Strony

Ogłoszenia drobne

W tej chwili mało się tutaj dzieje, nieco więcej dzieje się na moim Wattpadzie, ale pracuję nad tym. Oczekujcie wieści na Twitterze :)
Zakładka Aktualności zniknęła, bo była mało... aktualna. Może kiedyś wróci. Może.

czwartek, 8 sierpnia 2019

Lęk pierwotny


Jestem zmuszona ostrzec Was, że poniższe opowiadanie zawiera treści nieodpowiednie dla osób młodocianych (rekomenduję 18+), głównie przemoc (brutalną przemoc) oraz elementy o podtekście erotycznym.
Skąd mi się ten pomysł wziął, nie wiem, nie sądźcie mnie zbyt surowo.
Tych, co się nie boją - zapraszam serdecznie. A reszta musi trochę poczekać na... extra bonus do Saszy.
Dostępne także na Wattpadzie.
_________

- Dlaczego to robisz? - spytał, spluwając krwią na podłogę.
Przekrzywiłam głowę, przyglądając się z uwagą plwocinie. Było więcej śliny, niż krwi.
Jeszcze raz. Poprawka.
Wymierzyłam mu kolejny cios w szczękę, tak że głowa aż odskoczyła mu do tyłu. Charknął, zakrztusił się i splunął.
W kałuży krwi zabielił się ząb. Jedyneczka, ładnie.
- Dlaczego? - powtórzył, lekko sepleniąc. Dziwnie się mówi bez przedniego zęba.
- Bo mam taką fanaberię - zaszczyciłam go lakoniczną odpowiedzią.
Taka była prawda. Biłam go, bo mogłam go bić. Bo sprawiało mi to przyjemność. Bo mi się nudziło.
Bo tak.
- Mam ci dać pieniądze? Dom? Samochód? Tajne informacje, których przecież nie posiadam?
Spojrzałam z politowaniem na mężczyznę siedzącego przede mną. Patrzyłam na niego z góry. Skazany był na moją łaskę. Z kostkami przywiązanymi do nóg krzesła, z rękami skrępowani za oparciem. Nie dałam mu knebla, chciałam usłyszeć, jak krzyczy.
Lubiłam, gdy krzyczeli.
Zrobiłam dwa kroki do przodu i usiadłam okrakiem na jego kolanach z drapieżnym uśmiechem. Lewą rękę wplotłam w jego czarne, lśniące włosy. Był przystojnym mężczyzną przed trzydziestką, może nawet młodszy, o nienachalnej, ale zwracającej uwagę urodzie. Typ biznesmena, ale dobrze zbudowany. Tacy byli najzabawniejsi. Twardo stąpali po ziemi i uważali się za panów świata.
A tu niespodzianka.
- Nic od ciebie nie chcę, skarbeńku – odpowiedziałam słodko, paznokciem wskazującego palca przesuwając po jego policzku. Wyraźnie wyczułam fakturę jednodniowego zarostu, a po sobie zostawiłam delikatny czerwony ślad. Na tyle, by zapiekło, zaswędziało, ale nie zaczęło krwawić.
To za sekundkę.
- No… może poza twoim krzykiem. - Zagryzłam wargę pomalowaną krwistoczerwoną szminką. Zagryzłam ją aż do krwi.
Nazwa zobowiązuje, prawda?
- Krzykiem i odrobiną krwi… Taką większą odrobiną. - Zmrużyłam drapieżnie oczy i ujęłam jego twarz w dłonie. - Wycisnę z ciebie ostatnie tchnienie, a ty… - Wbiłam paznokcie w jego policzki, czując, jak jego kości policzkowe trzeszczą w stawach. - A ty będziesz błagał o więcej.
- Jesteś jakimś cholernym wampirem, czy jak?! - wykrztusił, gdy nachyliłam się, by zlizać krew z jego brody. Metaliczny smak zapiekł mnie w język, a podniecenie zabuzowało w żyłach.
Uwielbiałam ten moment, kiedy się orientowali.
No, poniekąd.
- Oj, głuptasku, wampiry nie istnieją – zaśmiałam się chrapliwie, przesuwając językiem po jego żuchwie, a następnie lekko ugryzłam w dolną wargę. - Ale schlebia mi to porównanie, naprawdę. - Podniosłam palcem wskazującym jego brodę do góry, a paznokieć lekko wbił się w jego ciało. Nie potrzebowałam noża, by rozciąć jego skórę. Była dla mnie cienka niczym pergamin.
A jakiż wspaniały dźwięk wydawała, rozdzierając się i barwiąc swoje brzegi szkarłatem.
Mhm… piękno w czystej postaci.
- Czego ode mnie chcesz? - wyjąkał, a ja poczułam smród jego strachu, który wypływał z niego wraz z zimnym potem. Zaciągnęłam się nim.
O taaak. Tego właśnie mi potrzeba.
- Niczego, poza twoim strachem – szepnęłam, nachylając się do jego ucha, wbijając paznokcie lewej dłoni w skórę na jego głowie. - Krzycz. Krzycz dla mnie.
Z gardła wydarł mu się jęk, a ja poczułam ciepłą krew plamiącą moje paznokcie. Drugą ręką przesunęłam w poprzek jego warg, po brodzie, szyi, aż na mostek i zatrzymałam na wysokości serca.
- Krzycz – powtórzyłam, wbijając paznokieć w skórę, pomiędzy jednym żebrem a drugim.
Jęknął.
- Krzycz – powtórzyłam raz jeszcze, bardziej zdecydowanie, a pod paznokciem pojawiła się kropla krwi. - Krzycz! - Krew popłynęła cienkim strumieniem, a z jego piersi wyrwał się okrzyk bólu.
Zaraz potem jednak zacisnął zęby, jakby robiąc mi na złość.
Oblizałam zakrwawiony palec i mlasnęłam z dezaprobatą.
- Za mało, oj, za mało… Musisz się bardziej postarać. - Pokręciłam głową i wstałam z jego kolan.
Był oporny. Lubiłam takich. Im bardziej musiałam się namęczyć, by wycisnąć z nich strach, tym większą miałam satysfakcję. Tym lepiej smakowały owoce mojej pracy.
Czyste, pierwotne przerażenie.
Im dłużej się opierali, tym bardziej potem się bali.
A przecież właśnie o to chodziło.
Czułam, jak dyszy ciężko, korzystając z mojej chwilowej nieobecności. Niepokój wypełniał całe pomieszczenie, strach skraplał się powoli na jego skórze. Powietrze gęstniało od pęczniejącej w nim trwogi.
Bał się, choć sam dobrze nie wiedział czego.
Może i dobrze. Bo gdyby wiedział, to byłby przerażony.
Niewiedza… Niewiedza powodowała lęk.
A lęk był o wiele bardziej… atrakcyjny.
Gdy wróciłam, sprawiał wrażenie opanowanego. Podobał mi się, naprawdę… Podnosił poprzeczkę wysoko. Ale to nie ja miałam potem przez nią skakać.
To on będzie tańczył tak, jak mu zagram. Skomlał na melodię, którą wymyślę. Jęczał w rytm mojego oddechu.
Krzyczał na moje wezwanie.
Będzie krzyczał do ostatniego tchu. Póki jego serce nie stanie, gdy wycisnę już z niego wszystko, czego potrzebuję. Gdy odda mi się cały.
Calusieńki.
- Nie boję się ciebie – oznajmił twardo. Podziwiam, głos mu nawet nie zadrżał. Powieka nie drgnęła. Pot nie skapnął ze skroni.
I może faktycznie się nie bał. Było to zaskakujące, ale nie niemożliwe. Byli tacy, co opierali się dłużej. Ale, jak mówiłam – im dłużej trzymał nerwy na wodzy, tym większą lawiną zalewały mnie, gdy już dopięłam swego.
A ja pławiłam się w ich strachu, otulałam krzykiem, delektowałam przerażeniem.
Chłonęłam to wszystko, co czyniło mnie silniejszą. Potężniejszą.
Żywiłam się strachem, lękiem i przerażeniem.
Sama byłam lękiem. W najbardziej dosłownym tego słowa znaczeniu.
Jakby od niechcenia przesunęłam palcem po jego gładkim, ale stosunkowo dobrze umięśnionym brzuchu. Skóra była blada, ot siedzący, biurowy tryb pracy.
Podobała mi się ta jego jasna karnacja. Ładnie kontrastowała z czarnymi włosami i ciemną oprawą brązowych oczu. Na tak jasnej skórze krew wydaje się jeszcze czerwieńsza. Jej kropelki układają się malowniczo…
Strach był spektaklem. Artystycznym arcydziełem, które malowałam raz za razem. Był wizją, którą roztaczałam przed ludźmi takimi jak on. Byli moim płótnem, moją sztalugą, moimi farbami.
Byli symfonią. Malowidłem. Opowieścią.
Strach i lęk wzniosłam do rangi sztuki. A ludzie byli idealnym materiałem twórczym.
Mój place wskazujący zatrzymał się na pasku spodni i zadrapał wrażliwą w tym miejscu skórę. Mężczyzna drgnął, mocno zaciskając szczęki, a ja zmrużyłam oczy.
Ból, czy podniecenie? Podniecenie, czy ból?
Często były jednym i tym samym.
Przycisnęłam paznokieć mocniej wyciskając z niego kroplę krwi. Przesunęłam centymetr w prawo i znów docisnęłam. I jeszcze raz. Kropla za kroplą na jego podbrzuszu powstawał tylko mnie wiadomy wzór. Kropla za kroplą. Jęk za jękiem. Uczta dla oczu. Muzyka dla uszu.
Mój własny, osobisty spektakl cierpienia.
- No dalej – zachęciłam go chrapliwym głosem. - Krzycz, skarbeńku.
- Nie – wydusił z siebie.
Hm.
Nagle, bez ostrzeżenia przeciągnęłam wszystkimi pięcioma paznokciami w poprzek jego klatki piersiowej, wydzierając z jego ust krzyk. Długi, wibrujący, wwiercający się w uszy. Krople krwi zaperliły się na zadrapaniach. Przyłożyłam palec do pierwszego i przeciągnęłam mocniej. W ślad za moim paznokciem zaczęła sączyć się strużka krwi.
Mężczyzna zacisnął mocno usta, aż stały się blade niczym papier.
Przeciągnęłam po drugim zadrapaniu.
Zduszony jęk wywołał na mojej twarzy koślawy uśmiech. O tak, powoli zbliżamy się do celu.
Trzecie nacięcie w końcu spowodowało krzyk choć stłamszony ostatkiem woli na najwyższym rejestrze. Jego echo nie przebrzmiało jeszcze do końca, a ja już pogłębiałam ślad po moim czwartym palcu. Przeciągły, chrapliwy jęk sprawił, że aż zadrżałam z rozkoszy.
Tak, o to właśnie chodzi. Więcej. Więcej.
Więcej, mój miły.
- Postaraj się – szepnęłam mu do ucha, nadgryzając jego płatek aż do krwi i przeciągnęłam paznokciem po ostatnim zadrapaniu, ukośnie przecinającym pierś i brzuch. Stróżka krwi stała się intensywniejsza, zaznaczone powyżej nacięcia krwawiły asynchronicznie tworząc na jego skórze mozaikę czerwonych plam, w której co wybitniejsi krytycy dopatrzyliby się harmonii cechującej największe arcydzieła.
Sztuka krwi i brutalności była najpiękniejszą formą artyzmu, jaki mogłam sobie wyobrazić.
Krew była moim ulubionym środkiem wyrazu. Krew okraszona krzykami i jękami. Czasem zabarwiona wielobarwnym sińcem…
O właśnie.
Kopniakiem w mostek przewróciłam go wraz z krzesłem na ziemię. Jego rozdzierający krzyk poprzedził trzask łamanej kości.
Ups.
Może nawet kilku kości. A mimo to, po tym pierwszym okrzyku, zamilkł, zagryzając policzki od środka aż do krwi. Byleby tylko nie dać mi satysfakcji…
Nie dać mi tego, czego pragnęłam.
Ale spokojnie – teraz też się dobrze bawiłam.
- Jesteś uroczy, próbując mi się opierać, wiesz? - zapytałam słodko, ściskając jego policzki w dłoni. Krwawiła w wielu miejscach, siniała to tu, to tam. Ale mnie nadal było za mało. - Ale ja nie lubię, gdy ktoś przeciąga strunę… zanadto.
Wyprostowałam się i oparłam stopę na jego mostku. Zaczęłam powoli dociskać. Oddychał ciężko przez nozdrza, coraz płycej, coraz szybciej, coraz bardziej rozpaczliwie, a ja dociskałam nogę coraz mocniej. W klatce piersiowej zaczął formować mu się jęk, który chwilę później przerodził się w krzyk, gdy wycisnęłam go z jego piersi.
- Doooooość…! - wył, a ja wciąż dociskałam but do jego mostka. Stawy trzeszczały, pękały chrząstkozrosty, żebra wyginały się niebezpiecznie w nienaturalnie ostre łuki. Niemal czułam, jak jego płuca pęcznieją, ściskane przez wzrastające w klatce ciśnienie. Jak serce przyśpiesza, jakby chcąc się wyrwać z przyciasnej piersi.
- Nie słyszę – zaśpiewałam słodko.
Pękło pierwsze żebro.
- Doooooość! - zawołał głośniej pomiędzy jednym spazmem a drugim.
- Słucham? - Pękło drugie żebro. - Wybacz, trzask łamanych kości cię zagłusza, misiaczku.
- DOŚĆ! - zawył, a ja odjęłam nogę z jego piersi, jak gdyby nigdy nic.
Rozkaszlał się spazmatycznie, gwałtownie łapiąc powietrze i plując krwią na swój brzuch. Mozaika zmieniła się w czerwono-czerwoną abstrakcję.
Ładne.
- O, jednak potrafisz krzyczeć. - Uśmiechnęłam się. - No dobrze, to zobaczmy, jak nam pójdzie, gdy zejdziemy niżej. - Dodałam z drapieżnym, może nawet nieco lubieżnym uśmiechem, po czym kopniakiem złamałam krzesło w pół, by mieć do niego lepszy dostęp.
Mężczyźnie byli o wiele lepszym materiałem dla mnie, od bardzo dawna nie gościłam u siebie żadnej kobiety. Mężczyźni zawsze zgrywali twardzieli, co czyniło tę zabawę o wiele przyjemniejszą i przewrotną.
Zgrywali twardzieli, dopóki ich męskość nie była zagrożona.
Czuły punkt. Każdy z nas go ma.
A u mężczyzny można go znaleźć bez żadnego problemu.
- Nie…
Zdaje się, że zorientował się do czego zmierzam, kiedy płynnym ruchem pozbawiłam go paska od spodni. Właściwie pasek był jak najbardziej na miejscu.
Ach, tyle możliwości. Tyle dróg do wyboru.
Tyle… różnych scenariuszy.
- Oj, tak. Ale, wiesz co? - Przekrzywiłam głowę, udając zastanowienie. - Dam ci wybór. Sam zadecydujesz, co będę robić.
- I tak zrobisz, co zechcesz. - Splunął krwią z pogardą, w akcie buńczucznej odwagi. Plwocina padła na moje buty.
- Widzę, że zaczynasz rozumieć… Ale będzie zabawniej, gdy będziesz wybierał mniejsze zło. Dla ciebie mniejsze zło, a dla mnie zabawa wciąż taka sama. - Strzeliłam z pasa. - Gotowy?
Nie odpowiedział.
Przeciągnęłam końcówką pasa po jego ciele. Od szyi aż po krocze.
- Pierś, czy…? - Strzeliłam z lekka pasem w pachwinę, chybiając o centymetry. Byli tacy, co już dawno mieli opróżnione pęcherze, ale ten szczęśliwie nie zaliczał się do tej grupy. Nie lubiłam tego skutku ubocznego bólu. I strachu.
- Pierś, czy…? - Strzeliłam mocniej. I bliżej. - Za trzecim razem pasek sięgnie celu, więc radzę ci odpowiedzieć.
- Pierś – wydusił przez zaciśnięte zęby.
Uśmiechnęłam się i odrzuciłam na bok pas. Siadłam okrakiem na jego udach, nachyliłam się nad jego brzuchem i przeciągnęłam językiem po skórze – od biodra, niemalże od pachwiny – po skosie przez pępek i sutek… który ugryzłam mocno.
Aż do krwi.
Jego krzyk zabrzmiał echem, powodując moją jeszcze większą ekscytację. Wyssałam krew sączącą się z rany, rozkoszując się słodkim smakiem przerażenia, którym była przesycona.
Musieli się bać. Strach musiał krążyć w ich żyłach, inaczej krew miała paskudny, żelazisty posmak.
A ja nie byłam pieprzonym wampirem.
...które zresztą są mitem.
- Dobrze. - Otarłam usta wierzchem dłoni i przesunęłam się wyżej. Specjalnie drażniłam go, choć nie bawiły mnie takie zabawy. Innych może tak. Robiłam to tylko dlatego, że gdy odczuwali przyjemność – odruch, nad którym nie mogli zapanować – zaczynali odczuwać względem siebie obrzydzenie. Pokrętna, pierwotna wersja syndromu sztokholmskiego.
A torturowanie ich psychiki było równie przyjemne, jak dręczenie ich w sposób cielesny.
A może nawet bardziej.
Jęk, który z siebie wydał potwierdził moją teorię – był czymś w połowie drogi między jękiem bólu i jękiem rozkoszy, okraszony stęknięciem z gatunku pogardy dla samego siebie i własnych, pierwotnych ludzkich popędów.
- Dobrze - powtórzyłam. - Runda druga: spodnie albo pierś. Ta druga – uściśliłam.
Dyszał ciężko, a ja mocniej ścisnęłam udami jego biodra, ponaglając go do odpowiedzi. Jego oddech jeszcze mocniej przyśpieszył.
- Podpowiem ci: druga będzie bardziej bolała od pierwszej – uprzedziłam go lojalnie.
- Pierś – wydusił ponownie, mocno zaciskają zęby.
- No weź. – Wywróciłam oczami. - Kiepski interes zrobiłeś, spodnie były białą kartą, nic byś na tym nie stracił… Ale teraz już za późno. - Przyłożyłam paznokieć do jego skóry tuż nad linią bokserek, tam gdzie skóra była najbardziej delikatna i docisnęłam.
Zdusił jęk, a ja pociągnęłam palec do góry tworząc krwawą linię krzyżującą się z tą, stworzoną przed chwilą moim językiem. Dotarłam do brodawki i otoczyłam ją palcem, podważając ją niczym kapsel na butelce piwa.
Krzyk rozdarł ciszę i trwał, i trwał, jeszcze długo po tym, jak odpadła od ciała i upadła na posadzkę z cichym plaśnięciem. Wsadziłam palec w ranę, trafiając paznokciem idealnie między żebra. Gdzieś pod nim czułam serce bijące tak szybko, że wydawało się iż drży.
- Dość, DOŚĆ! - próbował mnie powstrzymać. - Spodnie, spodnie, SPODNIE!
- Nic z tego, kochanieńki – odparłam, śmiejąc się perliście i napawałam się jego przerażeniem. I bólem. Oraz cierpieniem. - W tej rundzie nie ma pustych kart… Masz do wyboru twoje piękne oczęta… - Przesunęłam zakrwawionymi opuszkami prawej ręki po jego powiekach. - Albo to, co kryje się pod szmatkami naszego drogiego Calvina. - Uśmiechnęłam się, sugestywnie ściskając go udami.
Nie zastanawiał się długo.
- Oczy.
Pokręciłam głową z dezaprobatą.
- Ech, faceci. Do ostatniej kropli krwi będziecie bronić tego, co ponoć czyni was mężczyznami? To takie… - Zastanowiłam się. - Tchórzliwe. Musicie mieć strasznie niską samoocenę, jako płeć, jeśli definiuje was jedynie zawartość bokserek… Ale dobrze, twój wybór, skarbeńku. - Wzruszyłam ramionami i nachyliłam się nad jego twarzą.
- Będę ostatnim, co zobaczysz – wymruczałam, opierając się na łokciach i przesunęłam językiem po jego policzku, zlizując krew i pot, jedno przesiąknięte strachem bardziej od drugiego.
A mój apetyt rósł i rósł.
Zamknął oczy, a ja uśmiechnęłam się drapieżnie. Delikatnie chwyciłam zębami za rzęsy i pociągnęłam.
Krzyknął, a ja wyciągnęłam z ust kępkę włosów i obejrzałam je uważnie.
- Hm, chyba zostawię sobie na pamiątkę.
Nachyliłam się ponownie, tym razem do drugiego oka. Tym razem był przygotowany, więc wyrwanie rzęs nie spowodowałoby jego krzyku. Ugryzłam go w brew, krew spłynęła po skroni, gdy szarpnął się w spazmie bólu. Przesunęłam palcem po ranie i oblizałam opuszkę. Mężczyzna dyszał ciężko, a ja uniosłam brew.
- Chcesz mi coś powiedzieć, skarbeńku?
- Dlaczego to robisz? - zapytał wyjątkowo spokojnie. - Po co to wszystko?
- Jestem strachem. Jestem lękiem. Jestem przerażeniem. A ty… - Oblizałam wargi. - Jesteś moim pokarmem.
- Jesteś świrnięta!
- Nie. - Powolnie pokręciłam głową. - Jestem… nienasycona. Potrzebuję więcej… Więc krzycz! - Bez ostrzeżenia wcisnęłam palcami jego gałki oczne w głąb czaszki.
Jego krzyki ogrzewały mnie niczym płomienie ogniska. Pławiłam się w nich, czerpałam z nich siłę…
Żywiłam się. Zbierałam moc.
Po przebudzeniu to było właśnie to, czego potrzebowałam. Po wiekach uśpienia nie wzbudzałam sama z siebie strachu, musiałam uciekać się do klasycznych metod – tortur, bicia, bólu. Lubiłam je, ale tęskniłam za czasami, gdy ludzie siwieli w jednej sekundzie, gdy tylko na mnie spojrzeli.
Ale wszystko to było przede mną. Jeszcze paru takich przystojniaczków doprowadzonych na skraj śmiertelnego przerażenia i w końcu wrócę do formy. A wtedy…
A wtedy dopiero zacznie się zabawa.
Krzyk urwał się nagle, a ja przeniosłam wzrok na mojego dzisiejszego gościa. Przez chwilę zmartwiłam się, że stracił przytomność, co byłoby kłopotliwe, albo co gorsza umarł, co byłoby jeszcze gorsze, bo dopiero zaczynałam się rozkręcać.
- Wystarczy. - Usłyszałam głęboki spokojny głos.
Zamrugałam i zobaczyłam, że siedzę na podłodze, opierając dłonie o resztki połamanego krzesła. Obróciłam się i spojrzałam na moją ofiarę poprawiającą mankiety czarnej marynarki, którą ściągnęłam z niego jeszcze przed początkiem naszej małej zabawy.
Mężczyzna był kompletnie ubrany, a na jego ciele nie było nawet draśnięcia. Dopiero gdy podniósł głowę, zapinając podniesiony przed chwilą z ziemi pasek, zauważyłam, że postarzał się znacznie, teraz dobiegał czterdziestki.
A gdy spojrzałam w jego oczy…
- Dobra robota, Fobos. - Uśmiechnął się do mnie i nachylił się, by podać mi rękę. - Doskonale ci poszło.
Prychnęłam jak kotka.
- Jesteś beznadziejnym starszym bratem, Dejmosie. Wiesz, jak dobrze się bawiłam? A ty wszystko popsułeś! – syknęłam i wstałam odtrącając jego rękę. - Co ty tu do cholery robisz? - Zaplotłam ręce na piersi.
- Sprawdzam, jak sobie radzisz po przebudzeniu… Swoją drogą, nie musisz dziękować – dodał jakby od niechcenia, kontrolując stan swoich paznokci. Były oczywiście idealne.
- To… to ty mnie obudziłeś? - zdziwiłam się, zapominając, że jestem na niego wściekła.
- Owszem, bo jesteś mi potrzebna.
- Nabrałeś mnie! Pozwoliłeś mi się torturować z myślą, że jesteś zwykłym człowiekiem! Nawet cię nie bolało! - rzuciłam mu w twarz z wyrzutem.
- Cóż, lekko łaskotało. - Uśmiechnął się złośliwie. - Ale teraz przynajmniej wiem, że nadal masz to coś. I przy okazji co nieco się wzmocniłaś, więc wszystko idzie po mojej myśli.
- Po twojej myśli? Czyli co konkretnie? Czego ty ode mnie chcesz, Dejmosie? - spytałam podejrzliwie.
- Żebyś robiła to, co umiesz najlepiej, Fobos. - Uśmiechnął się szeroko. - Żebyś zalała świat przerażeniem i lękiem. Oraz trwogą.
- To akurat twoja działka – zwróciłam mu uwagę, ale też się uśmiechnęłam.
Może i przerwał mi zabawę, zresztą, jak się okazało, wyimaginowaną, ale w zamian zaproponował o wiele huczniejszą imprezę.
Hm, chyba jednak jesteśmy całkiem dobranym rodzeństwem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz