Remus Lupin ujrzał
błysk zielonego światła. Takiego samego, jak ujrzeli Lily i
James – zdążył jeszcze pomyśleć, a w ostatnim przebłysku
życia zobaczył swoją żonę biegnącą ku niemu przez błonia.
Potem wszystko
zniknęło. I nastała ciemność.
***
Obudził się niespodziewanie, jakby ktoś nagle włączył lampę. Chwilę później uświadomił sobie, że przecież nie mógł się obudzić, musiał dalej śnić.
Dlaczego? Albowiem widział Albusa Dumbledore'a i to było całkowicie naturalne. Jego kolejną myślą było, że to na pewno nie jest sen. Bo skoro jest tutaj Dumbledore, to oznacza, że on również nie żyje. Zatem nie jest to sen. Po tej stronie nie istnieje nic takiego.
A w następnej chwili uświadomił sobie jeszcze jedno.
- Och, Doro... - westchnął, na wspomnienie żony. Nie dokończył jednak, bo na samo jej wspomnienie zobaczył ją, jakby faktycznie stała tuż obok niego. I chyba...
Chyba naprawdę stała tuż obok.
Tonks musiała odbyć podobny proces myślowy, bo dopiero po paru sekundach padła mu w objęcia.
- Remusie! - Nie była w stanie wykrztusić nic innego. Tulili się nawzajem, jakby nie widzieli się od wieków.
I kto wie? Może faktycznie tak było? W końcu czas to bardzo tajemnicze zjawisko.
Dopiero po chwili przypomnieli sobie o obecności Dumbledore'a. Odsunęli się od siebie, nieco speszeni wylewnością powitania.
- Miło mi was widzieć, kochani... - Uśmiechnął się ciepło profesor. - No, tylko w pewnym sensie miło, jeśli rozumiecie, co mam na myśli.
- Albusie, proszę, nie przygnębiaj mnie - westchnął Remus. - Nawet nie chcę myśleć o tym, co się tam teraz dzieje... Śmierciożercy mają ogromną przewagę, to tylko kwestia czasu, gdy Czarny Pan dopnie swego - stwierdził ponuro. W obecnej sytuacji nawet strata dwojga sprzymierzeńców mogła przechylić szalę zwycięstwa na korzyść wroga.
- Nie przesadzaj, kochanie. - Tonks jak zawsze optymistyczna, przytuliła się do jego ramienia. - Na pewno jakoś sobie poradzą. Nie pierwszy raz stawiają im czoła.
- Wybaczcie, ale muszę was teraz na chwilę zostawić - wtrącił się delikatnie Dumbledore. - Chciałbym porozmawiać z pewną osobą, ale spokojnie, jeszcze do was wrócę. - Uśmiechnął się do nich dobrotliwie, robiąc kilka kroków do tyłu i rozpłynął się w gęstej mgle.
Natura jednak nie lubi pustki. W miejscu, w którym zniknęła postać dyrektora mgła ponownie się zagęściła i przybrała kształt chudego i wysokiego młodzieńca o ogniście rudych włosach i licznych piegach na nosie.
- Fred?! - Podwójny okrzyk rozbrzmiał w tej dziwacznej przestrzeni, w której się teraz znajdowali.
- Co ty tutaj robisz? - zmartwiła się Tonks, bo odpowiedź mogła być niestety tylko jedna. - Czy dobrze mniemam, że...?
- Tak... przytrafiło mi się to samo, co wam. Przykro mi. - Fred wzruszył ramionami, jakby już pogodził się z tym faktem. W rzeczywistości niewiele mogli z tym zrobić, nie pozostało nic innego, jak akceptacja.
- Ale co się stało? - zapytał rzeczowo Lupin. - Pamiętasz coś?
- Ściana - prychnął poirytowany Weasley. - Rozumiecie to? Wykończył mnie głupi kawałek muru. Stoi sobie człowiek kulturalnie, rozmawia ze swoim bliźniakiem, a konkretnie natrząsa z Percy'ego, jak zawsze, zwłaszcza, że poszedł w końcu po rozum do głowy i zrozumiał, że przez ostatnie dwa lata robili go w bambuko, a tu nagle łubu-du i ciemność. A potem wy. I tyle - westchnął ciężko. - Żałuję tylko, że Georgie musiał na to patrzeć... To musi być dla niego ogromny cios.
Fred przygarbił się nieco. I dla niego rozłąka z ukochanym bratem musiała być ciężka, nawet jeżeli po tej stronie poprzednie życie wydawało się relatywnie bliskie.
Tonks bez słowa przytuliła rudzielca, myśląc, że jego matka na pewno bardzo ciężko zniesie stratę syna. Utrata dziecka, to najgorsze, co...
Spojrzała na męża i ta myśl uderzyła ich oboje jak obuchem.
- Teddy! - zawołali jednocześnie.
Jakim cudem oboje dopiero teraz przypomnieli sobie o własnym dziecku? Malutkim synku, który w jednej chwili stał się sierotą. Kto nim się teraz zaopiekuje, kto zadba, by wyrósł na dobrego człowieka?
Kobieta, która jeszcze przed momentem pocieszała Freda, teraz sama zalała się łzami. Remus natychmiast otoczył ją swoimi wspierającymi ramionami, jakby bliskość mogła ukoić ich wspólny ból. Ale przecież nie mogła. Ich dziecko straciło rodziców, ale oni też go stracili - stracili całe jego życie: pierwszy krok, pierwsze słowo, wspólne zakupy na Pokątnej przed wyjazdem do Hogwartu, Ceremonię Przydziału... I setki innych chwil, które miały nastąpić później. Nie będzie ich przy nim w najważniejszych momentach jego życia.
Zostali sobie nawzajem odebrani i to w najbardziej brutalny ze wszystkich możliwych sposobów.
Fred odsunął się nieco, by zapewnić im nieco prywatności i zapatrzył w mgłę kłębiącą się dookoła nich. Przez ostatnie minuty zagęszczała się miejscami tworząc zarysy postaci, które przemykały przez miejsce ich postoju. Niektóre zatrzymywały się na dłużej i dawały się rozpoznać, czasem nawet zamieniały kilka słów z rudzielcem, inne trzymały się z dala. nie przybierając żadnej konkretnej postaci.
- Colin? - zdziwił się Fred, dostrzegając jasnowłosego chłopaka. - Och, nie mów mi, że ty też... - zmartwił się. Nawet Tonks przestała płakać i podeszła zainteresowana wraz z Remusem.
- Co ty w ogóle tam robiłeś? - zapytała. - Nie powinno cię tam w ogóle być!
- Chciałem pomóc - westchnął Colin. - Niestety, zabrakło mi szczęścia.
Wypytali go o aktualną sytuację i w milczeniu skwitowali odległe postaci, w których z trudem udało im się rozpoznać śmierciożerców. Ich również dosięgła śmierć. Wobec niej wszyscy byli równi. Na granicy pola widzenia przemknął Severus Snape, nawet nie próbując zbliżyć się do niedużej gromadki, obserwującej w milczeniu otocznie. Wiedział, że nie jest tam mile widziany. Zdrada, której się według nich dopuścił, była niewybaczalna. Miał zresztą jeszcze coś do zrobienia, nawet tutaj, po tej stronie.
Miał... znajomych do odwiedzenia. Po latach.
- Gdzie się podział Dumbledore? - odezwał się nagle Fred. - Coś długo go nie ma...
- Profesor Dumbledore jest tutaj? - Wytrzeszczył oczy Colin. - O kurczę!
- We własnej osobie, panie Creevey. - Ja na zawołanie dyrektor wyłonił się z mgły. - Wybaczcie moją długą nieobecność, wróciłem na chwilę, by poprosić was o jeszcze chwilę cierpliwości. Muszę jeszcze porozmawiać z Severusem, powinien już tutaj dotrzeć. Niestety... - westchnął ze smutkiem.
- Albusie, chcesz rozmawiać z tym zdrajcą? To przez niego umarłeś! - zawołał oburzony Remus.
- Raczej dzięki niemu, mój drogi - odparł tajemniczo Dumbledore i tyle go widzieli.
Chwilę później opuścił ich Colin, nie precyzując, dokąd konkretnie się udaje. Wszyscy mijali ich i znikali we mgle, oni jednak nie bardzo wiedzieli dokąd i po co idą. Ze słów dyrektora wynikało, że powinni tutaj na niego zaczekać, zatem nie ruszali się z tego miejsca.
Tylko... co to było za miejsce, konkretnie?
Te rozważania przerwało im nagłe pojawienie się między nimi Bellatrix Lestrange, która w przeciwieństwie do innych śmierciożerców nie miała oporów, by pognębić jeszcze trochę swoich przeciwników.
- Twoja matka tego słono pożałuje! - warknęła w kierunku Freda, po czym dodała mściwie. - Ale spokojnie, zaraz się z nią zobaczysz, Czarny Pan mnie pomści!
Zaśmiała się chrapliwie i również rozpłynęła się we mgle. Jej przerażający śmiech jeszcze przez chwilę wisiał w powietrzu, powodując dreszcz na plecach.
- Miło było cię widzieć, ciociu... - rzuciła w końcu w przestrzeń Tonks, dzięki czemu nieco otrząsnęli się po tym mało miłym spotkaniu.
- Mam nadzieję, że mamie nic nie będzie - szepnął Fred. - Przejdę się, zobaczę co jest dalej.
- Tylko się nie zgub i uważaj na siebie - poprosiła odruchowo Tonks, nim zdała sobie sprawę z bezsensowności tego stwierdzenia. Umarli. Co gorszego mogło się stać?
Fredowi nawet nie przeszkadzało, że umarł. Owszem, było to przykre, ale w sumie, tutaj, po tej drugiej stronie wcale nie było tak źle. Było w sumie podobnie, jak i na dole. A może górze? Zorientowanie przestrzeni wcale nie było takie proste.
Obejrzał wyludnione i otoczone mgłą King's Cross oraz ulicę Pokątną. Mgła sprawiała, że wszędzie było tak spokojnie i cicho. Wieczność spędzona tutaj wcale nie musiała być zła...
Martwił się jedynie o tych, których za sobą pozostawił. Należało żałować żywych, nie umarłych. Tym drugim było już wszystko obojętne, to żywi musieli mierzyć się z konsekwencjami, ze stratą.
Najgorsze było to, że George został sam. Gdyby tylko mógł dać mu jakiś znak, że wszystko w porządku, że kiedyś, w końcu się spotkają. Że on ma tam o wiele większe możliwości, ma tak wiele do przeżycia, do zrobienia.
Chciałby powiedzieć mu, żeby nie oglądał się do tyłu. Już zawsze będzie mu brakować jego brata, jego lustrzanego odbicia, drugiej połowy duszy. Ale teraz musiał żyć za ich dwóch, robić dwa razy więcej dowcipów, kochać i nienawidzić dwa razy mocniej. Tak bardzo chciałby mu to wszystko powiedzieć, ale... Ale nie było już takiej możliwości. Nie istniała tutaj sowia poczta, żadne połączenie z poprzednim życiem.
Żeby chociaż dalej prowadził sklep... - pomyślał Fred, po czym doszedł do wniosku, że w sumie skoro jest tutaj ulica Pokątna, to czemu nie mógłby otworzyć tutaj filii swojego sklepu? W końcu zmarli też potrzebują jakiejś rozrywki, prawda?
Pogrążony w myślach nawet nie zauważył, że zatoczył koło i wrócił ponownie do Remusa i Nimfadory. Sytuacja wyglądała na opanowaną, kobieta już nie płakała, chyba zrozumiała, że nie da rady nic zrobić w tej sytuacji.
Akceptacja była jedynym rozwiązaniem. Zarówno po jednej, jak i po drugiej stronie. Wobec śmierci, wszyscy jesteśmy bezsilni.
- No, kochani! - Ponownie pomiędzy nimi pojawił się Dumbledore, bardzo z siebie zadowolony. Fred pomyślał, że dyrektor po śmierci niewiele się zmienił. Dalej był ruchliwy jak trzmiel* i chyba nawet jakby trochę mniej zmartwiony, przynajmniej w tej chwili. - Pozałatwiałem już z Severusem wszystkie sprawy, zdaje się, że jednak wydarzenia potoczą się po naszej myśli.
- Albusie, ty nawet po tej stronie potrafisz wszystko zorganizować - zauważył z niedowierzaniem Lupin.
- Owszem, w końcu nie bez powodu powstało określenie "niedokończone sprawy", prawda? - Szkiełka okularów błysnęły porozumiewawczo. - Miałem ważną misję do spełnienia, jednak niestety jej elementem, przykrym nie ukrywam, ale niezbędnym było moje odejście. Poprosiłem Severusa o pomoc w tej kwestii, budząc w was tym samym ogromną... niechęć do niego. - Dumbledore zgrabnie ominął termin "nienawiść". - Wiele jednak jeszcze zostało do zrobienia i bardzo wiele mogło się nie udać, ale... A zresztą, sami zobaczycie. Chodźcie. - Ponaglił ich gestem.
Ruszyli za nim z zainteresowaniem. Chyba cała trójka była zaskoczona informacją, że śmierć dyrektora była częścią większego planu. Tylko tak wielki umysł, jak umysł Albusa Dumbledora mógł uknuć intrygę, która ciągnęłaby się jeszcze po jego śmierci.
Ale Albus Dumbledore był wielkim człowiekiem, temu nie dało się zaprzeczyć.
Freda dręczyło pytanie, a nawet cała seria pytań dotycząca tej całej "drugiej strony". W końcu, wszyscy gdzieś szli, znikali w mgle i ogółem nie było tutaj zbyt... tłocznie. Z jakiegoś powodu dyrektor poniekąd wyróżnił ich, pragnąc im coś pokazać. Z jakiegoś powodu ich trójka nie poszła jeszcze dalej, tam gdzie reszta. Byli w stanie zawieszenia pomiędzy jedną a drugą stroną, jakby na coś czekali.
I już po chwili dowiedzieli się, na co czekają. Mianowicie mgła rozrzedziła się nagle i znaleźli się w Wielkiej Sali, znaleźli się w Hogwarcie. I to w samym środku bitwy. Fred zauważył, że zamek jest jeszcze w gorszym stanie, niż kiedy go opuszczał. Stali pomiędzy walczącymi, jednak nikt nie dostrzegał ich obecności, zupełnie jakby trafili do wyjątkowo dużej i szczegółowej myślodsiewni.
- Możecie być nieco... zdezorientowani, ale pamiętajcie, że tutaj czas płynie nieco inaczej. Ciężko stwierdzić, czy to, na co patrzymy dzieje się teraz, już się wydarzyło, czy dopiero ma się wydarzyć. Najważniejsze jest jednak to, że to, co się miało stać i tak się wydarzy - wyjaśnił Dumbledore, akurat gdy Tonks otworzyła usta, by zapytać, co tutaj robi jej ciotka.
Bo, faktycznie, pomiędzy walczącymi nie dało się nie zauważyć Bellatrix wymieniającą zaklęcia z grupą nastolatków. Bellatrix, która przecież jakiś czas temu znalazła się między nimi, a zatem oznaczało to, że...
- Nie w moją córkę, suko!
- O kurczę, nie wiedziałem, że moja matka zna takie słowa! - wyrwało się Fredowi, gdy Molly Weasley odtrąciła dzieciaki, stając do walki ze śmierciożerczynią. Jej twarz była ściągnięta w nieprzeniknioną maskę.
Zaklęcia błyskały jedno przez drugie, wszyscy skupili się na dwóch kobietach, nawet pozostali walczący, wymieniali ataki jakby nieuważnie. Tylko walczący z trojgiem aurorów na podwyższeniu Voldemort w pełni skupiony był na swojej walce.
Nagle jedno z zaklęć Molly Weasley okazało się celniejsze od pozostałych i trafiło śmiejącą się jej w twarz Bellatrix w pierś. Śmiech zamarł kobiecie w piersi, tuż przed tym jak padła bez życia na posadzkę Wielkiej Sali.
- Mamo! - wykrzyknął Fred. Najpierw z podziwem, bo nie spodziewał się, że mama potrafi tak dobrze walczyć. Nigdy nie widział jej w innej roli niż troskliwej, choć nieco nadopiekuńczej matki i doskonałej gospodyni. Chwilę później zrozumiał jednak, że znalazła się ona w ogromnym niebezpieczeństwie. - Mamo! - zawołał z przerażeniem, gdy uświadomił sobie, że śmierć Bellatrix ściągnęła na nią uwagę, a zaraz potem i gniew Czarnego Pana. Molly sama zorientowała się, że od śmierci dzielą ją zaledwie sekundy, zdążyła jedynie pomyśleć, że po drugiej stronie czeka na nią ukochany syn, ale...
Ale Wielką Salę nagle rozdzieliła półprzezroczysta tarcza.
- Protego! - Źródłem zaklęcia była różdżka trzymana przez bezcielesną dłoń zawieszoną w próżni. Był to dziwaczny widok, zatem mimo iż tak proste zaklęcie nie miałoby szans zatrzymać jedno z Zaklęć Niewybaczalnych, wystarczyło, by odwrócić uwagę Voldemorta.
Czarny Pan równie szybko zlokalizował źródło zaklęcia, który okazał się nie kto inny jak Harry Potter, który w tej właśnie chwili zrzucił z siebie pelerynę niewidkę.
- On żyje?! - Rozległy się zaskoczone okrzyki na sali. Nikt już nie walczył, wszyscy wpatrywali się w milczeniu w stojących naprzeciw siebie dwóch największych przeciwników. Potężnego czarnoksiężnika i młodego mężczyznę, których losy od dawien dawna były ze sobą powiązane.
- Dlaczego Harry miałby nie żyć, Albusie? - zapytał podejrzliwie Remus.
- Hm... Na razie musi wystarczyć wam informacja, że Harry w jakimś stopniu umarł tej nocy. Ale, tak musiało być. Zaufajcie mi, było to konieczne, by teraz mógł przeżyć.
I, rzeczywiście dwóch najważniejszych aktorów tego spektaklu stanęło naprzeciw siebie niczym rewolwerowcy w westernie. To miał być krótki pojedynek, zaklęcie kontra zaklęcie. Wszyscy wiedzieli, co się zaraz wydarzy.
Nikt za to nie wiedział, jakie będzie zakończenie tej historii.
I choć nie mieli na to żadnego wpływu, byli tylko biernymi obserwatorami, Tonks mocno zacisnęła palce na dłoni Remusa, pełna niepokoju. Właśnie w tej chwili ważyły się losy całego magicznego świata.
- Avada Kedavra!
- Expelliarmus!
Tym razem nie było już żadnych horkruksów łączących Voldemorta z życiem. Jednego z nich on sam zniszczył tej nocy, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Dlatego odbity zielony płomień, trafiając go w pierś, zakończył jego żywot raz na zawsze.
Voldemort padł na ziemię. Nareszcie martwy.
Tym razem na dobre.
- Albusie czy on teraz... - Lupin zastanawiał się, jak odpowiednio zadać to pytanie. - Czy on trafi tutaj?
- Nie. - Pokręcił głową Dumbledore. - Aby tu trafić, trzeba mieć duszę. On swoją bezpowrotnie zniszczył.
- Więc on... zniknął? - Próbował zrozumieć Fred. - Po prostu go już nie ma? Ani tam, ani tu?
- W pewnym sensie ma pan rację, panie Weasley... Ale tak naprawdę nikt nie wie, co się z nim stanie. Nawet ja tego nie wiem, a muszę nieskromnie przyznać, że wiem wiele rzeczy. Tam jednak... - Gestem wskazał Wielką Salę, która opanowała ogromna euforia po wygranej walce. Śmierciożercy wycofywali się chyłkiem, próbując umknąć czujnym aurorom. - Tam jednak na pewno skończyła się epoka lęku. Oni są już wolni od widma władzy Voldemorta.
- A my? - zapytała Tonks, kiedy Wielka Sala zaczęła znikać w kłębach mgły. - Co teraz z nami będzie? Dlaczego jesteśmy tutaj, Dumbledore, gdzie jest reszta?
- Poprosiłem was o pozostanie, moi drodzy, byście mieli pełen obraz sytuacji, poznali do końca historię Chłopca, Który Przeżył, młodzieńca, który pokonał Czarnego Pana. - Uśmiechnął się lekko, nim dodał. - Zależało mi na tym, bo są tutaj osoby, które bardzo chciałyby ją usłyszeć z waszych ust. Od początku, do końca... Macie im wiele do opowiedzenia. - Jego wzrok spoczął na czymś za ich plecami, a na twarzy pojawił się delkatny uśmiech.
Odwrócili się z zainteresowaniem. Przez mgłę szło ku nim dwoje ludzi objętych w pasie.
James i Lily Potterowie.
________
*tu oczywiście delikatny translatorski chichot, bo jak zauważył pan Polkowski, dyrektor ma wiele wspólnego z tym sympatycznym owadem - nie tylko nazwę.
Tego się nie spodziewaliście, prawda? Przyznam się Wam, że ja też nie. Tak się kończy sprzątanie starych zeszytów, czasem trafi się na jakiś relikt przeszłości.
Wersję A możecie przeczytać pod linkiem, ta tutaj też jest dość mocno podrasowana... po raz drugi. Po pierwszy retuszu dało się ją czytać, teraz da się ją czytać nawet z czymś na kształt przyjemności.
(Fun fact: to opowiadanie nosi prześmiewczą nazwę "Karton mleka". Nie chcecie wiedzieć, dlaczego).
Tak sobie myślę, że może jeszcze jakąś opowieść "z drugiej strony" kiedyś popełnię. Może. Zwłaszcza, że jakiś czas temu zupełnie bez powodu wróciłam do pisania Alex Potter, więc pewnie i sposobność będzie.
Dobra, koniec marudzenia. Mam nadzieję, że się podobało ;).
PS: Wrzucę to potem na Wattpada, bo tutaj raczej nie zbiorę większej publiki. Meh.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz