ponaglając go
do odpowiedzi. Jego oddech jeszcze mocniej przyśpieszył.
-
Podpowiem ci: druga będzie bardziej bolała od pierwszej –
uprzedziłam go lojalnie.
-
Pierś – wydusił ponownie, mocno zaciskają zęby.
-
No weź. – Wywróciłam oczami. - Kiepski interes zrobiłeś,
spodnie były białą kartą, nic byś na tym nie stracił… Ale
teraz już za późno. - Przyłożyłam paznokieć do jego skóry tuż
nad linią bokserek, tam gdzie skóra była najbardziej delikatna i
docisnęłam.
Zdusił
jęk, a ja pociągnęłam palec do góry tworząc krwawą linię
krzyżującą się z tą, stworzoną przed chwilą moim językiem.
Dotarłam do brodawki i otoczyłam ją palcem, podważając ją
niczym kapsel na butelce piwa.
Krzyk
rozdarł ciszę i trwał, i trwał, jeszcze długo po tym, jak
odpadła od ciała i upadła na posadzkę z cichym plaśnięciem.
Wsadziłam palec w ranę, trafiając paznokciem idealnie między
żebra. Gdzieś pod nim czułam serce bijące tak szybko, że
wydawało się iż drży.
-
Dość, DOŚĆ! - próbował mnie powstrzymać. - Spodnie, spodnie,
SPODNIE!
-
Nic z tego, kochanieńki – odparłam, śmiejąc się perliście i
napawałam się jego przerażeniem. I bólem. Oraz cierpieniem. - W
tej rundzie nie ma pustych kart… Masz do wyboru twoje piękne
oczęta… - Przesunęłam zakrwawionymi opuszkami prawej ręki po
jego powiekach. - Albo to, co kryje się pod szmatkami naszego
drogiego Calvina. - Uśmiechnęłam się, sugestywnie ściskając go
udami.
Nie
zastanawiał się długo.
-
Oczy.
Pokręciłam
głową z dezaprobatą.
-
Ech, faceci. Do ostatniej kropli krwi będziecie bronić tego, co
ponoć czyni was mężczyznami? To takie… - Zastanowiłam się. -
Tchórzliwe. Musicie mieć strasznie niską samoocenę, jako płeć,
jeśli definiuje was jedynie zawartość bokserek… Ale dobrze, twój
wybór, skarbeńku. - Wzruszyłam ramionami i nachyliłam się nad
jego twarzą.
-
Będę ostatnim, co zobaczysz – wymruczałam, opierając się na
łokciach i przesunęłam językiem po jego policzku, zlizując krew
i pot, jedno przesiąknięte strachem bardziej od drugiego.
A
mój apetyt rósł i rósł.
Zamknął
oczy, a ja uśmiechnęłam się drapieżnie. Delikatnie chwyciłam
zębami za rzęsy i pociągnęłam.
Krzyknął,
a ja wyciągnęłam z ust kępkę włosów i obejrzałam je uważnie.
-
Hm, chyba zostawię sobie na pamiątkę.
Nachyliłam
się ponownie, tym razem do drugiego oka. Tym razem był
przygotowany, więc wyrwanie rzęs nie spowodowałoby jego krzyku.
Ugryzłam go w brew, krew spłynęła po skroni, gdy szarpnął się
w spazmie bólu. Przesunęłam palcem po ranie i oblizałam opuszkę.
Mężczyzna dyszał ciężko, a ja uniosłam brew.
-
Chcesz mi coś powiedzieć, skarbeńku?
-
Dlaczego to robisz? - zapytał wyjątkowo spokojnie. - Po co to
wszystko?
-
Jestem strachem. Jestem lękiem. Jestem przerażeniem. A ty… -
Oblizałam wargi. - Jesteś moim pokarmem.
-
Jesteś świrnięta!
-
Nie. - Powolnie pokręciłam głową. - Jestem… nienasycona.
Potrzebuję więcej… Więc krzycz! - Bez ostrzeżenia wcisnęłam
palcami jego gałki oczne w głąb czaszki.
Jego
krzyki ogrzewały mnie niczym płomienie ogniska. Pławiłam się w
nich, czerpałam z nich siłę…
Żywiłam
się. Zbierałam moc.
Po
przebudzeniu to było właśnie to, czego potrzebowałam. Po wiekach
uśpienia nie wzbudzałam sama z siebie strachu, musiałam uciekać
się do klasycznych metod – tortur, bicia, bólu. Lubiłam je, ale
tęskniłam za czasami, gdy ludzie siwieli w jednej sekundzie, gdy
tylko na mnie spojrzeli.
Ale
wszystko to było przede mną. Jeszcze paru takich przystojniaczków
doprowadzonych na skraj śmiertelnego przerażenia i w końcu wrócę
do formy. A wtedy…
A
wtedy dopiero zacznie się zabawa.
Krzyk
urwał się nagle, a ja przeniosłam wzrok na mojego dzisiejszego
gościa. Przez chwilę zmartwiłam się, że stracił przytomność,
co byłoby kłopotliwe, albo co gorsza umarł, co byłoby jeszcze
gorsze, bo dopiero zaczynałam się rozkręcać.
-
Wystarczy. - Usłyszałam głęboki spokojny głos.
Zamrugałam
i zobaczyłam, że siedzę na podłodze, opierając dłonie o resztki
połamanego krzesła. Obróciłam się i spojrzałam na moją ofiarę
poprawiającą mankiety czarnej marynarki, którą ściągnęłam z
niego jeszcze przed początkiem naszej małej zabawy.
Mężczyzna
był kompletnie ubrany, a na jego ciele nie było nawet draśnięcia.
Dopiero gdy podniósł głowę, zapinając podniesiony przed chwilą
z ziemi pasek, zauważyłam, że postarzał się znacznie, teraz
dobiegał czterdziestki.
A
gdy spojrzałam w jego oczy…
-
Dobra robota, Fobos. - Uśmiechnął się do mnie i nachylił się,
by podać mi rękę. - Doskonale ci poszło.
Prychnęłam
jak kotka.
-
Jesteś beznadziejnym starszym bratem, Dejmosie. Wiesz, jak dobrze
się bawiłam? A ty wszystko popsułeś! – syknęłam i wstałam
odtrącając jego rękę. - Co ty tu do cholery robisz? - Zaplotłam
ręce na piersi.
-
Sprawdzam, jak sobie radzisz po przebudzeniu… Swoją drogą, nie
musisz dziękować – dodał jakby od niechcenia, kontrolując stan
swoich paznokci. Były oczywiście idealne.
-
To… to ty mnie obudziłeś? - zdziwiłam się, zapominając, że
jestem na niego wściekła.
-
Owszem, bo jesteś mi potrzebna.
-
Nabrałeś mnie! Pozwoliłeś mi się torturować z myślą, że
jesteś zwykłym człowiekiem! Nawet cię nie bolało! - rzuciłam mu
w twarz z wyrzutem.
-
Cóż, lekko łaskotało. - Uśmiechnął się złośliwie. - Ale
teraz przynajmniej wiem, że nadal masz to coś. I przy okazji co
nieco się wzmocniłaś, więc wszystko idzie po mojej myśli.
-
Po twojej myśli? Czyli co konkretnie? Czego ty ode mnie chcesz,
Dejmosie? - spytałam podejrzliwie.
-
Żebyś robiła to, co umiesz najlepiej, Fobos. - Uśmiechnął się
szeroko. - Żebyś zalała świat przerażeniem i lękiem. Oraz
trwogą.
-
To akurat twoja działka – zwróciłam mu uwagę, ale też się
uśmiechnęłam.
Może
i przerwał mi zabawę, zresztą, jak się okazało, wyimaginowaną,
ale w zamian zaproponował o wiele huczniejszą imprezę.
Hm,
chyba jednak jesteśmy całkiem dobranym rodzeństwem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz